![]() |
|
[30.05.1971] Problemy w Portsmouth | Laurent, Olivia - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [30.05.1971] Problemy w Portsmouth | Laurent, Olivia (/showthread.php?tid=2179) Strony:
1
2
|
RE: [30.05.1971] Problemy w Portsmouth | Laurent, Olivia - Olivia Quirke - 07.11.2023 Podczas gdy Laurent zajmował się problemami hipogryfów, Olivia postanowiła zająć się problemami ludzi. A konkretniej Abby'ego, którego miała podpytać o to i owo. Usłużnie zaoferowała mu pomoc, lecz wydawało się, że mężczyzna nie przyjął tej oferty tak entuzjastycznie, jak liczyła. Nie wzbudziło to u niej jednak większej ostrożności. Ot, wydawał się być jakiś nieswój, ale co innego miał zrobić? W końcu ktoś chciał wybić prawie całe stado hipogryfów. I to po takim sukcesie, jaki osiągnął! Quirke uśmiechnęła się pod nosem, idąc za mężczyzną w kierunku wozów. - Laurent wyraźnie polecił mi, żebym panu pomogła. Byłam u niego, mogę kojarzyć woźnicę, no i abraksamy mnie lubią - powiedziała, zrównując swój krok z Abbym. Miała wrażenie, że trochę za szybko idzie. Zmarszczyła nosek w zamyśleniu, zerkając z ukosa na twarz towarzysza. Do polany, na której wylądowały abraksamy ciągnące wóz, zostało niewiele drogi. - Muszę o to zapytać. Nie widział pan niczego podejrzanego w przeddzień ataku? Albo nawet nie podejrzanego. Po prostu odstającego od normy. Odwróciła wzrok w chwili, w której skóra na twarzy pana Abby'ego zaczęła bulgotać. Mężczyzna zwolnił trochę kroku i sięgnął do kieszeni po fiolkę. Zaklął szpetnie. Nie było jej. - Panie Abby? Przypomniał pan sobie coś? - ruda zatrzymała się i odwróciła w ostatniej chwili, by zobaczyć dłoń z wycelowaną weń różdżką. - Tak. Przypominam sobie wścibską gówniarę, która powinna była zostać z tym kretynem Prewettem - twarz Abby'ego bulgotała, jakby skóra nagle została polana kwasem. Nos mu się wysmuklił, a włosy zaczęły rosnąć aż do ramion. Czoło się powiększyło, oczy zwiększyły rozstaw i kolor. - Na przyszłość będziesz ostrożniejsza. Przed Olivią stał teraz nie Abby, a wysoki mężczyzna o długich blond włosach i niesamowicie niebieskich oczach. Nie miała pojęcia, kim jest - zresztą nie miało to teraz znaczenia. Widziała przed sobą tylko różdżkę, która zatoczyła koło. Z jej końca wystrzeliły białe iskry. Quirke rzuciła się w bok. Chciała uciec przed strumieniem powietrza i energii magicznej, który wystrzelił z różdżki w zatrważającym tempie. Nie zdążyła. Promienie ugodziły ją w klatkę piersiową. Olivia wystrzeliła w górę i zatoczyła piękny łuk, by zakończyć lot na drzewie. Rąbnęła w nie plecami aż miło - w oczach jej pociemniało. Abby-nie-Abby ruszył dalej - w stronę abraksamów. Olivia próbowała sięgnąć po różdżkę, którą miała w kieszeni, ale jej mózg nie chciał współpracować. Dziewczyna miała wrażenie, że cały świat wiruje przed jej oczami i wybucha milionem iskier. Znała ten ból - zleciała kiedyś z miotły z dużej wysokości. To nic, poradzi sobie. Musiała tylko powolutku, ostrożnie, przesuwać rękę, która zdawała się jej nie słuchać i tkwić w miejscu. [roll=N] RE: [30.05.1971] Problemy w Portsmouth | Laurent, Olivia - Laurent Prewett - 08.11.2023 Czarnowidzenie. Laurent to nie lubił. Nie lubił ponuro spoglądać w przeszłość, nawet jeśli była ponura i nie lubił myśleć o ciemnej przyszłości. Ale miał to nieuchronne przeczucie, które stawiało mu włoski dębem na skórze i karku. To przeczucie, które sprawiało, że drętwiał, że serce uderzało mocniej w jego klatce piersiowej. Nie był żadnym wojownikiem, nie potrafił się pojedynkować, nie nadawał się na bohatera, ale jeśli coś miało się złego stać, jeśli coś wie stało... Uderzenie czaru, który grzmotnął w drzewa i nimi poruszył, jego błysk, wdarł się do oczu Laurenta z daleka. Zwrócił też uwagę hipogryfa, który od razu zwrócił się w tamtym kierunku. - Na dół! - Ktoś właśnie wyszedł z linii lasu. Jakiś blondyn - i nie było obok niego Olivii. Alexander zszedł właśnie z wozu zaprzęgniętego w trzy abraksany i wyszedł na spotkanie mężczyzny. Jeszcze obok stał wóz z końmi, które teraz zaczęły wierzgać niespokojnie od czaru, który zakłócił spokój okolicy. I gdzie w tym wszystkim była Olivia..? [a] Hipogryf zapikował ze śpiewem i dopiero teraz Laurent się zorientował, po głosie, że leciały za nimi dwa inne stworzenia. Obejrzał się na moment, ale tylko na sekundę. Przylgnął do grzbietu i karku stworzenia, żeby pęd powietrza nie chłostał go po twarzy. Przymrużone oczy i tak niewiele widziały między brązowymi lotkami. Stojący na dole Alexander zatrzymał się ze zdziwieniem, tak samo i blondyn, który obrócił się w ich kierunku wznosząc różdżkę. Ale hipogryf wiedział, co się świeci. I był szybszy od czaru mężczyzny. Odbił w bok piruetem i gwałtownie zanurkował w dół, spadając na mężczyznę jak pocisk. Złapał go łapami za ramiona przygniótł do ziemi. Niekoniecznie tego spodziewał się Laurent. Śpiew stworzenia był bojowy. Blondyn zeskoczył z jego grzbietu na nieco miękkich nogach od adrenaliny, która krążyła w jego żyłach. Wymierzył różdżkę w mężczyznę, na którego barkach pojawiła się krew od hipogryfich pazurów. Dwa pozostałe doleciały. One były gotowe go rozszarpać.- Dość. Dość! - Wcisnął swoje dłonie na orli dziób, żeby nie pozwolić mu skrzywdzić mężczyzny i zatrzymał dwa pozostałe, otwierając ramiona. Cztery sekundy. W następnej obrócił się, żeby kopnąć różdżkę mężczyzny jak najdalej stąd. - Duma! Aport! - Nie musiał powtarzać. Wielki basior ruszył do różdżki, łapiąc ją w paszczę. I łamiąc w niej, kiedy się położył z nowym patykiem jako zabawką i zaczął obgryzać. - Radzę się nie ruszać. - Polecił mężczyźnie i gorączkowo zaczął rozglądać za Olivą, co w plątaninie krzyków hipogryfów i ich ciał było trudne. - Pilnuj go! - Polecił Alexandrowi, który podszedł ale nie odważył się zbliżyć za bardzo. Sam Laurent wyplątał się z tej zbieraniny istot. I wtedy ją zobaczył pod drzewem. Na pewno nie całą - ale przynajmniej żywą. Ruszył biegiem w jej kierunku, żeby od razu klęknąć na jedno kolano i wyciągnąć do niej dłoń. - Olivio, słyszysz mnie? - wyglądała tak, jakby niekoniecznie wszystko miało do niej docierać. Czy nasz hipogryf uniknie czaru [roll=PO] RE: [30.05.1971] Problemy w Portsmouth | Laurent, Olivia - Olivia Quirke - 08.11.2023 Blondyn szykował się do kolejnego ataku, ale nie miał szans z hipogryfami. Przejrzały go już wcześniej, ale były jednak tylko zwierzętami, które łatwo było oszukać. Nie pasował im zapach i to, w jaki sposób się z nimi obchodził, lecz wygląd się zgadzał. Wszystko łączyło się teraz w jedną całość, gdy eliksir wielosokowy przestał działać. Przegrał, i to z kretesem. A było tak blisko! Wszystko to wina tych głupich dzieciaków i tego durnego psa. Mężczyzna uniósł ręce w obronnym geście i nie planował się ruszać. Szczęki Dumy złamały różdżkę jakby była suchą gałązką, mógł sobie tylko wyobrażać, co zrobiłyby z jego ramieniem. A Olivia... Cóż, powiedzieć że wypoczywała sobie w najlepsze, byłoby mocnym niedopowiedzeniem. Leżała, to prawda, ale zamroczona i z twarzą przeszytą bólem. Wciąż próbowała sięgnąć do różdżki, która leżała dobre kilkanaście centymetrów od jej dłoni. Zamrugała jednak, gdy przed jej oczami zmaterializował się kształt. Znajomy kształt. Zmrużyła błękitne oczy, by spróbować chociaż trochę wyostrzyć obraz. - Laurent - odetchnęła z ulgą, chociaż ulgi na jej twarzy nie było widać. Bolały ją plecy, a każdy głębszy oddech powodował nową falę bólu, jeszcze gorszą od poprzedniej. Musiała chyba złamać sobie żebro, uderzając w drzewo. Powinna była się przyłożyć bardziej do nauki rzucania zaklęć. - To nie Abby. Nie wiem, gdzie on jest. Syknęła, wyciągając rękę już nie po różdżkę, a po to by złapać Prewetta za dłoń. Gdy podciągnął ją do siadu, zakwiliła jak pisklę, odruchowo łapiąc się po prawej stronie. Cholerny gnojek. Olivia nigdy w życiu nie miała złamanych żeber, nie miała pojęcia że to aż tak boli. Ból był porównywalny do tego, który ją pożerał gdy złamała rękę. Ze zdziwieniem jednak odkryła, że może się poruszać, chociaż z wysiłkiem. Złamaną ręką ruszać nie mogła, a tu mogła nawet spróbować wstać, chociaż nie o własnych siłach. - Użył eliksiru wielosokowego - palce Olivii wczepiły się w ramiona Laurenta. - To nie był wilkołak. To animag. Podejrzewała to już wcześniej, ale uznała, że nikt nie byłby na tyle szalony, by atakować osobiście całe stado hipogryfów. A może ten człowiek nie był sam? Ze złością spojrzała na blondyna, który jak gdyby nigdy nic splótł dłonie na swojej głowie i wyglądał na szczerze rozbawionego tą sytuacją. Mimo że strzegły go trzy hipogryfy oraz Duma, a w jego stronę szedł Alexander. Wyglądał, jakby doskonale się bawił i oglądał całą tę scenę gdzieś z boku. Nawet lekko podrygiwał do muzyki, która grała mu w głowie. Kompletny czubek. - Trzeba znaleźć pana Abby'ego - powiedziała cicho, ostrożnie się prostując. Wzrokiem odszukała różdżkę. - A go oddać Ministerstwu. Jeśli było ich więcej, to nie jest tu bezpiecznie. Podasz mi różdżkę? Nawet się nie łudziła, że będzie w stanie się schylić czy kucnąć. W tym stanie mogła co najwyżej klapnąć z powrotem na ziemię i się położyć, próbując nie umrzeć z bólu. RE: [30.05.1971] Problemy w Portsmouth | Laurent, Olivia - Laurent Prewett - 08.11.2023 - Tak, to ja. - Zapewnił ją, spoglądając nieco nieufnie na jej instynkt poszukiwania różdżki. Przynajmniej dopóki nie dała znać, że rozpoznaje jego głos. Jeszcze tego by brakowało, by chciała się przed nim bronić uznając go za zagrożenie. Podsunął jej różdżkę i naprowadził dłoń na nią, żeby mogła poczuć się chociaż trochę bezpieczniej i pewniej. To taki odruch. Bezwarunkowe działanie mózgu, chociaż niekoniecznie miało cokolwiek wspólnego z logiką. To tak jak dziecko chowające nogi pod kołdrą, no wtedy ten potwór spod łóżka go nie ściganie w ciemność. Tak jakby ta kołdra mogła obronić przed całym złem tego świata. - Wiem. Spokojnie. - Miał napięty głos i teraz niczego nie mógł na to poradzić. Zdenerwowane zwierzęta go nie stresowały. Ranni ludzie i problemy z nimi wszelakie związane już jak najbardziej. Z nimi nie wiedziałam, jak dokładnie sobie poradzić. - Nie, nie, nie. Nie ruszaj się, proszę. Nie wiemy, co ci jest. Gdzie cię boli? - Czasem były takie urazy, których poruszanie mogło tylko zaognić sytuację. Albo wręcz doprowadzić uraz do stanu zagrożenia zdrowia. Nie był medykiem, żeby się na tym znać, ale znał się trochę na anatomii żeby mieć wyobrażenie jak złamane kości mogły sponiewierać wnętrzności. - Ale ja wiem. Już niczego ci nie zrobi. - Zapewniał ją dalej, kiedy wróciła do tego, że nie wie gdzie Abby i co się może teraz stać. Nic - taką miał nadzieję. Chociaż kiedy wspomniała o animagii nastroszył się i z obawą obejrzał na mężczyznę i hipogryfy. - Będziemy go szukać, albo rączej brygadziści będą. Zaraz wezwiemy pomoc. - Nie wiedział, co z nią zrobić. Wracać teraz po medyka? Co prawda to zoolog... Eliksir wiggenowy. Powinno trochę pomóc zanim dostarczą ją do Munga. Nie. Jeśli miała coś złamane to eliskir mógł pogorszyć sprawę. - Później ci wyjaśnię. Zabierz Olivie do sieci fiuu, a potem zawiadom brygadzistów że popełniono przestępstwo ataku na rezerwat Portsmouth, hipogryfy i samą Olivie. Nie jest wiadome gdzie jest właściciel rezerwatu. - Alexander nie należał do ludzi którzy by potrzebowali wyjaśnień od strony Laurenta, jeśli ten o coś prosił. Albo wymagał. Dlatego pokłonił się lekko i podbiegł truchtem do Olivii. -Panienko? Na imię mi Alexander. Panicz prosił, żebym panienkę zabrał do szpitala. Pozwoli panienka, że wezmę panienkę na ręce?RE: [30.05.1971] Problemy w Portsmouth | Laurent, Olivia - Olivia Quirke - 08.11.2023 Olivia nie zamierzała go atakować. Gdy tylko poczuła jego zapach i zmrużyła oczy od razu wiedziała, że stoi przed nią prawdziwy Laurent. Podał jej różdżkę, ale nie chciał, żeby wstała. Olivia zmarszczyła brwi. O co mu chodziło? Dlaczego nie mógł po prostu jak człowiek pozwolić jej wstać, przejść tych kilku kroków i... zrobić cokolwiek, bo sama jeszcze nie wiedziała, co zrobi gdy stanie pewnie na nogach. - Nie, nie potrzebuję pomocy. Mogę chodzić i dam radę, przecież was z tym wszystkim nie zostawię... Z nim was nie zostawię - nie miała zamiaru dać się spławić po raz drugi. Już jej pokazał, że lepiej żeby trzymała się od tej sprawy z daleka i mimo że miał rację, to chciała dokończyć to, co zaczęła. - To tylko żebra. Pewnie wzruszyłaby ramionami, gdyby nie wiedziała, że spowoduje to kolejną salwę bólu. Ale Laurent jej nie słuchał. Poczuła, że zaczyna się denerwować. Na przekór wszystkiemu więc wstała, opierając się o drzewo i jego samego, i machnęła na Alexandra wolną ręką, by dał jej spokój. Poczuła przypływ energii, którą oddał jej mężczyzna. Na swoje nieszczęście chyba, bo ruda wydawała się zła. Nie będzie jej mówił, co ma robić - pierścionka na swoim palcu nie widziała. A nawet gdyby tam jakiś był, to też nie mógłby jej zmusić, ot co. - Pozwól, że nie ty będziesz decydować o tym, czy pójdę do szpitala, czy nie, dobrze? Burknęła oskarżycielsko, sięgając do kieszeni kurtki. Wyciągnęła paczkę papierosów i odpaliła jednego mugolską zapalniczką. Zaciągnęła się mocno, pozwalając, by gryzący dym wypełnił jej płuca. Spojrzała jeszcze na Alexandra. Biedny był, nie wiedział co tu się działo i jeszcze dostawał sprzeczne sygnały. Olivia westchnęła ciężko, mając ochotę trzepnąć Laurenta w głowę, tak dla zasady. Za to że sam mieszał w jej głowie. - Dziękuję, ale nie, poradzę sobie. Pójdę do ojca, żeby powiedzieć mu co się stało. Ktoś musi powiadomić brygadzistów, a im wcześniej, tym lepiej - była zła, ale nie potrafiła burczeć na biednego mężczyznę. Uśmiechnęła się do niego nawet słabo, dając znak ręką, by wrócił do wozu. - Zajmij się lepiej hipogryfami, to one są tu najważniejsze, pamiętasz? A potem zrobiła kilka kroków, by koncertowo złożyć się w pół, jak harmonijka. Po prostu padła jak domek z kart, najpierw przestały działać nogi, potem ręce, a na końcu kręgosłup zgiął się bezwiednie i wylądowała na ziemi. Odpalony papieros wypadł z jej dłoni w zupełnej ciszy, a Olivię spowiła ciemność, zupełnie jakby ktoś jej odciął prąd. Stało się - chcąc uniknąć wojny, została w nią wplatana. Oberwała od śmierciożercy, zwolennika Voldemorta, który razem ze swoimi kompanami miał za zadanie najpierw zniszczyć całą hodowlę Abby'ego, a potem jego samego, jako że był nieczystej krwi. Dobrze, że na miejscu byli inni - mogłoby się skończyć gorzej niż połamanymi żebrami. Koniec sesji
|