Secrets of London
[29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20)
+--- Wątek: [29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent (/showthread.php?tid=2302)

Strony: 1 2


RE: [29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent - Laurent Prewett - 15.02.2024

Give me truth, give me a way out
I've got a home to break
Somebody showed you all of the horror
You weren't born with it

Mechanizm. Narastająca ekscytacja, albo narastający strach. Ekstaza. W końcu to brnie do tego jednego słowa: napięcie. Napięcie istniało w Esme, poszukując strachu i poszukując doznań i napięcie istniało w Dumie, który strach wywęszył. Łowca i ofiara. Napięcie było jednak budowane w kimś jeszcze w tym pokoju, który łowcę ujarzmił i sprawił, że ten leżał u jego stóp. Nie czuł strachu. On nie węszył strachu, bo to nie było to, czego poszukiwał u innych. To było coś, czego mógł poszukiwać w sobie samym dokładnie tak, jak robił to Rowle. Przekonywał samego siebie, że boi się bólu straszliwie, że go nienawidzi, że nie chce, by coś naruszało jego ciało, ale dowiadywał się powolutku, że chciał zostać zniszczony. Stać się tym pyłem wazy, by mogło z niej powstać cokolwiek innego. Tak naprawdę, gdyby tylko mógł, uleciałby razem z wiatrem i nigdy nie wrócił. Jak proch wysypany do morza, zamiast ciało wkładać do skrzyni i zakopywać je pod sześcioma stopami ziemi. Gdyby Esme umarł na jego rękach to wsunąłby go do oczyszczających płomieni i oddał temu, co przetrzymywało jego serce. Morzu. Byłby Prawdą i byłby Wolnością. Byłby wszystkim i niczym jednocześnie. Ten świat przestałby mieć tajemnice i jednocześnie ciągle byłyby nowe do odkrywania. Nie istniałaby już szarość, bo w przejrzystych wodach nie było miejsca na taką barwę. Tam kwitło życie, a śmierć jedynie zastępowała nieuniknione prawidła. Więc tak, chciał napięcia. Przyszedł tutaj i nie oczekiwał go, ale je otrzymywał. Delikatnie budowane, oskarżyłby Esme o to, że bardzo celowo i bardzo świadomie. Gdzie kończyła się kontrola, a gdzie zaczynała improwizacja tego człowieka - nie miał pojęcia. Wszystko wydawało się przypadkowe i jednocześnie wpadała ci myśl do głowy, że niewiele rzeczy na tym świecie przypadkowych było. Ich spotkanie, ich poznanie, ich szukanie czegoś... czegoś... nie mógł złapać tego myślą. Umykało mu. Esme był tutaj, realny, fizyczny, za ciężki do uniesienia, ale rozmywał się jednocześnie, kiedy jedno słowo nie potrafiło zamknąć go w ramach. Ach, tak... ramy. Był tym fenomenem, który kończył się na ramach, a nie dawał w nich zamknąć. Naciągnięte płótno też tworzyło to wrażenie oczekiwania na skórze? Tak, z pewnością. Ponieważ czekasz, co malarz postanowi postawić za kreski i nie rozumiesz, kiedy zamalowuje cało tło jednym kolorem. Potem nie rozumiesz jeszcze bardziej, gdy dzieło wydaje się być cudowne, zakończone, a on chlusnął na nie farbą. Po co, dlaczego! Żal łapie serce, chcesz własnym ubraniem zetrzeć tę farbę, "jak możesz!". Rwiesz się do obrony dzieła, które nawet nie jest twoje i nie rozumiesz dzieła twórcy. Laurent był poruszony. Tymi zmianami, które widział, tym wyszarzeniem, które wyczuwał i tą głębszą mazią, która pochłaniała sztukmistrza. No wyciągnij go. Złap go za ręce i wyciągnij do góry..! Albo pokochaj tę zniszczoną wersję tak samo, jak uczyłeś się podobać samemu sobie przed lustrem. Bez ideałów, bez przysłoniętych kurtyn desek teatrów. To był wgląd w przygotowanie do przedstawienia, które nigdy nie miało się odbyć, bo scenarzysta zapomniał scenariusza. Nie ważne, niepotrzebne. Nawet gdyby teraz mu ktoś ten scenariusz wcisnął w dłonie to odrzuciłby kartki do tyłu tylko po to, żeby stworzyć z nich papierowy deszcz ponadprzeciętnie mądrych słów. Tyle to było warte dla niego w tej chwili, kiedy jego ciągle deformującym się dziełem był Rowle. Twoim? Jakie to było bezczelnie buńczuczne. Byli tacy ludzie, którzy potrafili kwitnąć. Tacy ludzie, którzy pozwalali błyszczeć.

Ludzie, przed którymi nie chcesz się bronić, tylko chcesz im pozwolić właśnie na to - wejdźcie do domu, zobaczcie te piękne wazy. Potem weźcie je w dłonie i rzućcie o podłogę. Lub nie rzucajcie wcale. Podobają wam się? Wspaniale! Nie zwracacie uwagi? Och, cóż, przecież znajdę coś... nie. Laurent nie szukał. Po prostu stał, po prostu szedł, po prostu dotykał palcami. Po prostu był. Pozwalał sobie mówić, pozwalał sobie na każde powłóczyste spojrzenie, na ten podziw, na zdziwienia, na nieprzyjemne uczucia dotknięcia i fascynacje. Pozwalał sobie na swoją adorację i jednocześnie zupełny brak miłości. Ta gra była okrutna, ale która nie była w jego przypadku? Gdzie była bezpieczna przystań, w której ktoś nie szukałby syrenich łez? Wiesz, ponoć zamieniały się w perły, jeśli tylko pozwolisz im ostygnąć... Laurent wylał wiele łez i mógł zapewnić, że żadna z nich nie zamieniła się w perełkę. Był też pewny, że Esme nie potrzebował takowych zapewnień i gdyby chciał to sam by się o tym przekonał. Nie ważne, w jaką ilość wełny ubierzesz wilka, zawsze pozostanie wilkiem. Tutaj była ta przepaść, nad którą tańczyłeś, Esme. Ta granica, gdzie bezpieczeństwo przeradzało się w niebezpieczeństwo, a syrenie łzy mogły też mieć swoją cenę. Bo Laurent nie zamierzał mu tylko dawać. Przyszedł od Esme brać. Płacić za to, co weźmie, a cena? Pytasz, czy ją znam, czy może poznamy ją kiedyś, w przyszłości, może wspólnie, a może nigdy? Nie, nie o to... czy był gotów? Były takie rozkosze, za które Laurent zawsze by zapłacił. Widzisz, Kochanie, pieniądze może nie kupowały miłości, ale mogły kupić ci chociaż na chwilę kawałek Raju.

Więc powiedz, Esme, co było twoim Mammonem?

Duma nie mógł oderwać ślepi od Esme, tak z jego gardła wydobyło się "coś". Pomruk? Jakiś pomruk? Głęboki, cichy dźwięk, kiedy złote ślepia tak uważnie lustrowały człowieka znajomo-nieznajomego. Tego, z którym już się widział, kiedy przymierzane były szelki, kiedy był szczeniakiem. Pamiętał? Jak daleko może sięgać pamięć? Czy mechanizmy to przewidywały, czy może wszystko ograniczało się do instynktu "ten przyjaciel, ten ci wróg"? Tym, co pozwoliło mu ślepia od Esme oderwać było ciche stuknięcie tej plakietki o szybę drzwi, którą w ruch wprawił Laurent. Ofiara. Przecież, że ofiara! Szukał tego, czego pragnęła druga strona i to dawał od siebie. Chciał zostać ugryziony, pożarty, chciał zostać przyciągnięty, pociągnięty i chciał ulec. Ulegać za każdym razem, kiedy pojawiła się siła, na której mógł się oprzeć, rozluźnić mięśnie i zaufać całkowicie uściskowi ramion drugiej strony. I tak kusił. Podsuwał stworzone okazje chcąc, żeby okazje były tworzone z drugiej strony. Łapał drobne nitki, splatał sieci i wplątywał w nie śliczne motylki i szerszenie. Nie było wiele takich osób, przy których zupełnie tracił swój rezon i potrzebował czasu, żeby go odnaleźć. Żeby poszukać samego siebie w niepasujących elementach gry, gdy nagle druga strona nie pozwalała mu grać. W zasadzie to była tylko taka jedna do tej pory. Siedziała tu przed nim i wyostrzała wzrok tak, że naprawdę chciało się uciekać jak łania po łące przed straszliwymi zębiskami. Laurent uciekałby - z czystą przyjemnością! Ze strachem, ale przede wszystkim - z ekstazą. Prędzej czy później gonitwa by się zakończyła... a Laurent nigdy nie chciał być w niej wygranym. Bo ten wilk nie był taki, jak wszystkie inne wilki. Nie będziesz wiedzieć, co mu wpadnie do głowy, ale możesz oczekiwać jednego - że to serce nie przygaśnie przy nim. Będzie tylko szybciej bić, coraz szybciej, szybciej, SZYBCIEJ..! Wybije w końcu serce z klatki piersiowej, jestem pewny. Wyrządzi szkodę żebrom, popłynie krew, a usta i oczy nadal by się cieszyły widokiem własnej krwi. Umrzeć tak... nigdziebądź. Tutaj, na mchu, w miejscu obcym. Tu, na tej wyszuranej kanapie, która nawet nie odpowiadała standardom mości królewicza.

Duma znał swojego granice, a Laurent rozglądał się po tym pomieszczeniu i rozglądał w oczach Esme i granic znaleźć nie potrafił. Jak wiele mógłby dotknąć, przesunąć, zepsuć. Czy zdajesz sobie w ogóle z tego sprawie, ile pragnienia zniszczenia drzemało w jego piersi? Kiedy patrzył na obrazy we własnym domu i figurki? Na porcelanę i drobne przedmioty stanowiące zlepki wspomnień, tych sentymentalnych, związanych z ludźmi, wydarzeniami? Miał takie momenty od jakiegoś czasu, że chciał je złapać w palce i..! Tak samo, jak chciał czasem krzyczeć. I nie krzyczał. Nie potrafił złapać tchu, choć potrafił tak wysoko wyciągnąć swój głos. Bóg tego miejsca był łaskawy. Pozwalał na wiele, ale na pewno nie pozwalał na wszystko. W tej grze zawsze będzie jedna granica, której nigdy nie przekroczy, a którą tak przekroczyć chciał najbardziej, jak nie chciał naruszać jej wcale. Nie, nie, wróć... chciał ją naruszać. Muskać paluszkami, drażnić ją, tak samo jak robił to Esme. Tak samo, jak chciał tego spojrzenia, które było wspanialsze od spojrzeń kochanków i kochanek. Odnajdywał w tym prawdziwą boskość - i to nie była boskość Esme. To była jego własna boskość. Złożył dłonie na klatce piersiowej i uśmiechnął się ciepło z przymkniętymi oczami, bo był pewien, że promienieje. Że ma to ciepłe, złote światło wokół siebie, że skrzydła są prawdziwe i mogą złapać zarówno jego jak i Esme pod parasol z białego pierzu. To była próżność, której zazwyczaj się wstydził, a tu nie wstydził się jej wcale. Gdyby Esme wypowiedział to na głos, swoją teorię próżności i egocentryzmu powiedziałby tylko: "tak". Jestem próżny. Gdybym był ptakiem nie byłbym łabędziem. Byłbym pawiem. Białym pawiem, który rozkładałby swój ogon po to, żeby każdy mógł patrzyć z podziwem, wstrzymywać oddech, ale nie mogliby dotykać. Łabędź - czy nie był na to wszystko zbyt czysty? Ach, może! Teoria zepsucia nie była tym, że jego ciało było brzydkie - miał zepsute wnętrze! I chciał, by każdy mógł o tym usłyszeć, by każdy się dowiedział! Żeby nie były tajemnicą jego pragnienia, żeby nie musiał się tego wszystkiego bać i żeby machać dłonią na każdy krzyk i każdy nacisk! Chciał... i nie potrafił. Wszystko trafiało do jego serca, a on nie miał na tyle silnej tarczy, żeby się przed tym obronić. Do czasu. Wszystko to trwało do czasu.

Nie wszystko mogło być przecież mile widziane, a ta pozycja zapraszała do tego, żeby tańczyć. Do tego, że Laurent przeciągnął palcami po koszuli, że mógł... robić rzeczy, których jednak Esme nie chciałby, żeby zostały wykonane. Oto wiec i ona - granica. To, co sprawiło, że Laurenta uśmiech przestał być niebiański i przerodził się w uśmiech Lucyfera, który dostał podpisik na pergaminie. Podpis wymazany krwią. Rozchylone powieki mogły delektować się widokiem mężczyzny w swoim własnym świecie, który widzi coś miłego przed sobą. Chyba nawet nie musiał słyszeć. Mógł patrzeć. To dobrze, bo Laurent też chciał kupić czas, w którym cisza była platyną, a widoki diamentami sypanymi na krańce rzęs. Czuł się w tym czasie tak dobrze, bo to, co widział, sięgało poza powierzchnię skóry. Bo ta sylwetka przed nim nie była zlepkiem skóry i kości, które chcesz, żeby cię rozerwały tylko duchem, umysłem i sercem, które chcesz posiąść. Tak bardzo egoistycznie, jak tylko można było kogoś posiąść. Mam cię. Jaka to była satysfakcja! Satysfakcja odbita zwycięstwem na jego twarzy. Jak niewielu miało okazję ten grymas widzieć, bo tak niewielu sprawiało, że Laurent mógł być sobą. Bo swoje zwycięstwa pisał wężowymi podszeptami i manipulacjami, skromnościami i podszeptami diabła. Tam nie było miejsca na to, żeby informować o swoim triumfie. Tam, w tym złym świecie za tabliczką "otwarte" (przynajmniej od jego strony świat był otwarty, a pracownia - zamknięta) wszystko było o wiele bardziej ulotne. Przeklęte w nieprawdziwości.

Czy była reakcja, jakiej Esme oczekiwał? Strach? Zaprzeczenie, wycofanie się? Och nie, to nie tak, że Esme nie wzbudził strachu - wzbudził go. Wzburzył fale na ciele, dreszcz na skórze, który poruszył wnętrzem i sprawił, że Laurent otworzył szerzej na moment morskie oczy. Nie w strachu. Jak ta łania - w ekscytacji. W akcie, w którym jego twarz zdradzała, jak poruszyły te słowa i jak bardzo podobała mu się jego treść. Na jego ustach zamarło nieme błaganie: tak, tak, jeszcze..! Dźwięk nie wydobył się jednak z jego gardła. Może ostatkiem opamiętania, może nieprawidłowości zachowania w samoświadomości, a może po prostu tego, że przy Esme należało uważać na życzenia. Prawdopodobnie było to mieszanką wszystkiego i niczego jednocześnie. Czasem cisza była o wiele bardziej wymowna niż jakakolwiek odpowiedź, którą mógłby teraz wyszeptać przez te wargi umalowane niemymi słowami. Nie chciał być sklejany - za tym tkwił cały sekret tego całego biadolenia, które można było ograniczyć do tak banalnego zdania. Nie chciał być naprawiany. Robił to już tyle razy i Esme miał rację - podawał tak wiele dłut, że był tym zmęczony. Chciał być zniszczony. Zniszczony, bo z popiołów potrafiło narodzić się życie. Nie, nie po to, żeby inni na tym skorzystali - przecież już dość, prawda? Tchnął tą myślą jak opętany, albo pobłogosławiony prawdą - nie wiem. On też nie wiedział. To wszystko było opętańcze i nawet nie próbował się w tym odnaleźć. Pozwalał samemu sobie się gubić i nie kontrolować. I czuł się przez to wolny. Oddychał.

- Kiedy odejdę do morza, by już nigdy mnie nie dosięgnęli, zaproszę cię na plażę. Powtórz wtedy to "nigdy" z tą samą mocą. - Prośba? Żądanie? W przyszłości miało paść wyobrażenie, że Laurentowi wystarczyło dać ludzi - a on zacznie nimi rządzić. Ale Laurent nie rządził twardą ręką i ostrym słowem. Tak jak jego rządy na statku nie były rządami - nie nazwałby ich tak. A jednak wizje i dramaty dopełniły się na krańcu jego palców. - Czasami. - Powtórzył za Esme, który jednocześnie nie chciał, żeby ten pył kiedykolwiek został znów z powrotem zebrany. Jednak inne pyły mógł wykorzystać. Naprawić nimi inne wazy. Naprawić coś, co już powstało, bo pył to nie było jeszcze... coś. Jak wyglądał proces powstawania takich naczyń - Laurent nie miał pojęcia. Nigdy nie widział artysty przy pracy ani nad glinianymi naczyniami, ani tymi porcelanowymi. - Za dobrze znamy znaczenie, jakim jest rozdawanie czegoś na korzyść czegoś innego. - Tylko z innej perspektywy, prawda? A może... może wcale nie? Ale to był unik. To, co teraz powiedział było jedynie ładnym zdaniem wymskniętym z przekonań o tym, że... - Nie chcę, żeby mój pył był wykorzystany dla innych z twoich rąk. - Mógłby mu zostawić tutaj stos piór, zrobić z nich poduszkę, zszyć koc czy pelerynę. Ale byłby urażony, gdyby zobaczył ten dar w czyichkolwiek innych rękach. Gdyby to miało zostać wykorzystane. Tak i... - Nie chcę, żeby w ogóle ktoś na mnie korzystał, aaach. - Przymknął znów oczy i przechylił głowę, podpierając teraz rękę na biodrze. Tak, nie chciał się czuć eksploatowany. Chciał takiej inwestycji, która będzie stała - i zwrotna. Takiej, którą sądził, że osiągnął i... puff! Zniknęła. Rozchylił te powieki dopiero na słowa o szkaradzie. Bezczelne? Bardzo bezpośrednie? Esme wahał się od poematów do pierdolnięcia kometą o ziemię. Glob wybuchał, a Laurent rozkładał ręce i cieszył się tym ciepłem i gorącem, które czasami aż bolało i spalało mu skórę. Trudno. Nie przyszedł tutaj szukać miodu na rany. Gdyby tego chciał odwiedziłby któregoś ze swoich kochanków, albo poszukał nowego. Ale był tu. Szukając tego, co chyba było z niego wyklęte. Poszukując miłości do miłowania. - Chyba cię nie zawiodę. Zaczynam się złościć i zatrzymywać przed swoją studnią. - Ta, która miała go pogrążyć, nad którą stał i do której wpadał świadomie. To nie było regularne zatrzymywanie się, ale czuł już tę złość. Czuł, że to niesprawiedliwe, że... że wystarczy. Że chciał coś dla siebie samego. Bajeczki. Patrząc na swoje życie często brał coś dla siebie samego, zasłaniając się tym, że to "dla czyjegoś dobra". Jak wiele razy Esme tak zrobił? Czy w ogóle zajmował tym swoje myśli? - Stoję teraz przed tobą jak przed tą studnią. I wcale nie chcę skakać. Potrzebujesz pomocy, ale tej pomocy nie chcesz. A może obaj już jesteśmy na dnie i tylko nam się wydaje, że to taniec u szczytu. - Ni to pytanie, ni to stwierdzenie, bo Laurent nie wiedział. I jakoś nie miało to znaczenia, bo tamten otwarty, zły świat, choć otwarty, to nie był w tym towarzystwie interesujący. Mógł być tutaj brudny, a i tak czuł się piękny. Mógł być szkaradny, a i tak czuł się dobrze. Bo powiedział to zgodnie z prawdą - rozmiłował się w tej brzydocie. To, że Esme mógłby jej zapragnąć nie podcięło jego skrzydeł. Tylko bardziej je rozwinęło.

Zaintrygował go. Intrygował go ciągle, ale czasem wypowiadał takie słowa, że zmieniały one bieg myśli i sprawiały, że te zaczynały uprawiać intensywną gimnastykę - tak jak to, co powiedział teraz. Ludzie chcieli widzieć to, co sami sobie malowali w głowach - obraz Esme, który im odpowiadał. Tak, brzmiało to znajomo. Czy takimi słowami opisał to, czego ludzie oczekują od niego samego..? Niee pamiętał, ale to nie miało znaczenia. Chodziło o sam przekaz. Rzeczywiście dzielili świat na pół. Myśl na pół. Tam, gdzie Laurent wychodził naprzeciwko oczekiwaniom, Esme... co robił Esme? Laurent wierzył, że nie próbował zadowolić swoim zachowaniem klientów, ale na pewno? Nie mógł tego wiedzieć na pewno, bo tam, gdzie zaczynał się pieniądz zaczynała wariować ludzka natura. Ta Laurenta też potrafiła wariować. W końcu kochał złoto jak smoki z bajek. Ta bajka biegła dalej. Opowiadała o takim mężczyźnie, który wolał szarpać za kwiaty i rozwijać im płatki. Takim, który nie pomagał im zakwitać, ale pomagał... co, przeżyć? Wystawiał je na próbę? Nomenklatura. To była czysta nomenklatura, nic więcej. Kwestia tego, jak nazwiemy jedno, a jak drugie. Wersja Esme brzmiała jak wizja, którą on bardziej uważał za swoją. I... była jego. W porządku. Nie przeczyła wcale temu, co powiedział on i nie stanowiła zaprzeczenia, które Esme wystosował. Laurent słuchał tego z ogromną uwagą i jego myśli biegły w szalonym pędzie. Czy raczej - obracały się, wyginały, stawały na głowie i robiły przewroty, żeby tylko udowodnić plastyczność niematerialnego ciała.

- W takim razie uświadomię ci, że twoje zabiegi pomagają kwitnąć. - Uśmiechnął się łagodnie, ze zroumieniem, akceptacją, bo to zaprzeczenie, jakie Esme wystosował zawierało magiczne "nie wydaje mi się". Wiele zmieniało. To nie była pewność. To był dowód, że żaden kwiat przed nim jeszcze nie zakwitł. - Możemy stosować różne porównania i nomenklatury, ale ja kwitnę. Przed tobą. - Tak, Laurent uwielbiał metafory i mógł ich snuć mnóstwo. A jednak nie pisał wierszy, nie. Za to zachwycał się nimi i czytywał tomiki poezji na tarasie swojego niewielkiego domu. Tak, niewielkiego. Zamiast kupić sobie pałac to zbudował niewielki domek, na zupełnym zadupiu, gdzie nawet nie było żadnego sklepu pod ręką. Na ziemi, która była warta grosze. - To, czy te otworzone płatki urodzone z pąków są piękne... jakoś nie ma przy tym znaczenia. Mogłyby być największą szkaradą. - Przytoczył słowo, którego Esme użył, bo jakoś dobrze tutaj pasowało, prawda? Przynajmniej dla Laurenta to teraz nie miało znaczenia. Choć to chyba była kwestia tego, że nie potrafił uwierzyć, że jakikolwiek kwiat kwitnący mógłby być brzydki. Mógłby nie pasować w nasze gusta, tak, ale brzydki? Nie. Bo kwitnięcie było aktem życia. I nie było nic piękniejszego ponad ten dar na tym świecie.

- Wszystkim na raz. I po prostu sobą jednocześnie. - Lekko wzruszył ramionami z rozbawioną miną. Tak, to tak nawiązując do tych metafor. Sam nie zauważył, jak gładko one przeszły i ile się ich już pojawiło. - W tym wszystkim ty jesteś krytykiem literackim, ale i częścią opowieści. Dobrze, że się wygodnie pan rozsiadł, panie Rowle. - W takiej pozycji, że Laurent naprawdę powstrzymał chęć podejścia, żeby usiąść mu na kolanach. To się aż prosiło, ale zatrzymało go - co? To coś, nad czym się zastanawialiśmy, ale może teraz nazwiemy to szacunkiem do tego człowieka? Albo nie, to nie to. To było czekanie. Czekanie na to, aż pojawi się coś więcej niż tylko bezruch siedzenia. Mógł przecież czekać. - Aaach... wartość siebie samego... - Uśmiechnął się krzywo, chociaż to nie to, że nie był przekonany do słów Esme. Niesmak nie wynikał z tego, że nie podobało mu się to, co słyszy. Powodowało go to, że nie potrafił sobie z tym poradzić. Z tego, że wiedział, jak to działało, rozumiał, jak powinno być, ale nie potrafił tego zmienić, przestawić w swojej głowie. Zamiast tego oddawał dłuto i chciał, żeby w końcu go zniszczyli doszczętnie. I choć powiedział, że nie chciał się dalej przysłużyć to jednocześnie miał nadzieję, że jednak chociaż jego szczątki się do czegoś nadadzą... Taki dualizm, taka hipokryzja. - Jak miło to jednak słyszeć, że artysta mówi, że nie jestem płótnem do tworzenia. - Kawałkiem kamienia, w którym można wyryć ślad swoich palców. - Pragnienie, żeby być płótnem, jest bardzo niezdrowe. - Jednocześnie potwierdził, że rozumie to, co Esme mówił, powiedział, że jest świadom problemu i przekazał, że autodestrukcja pcha go ciągle w tą samą stronę... a teraz nawet i gorszą. Wszystko moglibyśmy znów ograniczyć do "uwierzyć w siebie". Zaakceptować siebie. Moglibyśmy. Ale prostota nie była domeną Esme i Laurenta.

Tą domeną była burza.

Narastająca od samego początku burza, która czasem cichła, czasem pozwalała promieniom się prześlizgnąć, czasem udawała, że całkowicie mija. To wszystko brednie. Ona tu była. I w końcu uderzyła z całą mocą. Z taką też mocą uderzyły w Laurenta słowa Esme.

Czy uwierzysz, że teraz usta anioła pomalowała pomadka ze słów zrób to?

Oto człowiek, który oddaje się w twoje ręce. Teraz już nie w strachu, nie z potrzeby, nie było wątpliwości. Było spojrzenie i słowa tak mocne, że przeniknęły i wstrząsnęły Laurentem do samych kości. Wytargały go za szmaty jak w burdelu, w którym kiedyś spłacał swój dług. Z taką samą przyjemnością i tylko bez poczucia poniżenia. Gloryfikacja zbudowała mu szklany tron, ułożyła diadem z pereł i spineli na jego skroniach, ułożyła jego skrzydła w królewski płaszcz. Piórka, które się stroszyły w elektryzującym podnieceniu. Władza. Władza nad tym, że ktoś może być albo nie być. Bardzo niebezpieczny taniec, bo mówił tyle - Aniele Boży, Stróżu mój, Ty zawsze nad mym życiem stój. Laurent nie potrafił się teraz nawet poruszyć. Prąd biegał pod jego skórą, pobudzał i otwierał niebezpieczną skrzynkę jego umysłu. Zaraz obok tego było trzeźwe przebudzenie, które chciało go ocucić, uderzyć w policzek, powiedzieć: no ocknij się! To nie tak! Nie to miał na myśli. Ale tego nie było. Zamiast tego było spojrzenie, które pytało na pewno? Esme Rowle, czy jesteś pewien słów, jakie właśnie padły z twoich czarujących usteczek, które robiły z kobietkami i jednym takim aniołkiem, czego twa dusza zapragnęła? To była ta krew, zdajesz sobie sprawę? Ten tusz, twoje imię, ten cyrograf. Są rzeczy, z których bardzo ciężko się wycofywało.

To powinny być słowa, które zbywa się śmiechem. Zamiast tego były szokującymi słowami, które zamieniły syrenie oczy w ślepia jarczuka, który czegoś szuka... zwątpienia. Zawahania.

- Jesteś przedziwny, Esme... - Odezwał się niemalże leniwie, bardzo wolno, przeciągle. Lecz to nie było lenistwo - to, co czaiło się teraz w nim, ta niebezpieczna rzecz w nim poruszona, której sam się obawiał. Tkwiło w tym za to zadowolenie. Prześwitywało przez ten ton dokarmione ego, które ćwierkotało jak ptaszki, kiedy to nie jemu kazano klękać przed sobą. Kiedy to ktoś gotów był klęknąć przed nim. - Nie ma czego żałować. To było okrutne i okropne przeżycie. - Ale było przeżyciem. Ból udowadniał, że żyjesz, tak? Jak ten pierwotny strach, ten poruszony mechanizm, ten instynkt. W obliczu takich doznań strach przed samym strachem truchlał i... cóż, padał na kolana. Tam, gdzie było jego miejsce według podręcznika Esme. Laurent sam sobie się dziwił, że mimo to w jego słowach nie było teraz wcale pewności tego, co mówi. Chociaż przecież tak o tym myślał. - Obiecuję jednak, że kiedy następnym razem usłyszę szepty o starym statku od Matki Wody to będziesz pierwszą osobą, do której przyjdę z zaproszeniem. - To było zaczepne, bo nie zamierzał tego robić. Nie zamierzał narażać Esme na niebezpieczeństwo, nie chciał jego życia, nawet jeśli on sam chciał to życie przetracić. A może..? Może byłby zdolny do mordu, żeby go uwolnić? - A może tego właśnie pragniesz? Sprawdzić, jak wygląda twoja krew na mojej skórze. Odpłynąć kołysanym przez fale moich oczu. - Zapytał zaintrygowany. Odpowiedzi Esme niemal zawsze były nieoczywiste, ale gdyby miał strzelać... powiedziałby, że jakaś część Esme tego pragnęła. To, w jaki sposób o tym mówił, jak namaszczał własne słowa - prawie czuł cześć do aktu Muerte. Do błysku kosy i do szelestu grzywy rumaka trupiobladego.

Naprawdę zapomniał o świecie. O problemach, swoim bólu, swoim przerażeniu. O tym, że prawie zabił go własny ojciec, że matka mówi, że lepiej się sprawdzał w burdelu i że gdzieś tam byli Śmierciożercy, którzy chcieli zniszczyć ten jego mały Raj. Że miał sny, z których wychodził z ranami i że pierwszy raz się zakochał - i pierwszy raz złamano mu serce. O niczym nie pamiętał. Tkwił w tym tańcu i choć się nie pocił, to przysiągłby, że krople potu wyzwoleńczo spływają po jego skroni. Esme wiedział, czym była ta relacja, Laurent wiedział, ale prawda? Kto ją wypowie? Tylko Esme mógł. Laurent ją znał, ale jak przyznał - wcale nie chciał jej wypowiadać i nie chciał jej spojrzeć w twarz. Bo wtedy nie potrafiłby tak tańczyć. Nie potrafiłby czuć tych zrywów i... cała ta rzeczywistość, jak brudna pieluszka dziecka, wysmotruchałaby nawet to miejsce. Miejsce realne, prawdziwe do bólu, ale jednocześnie pozwalające na... na coś... na takie... na to. To miejsce pozwalało na modlitwy do Esme Rowle. Modlił się więc - i znów bezsłownie. Pół kroku w tył - och, proszę... Ten Bożek powędrował za nim. Laurent uśmiechnął się i znów było w tym uśmiechu coś triumfalnego. Zafascynowanego zarazem. Nie zatrzymał się - zrobił kolejny krok, ale to nie była ucieczka, oj nieee... temu do ucieczki było bardzo daleko. Jak w tango partner podążał za partnerką. Jak w uwodzeniu, kiedy kochanka gestem przyciąga do siebie, choć wcale nie dotyka. Nie było piękniejszego mechanizmu w człowieku niż pożądanie. Nie, kiedy nie było oparte na czystym instynkcie, a mieszało w głowie tak jak wino - fascynacją i uwielbieniem nie dla ciała. To był seks dla umysłu. W całej swojej wulgarności, bo chociaż Laurent mógł używać ślicznych słówek, choć nie rzucał hasłami "przeleć mnie" to wulgarność wypychała jego mózg w całkowitej mocy. Taniec nad krawędzią... Z aniołem? Esme, z aniołem? Głupiś... Przecież anioł ma skrzydła.

Tak jak jego dłoń spoczęła na jego barku, tak dłoń Laurenta delikatnie oparła się na jego boku. Zupełnie tak, jakby mieli tańczyć dalej. Jakby chciał dać się poprowadzić. To nie był żaden sekret, przecież wypowiedział magiczne słowa na głos. Nie "jakby". Chciał. I w całej wulgarności czy subtelnościach wcale nie chodziło o to, żeby skończyć na tym stole, zrobić tu bałagan i oddać się przyjemności ciała. To wszystko było dla niego czymś o wiele więcej. To wszystko było tak cenne, bo nie dotykało tylko jego ciała. Dotykało tego, co bolało i łaknęło dotyku najbardziej na świecie. Jego serca. Przed Esme nie było Laurenta - porcelanowej, eterycznej laleczki. Przed Esme był tylko] Laurent Prewett.

Laurent przekroczył granicę, bo mając tak silne skrzydła nie mógłby tego nie zrobić. Pochylił się w tej ciszy i...

... jego oddech rozbił się w okolicy ucha Esme. Usta nie trafiły na usta. Nie było pocałunku - tylko - i z powodu tej prostej rzeczy. Szacunku. Bo ważne były pragnienia Esme. Bo ważna była ta zabawa, to, czego stracić nie chciał i w końcu to, jaką cenę mógł zapłacić, a jakiej nie był w stanie. Wilk miał ostre kły - kochał się z nimi (i nimi) bawić, ale nie chciał, żeby przegryzły mu tętnicę. Bo to, no właśnie, za bardzo by bolało. Tak bardzo... Tak bardzo, że policzek Laurenta otarł się o policzek Esme, przesunął się po nim i w końcu jego twarz wtuliła się między jego bark i szyję. Oparł na nim głowę, odetchnął. Teraz nawet nie dzielił ich oddech. Zadrżała mu dłoń, napięcie przeszło przez jego ciało i odpuściło. Objął go. Znów tak, jak wcale nie tak dawno temu. Jak brat może tulić brata, albo jak ktoś złakniony tak proste dotyku może go pragnąć na najbardziej intymnym poziomie, na jakim się da. Nie trzeba było w tym celu złączać ust, choć do samego Laurenta to chyba jeszcze nie docierało. To było krótkie - bo wcale nie chciał nadwyrężać cierpliwości Esme. Prawda była taka, że mógłby się zwinąć w kłębek i zasnąć przy Esme, wtulony w jego bok. Mógłby i nawet chciałby.

- Jeśli spełnienie marzeń może być koszmarem, to chciałbym cię w nim zamknąć. - Szkarada i Piękno. Koszmar i Marzenie Senne. Wszystko to przysłaniał dym, a Laurent mówił to spokojnie. Bez uśmiechu, bez błysku rozbawienia. Przyglądając się drapieżnikowi, który ostrzega, albo przepowiada koszmar. A może uświadamia cenę, która w tym pakcie została zawarta. W zasadzie - nie wiedział. Ale wiedział, że mógłby objąć Esme ramionami i dla własnej satysfakcji wsadzić go w koszmar. Tak, każdy miał swoją ciemną stronę. I każdy miał grzechy swojej duszy.

Laurent drgnął, kiedy akt przecięcia został dokonany. Kolejne poruszenie wnętrza - ale tak, jak każde do tej pory było wzniosłe... tak to było obalające. To tylko pasek. Tylko wężowa skóra. Tak jakby z tym paskiem odcięte zostały skrzydła i człowiek znów zostawał nagi, rozbrojony... tylko żałosny on sam. Zakręciło mu się aż w głowie. Zgasł, oszołomił go ten powrót do codzienności i normalności, gdzie wszystko i wszyscy wydają ci się grozić, a kolejny z instynktów namawiał do uciekania. Duma zawarczał ostrzegawczo, siedząc teraz, a nie leżąc, z lekko opuszczonym łbem. Przesunął łapy do przodu, bacznie obserwując każdy ruch. Też to widziałeś, Przyjacielu? Ten blask i to, jak łatwo wszystko stracić? To, jak świat wiruje, że aż może ci się zrobić niedobrze? A może to jednak efekt przypomnienia sobie, jak smakuje powietrze bez zapachu fajek? Mógłby oskarżyć Esme, że to narkotyk krążył w powietrzu, ale to nie było to. To było pragnienie umysłu i serca, żeby być sobą... i nie być jednocześnie przygniecionym tym, że na co dzień sobą nie jesteś. Że nie istnieje akceptacja dla takich odklejeńców i popaprańców. Że Bóg oskarża takie brudne stworzenia i nie przyjmuje do Raju upadłych aniołów. Mimo to nie było strachu. Nie uciekał, kiedy Esme się zbliżał, choć naturalnym odruchem ciała było napięcie się i kiedy był już blisko - niepewność. No bo - co robi? Co chce zrobić? Mózg od razu produkował takie wątpliwości, a Laurent wcale nie kontrolował się tak, jakby chciał. Był niewolnikiem swojego strachu i niepewności, kiedy groźba bólu była realna i nie mogła przynieść za sobą rozkoszy. Cyk. Jego pociągnięcie nożyczek i... już. Koniec. Fantazje o tym, co można zrobić z tym przeciętym pasem, że dłonie Esme wyglądałyby idealnie mogąc owinąć go wokół jego szyi, że mógłby szarpać mocniej, że... wszystko znowu zostało cięte nożyczkami. Przez nitkę. Jedną nitkę przy kołnierzyku.

A to nagłe zmęczenie i odejście całego napięcia było porównywalne do dojścia po naprawdę intensywnym seksie.

Zamknął oczy na drobny moment, pochylił głowę, ale ruch był płynny. Uniósł ją i rozchylił powieki na nowo. Nowy Esme. Nowy i stary jednocześnie. Nowy i stary on. Powrót na stare śmieci i kompletne zapomnienie, po co tu jesteśmy, bo to przecież był tylko pretekst, żeby się tu znaleźć.

- Esme, ja i tak będę krwawił. - Głupiutki, głupiutki... Nie chcesz brać za to odpowiedzialności? Nie, to nie to. A może? Esme tak daleko było do doskonałości, jak nikomu na tym świecie. I jednocześnie to czyniło go doskonałym. Doskonale niedoskonałym. - Nie widzisz? Liżesz mnie swoimi słowami. Dotykasz moich ud nie dotykają ich. Suniesz dłońmi w górę, choć nie przesuwasz się wcale. Eksplorujesz najbardziej skryte zakamarki ciała, choć nadal mam na sobie ubrania. Esme. - Wypowiedział jego imię słodkim, tęsknym głosem, niemal półjękiem. Jakby to imię było czarem, amortencją, którą został oblany. Przesunął palcami po swojej twarzy, po szyi, jakby to były dłonie Esme. Nie były. - Ty już we mnie byłeś. I pozostawiłeś usatysfakcjonowanym. - Opuścił ręce i uśmiechnął się w końcu, choć był to bardzo delikatny uśmiech. - A teraz, skoro już doszliśmy, możemy przyjść do mojego pretekstu wybrania się do ciebie. Bo obawiam się, że zostałem wyczerpany i mógłbym co najwyżej zasnąć na twoich kolanach.




RE: [29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent - Esmé Rowle - 26.03.2024

I need a place to bury the soulless, charming
Winter-hell creature upon me
(...)
Let me in.

Ścieżki, jakimi poruszał się umysł Esmé zawsze były nieoczywiste. Wiedział to każdy, kto miał przyjemność lub nieprzyjemność zamienić z kaletnikiem więcej niż dwa słowa. A czasami i dwa słowa z jego ust były wystarczające, by śmiałe zarzuty normalności zostały bezpowrotnie oddalone. Laurent usłyszał tych słów więcej. Znacznie więcej. Usłyszał słowa, jakich nie słyszał nikt, otrzymał myśli, których nie otrzymał dotąd nikt. Sanktuarium było przed nim, ale wrota pozostawały zamknięte. Zbyt ciężkie, by mógł je otworzyć... tak po prostu. Nieważne jak unikatowym Aniołkiem był. Ale z wewnątrz dochodził chóralny śpiew jak nigdy dotąd, który pozwalał na wyobrażenia tego, co dzieje się wewnątrz. Oh, z pewnością ceremonia. Z pewnością. Z... pewnością? Prewett znał słowa tych zaśpiewów, niektóre nawet za dobrze. Znał też ich przeznaczenie. Ale czy tutaj, teraz, to przeznaczenie było takie, jak być powinno? Czy chwalił? Czy bluźnił? Nie dało się uciec od języka, który nadał nam kształt, ale wewnątrz umysłu Rowle nie istniał język. Istniały myśli. Czyste i jeszcze nieskalane obleczeniem je w słowa, które tworzyły z nich szkarady, zmutowane monstra tego, czym naprawdę były.

Rola, jaką grał Laurent w życiu Esmé nie była tym, co logicznie dało się wywnioskować. Blondyn nieświadomie wpadał w pułapki, zapadki, przeciskał się przez wąskie korytarze i cały labirynt, będąc pewnym tego, że zmierza ku swojemu celowi. Rzemieślnik nie był w stanie go zatrzymać, ale ze swoistym zaniepokojeniem obserwował, jak ten zbliża się ku końcowi. Bo tylko on wiedział to, gdzie znajdzie się Laurent, gdy osiągnie metę.

Przecież zbliżali się do siebie, prawda? Zatem skąd ta bzdura, że Esmé postrzegał to inaczej? Jasno wskazywał, że nie postrzegał tego wcale inaczej, a wręcz przeciwnie - potwierdzał, że ich serca są coraz bliżej. Buntownicze, puste frazesy, by Rowle mógł czuć się tak enigmatycznym, jak... nie, pierdolenie. Sens był prosty i widoczny jak powietrze na dłoni. Kto miał realne szanse na dokonanie zmian tak wielkich w jego życiu, by pustka stała się okazjonalnym dyskomfortem, a nie nijaką codziennością? To nie pytanie retoryczne, a zagadka z góry ustalonymi odpowiedziami. Jak wiele zmienić mógł człowiek, który ubóstwiał produkt pustki? A jak wiele mógł zmienić człowiek, który zupełnie go nienawidził? Przecież nikt nie naprawiał tego, co nie było zepsute. Nikt też nie naprawiał tego, co było już wspaniałe. Perfekcji nie dało się poprawić, czyż nie? Zatem, Laurent, czy byłeś naprawdę tym, za kogo się uważałeś? I Esmé, ty też. Ciebie również się to tyczy.

- Niedoczekanie. - mruknął, bo jakby mógł odmówić zaproszeniu od Laurenta? Nawet jeżeli ten teraz go prosił, aby to zrobił. Arogancja i egoizm nie były jedynie domenami Prewetta. Mógł podpowiadać mu kroki tańca, ale to Rowle decydował czy według nich postąpi. I jasno się wyrażał - nie. Tańcz swoje, Laurent, a ja będę tańczył swoje. Gniew ze słowa "nigdy" zdawał się być już teraz jedynie przywidzeniem, bo nie było po nim śladu. Zupełnie jakby został zabity, uciszony na wieki lub zanurzony w... brei, mazi, smole, która wdzierała się do ust, nozdrzy i brnęła do płuc, by odebrać oddech, by nadać ciężkości, która nie pozwoli już nigdy wyjść na powierzchnie.
- Masz dużo do powiedzenia jak na pył. - rzucił delikatnie rozbawiony, unosząc delikatnie kącik ust w ledwo zauważalnym, zadziornym uśmieszku. Pasowało to do Laurenta. Bycie tym pyłem, który nie pozwala siebie użyć. Bycie tylko pyłem, a jednak rozkazywanie artyście, by nigdy w życiu nawet nie przyszło mu do głowy, by go użyć. Niestety, koniec końców, to od artysty zależał los narzędzi. - Po co mi Twój pył? - zapytał, przekrzywiając głowę na bok. - Własnego mam pod dostatkiem. - dodał, wzruszając ramionami, jakby to była naprawdę rozmowa na temat tylko i wyłącznie pyłu. Jakby wcale nie miał na myśli siebie. Jakby wcale nie był świadom, że w pogoni za emocjami, w walce z pustką miażdżył wszystko dookoła, tworząc z tego kolejny pył. Dosypywał go do imponującej góry, niczym Synaj. Ale Boga ani widu, ani słychu.

Czuł ten pył? Czuł jak kaletnik używa go całymi garściami w rozmowach z nim? Nieistotne. Prewett mógł się wzbraniać, ale musiał już wiedzieć, że jego władza kończyła się w momencie, w którym zaczynał się Esmé. Dalej było terytorium, na którym mógł się znaleźć, ale... cena. Konsekwencje. O tym już było.

Może to blondyn wypowiedział słowa o studni, ale to rzemieślnik pozwolił im wybrzmieć tak, jakby były jego własne. Pokiwał delikatnie głową, wpatrzony w błękitne oczęta niczym w tafle krystalicznie czystego jeziora. Niby powierzchownie, a widział samo dno. I uśmiechał się, bardzo mozolnie, jakby jego usta były machiną ważącą kilkanaście lub kilkadziesiąt ton, napędzaną potężnym, aczkolwiek niezwykle wolnym silnikiem, który łańcuchami ciągnął wrota, by je rozchylić.

- A może zaglądasz do tej studni i widzisz w niej swe zniekształcone odbicie? To Ty, ale jednocześnie - to ktoś, kim Ty na pewno nie jesteś i nigdy nie będziesz. - z szerokim uśmiechem wypowiedział te słowa, jakby był z siebie naprawdę zadowolony. - Jeszcze jak byłem dzieckiem pewna starsza kobieta nakryła mnie na zaglądaniu do studni. W jej mrok i głębię. Ostrzegła mnie, że nie powinienem tego robić. Pamiętam, że jej słowa nie brzmiały jak zwyczajna troska wobec dziecka, a rzeczywista porada. Zapytałem ją -  "dlaczego?". Przecież nie wpadnę. Odparła, że mam rację, nie wpadnę. Zostanę wciągnięty. - i odeszła, pozostawiając małego chłopca bardziej przerażonego, niż jakakolwiek inna historia, mająca nauczyć go odpowiednich zachowań. Strach nie pochodził z tego, że Esmé jej wierzył, bo nie wierzył w to tak samo, jak w "pana", który go zabierze jak będzie niegrzeczny. Strach pochodził z tego, że kobieta sama w to wierzyła. I tu kryła się kolejna lekcja lub garść pyłu.

Oh, nomenklatura dla Rowle miała całe znaczenie. Ze swoistym niedowierzaniem przyjmował słowa Prewetta, że przecież mówią o tym samym. Nie wyprowadzał go z błędu, bo było to bardzo kłopotliwe. Zmuszające do tłumaczenia tak wielu rzeczy, a przecież kaletnik tłumaczył... tak niewiele rzeczy. Interpretację pozostawiał innym, bo... to była rola innych. On z siebie wyrzucał słowa, których znaczenie znał. Jeżeli tak zrozumiał je Laurent... niech i tak będzie. Niech będzie, że zgadzają się, że mówią o dokładnie tym samym. Dla Esmé było to całkiem urocze. I Prewett widział go takim, jakim chciał go widzieć. Czasami, ale jednak. Czy to źle? W żadnym wypadku. Sam widział w Laurencie to, co chciał w nim widzieć, nawet jeżeli zacząłby się przed tym wzbraniać. Tak działał umysł ludzki. Tylko jak tu walczyć z logiką blondyna? Przecież, obiektywnie, miał rację, prawda? Poniekąd. Słowa jakich używał Rowle nie były przypadkowe. Nigdy. Każde starał się dobierać tak, by najlepiej pasowało do jego myśli. Synonimy może określały to samo, ale z zupełnie innej perspektywy. O tę perspektywę chodziło. O to, skąd pewne intencje wychodziły. Korzystając z wykorzystanego już niegdyś porównania - inny wydźwięk miały słowa "kocham cię" zapisane pięknymi literami na kartce papieru, a inny wydrapane paznokciami na ścianie pokoju czy wymalowane krwią na podłodze. Tego nie dało się przekazać słownie, ale dało się użyć innych słów, które może mówiły o tym samym, ale z zupełnie innych powodów. Ten sam efekt, ale nie ten sam cel i nie ta sama droga.

Z goryczą przyjmował słowa, że pomaga Laurentowi kwitnąć. Naprawdę nie rozumiał do czego to zmierza. Jaki jest tego cel. Nie każdy kwiat kwitnie, by móc przekwitnąć i umrzeć na własnych warunkach. Niektóre kwitły dla kogoś, zachwycając na tyle mocno, aż zostaną zerwane. Zniszczone. Ironiczne, bo Prewett pytał o to cztery lata temu. Niepokojące, bo wyraził wtedy zrozumienie. Wyraził... swoistą gotowość. A niektóre kwiaty były przerabiane na barwniki. Zaś barwy, cóż, barwy życia zdecydowanie brakowało kaletnikowi. Jednak skoro czuł gorycz, to przecież nie było źle, prawda? Nie, było tym gorzej. Było najgorzej. Bo czuł.

Krytyk literacki i opowieść jednocześnie? Uniósł brwi, po czym roześmiał się lekko, rozkładając ręce na boki, jakby chciał powiedzieć "cały ja" i "co poradzę" symultanicznie.

- Laurent... - mruknął, przeciągając jego imię. - Jestem rzemieślnikiem, nie artystą. - i chciałoby się zapytać "co to za różnica?", ale... znów różnicą była nomenklatura. Powód i cel. A interpretacja pozostawała po stronie Prewetta. Mógł znów uznać, że przecież mówią o tym samym. Nie mówił tego tak naprawdę dla niego, a mówił to dla Prawdy. Jeżeli uważał go za artystę, to jasne, droga wolna, ale wiedz, że kaletnik był rzemieślnikiem we własnym mniemaniu.

Let me in.

Zwątpienie? Zawahanie? Absurdalne. Komiczne. Pyszne. Anioł mu świadkiem, że to wszystko byłoby do odnalezienia wewnątrz cytadeli myśli Esmé, gdyby nie... Anioł. Czarodziej wyprostował się na fotelu, zadarł nieco głowę, a plecy przestały dotykać oparcia, jakby był gotów rzucić się do biegu. Albo do walki. Albo do stóp. Dłonie zacisnęły się na podłokietnikach, aż knykcie pobladły. Ciemne oczy młodego mężczyzny błyszczały jak rzadko kiedy, chociaż Laurent nie uwierzyłby mu, że naprawdę tak rzadko kiedy. W końcu widział te iskry nie pierwszy raz. Czy uwierzyłby mu, że były one właściwie zarezerwowane tylko dla niego? Oh, rezerwacja... to zabrzmiało, jakby Rowle cokolwiek tutaj kontrolował. Przecież sam blondyn określał go chaosem. Czy chaos dało się kontrolować? Czy chaos kontrolował siebie? Nie i nie. Chaos dało się jedynie napędzać. Prewett, Ty pieprzony hipokryto. Jak mógł szukać zawahania, gdy sam przyjął tron, diadem i płaszcz bez niego? Rowle, Ty pieprzony hipokryto. Jak mogłeś wypowiedzieć te słowa, również szukając tego samego zawahania w blondynie? Nie, nie szukając. Obawiając się go. Efekt był... wyborny. Przerastający oczekiwania, ale jednocześnie - idealnie osiągający je. Teraz to usta rzemieślnika pomalowane były pomadką ze słów "zrób to", jakby skradł ją z warg Laurenta w eterycznym i, zarówno, efemerycznym pocałunku. To, co byłoby uśmiechem, teraz było roześmianiem się. Wesołym, energicznym, wręcz niepasującym do Esmé. Szczerzył się, a uznanie go za "przedziwnego" podniosło to uczucie o stopień wyżej.

Cztery lata temu grali w grę, w której badali siebie, odkrywali się wzajemnie. Cztery lata później... i grali w grę, w której sami się obnażali przed sobą. Do tego momentu dałoby się przysiąc, że Czarodziej przez cały ten czas składał z siebie origami. Z tej poszarpanej kartki, z powypalanymi dziurami, z przebarwieniami, z plamami. Ład z nieładu. A teraz dałoby się przysiąc, że to origami znajdowało się na jego dłoni tylko po to, by mógł je zmiażdżyć. Zacisnąć pięść nagle, w niezrozumiałym przypływie... czegoś. Rozwiać wątpliwości o swej stabilności, której nie dało się zarzucić mu kiedyś, ale można było ją wywnioskować jeszcze kilka słów temu. Czy naprawdę zmieniło się tak wiele?

To wszystko przez niego. To wszystko przez Laurenta. Jednak Esmé nie obwiniał go. Wręcz przeciwnie - był mu wdzięczny. To dzięki niemu. Dzięki Laurentowi. Gdyby tylko zbył te słowa śmiechem, gdyby tylko... nie pokazał, że jest zdolny. Przynęta, która została połknięta w pełni, ale obaj byli rybakami.

Autodestrukcja? Nie, w żadnym wypadku. Eksploatacja. To było oczywiste, gdyby się dobrze zastanowić - wszystko i wszyscy byli paliwem, które mogło zasilać emocje, a te rzucały się w przepaść pustki, by chociaż na chwilę dać wrażenie, że tak naprawdę jej tam nie ma. Wszystko i wszyscy. On sam nie był wyjątkiem. Szalenie ciekaw tego, co mógłby Prewett zrobić. I co zrobiłaby z nim ta władza.

- Tylko tyle? - zapytał retorycznie, nieco zaskoczony. Oparł się znów wygodnie, rozluźnił, bo do tego zmierzał Laurent. Nie chciał go ponaglać, nie chciał wymuszać. Chciał dać mu tę władzę i... obserwować. Zakwitniesz czy zwiędniesz? - Jestem ciekaw wielu więcej rzeczy, Laurencie. - wciąż były w nim emocje, które powoli zaczynały wygasać, ale i nawet dogasając stanowiły oczywisty kontrast do codzienności. Prychnął, odchylając głowę, opierając ją na zagłowiu fotela i zamykając oczy. - Jestem ciekaw czy byłbyś zdolny, czy to tylko fascynacja? Czy ciemiężony mógłby być ciemiężycielem, czy to tylko radość z samej świadomości pozycji? Czy spróbowałbyś ratować to, co zniszczyłeś? Czy mówię Prawdę? I, prawie najważniejsze, czy byłbyś w stanie zmyć tę krew z rąk... czy może byś z uświęceniem się nią wysmarował, hm? - rozchylił delikatnie oczy, a jego usta cały czas wywinięte były w przyjemnym, lekkim uśmiechu. Jakby... te wszystkie myśli masowały jego napięty umysł. Jakby to była czysta przyjemność rozmyślać na ten temat. - Ćśśś, nie mów. - uniósł głowę i spojrzał na niego zaskakująco poważnie, jak na to, co wyrażał sobą jeszcze kilka sekund temu. - To wszystko by popsuło. - a zatem niech trwa.

Let me in.

Cztery lata ogar siedział w stalowej klatce. Cztery lata nawet nie warknął, nie pokazał zębów, ani pazurów. Nie błysnęła krwiożercza iskra w jego oczach, gdy obok jego więzienia, ale jednak z dystansem, przemykali przechodnie. Spokój, opanowanie, ład. Ten sam ogar, który cztery lata temu warczał, gdy tylko próbowano się zbliżyć, odstraszając od siebie i nosząc na sobie ślady, które jasno wskazywały niebezpieczeństwo. Ten sam, który w akcie zupełnego skonfundowania łapał kłami również samego siebie, wierzgając, widząc wrogów i przyjaciół jednocześnie wszędzie wokół i wewnątrz samego siebie. Cztery lata czekania. Cztery lata iluzji, że tego wszystkiego już w nim nie ma, by ktoś wreszcie podszedł bliżej. By... go wpuścił, ale nie wypuścił. Cztery lata, by spić słodko-gorzki nektar z własnych szponów, a później zapewnić, że rozszarpane truchło leży dlatego, że próbowano go skrzywdzić.


Let me in...

Cisza. Niczym kubeł lodowatej wody wydzierający nas brutalnie z ciepłych, przytulnych objęć Morfeusza. Objęcie, w które znów sobie wpadli... nie, teraz to Laurent w nie wpadł. Rowle stał nieruchomo, sztywno jak wieszak, nie wierząc temu co tutaj się działo. Nie wierząc, że był rekinem, który poczuł krew i gotów był wyskoczyć z wody wprost na pustynię, by tylko za nią dalej podążać. By skosztować i tym samym pewnie przypieczętować swój los. Zupełnie otumaniony, oszołomiony szumem, który zawsze tkwił w jego głowie, ale teraz aż dudnił, aż trząsł murami cytadeli. Pustka nie była ciszą, pustka była kakofonią, z której nie dało się niczego wyciągnąć. Niczego wyszczególnić. Niczym zadowolić, ale też niczym obrzydzić. A jednak czuł teraz obrzydzenie. Do samego siebie. Uczucie, które powinno go karcić, ale teraz czuł jednocześnie ulgę z tego samego powodu. Pierwszy raz się zawahał. Jego ręce zadrżały, gdy w końcu ruszyły, by objąć Prewetta, który wciąż tkwił w jego ramionach. Chwila, ale trwająca wieczność. Całą wieczność. Jakby ten uścisk miał być świętokradztwem z jego strony. Nie zasługiwał, nie on. Nie był wcale lepszy, niż wszyscy inni, którzy skrzywdzili blondyna. Jedynie jego metody były inne. Ale zawsze podążał za wrażeniami, zawsze kierował się ku uczuciu, więc zacisnął ramiona na mężczyźnie, przycisnął go do siebie, nie pozwalając mu tak szybko ich opuścić, jakby zamknął go w klatce. Jakby Laurent wstąpił do żelaznej dziewicy, z której nie było ucieczki, póki w niej nie skona. Ale to Esmé skonał. Opadł bez sił, zrzucając cały ciężar swej osoby na drobnego, kruchego Anioła. Czy utrzyma? Czy zachwieje się? Czy spróbuje? Jego głowa opadła, wbijając brodę w bark Laurenta. Włosy przysłoniły mu twarz, która niczym w kalejdoskopie zmieniała swój wyraz, chociaż zmiany były na tyle subtelne, że niewprawny obserwator mógłby przysiąc, że przecież "nic się nie dzieje". Ten widok był jednak przeznaczony dla nikogo. Zaraz uniósł usta, które zbliżyły się do ucha, rozchyliły i... zacisnęły. Chciał go przeprosić, ale splunąłby tym samym Prawdzie prosto w twarz. Jak mógł przepraszać, gdy nie czuł skruchy? Czuł po prostu obrzydzenie, ale nie żal za swe grzechy. Bóg, który chciał wyspowiadać się Aniołowi, ale nie potrafił. Widocznie nie każdy Bóg był dobry.

Odsunął go od siebie, gdy w końcu nastąpił moment rozstania z objęć. Jego głowa była opuszczona, a on w iście teatralnym ruchu odgarnął włosy do tyłu, zadzierając tym samym głowę. Beznamiętność znów zawitała na salony. Pustka była straszna. Pożerała wszystko w mgnieniu oka, jeżeli tylko na to jej pozwolono.

Warknięcie jarczuka było teraz jak miałczenie małego kociaka. To, co chwilę temu napawało go absurdalnym, niewytłumaczalnym niepokojem i lękiem, tak teraz było jedynie tłem. Prawdziwym zagrożeniem nie był Duma. Prawdziwym zagrożeniem był Laurent. Przerośnięty czworonóg gwarantował jedynie śmierć, ale Prewett? Znacznie więcej. I tak jak wobec jarczuka - Esmé nie uciekał. Esmé wyczekiwał.

- Wszyscy krwawimy. - zaczął precyzować swoje słowa. Takie momenty jak ten dało się zliczyć na palcach jednej ręki. - Ale krwawienie ustaje. Dowód nosisz na nadgarstku. - i ruszył lekko dłonią, wskazując na szramy, których wcześniej dotykał. - Są jednak takie rany, które nigdy nie przestaną. - rozumiał ich relację. Nie uważał, że jest ponad wszystkimi, nie uważał że to coś więcej niż miłość czy cokolwiek, co mógłby czuć Laurent wobec innych. Ale był świadom wyjątkowości tego wszystkiego. W końcu... o to tutaj chodziło. Dlatego Prewett tutaj przychodził. Dlatego to wszystko się działo. Ten taniec, ten seks. Temu nie dało się zaprzeczyć. Wzajemnie byli dla siebie jak ostatnia deska ratunku, jak brzytwa, za którą wcale nie musiałeś się chwytać, ale chciałeś. Zaprzepaszczenie tego... byłoby zgubą. I może Rowle czuł się w tym odosobniony, może Laurent był dla niego istotniejszy, niż on dla niego. Nieistotne. Wiedział, że jeżeli to zniszczy, to... przegrał. Tak po prostu. Raz. Na. Zawsze.

Aniele Boży, stróżu mój, a Ty za mnie zdecyduj.

Uniósł brwi wyżej, ze swoistym zaskoczeniem przysłuchiwał się, że przecież... uprawiali seks. Świadomy tego i nieświadomy jednocześnie. Prychnął. Raz, drugi, trzeci. Pokiwał głową i wciąż oparty tyłkiem o stolik, sięgnął za siebie, po papierośnicę. Otworzył ją i... z nijakością godną jego samego zamknął. Była pusta. Omiótł pomieszczenie wzrokiem od niechcenia, jakby właśnie do niego znów wszedł i to po długiej przerwie. Wszystko było na miejscu? Niby tak, a jakby jednocześnie nic nie było już mu znajome. Odepchnął się, ze zgrzytem przesuwając stolik tym samym i wystawił rękę do góry. Beksa nie znał sztuczek, ale znał zwyczaje. Wylądował na dłoni kaletnika, który zaraz zamknął stworzonko w niej, by nieśpiesznie gładzić je kciukiem po grzbiecie, nie bojąc się iskier strzelających z ogona.

- Po dobrym seksie zwykłem palić papierosa. - odparł lekko, zmierzając za ladę. - Tym razem będę potrzebował ze dwóch. - mruknął bardziej do siebie i ułożył Smoczoognika na swoim ramieniu. Zaraz było słychać jak metalowe pudełeczko się otwiera, jak coś się przesuwa, szeleści. Emanując skupieniem, ale jednocześnie zupełnym jego brakiem coś robił, by zaraz unieść jakiś papier do ust, by językiem po nim przesunąć, zwilżając go własną śliną. W kilka krótkich chwil w jego palcach znalazł się mistrzowsko skręcony papieros, który został uniesiony wyżej, jakby w ramach prezentacji. - Chcesz? - czuł, że Laurent na niego zasługuje. Może wcale nie chce, może się brzydzi, ale zasługuje. Że należy mu się. Jeżeli chciał... to go otrzymał. I zaraz położył na ladzie mosiężną zapalniczkę, by Prewett nie musiał korzystać z magii, by go rozpalić. I wtedy skręciłby sobie drugiego. Jeżeli nie chciał? No to od razu wsunął go w usta, błyskawicznie rozpalił i odchylił głowę do tyłu, mrużąc oczy i zaciągając się dymem z nieskrywaną przyjemnością. Celebrując ten krótki moment oddania się obrzydliwemu nałogowi. Jednej z niewielu rzeczy, które posiadały Esmé, a nie na odwrót. Wydmuchnął dym, powoli i jakby chciał oczyścić całe płuca z niego, by dopiero wtedy wyprostować się, otworzyć oczy i... wyglądać jak zawsze. Nijako.
- Słucham. - powiedział, ruszając w stronę drzwi. Beksa znów poderwał się do lotu, tym razem z samobójczą intencją, bo zaczął krążyć blisko Dumy. Może rzeczywiście Rowle i Smoczoognik mieli ze sobą wiele wspólnego.

Jeden drobny ruch i...

Otwarte.


RE: [29.06.1972] Rusted Wheel | Esme & Laurent - Laurent Prewett - 01.04.2024

You and I to think that for unfeeling
To look into your secret in your heart
For this strange complex thing of my love

Fenomen Esme polegał na tym, że nie ważne, jak bardzo ciężkie wrota się przed tobą znajdowały, nie ważne jak wielkie przejście, zakluczone na śmierć, znalazłeś to nie widziałeś przed sobą żadnego z nich. Żadnych wrót, żadnych ogniw podnoszących bramy, żadnych zamków, żadnych kluczy. Bo jeśli był zamek - musi być klucz, prawda? Nieprawda. W świecie Esme Rowle żaden klucz nie potrzebował zamka, ani żaden zamek nie potrzebował klucza. Tutaj wszystko mogło być na opak, bezsensowne da odwiedzającego, nie trzymające się kupy. Rozpadało się pod palcami i nawet nie zbierałeś tego, co skruszało między palcami, bo na pewno nikomu się to nie przyda. Tuptasz po tym, co naprawdę wartościowe, a dostrzegasz śmieci, które nakryły w twoich oczach prawdziwe wartości. Kto był temu winny? Kogo wskażesz palcem? Wina świata, którego nie obejmowałeś rozsądkiem, czy może jednak oczu, które nie mogą go dostrzec? Laurent czuł przeciąg na swoich plecach, wiatr targał jego włosami i każdą z pereł, jaką mógł wpleść między kosmyki. Zostawiał tu cząstkę siebie, to na pewno. Może kiedyś zostawi jej większą część, kiedy uroni łzy - ponoć te syrenie były bardzo cenne. Ponoć... ponoć naprawdę zamieniały się w perły. Widział tyle szczegółów, słyszał tyle melodii, ale nie znał języka, nie znał kodu. Nic nie wydawało mu się niedostępne. To nie była blokada drzwi, bo przecież Esme wciągał tylko głębiej - tak się wydawało. To była... pustka. Ta dziura, z której chcesz uparcie coś wyłowić, więc wkładasz w nią ręce i orientujesz się, że ciągle w twojej garści pozostaje jedno wielkie nic. Mimo to kończył ze wszystkim. Nie ważne, ile poświęcał temu myśli, ile razy zarzucał haczyk dla złotej rybki, żeby spełniła jego życzenie i podała kod do tego zagmatwanego świata - nie było tu drogi na skróty. Na swoje nieszczęście nauczył się, że trzeba się czasami zgubić, żeby znaleźć samego siebie.

Czy w tym świecie naprawdę była jakaś meta, gdy to podróż była najważniejsza?

- Nie wiem jeszcze, po co. Ale gdybyś go nie potrzebował nie wierzę, że prowadzilibyśmy te rozmowy. - Jedną, drugą, czwartą. Drugą tak intensywną. Nie wierzył, że gdyby Esme czegoś nie chciał, gdyby czegoś mu nie dawał, to wszystko wyglądałoby tak samo. Korzyść fizyczna? Nie. Czysto-emocjonalna? Hm... Pustko, co rościsz sobie prawa do mięsa ludzkiego, powiesz, jakie jest twe pragnienie? Czy gdzieś na tej drodze leżała zagubiona karteczka, gdzie na paragonie z kawiarenki zapisałaś: upomnę się w końcu o (...)? Znając-nie-znając Esme niemal wszystko było tu możliwe. Przeszkody, pułapki - tak, ale jednocześnie: nie. Żeby pułapki miały prawo bytu należy je celowo i świadomie zasłaniać, więc znów powracała niewiadoma, ile z tego wszystkiego było starannie przygotowaną sceną, a na ile szaleństwem. Znał-nie-znał człowieka, który był specjalistą od pułapek i zabił nimi niejednego. Esme przypominał go w tej czerni - topili się w syfie, z którego nie dało się ich wyciągnąć. Nie to, żeby w przypadku Crowa Laurent tego próbował, och nie. Za bardzo się go bał. Mimo to życzył mu jak najlepiej i liczył na to, że udało mu się sprostać trudom życia i wyjść na światło dnia. No a Esme..? Esme miał przed sobą i mimo tego nie dało się go złapać i unieść razem z nim. To płótno, jakim był, stało się już nie do naprawienia. Tylko powiedz, przyjacielu, co znaczyło właściwie naprawić płótno cudzego artysty..? Skąd wiesz, gdzie kończyła się wizja malarza i zaczynały potencjalne obrażenia zewnętrzne nadane przez jednostkę trzecią? Więc tak, po coś go potrzebował. Dla rozrywki, dla satysfakcji, dla doznań. Żeby otrzeć ręce, zaraz zwrócić, albo sprawdzić tylko strukturę. To nie była chęć destrukcyjna - tak przynajmniej myślał Laurent. Naiwnie, no przecież, bo mógł zsuwać się w swojej beznadziei, ale jego naiwność zawsze bieliła rzeczywistość, a wręcz pudrowała ją różem jak lica kobiety.

Mrok wchłaniał i pochłaniał. Tak samo właśnie działał Esme. To nie Laurent wpadł do studni. To studnia pochłonęła jego.

Nie, nie uwierzyłby, że Esme nie jest taki na co dzień. Chociaż..? Tak, uwierzyłby mu, ale przełknąłby to z trudem. Wielka rzecz do przyjęcia przez niewielkie gardło. Och, well... Rowle potrafił ożywać tak samo, jak powietrze kiedy Beksa puszczał iskry ognia, żeby jego kompan mógł odpalić sobie papierosa. Jak wyglądała jego codzienność - wyjątkowo Laurent się nad tym nie zastanawiał. Wyjątkowo,  słowo-klucz, bo chciał poznawać ludzi i przyglądać się im w najróżniejszych sytuacjach. Z Esme wszystko było inaczej. Wszystko było przewrócone do góry nogami... nie, nawet nie. Mówisz o chaosie, ja prawię o szaleństwie - wszystko przecinało się, było ślicznym warkoczem blond włosów ze stokrotkami i mleczami wsuniętymi między kolejne sploty. Tam się ciągle coś działo, nie było linii równych. Każda z nici Ariadny, jakie zostały nam podarowane, czymś się od siebie różniły. Ład? Nie ma ładu! Wysypisko myśli i śmietnisko uczuć, a każde z nich nadawało się do nowoprzetwórstwa. To nie było więc wywrócone do góry nogami - było ciągłą przemianą. To było wyjątkowe, bo przy Esme wyjątkowo zajmował się samym sobą. Badał siebie. Tak otwarcie, czasem wstydliwie, czasem bardziej odważnie, niekiedy bardziej bajając, bo do bajek lubił wracać, a innym razem wracając na ziemię. Esme potrafił w końcu potrząsnąć tą szklaną kulą, w której się zamykali i zamienić niebo z ziemią. Wirowały nam w powietrzu płatki śniegu, bo każda szklanka kula musiała je mieć. Nie były zimne. Nie były mokre. Wypełniały świat, w którym ciągle coś musiało się dziać.

Laurent bardzo chciał powiedzieć, że skąd - nigdy nie splamiłby siebie krwią! Że nie chciałby nikogo skrzywdzić, że władza w jego dłoniach by nikogo nie skrzywdziła, że nic złego by się nie stało. Że to tylko fascynacja i nie byłby w stanie się do niczego posunąć. Nie odpowiadał, bo to miała być tajemnica. Nie odpowiadał, ale poczuł dreszcze na całym ciele, niezdrowe, zduszone w zarodku podniecenie, które przesunęło się  po jego karku i zmusiło do przesunięcia palcami po kołnierzyku. Fascynacja. Oczywiście, że to była fascynacja. Upadła chwila, bo zaraz wszystko wróci do codzienności. Zabraknie mu energii, opuści go, spojrzy na to, jak brzydki jest ten świat i zacznie puszczać bicz na własne plecy. Jak mogłeś, Laurent. Wiesz, że będzie próbował utopić człowieka? Ten sam  Laurent rozważający cenę władzy? Za dużo jest zła na tym świecie, trzeba je zwalczać. Być ideałem dla innych, a kim być dla samego siebie, skoro nie widać własnego odbicia w tafli studni? To wszystko by popsuło. Niech miraż trwa. Tym razem Król Prawdy bez berła i korony chciał igrać z Fantazją i niedopowiedzeniami.

Kochał to uczucie, które go zalało. Odcięcie od świata, zupełna nicość. Embrion, który na nowo mógł spróbować zawinąć się kokonem i ocenić, czy na pewno chce zostać motylem. Nie oceniał już, czym Esme mógł różnić się od innych ludzi, przecież różnice były oczywiste - gryzły po oczach, jak gryźć  mogła ta bestia z nozdrzami nawykłymi do zgnilizny i smrodu krwi i mięsa. To była wyjątkowo ciepła żelazna dziewica i ktoś zapomniał wczepić w nią te wszystkie kolce, które odprowadziłyby krew z jego chudego ciała. Jeśli tak wyglądało więzienie to było bardzo przyjemną klatką. Ale przecież Esme jak nikt inny wiedział, że nie możesz zamknąć kanarka w złocie, bo pieśń, którą zaśpiewa, już nigdy nie będzie taka sama. I nie będzie tak prawdziwa, jak prawdziwe było wszystko, co działo się teraz.

Nic się nie zmieniło, kiedy cienka błona embrionu została przekuta. Nie było krwawego porodu, żadnego krzyku, nie było płaczu i łez. Cisza i beznamiętność. Bitwa, która stoczyła się tuż pod jego palcami miała wydźwięk wielostronny. Zgrzyt - dopiero teraz zobaczył tę bramę i usłyszał pazury czegoś wielkiego i przerażającego, czegoś, czego nie powinien spotkać. To coś było po drugiej stronie... bo było, tak? Nie było wcale tu, nie zbliżało się. Nie miało tych ciemnych oczu i delikatnej twarzy mężczyzny, który przeczył swemu artyzmowi i ostawał się aż rzemieślnikiem? Jakiego kolosa wykułeś? W co się zamieniłeś i kto uderzył twój kark kijem? Ile razu opadał ten kij, zanim uległeś zniekształceniu? Kolejny dreszcz na skórze. To nie strach. A jeśli byłby strachem to strachem o to, jak wiele złego wydarzyło się Esme w tym życiu.

A jednak Bóg musiał mieć w sobie dobroć, skoro modlił się do Anioła.

Laurent rozchylił swoje wargi, one drgnęły, ale nie padła żadna odpowiedź. Tak, były rany, które nie znikały. Takie, których broczenie nie kończyło się na skórze i nie zasklepią ich eliksiry. Nie było sensu potwierdzać, zaprzeczanie było głupotą. Nie wierzył, żeby Esme miał go skrzywdzić... tak po prostu. Ta krzywda kiedyś nastanie, prędzej czy później, bo tak jak Esme nie sądził, żeby zajmował jakieś wielkie miejsce w kalejdoskopie emocji Laurenta, tak Laurent nie podejrzewał nawet, jak wiele trzęsienia zaprowadza w jestestwie Esme... i to wcale się nie starając. Bo to nie tak, że on chciał burzyć jego świat, mówił szczerze, gdy oświadczył, że nie zamierza na siłę pchać swych dłoni do obrazu, który niszczał od środka. Zmieniać, gdy nie chciało się zmian. Ale tak samo był pewien tego, jak dziwna i specyficzna więź ich łączy. Jak głęboko zakorzeniona. To korzeń na tyle rozwinięty, że pozbycie się go pogłębiłoby pustkę ciemnookiego rzemieślnika, choć w ten sposób Laurent na to nie spoglądał. Spoglądał na to z żalem, bo to była tylko z jego perspektywy kwestia ceny i kiedy Esme mógł się tą zabawą znudzić. Kiedy pył przestanie być potrzebny.

Uśmiechnął się do siebie samego słysząc słowa o tym, że tym razem potrzebował ze dwóch papierosów.

- Chcę. - Może nie chciał, może się brzydził, ale czuł, że zasługuje. Podszedł do blatu i sięgnął po zapalniczkę. Płomień błysnął między bladymi palcami i rozjarzył kraniec jakże unikalnego, niepowtarzalnego papierosa. Przed oczami stanął  mu ten malutki las, piękny twór stworzony z pachnącego, suszonego tytoniu. Teraz był tylko smród. Smród, którego potrzebował, ale po który nie powinien sięgać. Nie spoglądał na Esme. Spoglądał na to miejsce, które teraz tchnęło takim spokojem... ale może to przez tego papierosa? Tak, to musiało  być to. Nie. To przez ciąg wszystkich słów i wydarzeń, które tak przyjemnie upuszczały całe napięcie z ciała. Ulatywało właśnie z dymem, jak za dawnych lat, kiedy Laurent za dużo czasu spędzał na Nokturnie. Dopiero kiedy Bóg się poruszył to spokojne oczy Anioła na nowo się na nim zawiesiły. - Potrzebuję czegoś poręcznego na wzór czarodziejskich namiotów do przenoszenia istot magicznych. Z odpowiednim biomem, najlepiej każdym. I tak, myślę zarówno o transporcie istot wielkości buchorożców jak i pufków.

Jeden ruch.

Wystarczył tylko jeden ruch, ale czasem nawet ten jeden ruch niewiele potrafił zmienić.

Anioł uśmiechnął się do swego Boga, odpowiadając na jego modlitwę.


Koniec sesji