![]() |
|
[10.07.1972] I tylko ja i słońce - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Little Hangleton (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=24) +--- Wątek: [10.07.1972] I tylko ja i słońce (/showthread.php?tid=2295) Strony:
1
2
|
RE: [10.07.1972] I tylko ja i słońce - Victoria Lestrange - 26.11.2023 Wiele zależało po prostu od intencji, a Victoria nie chciała dla Sauriela źle w żadnej mierze. To jej obecne pragnienie, żeby on czuł się dobrze, wynikało po prostu z priorytetów. Czasami po prostu trzeba było pewne sprawy przewartościować, co jest dla ciebie ważniejsze – żeby tobie było dobrze, czy jednak czy życie drugiej osoby było ważniejsze? Ta matematyka okazała się być banalnie prosta; kiedy ktoś próbował popełnić samobójstwo, to wręcz jawny sygnał, że potrzebuje pomocy, że jest źle, bardzo, bardzo źle. Nieporównywalnie bardziej niż źle było jej. A gdyby jego tu zabrakło, to czy jej żyłoby się lepiej? Nie. Byłoby wieczne obwinianie się, że nie zrobiło się zbyt wiele, że nie zadziałało się wtedy, kiedy można było, że zignorowało się to nieme wołanie o pomoc. Victoria nie chciała tego ignorować ani zagłuszać, dlatego swoje emocje mocno odsunęła, bo był ktoś, kto bardziej tego wszystkiego potrzebował. I oczywiście, że niepomiernie bardziej chciałaby żyć w świecie, gdzie następowała równa wymiana dawania i brania, natomiast czasami… czasami trzeba było dać z siebie więcej, kiedy druga strona nie była w ogóle w stanie wykrzesać z siebie niczego. Ćmę może i ciągnęło do ognia i w swoim nieszczęściu spalała sobie skrzydła, nie mogąc już odlecieć. A co wtedy, gdy ta ćma była na ogień odporna? Wtedy po prostu się ogrzewała i pławiła w świetle… Victoria nie patrzyła na to tak, że byle kto, kto okaże jej zainteresowanie i miłość, to zyska również jej uczucia. Na pewne rzeczy po prostu nie miało się wpływu; dlaczego jedne osoby ci się podobają, a inne nie? Dlaczego do jednych nas ciągnie, a nie do innych? To wszystko było skomplikowane. Victoria ten jeden raz w końcu opuściła swoje grube mury i… stało się. Po prostu. Pech to albo i nie. Chciała dawać, owszem, ale to nie miała być druga Matka Teresa, bo to, co miała do zaoferowania, nie było przeznaczone dla każdego i kogokolwiek, a tylko dla osób, które uznała za bliskie. I oczywiście, że tego domku z kart nie budowało się samemu i akurat Lestrange nie była z tych osób, które w ogóle chcą to robić samotnie. Mogła coś dźwignąć, mogła coś wziąć na siebie, nawet tę „większą połowę”, ale zdecydowanie nie była kimś, komu odpowiadało, by kierować drugą osobą. Już to zresztą kiedyś Saurielowi powiedziała – że nie jest swoją matką i nie ma takiej manii kontroli jak ona. Była naprawdę dużo łagodniejsza osobą, niż można się było spodziewać mając obraz jej rodziców i tego, gdzie pracowała. Gdyby był jej całkiem obcy i gdyby nie dał się polubić, to jej cierpliwość byłaby żadna. Darliby wtedy koty w ten bardzo toksyczny dla wszystkich sposób; to się jednak szybko rozmyło i właściwie to łatwo można było zapomnieć o tym, jak wyglądały pierwsze ich spotkania: tragicznie. Perspektywa czasu pokazywała za to, że ani Sauriel nie był jedynie takim chamskim gościem, ani Victoria nie była panienką, która wysoko zadziera nosa. Więc ten jej spokój i cierpliwość rzeczywiście były tutaj błogosławieństwem i owszem, to zwykle ona była ta rozważna. Ale nawet ona potrzebowała, by i jej okazać cierpliwość – szkoda tylko, że Sauriel tego grama cierpliwości nie miał. Z drugiej strony jak miał mieć, skoro tak źle działo się w jego głowie; bo Victoria nie wierzyła, że tylko ze względu na tę krótką „rozmowę” (która w zasadzie była zaprzeczeniem rozmowy, bo Vika powiedziała w zasadzie tylko tyle, że nie chce udawania, a potem zamknęła się w sobie), zadziało się… to wszystko. To, że Sauriel zdecydował się jej pokazać swój tatuaż, gadał o rozmowie, po czym sam podjął decyzję, a na koniec spróbował się unicestwić, by ostatecznie wymusić na ojcu zerwanie tych zaręczyn. Nie. Taka lawina nie mogła powstać tylko od tego braku sensownej rozmowy. Chyba, że mogła…? Nie spodziewała się właściwie, że Sauriel jej odpowiedź odbierze… tak. Że nie dotrze do niego, że to nie jest żart ani nic zabawnego. Ze gdyby talerz upuściła, to rozprysk powstałby na ziemi, ewentualnie bardzo naciągane ale jeśli miałoby to dosięgnąć jej twarzy to byłaby to rana bardziej… pionowa? Ukośna? Nie pozioma. Nie jakby ktoś celował talerzem dokładnie w nią, przez co ostry kawałek odbił się od ściany i zarysował jej policzek. Ale może to i lepiej, nie chciała mu psuć humoru tym, że przez jego decyzję ucierpiała bardziej niż mu się wydawało. Więc się tylko uśmiechnęła, kiedy wyglądał na takiego rozbawionego. – Mogłam zapomnieć… – odpowiedziała mu bez sensu i ten jej uśmiech przybrał wygląd tego… przepraszającego. – Zapomniałam, że do babeczek nie dodaje się porcelany. Muszę poprosić znowu Strzałkę o przepis i wskazówki – tym bardziej, że w jej mieszkaniu Strzałki nie będzie. Będzie tam sama, sama będzie musiała gotować… Nie wiedziała jak to w ogóle będzie wyglądać, ale póki co w mieszkaniu na Pokątnej miała tylko część rzeczy. Decyzję podjęła siódmego, dzisiaj był dziesiąty – nie było to zbyt wiele czasu, jeśli chciała swoje rzeczy przenieść po cichu przed oficjalnym poinformowaniem rodziców, że się wyprowadza. Rozumiała jednak dlaczego Sauriel tutaj tkwił. Nie miał wcześniej nikogo, kto by mu pomógł, został ze wszystkim całkiem sam i zamiast uciec po cichu to… No. Nie miał po prostu dokąd uciec. Pieniądze szczęścia nie dawały, ale z pewnością bardzo wiele rzeczy ułatwiały. – Tak? Dziękuję – nie oczekiwała żadnego komplementu, nawet się tego nie spodziewała. Choć… było to miłe, zdecydowanie. Jej uśmiech teraz nawet trochę złagodniał. – To wygląd ma coś wspólnego z głupotą lub jej brakiem? – podjęła zaczepkę i spojrzała na zegarek. Tak, zdecydowanie był już czas. Wstała więc, czekając aż i Sauriel wstanie, narzuciła sobie pasek torebki na ramię i schyliła się po pieniążek, który leżał sobie spokojnie na stole. Wyciągnęła też dłoń ze świstoklikiem do Sauriela, żeby mógł go dotknąć. – Trzy, dwa, jeden… – wyliczyła, patrząc na wskazówki zegarka… … mieli się pojawić na skraju polany, tuż za linią drzew, by w razie czego móc Sauriela wcisnąć pomiędzy nie, gdyby jakimś cudem cos zostało źle wyliczone a słońce nie robiło się ciemne. Na szczęście jej nadgorliwość w tym wypadku została wynagrodzona, bo w tym właśnie momencie słońce zostało całkowicie przysłonięte. Nie wyglądało to jakby byli w Little Hangleton, była to jakieś zupełnie inne miejsce, ale w tym momencie… nie miało to chyba większego znaczenia. Zerknęła na Sauriela, czekając na to co on zrobi. Ściągnie kaptur? Siądzie na trawie? Mógł robić co tylko chciał, to było wszak wszystko dla niego. Delikatny wietrzyk zakołysał rozpuszczonymi włosami Victorii. – I jak? – zapytała po chwili. RE: [10.07.1972] I tylko ja i słońce - Sauriel Rookwood - 26.11.2023 Pierwsze wrażenie jakie było dobrze wiemy. Syndrom tych pierwszych wrażeń odbił ich od siebie i napełnił złością i wzajemną niechęcią, która była potem naprawiana przymusem. Ten przymus wyszedł na... lepiej? Gorzej? Mieli ze sobą to połączenie na płaszczyźnie nieco głębszej niż fizyczne przywiązanie. Sauriel czasem żałował, że poznał Victorię, a czasem się cieszył i mówił, że nigdy nie zmieniłby swojej decyzji zbliżenia się do niej. Ta dwubiegunowość wywiązywała się z tego, że on nie wiedział, gdzie leży jego priorytet. Czy w tym, żeby "było fajnie" i "miło", żeby było mu wygodnie, czy może jednak nadal (w mniejszej części) w tym, żeby przede wszystkim niektóre osoby były bezpieczne. Łatwo rezygnować z czegoś, kiedy nie znasz tego smaku. Kiedy już ten smak poznasz zaczynało się robić trudno. Żyć bez tego smaku? Bez czegoś, co stało się twoją częścią? To jak nauczyć się kolorów, żeby potem je zabrali. Niby fajnie, że je poznałeś. Tylko czy na pewno teraz fajnie się żyje? Łatwiej żyć w niewiedzy niż mieć coś, co zostanie ci odebrane. Próbował sobie wyobrazić jakby to było cofnąć ten czas i pewne rzeczy wymazać, ale nie wiedział, gdzie wtedy by skończył. Myślał, że byłoby łatwiej. Łatwiej dla niego jak i dla niej. Nie było takiej możliwości, żeby ćma miała skrzydła odporne na ogień, dlatego zawsze, prędzej czy później, upadała. Niektóre z nich masochistycznie wykształcały sobie nową parę, żeby znów podlecieć do świecy, która przez ten czas została im zabrana. Nawet w momencie śmierci nie mogły się ogrzewać w jej świetle. Więc co, kolejna rundka? Szaleństwo miało związek z grawitacją. To bardzo stara schadzka, jestem pewna, że słyszałeś o niej nie raz. Ta schadzka powodowała, że jedno z drugim potrzebowało tylko małego pchnięcia... Cuda działy się zgodnie z prawami fizyką. Choroba - zgodnie z podręcznikiem. - Strzałka się z tobą nie przenosi? - Prychnął śmiechem na jej odpowiedź i lekko pokręcił głową. Jak ona sobie to zrobiła to pozostawało magią, ale, no właśnie - magia. Po prostu się nad tym nie zastanowił. Właściwie to nie wiedział, że Strzałka była ich skrzatem rodzinnym, jedynym jakiego mieli, dlatego nie - nie przeniesie się z nią. Zostanie tam i będzie służyć swojej pani i młodej dziewuszce, która nadal chowała się za sukienką matki. Rodzeństwa zazwyczaj byli swoimi przeciwieństwami, dlatego wręcz ciekawiło go, jakim charakterem wykaże się ta młoda Lestrange w przyszłości. Bo o Victorii nie można było powiedzieć ani tego, że ma charakter słaby, ani tego, że ma charakter mocny. Pląsała się gdzieś pośrodku i ulegała, ale wcale nie do końca. Rodzice (matka) ją złamali, przez co zatraciła gdzieś po drodze siebie. Zgubiła tak, jak damy gubią szerokie kapelusze z piórami, kiedy wyjdą na gwałtowny wiatr. Nie będą przecież za nimi gnać. W tych szpilkach im nawet nie wypadało. Sauriel rzeczywiście był wtedy sam, kiedy i jemu wyrwało z dłoni kapelusz. Nie było nawet do kogo krzyczeć, żeby pomogli go złapać. Mógł tylko próbować go dogonić z oczywistym skutkiem, że nigdy go nie złapie. - No ba. - Przechylił głowę, podnosząc się. - Debile mają to zazwyczaj wypisane na twarzy. Wiem, bo widzę w lustrze. - Lekko uniósł jeden kącik ust, żeby ustawić się koło Victorii i położył dłoń na świstokliku. Nie był nawet trochę spięty, kiedy się przenieśli. Jakby było mu to wszystko jedno, czy jednak wyliczenie będzie dobre czy też nie. Bo było. Ale nie sądził, żeby Victoria pozwoliła sobie na taką pomyłkę. O dziwo jako jedna z dość nielicznych zamiast próbować go zabić - próbowała utrzymać go przy życiu. Rozejrzał się wokół, ale szybko jego wzrok powędrował ku słońcu. Schował dłonie w zbyt długich rękawach, zaplatając ręce na klatce piersiowej. Wpatrując się w zasłoniętą, czarną tarczę, która zdawała się w pełnie pożerać i pochłaniać słońce. Łał. Piękny widok. Jeden z tych, które zapisywały się w pamięci, bo widzieć coś takiego na zdjęciu czy rysunku to jedno - zobaczyć na własne oczy to drugie. Stał i patrzył. Promienie wyślizgiwały się zza czarnej łuny, jakby coś więziło samą Sol w klatce, z którego uparcie chciała się wydostać. Więc szarpała się, rozpychała. Na nic - klatka pozostawała nieczuła na jej starania. Podobno dziwniejsze zjawisko było tylko na polanie ognisk, gdzie słońce i księżyc pokazały się razem, ale słyszał tylko plotki i pogłoski o tym. - Piękne. RE: [10.07.1972] I tylko ja i słońce - Victoria Lestrange - 26.11.2023 Przymus był, tak, to znaczy do pewnego stopnia. To, co ich do siebie zbliżyło to był… rozsądek. Uświadomienie sobie, że krzyki i bunt nic sensownego nie przyniesie, a kiedy w końcu oboje po rozum do głowy poszli (a uparci byli oboje okrutnie…), to okazało się, że… w sumie nie jest wcale tak źle? Cham okazał się być całkiem miłym i inteligentnym gościem, który potrafił wyciągnąć ją z jej strefy komfortu, a damulka wyszło, że nie jest tak zadufaną w sobie panną i pomimo tego robotycznego wrażenia, była całkiem uczuciową osobą. Która chciała, by tej drugiej stronie żyło się lepiej. Trudno powiedzieć, kiedy zaczęły się te czekoladki, które okazały się być jakimś takim rytuałem, a które zostały przyjęte bez kręcenia nosem, kiedy dokładnie niechęć przerodziła się w chęć. Więc czy ten przymus wyszedł na gorzej? Nie. Wyszedł na lepiej i Victoria nie miała co do tego wątpliwości. Tak jak wiedziała, że pomimo mrocznego znaku – może na Sauriela liczyć, gdyby zaszła taka potrzeba. Tak samo jak on mógł liczyć na nią. Chyba nie miał co do tego wątpliwości? Ona nie żałowała, że go poznała. Z początku, ten pierwszy miesiąc – wtedy tak. Teraz absolutnie nie. Żałowała, że poznała go tak późno. Wylane miała całkowicie na „łatwiej”, „nie łatwiej”. Życie nie było łatwe. A jeśli nie to by było skomplikowane, to znalazłoby się coś innego. – Póki co nikt nie wie o tym, że w ogóle się wynoszę – a przynajmniej tak sądziła, że nikt nie zauważył. Rankiem pakowała część rzeczy, wychodziła wcześniej do pracy, zostawiała rzeczy w kamienicy na Pokątnej i szła do Biura. Nie wracała tam potem tego układać, tylko normalnie jak gdyby nic do domu… Robiła to metodycznie. Strzałka nie była ich jedynym skrzatem, tylko tym, który najczęściej robił coś przy niej, natomiast nie należała do niej. Ale gdyby ten ślub doszedł do skutku to chciała wtedy poprosić, żeby dali jej skrzatkę w prezencie, żeby ją stamtąd zabrać, ale teraz? W takich warunkach, kiedy to ona się wynosiła po wielkiej kłótni i nie zamierzała więcej znosić tych wszystkich wymysłów i przymusów, i wrzasków za rzeczy, które nie były jej winą? Nie, wiedziała, że Strzałka zostanie w domu. Było to dla Victorii odrobinę przerażające, ale powtarzała sobie w głowie ciągle, że sobie poradzi. Że musi. Że da radę. Że jak ona nie da, to kto da? Znała te mantrę i modlitwy, towarzyszyły jej przez całą szkołę. Bo jeśli nie ona będzie najlepsza, to kto? Uśmiechnęła się pod nosem nim jeszcze zniknęli. Sauriel zamieniał się w debila tylko w obecności Borgina. Więc ona miała na twarzy wymalowaną piękną głupotę? Nie, nie wzięła tego do siebie. Powzięła naprawdę mnóstwo środków ostrożności, by ta wycieczka była dla Sauriela przyjemnością, a nie bólem spotkania z ogniem. I zgadza się, próbowała go utrzymać przy życiu. Tak jego ciało jak… i jego duszę, rzucając mu pod nogi te kamienie, którymi mógł podążać. Kamienie – bo okruszki rozdziobią ptaki i znikną. Teraz jednak, kiedy wszystko się udało, a polana skąpana w słoniu, teraz całkowicie zakrytym, ani trochę nie wyglądała upiornie. Ptaki siedziały na drzewach i śpiewały, niezrażone – w nocy nigdy ich nie było, bo w nocy spały. Owady bzyczały, latając z kwiatka na kwiatek. Nie było tu nikogo, tylko oni i słońce. Środek lata i środek dnia, i wampir pośród otworzonych, a nie zamkniętych na noc kwiatów. Był dzień… Tylko ciemny jak wieczór, gdy słońce już zajdzie, ale nie jest jeszcze całkowicie ciemno. Słońce zaś pyszniło się ze swoją piękną aureolą. Victoria też w końcu przeniosła spojrzenie w niebo i nawet przycupnęła sobie na trawie obok Sauriela, gdy ten stał i patrzył. Zerwała sobie malutką stokrotkę i uśmiechnęła się. Był tu taki spokój… Żadnych ludzi, tylko dźwięki natury. Bardziej jednak niż o widok, chodziło Victorii o to, by Sauriel miał możliwość… wyjścia w dzień na słońce. Dania mu tego, co utracił, choćby na krótką chwilę. Przecież całe jego życie i świat nie musiały tonąć w mroku. – Podobno zaćmienie zdarza się kilka razy do roku, ale nie wszędzie można je obserwować. Za to na tym samym obszarze występuje gdzieś co trzysta, może co czterysta lat – przerwała tę ciszę, porzucając też ten mocno zdystansowany ton, jakim się wypowiadała w rezydencji Rookwoodów. Nie stała się nagle ekspertką od zaćmień i astrologii, po prostu coś takiego powiedziała jej osoba, którą prosiła o dokładne wyliczenia czasu. Mieli niesamowite szczęście, że mogli tego teraz doświadczyć. RE: [10.07.1972] I tylko ja i słońce - Sauriel Rookwood - 28.11.2023 Przedziwne zjawisko - to zaćmienie. Przedziwne uczucie spoglądać prosto w słońce, kiedy to nadal świeciło i nie chowało się za żadnymi chmurami, albo że on nie musiał się chować po cieniach. Nie było to jednak aż tak wyjątkowe - samo wyjście na dzień, kiedy słońce było. Zdarzało się nie raz i nie dwa. Z konieczności raczej niż z potrzeby i zawsze było tak samo nieprzyjemne. Dzisiaj wcale nie było to nieprzyjemne mniej - było tak samo. Instynkt podpowiadał, żeby się kryć, najlepiej w ciemnicy, a on stał tutaj głuchy na niego. Spokojny. Zjawisko było już jednak zupełnie nieziemskie. Ciekawe i interesujące, jaką siłę prezentowała sobą natura i czego mogli od niej doświadczyć, jak wiele dojrzeć. - Mhm. - Co trzysta lat? To w chuj dużo czasu. Można sobie tak czekać i czekać... albo jeździć za nimi i patrzeć, gdzie będą jakie następne? Na gwiazdach się nie znał, na tym, jak sobie ta ziemia wiruje miał pojęcie bardzo ogólnie - że jeździ. Że ma sobie tę krechę dookoła słońca i po niej zasuwa. To było bardzo niewiele, może nawet jakby się skupił to by ogarnąć odrobinę więcej, ale teraz nie nadwyrężał swojej mózgownicy. Wolał kontemplować to, co widział. - Dzięki, że mnie tu zabrałaś. - Oderwał wzrok od słońca na siedzącą na trawę Victorię. - Nie wiedziałem, że się znasz na gwiazdach i innych takich. - W sumie chciał ją zachęcić do tego, żeby mu o tym opowiedziała. Jeśli tylko by chciała. A przynajmniej ten kapitan oczywistość miał takie zadanie - żeby otworzyć szerzej konwersację, bo był ciekaw. Skoro sam się nie znał, a ona coś wiedziała - cokolwiek - to chciał posłuchać. Sielankowa atmosfera ich właściwie otulała. Usiadł koło niej, znów kierując wzrok na niebo. Ciekawe, kiedy słońce znów wyjrzy? Wystarczy parę promieni, które padnie na świat i rzecz przestanie taką sielankową być. Świat pachniał inaczej za dnia. Inaczej się go odczuwało, kiedy nie sądziłeś, że coś cię zaraz może spalić. Na tym w pełni świadomym poziomie, bo instynkt zawsze nakazywał się odsunąć. Z tym, że ten instynkt też mu szwankował. Podświadomość miała jedno zadanie - walczyć o twoje przetrwanie. Były jednak takie momenty w życiu człowieka, kiedy nawet podświadomość się poddawała. Dlatego było tu tak spokojnie. Nawet kiedy głosik w krańcu jego głowy, ta upierdliwa bestia, drapała mówiąc o słońcu - mógł ją ignorować. I chociaż tego czasu wiele wcale nie mieli na słońcu, to był to czas bezcenny. Pełen odprężenia i tego, że ktoś jest przy tobie blisko. Rzeczywiście - kamyki rzucane na ziemię były o wiele skuteczniejsze od okruszków chleba, które byle gołąb był w stanie porwać. Koniec sesji
|