Secrets of London
[ 02.07.1972 ] – If I say the words - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Wokół Magicznych Dzielnic (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=118)
+---- Dział: Charing Cross Road (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=119)
+---- Wątek: [ 02.07.1972 ] – If I say the words (/showthread.php?tid=2276)

Strony: 1 2 3


RE: [ 02.07.1972 ] – If I say the words - The Edge - 28.11.2023

Flynn spoglądał na nią niedowierzająco. Nie miał pojęcia co miał jej na coś takiego odpowiedzieć - stał tak skołowany i przez moment mogło się wydawać, że taka głupota - odwrócenie jego uwagi na taką przyziemną przyjemność jak uwielbienie do wszelakich słodyczy było remedium na cały ten chaos i szał, jaki się zadział w jego głowie. To były naprawdę trzy długie sekundy, podczas których wykonał bardzo głęboki wdech wskazujący na próbę opanowania tych skołatanych myśli, ale kiedy tylko otworzył usta, żeby powiedzieć:

- Tak, chcę...

Spomiędzy warg nie wydobyło się nic poza takim zduszonym jęknięciem. Wtedy zrozumiał, że wcale sobie z tym wszystkim nie poradził, żadne ciasto nie mogło uwolnić go od ciężaru tych emocji, żadne dobre słowo nie potrafiłoby odsunąć od niego wizji wyładowania całej tej frustracji na czymkolwiek, co mogło ją przyjąć. Nawet się nie dziwił, że dla kogoś stojącego obok to wyglądało tak, jakby chciał uderzyć Elaine, ale on chciał uderzyć w cokolwiek. Był jak burzowa chmura, w której zbierało się napięcie i było to tak wyraźnie widać na jego twarzy - chwilowe zatrzęsienie warg i powiek, kiedy zadrżał i wydarł się, ale już nie żadnym słowem, tylko takim po prostu rykiem gniewu, zwieńczonym kopnięciem z całej siły w koło stojącego obok wozu.

Jednak nie chciał tego ciasta. Tym, czego teraz chciał, była samotność. Jakieś miejsce, gdzie mógłby uspokoić się we własnym towarzystwie i być może jakoś by się wreszcie ogarnął, ale znajdowali się w centrum pierdolonego Londynu. Gdzie on niby miałby iść, żeby się wyciszyć? Jakby się teraz poszedł przyćpać opium, to te zdziry by go od razu zaciągnęły za nogi w głębsze części Ścieżek. Solidarność jajników czy coś tam.

Pewnie by się odwrócił i poszedł gdzieś poryczeć, bo to w takich momentach zawsze pomagało najlepiej, ale... No właśnie, zawsze musiało być jakieś ale. Gdyby się je wszystkie podsumowało, być może zamiast mianem chuja określano by go mianem pechowca.

- Ż-żartujesz sobie kuurwa, że tutaj przyszedłeś.

I to nerwowo wypowiedziane zdanie było jedynym czasem na reakcję, jaki mu dał przed pierwszą próbą przyjebania mu prosto w nos.

[roll=PO]


RE: [ 02.07.1972 ] – If I say the words - The Little Fox - 28.11.2023

Gdy zobaczyła jak na chwilę przestał, jak na chwilę się zatrzymał czuła już ciepło nadziei, że udało jej się odwrócić uwagę od tej złości na swoją przeszłość, od chaosu w głowie, nawet udało jej się lekko uśmiechnąć, ale potem znowu wrócił poprzedni szał. Elaine stała nie wzruszona, czuła obawę, ale nie przed tym, że Flynn ją uderzył. Była pewna, że tego nie zrobi, że nie posunie się, aż tak daleko, aby ją uderzyć. Wtedy na pewno niczego by mu nie wybaczyła, wtedy na pewno już by się do niego nie odezwała i jebać to, że mordował, nie wybaczyłaby mu tego, że odważył się ją skrzywdzić. Ignorowałaby jego istnienie w tym miejscu, przestałaby zwracać na niego uwagę, ale była pewna, że tego nie zrobi, że nie zniszczy tego zaufania jakie wypracowali jako rodzina. Chciała mu zaproponować, aby po prostu poszedł z nią w jakieś ciche miejsce, aby posiedział, ale nie robił głupot, bo wtedy ta jego przeszłość na pewno go zmiażdży, że nie ma rzeczy, których nie rozwiążą, ale musiał dać sobie pomóc. Niestety – wtedy usłyszała głos Laurenta, spojrzała na niego z lekką obawą w oczach, czy on naprawdę oszalał?

– Laurent – powiedziała cicho i skinęła głową, że wszystko było w porządku. Jak miało być? Tu był jej dom, jej rodzina, nikt jej tu nie skrzywdzi. Nawet wzburzony jak burzowe chmury na niebie Flynn, nie miał prawa jej skrzywdzić, ale wtedy Flynn rzucił się w stronę Prewetta, a Elaine nie zdążyła zareagować. – Flynn! – krzyknęła i ruszyła za nim, ale nie wiedziała, co mogła zrobić, była zbyt słaba w takich sytuacjach, nie miałaby siły, aby go powstrzymać. Skrzywiła się, gdy uderzył Laurenta i lekko się cofnęła. Wzdrygnęła się i podeszła w końcu bliżej mając nadzieję, że Pewett mu nie odda, ze odpuści jakąkolwiek bójkę, że pójdą na to JEBANE CIASTO I WSZYSTKO BĘDZIE ODPOWIEDNIO NA SWOIM MIEJSCU.




RE: [ 02.07.1972 ] – If I say the words - Laurent Prewett - 28.11.2023

Jak masz miękkie serce to nie możesz mieć szklanej dupy.

Z perspektywy osoby trzeciej rzecz, jaka się tutaj działa, jawiła się jako niebezpieczna. Tylko dla niego - bo jakoś nie pojawiało się zbiegowisko osób w tym obcym miejscu, nie przybiegali ludzie, żeby zobaczyć, co się dzieje, albo z chęcią niesienia pomocy Elaine. Znieczulica społeczna sięgała po same gardło, można było się nią przydusić. Masz dobrze wyglądać i się prezentować, a nie wyjaławiać swoimi słabostkami i lękami. Jakie zasady panowały tutaj? Ten obcy i egzotyczny świat, choć mający swoją wylęgarnię w znajomej Anglii, rodzimym państwie, był całkowitą zagadką dla młodego Prewetta. Tak jak życie Elaine tą zagadką było. Wrona zaś - och, ten był o dziwo bliższy przynajmniej o dwa uderzenia serca. Doskonały przydomek dla kogoś, kto nie sięgał mądrości i dumie kruków, ale kto był wystarczająco czarny i zgorszony przez świat, żeby myśleć o wronach. Wszystkożercy, ale i padlinożercy, w niektórych odmianach nawet z krukami mylone. Ponury zwiastun zimy. I jednocześnie tak pospolita, bo przecież nie brakowało morderców na Nokturnie. Szczególnie w jego głębinach. Tym nie mniej dla Laurenta mógłby być Krukiem - bo zwiastunem śmierci. Najbardziej brutalną osobą, z jaką bezpośrednio miał styczność, która przerażała go wtedy - teraz przerażała równie mocno.

Jego serce ścisnęło się znów w ten bolesny sposób, oddech zatrzymał w klatce piersiowej, kiedy usłyszał głos Flynna. Zrobił swój kolejny półkrok w tył. Bo tylko tyle zdążył w zasadzie zrobić. Uniósł ręce, jakby chciał do siebie nie dopuścić Flynna, albo go odepchnąć. Tylko że jego ramiona nie stanowiły żadnej przeszkody dla wyćwiczonego mężczyzny.

- Nie, Crow, proszę... - Odezwał się cicho, błagalnie, a w następnej chwili go zmroczyło. Jęknął. Ból rozlał się pod czaszką, nie dając mu nawet czasu na poużalanie się nad swoją głupotą i mizernym losem. Wplątywaniem się w historie ludzi, w których nie powinien mieć udziału - nawet jeśli były to historie, które kiedyś splotły ich nici przeznaczenia.

Zrobił dwa kolejne kroki w tył, ale teraz były to kroki ratujące jego równowagę, kiedy się lekko pochylił, unosząc dłonie do twarzy. Nic nie trzasnęło, więc chyba było to jego wielkie szczęście.

- Przepraszam... Crow, przepraszam... - Odezwał się przez głębokie wdechy i znów wyciągnął jedną rękę w kierunku czarnowłosego, jak do dzikiego zwierzęcia, które chcesz utrzymać na odległość ramienia.




RE: [ 02.07.1972 ] – If I say the words - The Edge - 29.11.2023

Chciał przywalić mu mocniej, na tyle mocno, żeby się od tego ciosu wyłożył, ale Laurent dzielnie utrzymał się w górze. To rozzłościło go jeszcze bardziej, a Elaine wciskająca się pomiędzy ich dwójkę nie miała żadnych szans w poskromieniu tego, co huczało teraz w jego głowie. Przypisując do niego ptaki, Laurent pomylił się wielce, prawda o naturze duszy Flynna była czymś bardziej skomplikowanym, ale nawet by się nie zdziwił, słysząc takie wyobrażenie na temat siebie. Teraz kiedy spoglądał na młodego Prewetta, można było dojrzeć w jego oczach coś kojarzącego się z głębokim gniewem. Wzrok miał pełen zaciekłej złości, kipiało z niego jak z gara, ale nie tylko takie fale emocji rozsadzały jego serce. Emocje Flynna były przewrotne - zawsze był jak wulkan gotów wybuchnąć w każdej chwili, ale to przecież nie zawsze był chaotyczny gniew. Po prostu był na niego cholernie zły. Nigdy by nie powiedział, że Laurent odegrał w jego życiu znaczącą rolę, stanowił jeden z drobniejszych puzzli rozsianych gdzieś z boku wielkiego obrazu jego biografii, a i tak przyniósł mu wielkie rozczarowanie.

- Przestań, El, przecież jemu się to kurwa należy - warknął, odsuwając ją na bok tak daleko jak tylko mógł, bez ryzyka, że dziewczyna od tego upadnie, ale i tak zrobił to nieco zbyt gwałtownie. W takich chwilach kontrola stawała się iluzją. Widać było pęknięcie w obrazie tego brutalnego mordercy, bo się na moment odwrócił w jej kierunku i upewnił, że nic jej nie jest, ale jednocześnie posłał siostrze takie błagalne spojrzenie - odsuń się - chociaż wątpił, aby mu w takim momencie mogła w pełni zaufać.

Rozsądny by się po prostu wycofał, on zaś postępował wciąż jak niewolnik własnej burzliwej natury - to ona pociągała tu za sznurki - sam Bell pełnił rolę marionetki. Strzelił go w to wystawione do przodu łapsko i złapał za fraki, pchając Laurenta w kierunku najbliższego wozu, żeby go tak do niego przygwoździć.

[roll=PO]
- I żebyś kurwa wiedział, że powinieneś mnie przepraszać, ty niewdzięczny, bezmózgi platfusie. - Mówił to przez zaciśnięte zęby. - Zagraj przeciwko mnie albo mojej rodzinie jeszcze raz, to zdechniesz razem z tymi swoimi chabetami. - Kurwa, nigdy nie myślał, że będzie komuś groził zabiciem niewinnego zwierzaka, ale przecież nie powie „zabiję ci siostrę”, kiedy Elaine stała obok. Co prawda nie zabiłby ani siostry, ani koni, ale nikt o tym wiedzieć nie musiał, a to był tak łatwy cel, bo Prewett spuszczał się w gazecie nad tym New Forest, jakby to było jakieś niesamowite odkrycie, że zwierzęta mieszkają w lesie i dobrze się tam czują.

Następnie, kończąc poprzednio nieudany ruch, szarpnął Laurentem tak, żeby pierdolnąć nim na brukowaną ulicę. A jeżeli mu się to nie udało, to po prostu dalej się z nim szarpał.

[roll=PO]
- Mów komu o mnie powiedziałeś. Pracujesz jeszcze na Ścieżkach?


RE: [ 02.07.1972 ] – If I say the words - The Little Fox - 30.11.2023

Próbowała powstrzymać Flynna od uderzenia Laurenta, próbowała nawet stanąć między nimi, ale nie miała tyle siły, aby siłować się ze swoim bratem. Jasne potrafiła utrzymać się na rękach, potrafiła wykonać multum akrobacji przez długi czas, siły jej nie brakowało, ale nie potrafiła się szarpać z innymi osobami, nigdy nie chciała nikomu zrobić krzywdy, bójki do niej nie pasowały. Nie potrafiła się bić. Moment, w którym Flynn od odepchnął, a ona się cofnęła było czymś, co w niej zapaliło żal i gniew. Była wściekła, że jej brat reagował, aż taką agresją, była wściekła, że Laurent przyszedł akurat teraz, że nic nie robił, że się nie bronił, że nie potrafił w jakiś sposób odpowiednio zareagować, miała żal do Flynna, że ją okłamał, że nie powiedział jej prawdy, chociaż szczątkowej. Nie potępiłaby go, nie miała do tego prawa, każdy w tym cyrku miał swoje za uszami i nikt nigdy nie wnikał w to, co oni robili. Byli wyrzutkami, byli sierotami, nikt ich nie chciał, więc nie mogłaby źle spojrzeć na Flynna przez to, że zrobił coś strasznego tam, bo wiedziała, że jej nie zrobi krzywdy. Patrzenie jak miota się bezradnie i próbuje zbić Laurenta powodowało, że zaczynała się gotować.

Jej umysł na chwilę zniknął, zapadł się gdzieś w głąb jej podświadomości, jej oczy zaświeciły się i po chwili padła na ziemie, a w miejscu, gdzie jeszcze chwilę temu stała drobna, rudowłosa dziewczyna pojawił się wielki lis z dwoma ogonami, który zaskomlał niczym płaczące dziecko i wyszczerzył zęby w stronę dwójki mężczyzn obijających się o ścianę przyczepy warcząc przy tym groźnie. Słodka Elaine zniknęła, a pojawiła się bestia o strasznych, świecących oczach.




RE: [ 02.07.1972 ] – If I say the words - Laurent Prewett - 30.11.2023

Opanowany chwilowym bólem nie załapał momentu, w którym powinien sam łapać Elaine, żeby ją odsuwać - chować najlepiej za sobą, bo nigdy nie wiesz, co rozjuszonej bestii przyjdzie do głowy. Nic dobrego. Nic mądrego. Nic, co ugłaszcze cię do snu z pozytywnym końcem. Marna była z niego tarcza, ale na pewno lepsza niż jej brak. Akcja nie przystawała jednak w miejscu i nie dawała czasu na wytchnienie. Kobieta się wślizgnęła między nich i równie szybko została odsunięta na bok. Zbędny element dla gniewu Flynna, który jego ujścia nie szukał w swojej siostrze. Powód, dla którego Laurent się tutaj pojawił i ostatnie, czego mimo wszystko się spodziewał to tego, że rzecz bez najmniejszej kontroli przechyli się do stanu całkowitej bezradności.

Widział już tą wściekłość. Gniew przypisujący rolę Crowa bardziej bestii niż człowiekowi. Nigdy ten gniew jednak nie był bezpośrednio skierowany na niego, bo chodził obok tego człowieka na paluszkach, nie chcąc budzić bestii. Nie chcąc jej stroszyć, prowokować. Nie chcąc, by zwróciła się ku niemu dokładnie tak, jak zrobiła to teraz i dzisiaj. Odtrącona ręka została cofnięta, a jego biała koszula zmięła się w rękach Flynna. Sięgnąć po różdżkę? Przemoc ponoć rodziła przemoc, ale brak reakcji przecież też zupełnie nie wchodził w grę. Bo nie wchodził... tak?

Należy się? Nie. Nie należało mu się. Nie należało mu się za nic, a jednak magiczna data drugiego każdego miesiąca chyba miała być już opisana jego nadmiernymi chęciami, które były karmione beznadziejnymi wyjściowymi. Krzywdą ciała. Bolesnym rozczarowaniem. Takim samym, jakie on wniósł do życia Flynna, choć obaj nie byli dla siebie wcale znaczącymi punktami własnych historii. Złapał mężczyznę za ręce nieco się zapierając na ziemi - ku swojemu zdziwieniu całkiem skutecznie. Może to adrenalina tak na niego zadziałał, a może jeszcze coś innego? Odtrącił jego rękę i wysmyknął się z tego uścisku, nie pozwalając się dopchnąć do tej przyczepy.

- Uspokój się, Crow... - Próbował dalej, jedną dłoń ciągle opierając na skórze przy nosie, gdzie padł cios, który dzięki bogom nie złamał go i nie puściła od razu krew. Żal i złość same w nim zebrały, bo niby czemu miałoby mu się należeć? Dlaczego musiał tak słono płacić za najmniejszy błąd i potknięcie? Wina należała do Crowa - to on nie powiedział o tym Elaine - łatwo pomyśleć, prawda? Laurent tak pomyślał lecz tylko przez chwilę. Przez ułamek sekundy, w którym uświadomił sobie, że kto by chciał o tym mówić? I dlatego sam nie chciał niczego mówić tej kobiecie, bo zasługiwała tak na prawdę, jak sam Crow zasługiwał na inne życie. Dlatego to była sprawa między nimi, ale przypadkiem stał się jej częścią. Przypadkiem potknął się o własne nogawki i wylądował między nimi. - Nie gram przeciwko tobie, nic takiego nie miało miejsca. - Zapewniał go, dalej starając się utrzymać dystans przynajmniej kroku między nimi. To wyglądało jak taniec z nieoswojonym wilkiem, który chciał kąsać. Flynn zrobił do niego kolejny szybszy krok, więc Laurent również szybciej się cofnął, czując coraz większy ścisk w klatce piersiowej i przyśpieszony oddech. Jego oczy mignęły w kierunku Elaine, która z uroczej niewiasty przemieniła się w dwuogoniastego lista - istotę, o których słyszał, ale jakiej nigdy nie miał okazji oglądać. To serce w tym momencie prawie podeszło mu do gardła. Czy ona będzie skakać na kogoś z nich?

- Nikomu o tobie nie powiedziałem. Dawno mnie nic nie łączy z tamtym światem. - A ciebie? Nie zadał jednak tego pytania. Bał się, że jeśli sięgnie po różdżkę to tylko bardziej zaogni ten konflikt i wtedy już nie tylko Flynn będzie jego problemem. Z drugiej strony jeśli samemu sobie nie pomoże - to kto mu pomoże? Wyciągnął ją i jeśli Flynn nie zdążył mu jej wytrącić to spróbował transmutować ziemię pod nogami Flynna, żeby wypuściła korzenie, które zatrzymają mężczyznę w miejscu.


Jeśli Flynn zwali następny test (swojego rzutu nie robię, bo mam zawadę ze przegrywam każde fizyczne porównania testów) to:
[roll=PO]


RE: [ 02.07.1972 ] – If I say the words - The Edge - 05.12.2023

Uspokój się! Jak on nienawidził kiedy ludzie mu to mówili. Uspokój się! Dlaczego niby miał być spokojny, dlaczego miało mu na tym zależeć...? Może on po prostu chciał być tą furią, może chciał to z siebie wydobyć raz na zawsze - zgnieść coś i poczuć tę chorą satysfakcję, kiedy to wszystko opuszcza cię we właśnie taki, a nie inny sposób. Z każdym kolejnym nieudanym ciosem jego gniew narastał, a on przestawał „nie móc się opanować” - on po prostu stracił kontrolę nad tym co myślał. Był nietrzeźwy. Nie od alkoholu, tylko od emocji. I tak, jeżeli dożyje jutra, to będzie tego bardzo, ale to bardzo żałował. Tylko żeby nastało jutro, trzeba było przetrwać dzisiejszy dzień.

Nie będzie szmata rzucała w niego żadnych zaklęć. Strzelił go w to łapsko.

[roll=PO]
Nic takiego nie miało miejsca?!

Oczywiście, że miało. Zdradzenie go przed rodziną nie było czymś, czego sobie życzył. Ile to już było? Cztery lata bycia cichutkim, cztery lata trzepotania rzęsami do Alexandra w celu uniknięcia niezręcznych pytań, cztery lata udawania, cztery lata duszenia sobie całej tej koszmarnej prawdy o własnej przeszłości, żeby jeden debil nie mógł utrzymać języka za zębami. Jeszcze gdyby to był ktoś, kto go zwyczajnie nie lubił - okej, zawsze wiedział, że ta sielanka nie będzie trwała wiecznie i kiedyś Bellowie wyrzucą go z cyrku, ale to był Laurent. Zrobił dla tej dziwki o wiele więcej niż musiał, a on tak mu się odpłacał?

W dupie miał to, czy udało mu się stworzyć te korzenie, czy nie, włożył cały ten gniew i energię w to, żeby kopnąć go z całej siły w brzuch, albo cokolwiek czym zechciał ten brzuch zasłonić. Pierwszy raz od naprawdę dawna chciał zobaczyć cudze cierpienie.

[roll=PO]
Ale nie cierpienie Elaine.

- Leż na ziemi albo wejdź do wozu. Jak cię ugryzie, to nigdy sobie tego nie wybaczy - zakomunikował, chociaż nie miał pojęcia czy do Prewetta w takim stanie coś dotrze. Znalazł się więc pomiędzy nimi, przyjmując pozycję obronną. Zamierzał złapać Sionnach i utrzymać jej pysk, zanim którykolwiek z Bellów nie zareaguje, chociaż krzyk skierował do konkretnej osoby.

- Fieeeeeeeeeeeeeery!


RE: [ 02.07.1972 ] – If I say the words - The Beast - 05.12.2023

Fiery właśnie siedziała sobie na jakiejś skrzynce. Głaskała jednego ze swoich braci za uchem; znaczy lwa, strasznego, potężnego, ogromnego który wzbudzał strach niemalże w każdej napotkanej osobie. W ręku trzymała szczotkę, bo przed chwilą skończyła wyczesywać mu włosy. Niby wiosna już minęła, powinni przestać linieć, jednak jak na razie nie szło im to najlepiej. Theo, bo to chyba był on mruczał przy tym całkiem głośno, chyba mu się podobało to czesanie. Cóż, dbała o nich, jak umiała, kiedy znajdowali się w takiej postaci. To było wszystko, co mogła im zaoferować. Nie mogła znaleźć sposobu, żeby przywrócić ich do ludzkiej postaci, to niech w tej zwierzęcej czują się zaopiekowani. Przygotowała też im posiłki, ogromne misy pełne surowego mięsa - czekały na to, aż zgłodnieją.

Nie było w tym nadzwyczajnego. Beast spędzała w ten sposób większość czasu wolnego, no chyba, że próbowała kogoś okraść, jednak akurat w tym momencie tego nie robiła. Brakowało tylko tego, żeby ofiarami jej kleptomanii stała się jej rodzina. Miała w sobie odrobinę przyzwoitości.

W pewnym momencie do jej uszu dobiegł krzyk. Ktoś ją wołał, znała ten głos bardzo dobrze. Tylko dlaczego, aż tak się darł? Nie spieszyła się specjalnie. Pewnie znowu miał problem z wybraniem koszuli, sprawdzeniem, czy jego skórzane spodnie odpowiednią podkreślają jego dupę, albo czymś podobnym. Powoli zeskoczyła ze skrzyni. Pogłaskała każdego z braci na do widzenia, po czym ruszyła w stronę głosu.

Usłyszała go gdzieś zza przyczep, tam też więc się znalazła. Zanim jeszcze zobaczyła, co się dzieje powiedziała dosyć głośno. - Co się drze. - Gdyż zastanawiało ją dlaczego Flynn tak bardzo jej w tym momencie potrzebował. Kiedy już weszła głębiej, dotarło do niej, co się dzieje. Ich śliczna, młodziutka Elaine, chyba trochę zwariowała. Ktoś ją musiał zdenerwować, czy coś, na całe szczęście mieli ją. Przetarła między palcami srebrny gwizdek, który miała zawieszony na łańcuszku na szyi. Po chwili w niego dmuchnęła, żeby odwrócić uwagę dziewczyny od tych dwóch, co się tarzali po ziemi. Spojrzała jej w oczy, nie mrugnęła przy tym ani razu, chciała pokazać, kto jest tutaj prawdziwym drapieżnikiem.


Niech będzie charyzma
[roll=Z]


RE: [ 02.07.1972 ] – If I say the words - The Little Fox - 06.12.2023

Sionnach zawarczał w stronę Flynna, gdy zaczął głośno wołaś Fiery. Postąpił krótki krok w stronę mężczyzny. Jego ruchy były wolne, pysk wisiał nisko nad ziemią, Flynn mógł zobaczyć idealnie ostre zęby, które chciały się w nim zatopić i rozszarpać jego duszę na strzępy za to, że nie słuchał się swojej siostry. I po co ci to było? W tym czasie pojawiła się The Beast, użyła gwizdka, a lisia bestia zakołysała łbem skomląc głośno. Odwróciła się do kobiety i spojrzała w jej oczy. Fiery musiała się niespokojnie poruszyć, bo Sionnach zawył i postąpił kilka kroków w jej kierunku. Kobieta upadła a bestia rzuciła się w jej kierunku, ugryzła ją w stopę przebijając buta i kalecząc jej stopę. Oczy lisa zaświeciły się niebezpiecznie, ale lis wyczuł jakiś dziwny zapach od buta Fiery, jakby siki jakiejś dzikiej bestii, co sprawiło, że Sionnach poczuł się zagrożony. Wycofał się automatycznie kuląc z dala od treserki. Powarkiwał dziko i czekał, czy ktoś wykona ponownie jakiś atak w jego kierunku. Lis znał to otoczenie, znał też Fiery – nie raz miał z nią do czynienia i wiedział, że nie powinien jej lekceważyć.




RE: [ 02.07.1972 ] – If I say the words - Laurent Prewett - 09.12.2023

Łatwo było czegoś żałować. Zbyt łatwo. Popełnić błędy, których nie dało się cofnąć. W te błędy wpisywane były emocje. Jak czerń spodni Flynna przeszyte czerwonymi nićmi. Rzucającymi się w oczy i niekoniecznie idealnie komponującymi z tym, co artysta chciał przekazać. Emocje rzucały się na umysł, który był dla nich pożywką. Wygłodzone, umęczone wędrówką, chciały dorwać się do kawałka mięsa, który nie był przyzwyczajony do bronienia się przed nimi. Łatwo było więc żałować błędów. I zarazem popełniać je raz za razem - w kółko te same.

Utrzymał różdżkę w dłoni, ale odepchnięta dłoń sprawiła, że zaklęcie strzeliło na bok zaburzając względnie równą, wydeptaną przed przyczepą trawę. Strach osiadł w głębi jego brzucha i ścisnął żołądek, gdy to się nie powiodło - a Flynn ledwo muśnięty zaklęciem wyszarpnął się z niego i znalazł już przy nim. W końcu to takie naturalne - nie chcesz czuć bólu. Kurwa, w ogóle nie chcesz tu czuć! Nie chcesz przeżywać, nie chcesz się bać! Przed obliczem chwili i w mrugnięciu oka życzenia były nieważkie. Pobożne modły nie wysłuchane nawet przez Diabła.

Pokręcił głową leciuteńko w lewo i prawo, w niemym nie... ukształtowanym w umyśle zanim nadszedł cios. Ze ściągniętymi brwiami, z proszącym wzrokiem, z... ach, nie ważne. Ważne było to, że wszystko i tak się rozprysnęło w braku tchu i bólu, który zgiął go w pół. Opadł na kolana, opierając jedną ręką o podłoże, drugą obejmując się za brzuch. Czuł nic - i wszystko zarazem. Jego wnętrzności zostały w niego wciśnięte i przyszpilone do kręgosłupa, starając się teraz na nowo rozłożyć i rozprostować. Ale na pewno nie chciał się prostować on. Nie mógł, nie był w stanie. Z jego rozchylonych warg nie wydobył się nawet jęk przy chwilowym bezdechu, a każdy kolejny wdech był krótki i płytki, żeby tylko nie poruszać za mocno mięśniami brzucha. Dźwięki otoczenia przez moment odpłynęły, albo były, tylko on ich nie rejestrował. Świat zaczął się od "cię ugryzie..." - i niestety nie chciał na tym skończyć. Dopiero zaczął się bardzo powoli odtwarzać.

Powoli podniósł zbolały wzrok w tym całym zamieszaniu, jakie się tutaj stworzyło. Piski i warknięcia strwożonej sionnah... Sionnah. Laurent nie bardzo się teraz nad tym zastanawiał. Przerażone, zaszczute zwierzę, które będzie atakować przez poczucie osaczenia. A pomiędzy nim a istotą, którą była nie tak dawno Elaine były tylko - albo i aż - nogi Flynna. Jak cię ugryzie to nigdy sobie tego nie zobaczy..? Elaine? Sionnah? Dlaczego się zmieniła i dlaczego atakowała swoich? Kimkolwiek była kobieta, która przyszła sprawiła, że dreszcz przeszedł mu po plecach. Czy nie rozsądnym byłoby teraz stąd się po prostu zmyć..? Spróbował się lekko poruszyć, ale nie w kierunku Flynna czy samego lisa, raczej przeciwną. Poskutkowało to tym, że jeszcze bardziej zniżył swój pułap, nim spojrzał na strwożonego lisa. Wyciągnął lekko dłoń po ziemi w jego kierunku, osiadając na boku i przesunął palcami po zielonej trawie.

- Elaine..? - Zwrócił się do... Elaine? Sionnah? Żeby skupić jej uwagę na sobie. Ale jeśli złapał jej spojrzenie to nie walczył z nią na ten wzrok, opuścił go nieco. Dając jej poczucie raczej członka stada, a nie wielkiego człowieka, który będzie ją zapędzał w kąt. Z bólem i marszcząc brwi uniósł lekko różdżkę, żeby ukształtować transmutacją z leżącego niedaleko większego kamienia koc, który ułożył się jak jama, zapraszająca lisicę do schowania się do bezpiecznego, ciemnego i ograniczonego przestrzenią miejsca, gdzie żaden człowiek, potencjalnie, nie mógłby jej dosięgnąć. Ułuda, ale to nie miało znaczenia. Miał jej się pozwolić schować, bo w końcu sionnah w tym stanie mógł albo walczyć - albo uciec i się schować. A zaatakowała chyba tylko ostrzegawczo. Laurent skrzywił się lekko, opuszczając znów rękę z różdżką, żeby ją oprzeć o ziemi. Przynajmniej w tym momencie udało mu się usiąść.


Czy Elaine jest łatwa
[roll=Z]