![]() |
|
[23.06.1972] The sense of me | Edward & Laurent - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +---- Dział: Lake District (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=150) +---- Wątek: [23.06.1972] The sense of me | Edward & Laurent (/showthread.php?tid=2273) |
RE: [23.06.1972] The sense of me | Edward & Laurent - Laurent Prewett - 12.12.2023 Wszystko to ładnie brzmiało - spadek krwi Prewettów. Owszem, był Prewettem, został przyjęty do tej rodziny jako Prewett, cieszył się względami, miał ułatwiony start i początek we wszystkim, co chciał osiągnąć, tylko dlatego, że miał to nazwisko. Tylko dlatego, że jego ojcem był właśnie Edward. To jednak, co było zadziwiające, to jego słowa. Nie była Prewettem. Aydaya nie była Prewettem. To brzmiało tak mocno, że wstrząsnęło nim. Podniósł na Edwarda spojrzenie, choć wystarczyło tylko obrócić głowę. Byli w zasadzie równego wzrostu, kiedy szli powoli, bo Laurentowi nie było łatwo iść prosto, z dumą, kiedy noga kuła przy nieostrożnych krokach. Osobą, o której nie powiedziałby, że jest Prewettem to on sam. Tymczasem Edward przedstawiał mu całkowicie inną narrację. Inną interpretację. Gryzła się z jego poglądem, z tym obrazkiem wymalowanym przed jego oczami i kującymi w oczodoły jak malutkie szpileczki. - Rozumieć... ja ją rozumiem. - Jego głos znów lekko się napiął, tak jak i jego przeszedł ten dreszcz roztargnienia, duszonej frustracji. Na wszystko i na nic jednocześnie. Głównie na samego siebie, że nie potrafił tworzyć w sobie złości, która miałaby gładkie ujście do świata zewnętrznego. - To moja wina? Że nie jest w Trucji, że zrobiłeś... zrobiłeś... pomyłkę... i teraz ją przypominam? Nie, to nie moja wina. A ona traktuje mnie tak, jakby to moją winą było. - Miał o to żal. Bo przecież się starał, tak mocno, tak intensywnie... I cóż z tego. - Chciałem, żeby widziała we mnie syna. Starałem się. - A teraz się nie starał? Coś w nim pękło. Coś przekroczyło jego pole, w którym istniał absolutny ideał. Nie było ideałów. Ziemia dawno wołała o pomstę do Nieba, bo anioły o nią nie uderzały. Te ponoć stworzone na wzór boski istoty jeszcze przed człowiekiem. Więc czemu to anioł człowiekowi miał się kłaniać? - Również tęsknię za swoją matką i nie przenosiłem tej frustracji na nią. - Słychać było po jego głosie tą irytację. Tylko na cóż się tu denerwować, Aniołku, skoro ludzkie emocje były takie nieobliczalne? I znów - na innych, na siebie to samego? Przecież nie było winnych tam, gdzie każdy był stratny. Wiem, wiem, wiem... Ty to wszystko wiesz, ty to wszystko rozumiesz, więc wszystko możesz wybaczyć. A jednak boli. Irytuje, ponieważ boli. Ponieważ tyle już bólu zostało wybaczonego, że świat powinien okazać sprawiedliwość. Niech w końcu przestanie boleć. Sprawiedliwość jednak nie przychodziła. - W to akurat uwierzę... - Uśmiechnął się nietęgo, kiedy Edward tak frywolnie użył słowa "skurwiel". Nie to, że go to dziwiło, ale za każdym razem Edward potrafił go przytłoczyć swoją... lekkością. To chyba jedno z wielu jego błogosławieństw, co? Powinien też sam się tak poczuć - lekko. Był przy ojcu. Więc powinien móc być sobą. Nie. Mógł być sobą w wersji akceptowanej przez Edwarda, prawda? Każda inna wersja była niedopuszczalna. Świat był stworzeniem boskim - więc podług ruchu dłoni Boga poruszały się w nim zjawiska. - Brak cierpliwości i energii to chyba nie jest to samo co stany lękowe... - I napady ataków paniki. Ale nie sądził, żeby dało się na tym polu z Edwardem spekulować i dyskutować. - Może usiądziemy w letnim salonie? - W zimie dało się tam siedzieć tylko wtedy, kiedy zaczarowało się pomieszczenie - było za zimno, tak po prostu. Wina wielkich okien i otwartych przestrzeni wychodzących na piękne ogrody. I kiedy szli w tamtym kierunku zaczął opowiadać. O statku, o śpiących tam, o perłach od króla trytona i o przekleństwie sprowadzonym na to miejsce przez żal matki i rozpaczliwe pragnienie utrzymania córki przy życiu. O walce o to, by perły zniszczyć, by obskurus dziecka odzyskał swoją wolność, o żywych trupach i upiornej duszy, która to wszystko trzymała klątwą, wysysając życie z każdego, kto się tam pojawił. Ale klątwa została złamana. I dusze odeszły do Limbo. Wolne. RE: [23.06.1972] The sense of me | Edward & Laurent - Edward Prewett - 18.12.2023 - Wiesz, to rozumienie Aydayi jest względne, bo tak naprawdę mężczyźni nigdy nie zrozumieją kobiet w pełni, więc nie analizowałbym zanadto jej psychiki... Tylko jej o tym nie mów, bo z kolei ja będę w tarapatach - zaśmiałem się. Już widziałem oczami wyobraźni, jak bardzo musiałbym nadskakiwać i się uginać żeby mi wybaczyła podobne słowa. Nie przepadałem za nadskakiwaniem i uginaniem się, więc ograniczałem to do minimum. Podobnie w sprawie Laurenta, ale cel uświęcał środki, wiec to znowu nie było jakieś bolesne, jeśli mogłem zatrzymać ich dla siebie, czy Aydayę, czy Laurenta. Za wszelką cenę, tak. - Nie chciałbym zanadto wchodzić w uczucia Aydayi, bo nie mam ich pełnego obrazu, ale mam nadzieję, że pokrzepi cię fakt, że również marzę o tym, by pewne osoby miały do mnie inny stosunek, a jednak nie mam na to wpływu - wyznałem, w drodze kładąc swoją dłoń na ramieniu Lorka. Kolejne pokrzepienie. Ciepły gest. Przecież nie byłem tyranem, tylko kochającym ojcem, chcącym po prostu miłości swoich dzieci, ich uwagi, bezpieczeństwa.- Jak najbardziej chodźmy do letniego salonu - odparłem, na razie nie komentując słów syna o stanach lękowych. Za bardzo się na nich skupiał. Czuł się przez nie gorszy, a nie zamierzałem na to pozwalać. Byłem pewien, że prędzej czy później poczuje w sobie tę siłę, moc, niezniszczalność. Wstanie i rozora swoją odwagą wszelkie oznaki depresji czy lęków. Przysiedliśmy w salonie, poprosiłem jakiegoś przypadkowego skrzata o herbatkę. W międzyczasie słuchałem opowieści Laurenta, która zapewne była długa i w miarę szczegółowa. - I co sądzisz o tej historii? O tym, co zrobiła matka dla swojej córki...? - zapytałem Laurenta z ciekawością, jak widział tę kobietę, która posłużyła się mroczną magią aby ratować swoje dziecię. Sam, cóż, poruszyłbym niebo i ziemię by ratować Laurenta. Ba!, właśnie poruszałem, bo cały sztab ludzi szukał tej mątwy, co zakradła się do jego snów. Guzdrali się. Żałosne, że nie znaleźli odpowiednio kompetentnej osoby, która byłaby w stanie go namierzyć we snach i unicestwić. Otrzymali wczoraj niemałą reprymendę, dlatego dziś postanowiłem nieco odetchnąć od pracy i obowiązków. Właściwie niedawno powróciłem z wyprawy. RE: [23.06.1972] The sense of me | Edward & Laurent - Laurent Prewett - 22.12.2023 Rozumienie kobiety, ach tak... Laurent potrafił je zrozumieć tak samo dobrze jak mężczyzn. To, co nimi prowadziło, czego potrzebowało, to, co powodowało, że wszystko się tak dziwnie łączyło w ich głowach i... te emocje, które drążyły Aydaye. Jej rzucanie się z boku na bok, obijanie o ściany. Głównie dotykała tej, w której niechęć do niego przezwyciężała, ale to nie tylko ta prowadziła jej zachowanie. Czasami się od niej odpychała i stawała się łagodna. Sympatyczna. Miała takie pojedyncze momenty, kiedy sądził, że to już, że to czas na zmianę, że teraz będzie inaczej. Nie, nie będzie. Z Edwardem też nie miało być inaczej. Teraz miło i sympatycznie, a coś się wydarzy nie po jego myśli i znowu pojawi się ciśnienie. Na samą myśl zrobiło mu się niedobrze. Był tym naprawdę zmęczony. Ganianiem za czymś prawdziwym, bardziej realnym niż powierzchowne odczucia, kiedy Edward i Aydaya mieli akurat dobre nastroje. Przecież nie na tym powinny wyglądać ich relacje. Pragnąć możesz wielu rzeczy, a ile z nich miało prawo się ziścić? - Jak to: nie chciałbyś wchodzić w odczucia Aydayi? - Nie zdziwiło go to, że akurat Edward powiedział coś takiego. Z jednej strony naciskał, że chciał zrozumieć, a z drugiej strony był taki jak teraz - że te skomplikowane odczucia i emocje były nieważkie. Że można na nie machnąć rękoma. Oczywiście, że można, skoro wszystko ograniczało się do tego, że zarówno on jak i Aydaya do niego wracali. Kochali go. Laurent starał się zaakceptować te wady, które tworzyły jego ojca i to, że nigdy nie dostanie od niego tego rodzaju uwagi, której potrzebował. Że musi się zadowolić tym, co ma i co jest w stanie mu Edward dać. Bo dawał miłość - w to nigdy nie wątpił. - Sądzę, że była okrutna. - Czy można mówić o usprawiedliwianiu czynów przez emocje? Przez pryzmat tego, że to twoja rodzina, że chcesz ją chronić? Laurent uważał, że tak. Ale były pewne granice, których się nie przekraczało. Tak jak to, czego dokonano na statku. - Nie da się przywrócić zmarłych z drugiej strony. Nie ważne, jak bardzo się chce. Przez nią cierpiała jej córka i wiele innych ludzi. RE: [23.06.1972] The sense of me | Edward & Laurent - Edward Prewett - 28.12.2023 Najwyraźniej ta dyskusja przechodziła w coś na miarę pułapki. Laurent zadawał niewygodne pytania odnośnie Aydayi, jej uczuć i obycia, kobiecej natury i tego, w jaki sposób ja to widziałem. Sam sobie byłem winny, bo poniekąd go ku temu skusiłem swoimi stwierdzeniami, próbując być solidarnym z synem, ale... najwyraźniej to nie było wystarczające i mogło mi przysporzyć niemałych kłopotów. Na szczęście, kochałem Aydayię, a ona mnie, więc żyłem w przeświadczeniu, że nic nie mogło zniszczyć naszego małżeństwa. - Może inaczej: nie chciałbym mówić za Aydayię, bo moje wyobrażenia jej uczuć nigdy nie będą odwzorowaniem tego, co tak naprawdę czuje. Mogę obserwować, gdybać, mieć teorie na ten temat, ale pełny i prawdziwy obraz jej uczuć będzie dostępny tylko i wyłącznie dla niej, więc... dlatego nie chcę nadwyrężać naszych męskich umysłów. Najzwyczajniej w świecie nie ma to sensu - odparłem, rozpościerając się wygodnie w fotelu. Uśmiechnąłem się delikatnie, po czym wzruszyłem nieznacznie ramionami. - Poza tym najważniejsze nie jest to, żebym wchodził w jej odczucia, tylko ją kochał i szanował - stwierdziłem w ramach puenty, myśląc o tych wszystkich momentach, w których zdzierała ze mnie wszelkie troski, po prostu będąc w moim otoczeniu. Tak, piękne wizje, ale były również te, w których również nie miała dobrego humoru, a wtedy... Chętnie się ulatniałem żeby odetchnąć i pozostawić ją samą, z jej barwnymi obrazami, magicznym słońcem i tym wszystkim, co ją bardziej w ówczesnej chwili pocieszało bardziej niż ja... I nie było co się tyrać, co dołować, że było się dla kogoś obciążeniem, zbytkiem, bo potem znowu do siebie wracaliśmy zafascynowani. Stare konie, których więzi nie rozerwie nawet czas i inne towarzystwo. Dziwne porównanie, ale niech mi będzie. Zmierzyłem wzrokiem Laurenta. Pokiwałem głową na jego stwierdzenie na temat czarownicy ze statku i zastanawiałem się, czy podzielić się z nim swoją opinią na ten temat. Uważałem jednak, że to mogłoby nas zdecydowanie bardziej podzielić aniżeli połączyć, więc ugryzłem się w język i odetchnąłem lekko. - Masz rację, że przez nią cierpiała jej córka i wiele innych ludzi... A jak ty się czujesz? Po tym zdarzeniu...? Rozmawiałeś już z kimś o tym...? - zapytałem z troską. Wydawał się spokojny, jakby przeszedł z tym lekko w codzienność, jednakże był poszkodowany i zmęczony - tego nie dało się nie zauważyć. - Może... chciałbyś stałą ochronę? Kogoś, kto będzie z tobą... w podobnych sytuacjach? - zapytałem Laurenta, przyjmując też jednocześnie filiżankę z herbatą od skrzata. Nie chciałem synowi wciskać ochrony... Właściwie to chciałem. Miałem aby nadzieję, że sam będzie ją chciał. Obawiałem się, że przykaz mógłby na niego podziałać jak płachta na byka? Najgorzej. RE: [23.06.1972] The sense of me | Edward & Laurent - Laurent Prewett - 01.01.2024 Nie chciał tego zamieniać w pułapkę, nie chciał tworzyć tutaj manipulacji, to nie o to chodziło. Ale wyciągał ze słów Edwarda rzeczy, które trochę mu się nie podobały, w które wątpił i jednocześnie wiedział, że nie ma potrzeby pytać. Że nie powinien. Zanim to "nie powinieneś" docierało w pełni do jego głowy, to filtrował pewne słowa i oto powstawało zdanie, które opuszczało jego usta. Edward miał swój sposób na przelewanie myśli i przekonywanie drugiej strony do swojej racji. Talent do wychodzenia z niezręcznych formalnie sytuacji do takich, w których pokazywał, jaki to nie był wspaniały. Ta sytuacja dokładnie taka była - wyszedł z nią z twarzą. Ostatnią rzeczą, o jakiej jednak myślał było wsadzanie kija niezgody między Edwarda i Aydayę. Cieszyło go to, że byli razem szczęśliwi, chociaż nie wiedział, czy sam potrafiłby kochać kogoś, kto ma potrzebę ciągłego oglądania się za kimś innym. Może by mógł..? - Ach... rozumiem. - Tak, człowiek miał problem zrozumieć drugiego człowieka, a przepaść między kobietą a mężczyzną była kolosalna w mentalności. Myśli kobiet były połączone jak setki dróg - przecinały się, tworzyły chaos, ale niektóre potrafiły się w tym odnaleźć i poukładać. Umysł mężczyzny był bardziej jak... magazyn. Poukładany. Przynajmniej w takiej banalnej prostocie mógłby powiedzieć o tym, co mu się wydawało, albo co zaobserwował przez ten czas. Bo można się było nad tematem rozwodzić. - Podziwiam waszą więź. Mam nadzieję, że moja również się tak rozwinie. - Wspominał mu o tym - że się zakochał. Ale nie mówił teraz tego z takim samym entuzjazmem z prostego powodu - ta osoba już się do niego nie odzywała. Bóg może wiedział, dlaczego, a może sekret znał tylko Diabeł. Przerażająca pustka dzwoniła w ciszy. - Ja... - Jak się czujesz. Nie, nie rozmawiał o tym z kimkolwiek. O tym, że przeciął sobie żyły, żeby się stamtąd wydostać, że nigdy wcześniej morze nie buzowało tak mocno w jego żyłach i jakie to wszystko było tragiczne. Powinien się z tym wszystkim czuć jakoś. W ogromie tego stresu i problemu jednak miał wrażenie, że niczego nie czuł. - Mam wrażenie, że to był sen. - Ale nie był. Miał perłę, jedną z tych, które do niego przemawiały i ranę na nodze, która trochę utrudniała funkcjonowanie na ten moment. Edward zaskoczył go jednak tym pytaniem. Czy to znowu był jakiś podstęp? Ha! Tak! Już zaraz temat wyszedł - ze stałą ochroną. Paradoksalnie odpowiedź wcale nie była jednoznaczna. Bo chciał. Chciałby, żeby ktoś nad nim czuwał, ale przy tym wszystkim, co wyprawiał to byłyby oczy Edwarda ciągle na jego karku. - Zastanowię się nad tym. - Odwlókł to w czasie, ale zastosował trochę grę Edwarda w jego własnych podchodach. - Nadal jesteś na mnie zły o Pandorę? RE: [23.06.1972] The sense of me | Edward & Laurent - Edward Prewett - 05.01.2024 - Też mam taką nadzieję, synu. Gdybyś potrzebował porozmawiać na tematy sercowe, to możesz na mnie liczyć... - zaproponowałem, tym samym zachęcając go do tego, by był bardziej otwarty w stosunku do mnie. Pragnąłem spędzać czas z moimi dziećmi, wiedzieć, czym się aktualnie zajmują, z kim spotykają, jakie drinki są ich ulubione i takie tam. I miałem świadomość, że ostatnio dosyć mocno wybuchnąłem, ale kiedy z perspektywy czasu o tym myślałem, to wcale się sobie nie dziwiłem. Pandora była niewdzięczna, ale jednocześnie taka niewinna... I, niestety, to nie była Lorka wina, że to on mi tę wieść przyniósł. Nie zamierzałem mu jednak tego mówić, tym samym przyznając się do winy. - Masz takie... wyparcie w związku z tymi wydarzeniami. To dobre, ale jeśli nie uderzy w ciebie później ze zdwojoną siłą. Przyznam szczerze, że ludzkie emocje, hehe, znowu nam tu temat schodzi na emocje, ale ogólnie chciałem rzec, że ludzkie emocje są dosyć złożone. Każdy reaguje inaczej, co też wcześniej mówiłem w stosunku do Aydayi, ale też kiedy poznasz przynajmniej w przybliżeniu tę osobę, w sensie partnerkę, siebie czy przeciwnika, to łatwiej ci się będzie dbało o związek, siebie czy też torturowało. Zależy od sytuacji - stwierdziłem z udawanie niewinnym uśmieszkiem. Wcześniej rozsiadłem się w fotelu, zakładając nogę na nogę, więc też jak gdyby nigdy nic pomachałem nogą niewinnie. Zresztą, Lorek był dorosły i z pewnością nie raz już słyszał o mrocznej stronie fortuny Prewettów. Czasami trzeba było kogoś przycisnąć, a najlepiej działało przyciskanie, kiedy łamało się delikwenta psychicznie. Co właściwie w tej chwili, w mojej głowie przypominało sytuację z naszego ostatniego spotkania z Lorkiem, aczkolwiek... była ułożona w całkowicie innym kontekście. Ja Lorka nie zamierzałem torturować i niszczyć dla własnych korzyści, tylko mu pomóc, wyhartować. - A z tym ochroniarzem wystarczy tylko jedno twoje słowo. Ewentualnie mogę oddelegować Kevina, żeby nauczył cię podstaw samoobrony fizycznej i magicznej - zaproponowałem, popijając herbatkę. Może nauka walki by mu pomogła w pewności siebie? Zrobiła z niego twardego mężczyznę? Dumnie wyprostowanego, a nie tę kluchę miękką, co się ulewała ze strachu. - Mógłbyś mieć większą kontrolę w takich, cóż, niebezpiecznych sytuacjach. Czasu nie cofniemy, otoczenia nie damy rady w pełni kontrolować, biorąc pod uwagę twoje doświadczenia na Perle Morza, więc możemy sytuację uginać pod własne możliwości - odparłem w ramach uzupełnienia, bo pomyślałem, że to wcale nie musiał być zły pomysł. Może Laurent był kruchej budowy, ale wiedziałem, że były techniki, które mogłyby z niego zrobić prawdziwego, niepozornego wojownika... A przynajmniej może nie wojownika, ale obrońcę. Napiłem się herbaty i odchrząknąłem, zanim mu odpowiedziałem na ostatnie pytanie. Jakaś część mojej dumy nakazywała mi, żebym w tej sytuacji nie obdarzał go spojrzeniem, szczególnie że niemożliwie się na nim wtedy zawiodłem. - Nie byłem na ciebie zły o Pandorę - ująłem to krótko, zastanawiając się, czy to będzie wystarczające dla Laurenta, czy będzie miał jeszcze jakieś pytania w stosunku do tego zdarzenia. RE: [23.06.1972] The sense of me | Edward & Laurent - Laurent Prewett - 06.01.2024 Zupełnie nie wiedział, czego się spodziewać po ojcu, gdyby mu oświadczył, że woli mężczyzn. I że nie chce za żadną kobietę wychodzić. Nie potrafił sobie wyobrazić jego reakcji, za to potrafił sobie wyobrazić reakcję macochy. Była zbyt dystyngowana, żeby rzucić talerzem, ale jedno, drugie, trzecie odmówienie... czy ona w ogóle przyjmowała taką możliwość, żeby Laurent powiedział "nie", którego nie odwoła? A wyjawienie tej śliskiej i niewygodnej prawdy pewnie tak długo by ją nie obchodziło, dopóki rzecz pozostawała w sekrecie i nie wpływała na reputację rodziny. Jak w ogóle miałby podejść do rozmów na tematy sercowe? Wcześniej chciał mu opowiedzieć o Kaydenie tak, jakby była śliczną szatynką, która pojawiła się w jego życiu. Dziwne, że tak reagował na jego maskarady w życiu codziennym, a kiedy pojawiło się hasło, że Pandora kogoś ma to oszalał. Gdyby Aydaya zrobiła krok w bok też by się popisał hipokryzją? Potem by nawet powiedział, że to żadna hipokryzja, bo... może postawny na szowinizm: bo mężczyźnie to wolno. Tak, coś takiego mógłby usłyszeć z jego ust. - Ciężko mi za tym nadążyć. Dużo się dzieje i wiele chciałbym przy tym osiągnąć. - Rozwinąć skrzydła, a nie pozwolić na ich połamanie czy powyrywanie lotek. Powiedział to dość ostrożnie, choć zgadzał się z tym, co Edward powiedział. Wiedza była cenniejszą walutą niż pieniądz, bo nie każdą można było kupić za galeony. Dlatego i mądrość była takim cennym przymiotem człowieka, która pozwalała zajrzeć do czyjegoś wnętrza i przewidzieć czyjeś ruchy. Nieco się spiął na wzmiankę o tych torturach wiedząc, że ojciec nie żartuje. Nie był jednak na tyle naiwny, żeby nie być świadomym tego, gdzie Prewett przemielali pieniądze. Starał się jednak nad tym przeskakiwać. Tak, wyparcie. Pomińmy temat - byle nie wrócił za parę lat, bo tak jak Edward powiedział - wtedy uderzy ze zdwojoną siłą. To, co cię boli, należało przepracować. Należało opatrzeć rany. - Nie radzę sobie najgorzej w trudnych sytuacjach tego typu. Jestem całkiem dobry z zaklęć transmutacji, jeśli zapomniałeś. A to bardzo uniwersalna sztuka magii. - Która pozwalała sprawnie się bronić jak i atakować. Laurent nigdy nie chciał jednak kogoś skrzywdzić... dobrze, może nie NIGDY. W samoobronie czasami potrafiły się dziać rzeczy odruchowe. Nikomu nie życzył jednak śmierci. - I mam Dumę. Jak dotąd mnie nie zawiódł. - Przynajmniej kiedy przy nim był. Dobrze wytresowany jarczuk zawsze był gotów do stanięcia w obronie swojego pana. - Nigdy nie miałem ambicji do zostania wojownikiem. - Ani do pracowania w brygadzie czy wśród aurorów. Miał dużo zajęcia i nauki związanej z jego zawodem. Co dopiero mówić o uczeniu się teraz samoobrony. Nie był na bakier - bo to była potrzebna wiedza. Miał jednak takie wrażenie, że brakowało mu na to czasu w kalendarzu i sił przerobowych. Chciał właściwie pytać dalej, ale uznał, że to zły pomysł. Nie chciał tego tematu rozbabrać. Nie chciał usłyszeć znowu czegoś niemiłego i to z przeświadczeniem Edwarda, że niczego złego nie powiedział i niczego złego nie zrobił. Milczał. RE: [23.06.1972] The sense of me | Edward & Laurent - Edward Prewett - 10.01.2024 Milczałem chwilę wraz z synem, a kiedy żadne kolejne pytanie nie padło, postanowiłem ustosunkować się do jego wcześniejszych stwierdzeń. Cieszyłem się, że była dziedzina magii, w której czuł się dobrze, wręcz całkiem dobrze, aczkolwiek nie zaszkodziłby trening. - Mimo wszystko proponowałbym trening. Z kimkolwiek. Nawet gdybyś miał wykorzystać transmutację w samoobronie. Taki trening wyuczy w tobie typowe odruchy obronne. Będziesz to po prostu robił, a nie zastanawiał się, co począć, w razie sytuacji awaryjnej... Z pewnością czułbym się pewniej, gdybym wiedział, że skorzystasz z tej możliwości. Jeśli nie chcesz mojej pomocy w tym temacie, to może weź któreś ze swoich przyjaciół... albo Vincenta - zaproponowałem, bo nie uważałem tego za coś złego, wręcz przeciwnie. Laurent miał zdecydowanie za dużo losowych przygód, żeby spać spokojnie. Jeśli nie przystanie na trening ani ochronę, to będzie miał przymusową ochronę albo dodatkowy cień za plecami - tak załatwiałem ważne sprawy. Po dobroci albo po rozkazie. Jakoś nie przeszło mi przez myśl, żeby Laurentowi zaproponować swoją osobę do treningu, ale może wyszło to na dobre. Jeszcze rzuciłbym tak wymyślnym zaklęciem, że nie obyłoby się bez kolejnej interwencji Florence, a jej podwójnej wizyty w ciągu dwóch tygodni to Keswick by nie wytrzymało. Byłem tego aż nader pewny. Źle też by było, wręcz tragicznie, gdybym dostał od Laurenta niezłe bęcki tą transmutacją... A już w ogóle tragicznie, gdyby miała mnie z tego ratować Florence. Zamrugałem kilka razy i czym prędzej pozbyłem się z myśli podobnych myśli. Brońże Matko Naturo przed podobnymi sytuacjami. - Poza tym... Phi, Duma... Pamiętaj synu, że Prewettowi żaden zwierz nie będzie wierniejszy od jego własnego abraksana. Czy wszystko w porządku u twojego...? - zapytałem niepewnie, bo nie sądziłem by jakakolwiek negatywna informacja na jego temat mi umknęła. A o abraksany to ja zapewne troszczyłem się bardziej niż o ludzi. - A ta Duma twoja, to... ten jarczuk, których hodowlą się zajmujesz? Co możesz mi o niej opowiedzieć. Chętnie posłucham... To coś zdecydowanie rzadkiego, a wiesz, że mam słabość do takich... okazów - odparłem, w pewnym momencie poprawiając się na fotelu, by bardziej nachylić się w kierunku Laurenta. Tak, nieskrywana ciekawość Edwarda Prewetta dawała się we znaki. Herbatka też od razu zwilżyła moje wargi, bo gotów byłem na wysłuchanie interesujących mnie informacji. Ciekawe, czy dopuszczonoby jarczuki do wyścigów psów...? Raczej nie sądziłem by to było zgodne z regulaminem. RE: [23.06.1972] The sense of me | Edward & Laurent - Laurent Prewett - 15.01.2024 Czy z jego strony to naprawdę była niewdzięczność, jak mu mówił Edward? Był niewdzięczny, bo nie doceniał tego, co dostał? Niewdzięczny, jak to mówiła Aydaya, bo powinien całować ich po stopach za samo to, że dostał nazwisko? To był największy przywilej? Słuchał ojca, myśląc, że ten się o niego troszczy, chce go chronić, chce o niego dbać. Chce, żeby był silny, niezależny i samodzielny. Żeby jednocześnie był blisko niego i słuchał swojego ojca tak, jak on to robił. Jedno z drugim wcale ze sobą nie kolidowało. Kogo chciał z niego zrobić? Drugiego siebie nie - mówił, że ta wrażliwość nie jest czymś złym. Jednak ganił i gnoił, kiedy czymś złym się stawała. Nie potrafił zrozumieć, jak powinien się czuć wobec swojego ojca. Jak powinien to wszystko traktować. Jak powinien się wobec tego ustosunkowywać. Wiedział, że Edward nie chce dla niego źle, że się o niego troszczy, a jednocześnie potem wszystko działo się tak szybko i on musiał to łapać w swoje słabe dłonie i starać się cokolwiek z tego ułożyć. Cokolwiek zrozumieć. - Dobrze. Postaram się zadbać o siebie i zacząć ćwiczyć. - Bez względu na to, jakie Edward miał życzenia to miał całkowitą rację, że w obliczu tego, co się wokół działo, powinien się bardziej za siebie wziąć. A jednak nie potrafił tego obiecać. Wszystko wokół niego tak szybko ewoluowało, migało i przemijało, że... że działo się aż nader szybko. Chciał mieć nad tym większą kontrolę - czy treningi to zapewnią? Żeby trenować musiałby zadbać o swoje ciało. Żeby zadbać o ciało, musiałby zadbać o swoją głowę. To wszystko łączyło się ze sobą, a kiedy wypadała chociaż jedna rzecz z tego łańcucha to tragedia pisana była czerwonym atramentem. A jednak - Edward się martwił. Laurent uśmiechnął się z wdzięcznością, spoglądając na przystojnego mężczyznę, który przed nim siedział i marząc o tym, żeby naprawdę stać się kiedyś jak on. Taki silny, taki pewny siebie, taki twardy. Żeby jego przyszły partner życiowy taki był, ale żeby nie brakowało mu zrozumienia i czułości, albo chociaż akceptacji, która nie nakazywałaby mu cisnąć, jak robił to Edward. - Nigdy bym nie pomyślał, że może być inaczej. Michael jest moim najlepszym przyjacielem. - Cokolwiek by się nie działo, Michael był zawsze dla niego, tak jak on był dla Michaela. Czy ta więź nie była dla ludzi dziwaczna? Czasem się nad tym zastanawiał. Może? Chyba? Nawet jeśli to nie dzielono się z nim tym spostrzeżeniem. Może każdy uznawał, że Prewett mieli po prostu jobla na punkcie swoich abraksanów. - Tak, wszystko dobrze. Chociaż w tym roku nie posyłam go na żadne zawody. Nie ma mi tego za złe, jak twierdzi, ale nie wiem... - Michael był dumny, ambitny. Przyjął jednak propozycję, żeby w tym roku nie podejmować zawodów niemalże ochoczo. Laurent wiedział, dlaczego. Martwił się. Michael dobrze widział, co się działo z Laurentem i wolał być obok niego. - A co chciałbyś o Dumie usłyszeć? - Dał się tutaj zaskoczyć, jakoś nie spodziewał się takiego pytania. Choć może powinien, skoro jakoś naturalnie temat zszedł im na kwestie stworzeń magicznych. - Owszem, rzadki, bo nie ma wielu hodowców. W Anglii jestem aktualnie jedynym. - I był z tego dumny i zadowolony. - Jarczuki hodowane są głównie na Ukrainie. Aurorzy używają ich tam do ścigania niebezpiecznych magicznych stworzeń. Albo czarodziei zajmujących się czarną magią. - Już mówił ojcu, że podejmuje się walki z przesądem dotyczącym nekromancji. Myślał też o tym, że przecież takie Ministerstwo również powinno mieć jarczuki na usługach. - Są bardzo niebezpiecznymi, silnymi stworzeniami. RE: [23.06.1972] The sense of me | Edward & Laurent - Edward Prewett - 21.01.2024 Pokiwałem głową. Radowałem się, że u Michaela wszystko w porządku. Co prawda, był abraksanem, który wciąż świetnie sobie dawał radę na wyścigach, aczkolwiek kiedyś musiał nadejść ten moment, kiedy odejdzie w cień, da szansę innym abraksanom na wyścigach. Nie ukrywałem, że ta informacja nieco mnie ucieszyła, bo oznaczała mniejszą konkurencję dla mojej stadniny, poza tym Michael miał mieć lepsze oko na Laurenta, gdyż nic nie będzie go rozpraszało w takim rozkładzie sił. - Zapewne, gdyby bardzo chciał wziąć w nich udział, zauważyłbyś to. Jestem tego pewny - stwierdziłem, biorąc poprawkę na wrażliwość emocjonalną Laurenta oraz ich więź ze sobą. Najpewniej od razu wyczułby, że coś nie grało, więc myślę, że nie było tematu. Gdyby Michaelowi zależało na tych zawodach, to byłoby to widoczne w jego zachowaniu. - Zawody to nie wszystko. Może realizować się na inne sposoby - zauważyłem. Mój abraksan już od lat nie brał udziałów w wyścigach. Radoslav był sędziwym abraksanem, ale wciąż energicznym i potężnym. Jeśli trzeba by było, to zwaliłby niejednego delikwenta z nóg siłą swoich skrzydeł. O kopytach nie wspomnę. Napiłem się herbaty i odstawiłem filiżankę, składając swoje dłonie. Zastanawiałem się, czemu akurat w tym kierunku poszedł Laurent by się wyróżnić na tle innych stajni, ale te jarczuki wcale nie były głupim tematem. Skoro na Ukrainie były wykorzystywane do chwytania czarnoksiężników, to może dobrze się działo, że były w kręgu zainteresowań Laurenta i że Duma gdzieś tam bywała w jego pobliżu, szczególnie w dobie istnienia tych, pożal się Bogini Matko, Śmierciożerców. - Są bardzo niebezpiecznymi, silnymi stworzeniami, ale rozumiem, że posłuszne swojemu panu? - dopytałem go. W głowie zaczęła świergotać mi myśl, czy nie zamówić u Laurenta wyhodowania kilku sztuk na moje własne zamówienie. Nie tyle do celów obronnych, co z czystej ciekawości, potrzeby kolekcjonowania pereł... Bylebym nie skończył pogryziony, bo tego z kolei bym nie zdzierżył. Moje zwierzęta miały być posłuszne. |