![]() |
|
[07/07/1972] Wuj w dom, pędzle w dłoń || Erik & Morpheus - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23) +--- Wątek: [07/07/1972] Wuj w dom, pędzle w dłoń || Erik & Morpheus (/showthread.php?tid=2432) Strony:
1
2
|
RE: [07/07/1972] Wuj w dom, pędzle w dloń || Erik & Morpheus - Erik Longbottom - 15.01.2024 Skinął głową. Proste odpowiedzi czasem były najlepsze. Poza tym młody detektyw nie szukał też powodu do wytknięcia czegokolwiek Morfeuszowi. Czasem po prostu lepiej było powiedzieć, co siedziało człowiekowi na wątrobie, nawet jeśli była to ulotna myśl. Przygryzł dolną wargę, starając się nie parsknąć śmiechem, gdy wuj drugi raz tego dnia oberwał pędzlem. — Założę się, że tego nie zdążyłeś przewidzieć. Zbyt nieoczekiwane, czy zbyt mała waga zdarzenia? Może na tym polegał cały szkopuł? W przeciwieństwie do swego bratanka Morfeusz żył swoim darem; każdy dział był wypełniony okazjami do tego, aby poznać go z nowej strony, oswoić się z nim, zbadać mocne i słabe strony, zdecydować się jak go rozwinąć, jak nie. Dla Erika nie było to takie łatwe. W dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach przypadków przemiana odbywała się wbrew jego woli. W gruncie rzeczy, jak cała reszta społeczności likantropów był ofiarą księżyca; szczenięciem skazanym na swoje brzemię przez niefortunne zrządzenie losu, a jednocześnie bestią, która w każdą pełnia mogła bez cienia wyrzutów sumienia wybebeszyć żywe zwierzę lub zetrzeć dorosłego człowieka na miazgę. Najgorsze było to, że większości nocy spędzonych pod postacią człekokształtnego wilka nawet nie pamiętał. Eliksir Tojadowy z apteki Lupinów łagodził najbardziej krwiożercze instynkty, jednak doznania i wspomnienia pełni pozostawały skryte za kurtyną niepamięci. To jak spokojnie upłynęła mu noc, mógł ocenić po pobojowisku, jakie po sobie zostawiał i relacjach Brenny, która zwykła go pilnować, gdy tkwił zamknięty w starej chacie na odludziu. To minimalnie pomagało, jednak czy mógł w pełni ufać siostrze? Czy faktycznie mógł wierzyć, że mówi mu prawdę i tylko prawdę i nie omija tych najgorszych fragmentów? To wcale mu niczego nie ułatwiało. Nie wiedział, co ma do przepracowania, bo nic na dobrą sprawę nie pamiętał. Pojedyncze wrażenia, strzępki skrytej pod futrem furii, dźwięki i zapachy - na czymś takim nie dało się oprzeć terapii. Gdyby chciał przepracować swoją klątwę i przejść z nią w pełni do porządku dziennego, mógłby co najwyżej operować na wspomnieniach z nocy ugryzienia i kilkutygodniowej wizycie w Szpitalu św. Munga. Wsparcie bliskich i mnogość wrażeń w latach następujących po tym zdarzeniu pozwoliły znaleźć nową rutynę, jednak czy nie tłamsił w ten sposób tego, co uwalniały padającego na niego co miesiąc światło księżyca? — Brzmi nieco niepokojąco — przyznał powoli, stawiając na kompletną szczerość. Uśmiech wuja nieco uspokoił, jednak nie sprawiło, że wszelkie zmartwienia momentalnie odeszły w zapomnienie. — Tak jakby teraźniejszość to było za mało, a to, co się dzieje wokół ciebie było zbyt... statyczne? — Miał wrażenie, że przyszłość stała się częścią Morfeusza, przenikała go i wiązała ze strumieniem bezustannie upływającego czasu. Lata pracy nad sztuką jasnowidzenia mogły pozwolić mu się dostroić do tego nurtu, jednak jaką płacił za to cenę? Jakąś musiał, magia zawsze miała jakąś cenę. — Skoro ciągle zerkasz do przodu, to pewnie postrzegasz nas przez pryzmat... Teraźniejszości i przyszłości? Było to bardziej zapytanie niż stwierdzenie. Erik potrafił ubrać wywód w ładne słówka, jednak brakowało mu wiedzy, niektórzy powiedzieliby pewnie nawet, że wyobraźni. Nie znał się na wróżbiarstwie i jasnowidzeniu; znał podstawy, tak jak większość dzieci, które odbyło naukę w jakiejś magicznej akademii. Nie zgłębił jednak tych arkanów na tyle, aby móc opierać się na faktach. Plotki, opowieści, parę doniesień medialnych, własne domysły i kilka informacji zdobytych w ramach współpracy z ludźmi pokroju Dolohova. Zbyt mało, żeby zrozumieć naturę czasu i tego, jak przyszłość, w jaką zerkali czarodzieje, zmieniała się pod wpływem decyzji zwykłych ludzi, a gdzie przyczyna faktycznie rodziła skutek. Rozmowy z Erikiem nie należały do najprostszych. Miał tego świadomość. Prosta rozmowa o pogodzie mogła przerodzić się w konwersacje o czymś zupełnie innym, a pytania wymieniane między rozmówcami tylko nabierały na powadze. Czasem Longbottom musiał się hamować, ale czy w swoim rodzinnym domu nawet musiał? Już jako dzieciak latał po krewnych, zasypując ich najróżniejszymi pytaniami. Niektóre były potwornie głupie, innych nie wypadało zadawać w towarzystwie, a jeszcze inne bywały po prostu uciążliwe lub irytujące. Morfeusz musiał tego doświadczyć nie raz w swoim dotychczasowym życiu. Czy było to jednak coś, co cenił, wspominał z nostalgią czy wręcz przeciwnie? — Więc cały świat jest jak feniks? — Uniósł pytająco brwi, łapiąc się bardziej opowiastki Morfeusza, niż zarzutów przypadkowej czarownicy wobec niego. — Świat łamane na człowiek rozwija się, przywiązuje się, pokonuje kolejne granice, aż dochodzi do punktu, w którym widział tak wiele, doświadczył tak wiele, że wraca do punktu wyjścia? Cywilizacje obracają się w pył, ale przez to, że ludzkość się odradza, wszystko po prostu... Idzie dalej? — Zamyślił się na moment, zastanawiając się, czy faktycznie odpowiednio przedstawił to, co miał na myśli. — Wszystko toczy się podobnie, ale nie tak samo? Część wierzeń zostaje przekształconych, inne pozostają niezmienne, przez co Świat idzie inną ścieżką. — Uśmiechnął się półgębkiem. — To jest, dopóki znowu nie stanie się Głupcem. Chociaż skupiał się przede wszystkim na ich dyskusji, tak starał się też zwracać uwagę na płot. Matka może i będzie zadowolona, że nie szlajał się po mieście, szukając kłopotów, ale też nie będzie skakała z radości, gdy okaże się, że zlecone przez nią prace nie zostaną wykonane przynajmniej w połowie. Trzeba było zakasać rękawy i wziąć się do poważnej pracy, tak więc i zrobił. RE: [07/07/1972] Wuj w dom, pędzle w dloń || Erik & Morpheus - Morpheus Longbottom - 15.01.2024 Rozmasował twarz nieświadomie, w miejscu, gdzie skóra i miękkie chrząstki spotkały się z drewnianą rączką pędzla. Na szczęście wyliniałe włosie trochę zamortyzowało tę nieszczególnie chlubną spiralę śmierci w momencie uderzenia pamiątka, która zaczęła się tworzyć w dolinie łez, w formie małego siniaka i zadrapania, nie szpeciła aż tak twarzy Morpheusa. — W swoją przyszłość nie spoglądam zbyt często — odpowiedział z żartobliwym uśmieszkiem. To było kłamstwo i nie jednocześnie. Prawie codziennie stawiał sobie karty, spoglądał przez kryształ wahadełka szukając drogi i pomocy w wyborach życiowych, ale raczej nie zerkał w postrzeganie bezpośrednie przyszłych wydarzeń dla samego siebie, bo jedno, czego się obawiał, to brak przyszłości. Nawet Wieża, Diabeł i Dziesięć Mieczy nie przerażało go tak mocno, jak ten moment, gdy spojrzał na Martę Warren, spojrzał oczami wieszcza i nie dostrzegł żadnej przyszłości, bowiem duchy jej nie mają, na zawsze zaklęte w stanie swojego bytu i duszy z momentu śmierci. Płot był długi i zdecydowanie wymagał nowej warstwy farby, a nawet z pomocą niezbyt kwalifikowanego towarzystwa, wyglądało to trochę, jakby miało trwać wieki. Medytacyjny stan szmeru włosia o deski i mokrego odgłosu farby nie sprzyjał ogólnie usypiającej aurze, jaka opadała nad Dolinę Godryka. Sielska otoczka koszmarów, jakie gnębiły dusze. Pędzel magicznie malował, a Morpheus położył się na trawie, spoglądając w chmury i paląc. — To bardzo zależy. Pomaga doceniać kruchość życia i chwile które mamy, ale zabija spontaniczność. Podczas większych przyjęć doprowadza czasami do szału, kiedy słyszysz jakąś niezwykle nudną rozmowę, nakładającą się na inną, próbujesz je rozróżnić, zapamiętać, gdy w kakofonii ta druga zaczyna się dopiero, bo to co słyszysz, to echo przyszłość. Zwykle nie myślę o czasie po prostu, Eriku. Płynę, bo nie mogę zawrócić i powiedzieć, że nie chcę tego. Ty zresztą też nie. — Zaciągnął się mocno i żar niemal przypalił mu końcówki palców. Zmiażdżył resztkę o polny kamyk i zostawił go tam, później posprząta. — Najtrudniejsze jest być obecnym w danym momencie, gdy wir przyszłości aż wpycha się. Nie wiem od czego to zależy, ale są dni gdzie żyję tylko tym, co nastąpi, a inne, gdzie kurtyna przypomina bardziej mur, niż coś, za co można zajrzeć bez wysiłku. I dla jasności, dla mnie zawsze będziesz wyglądał jak obsmarkany dzieciuch, w każdej wersji w czasie. Zakończenie, na osłodę, szczere i ciepłe. Morpheus kochał swoją rodzinę miłością trudną, ale pełną. Jego rodzeństwo było kawałkami jego duszy, znał ich kroki, wiedział czyje pranie wisi na linkach, kto gdzie siedzi przy stole. Znał odgłos śmiechu dzieci swojego rodzeństwa, tak podobny w brzmieniu, drobne nawyki. Nawet jeśli nosił w sercu wrażenie wyobcowania, to rozumem wiedział, że oni dbali o niego i też go znali. Często nie trzeba rozumieć, wystarczy zaakceptować. — Właśnie tak. Natura świata to cykle narodzin i śmierci, pór roku, ale żaden nie jest taki sam. Każdy przynosi inne nauki. RE: [07/07/1972] Wuj w dom, pędzle w dloń || Erik & Morpheus - Erik Longbottom - 17.01.2024 Będąc na miejscu wuja, pewnie też niezbyt chętnie zerkałby we własną przyszłość. Kryło się tam zbyt wiele niewiadomych, a odpowiedzi, jakich by tam szukał, zapewne nie należałyby do najprzyjemniejszych. Erikowi wystarczyła jedna rozmowa z Dolohovem, aby dojść do wniosku, że wizje i przepowiednie rzadko kiedy bywają konkretne. Może liczba szczegółów zwiększała się, im bliżej na osi czasu znajdowało się określone wydarzenie? A może taka była po prostu specyfika babrania się w magii związanej z czasem? Pewnie istniał jakiś zestaw niepisanych zasad, do których osoby pokroju Morfeusza czy Vakela powinny się stosować, żeby nie napsuć zbytnio swojej własnej przyszłości... Lub teraźniejszości. — Ale pokusa pewnie jest spora — skomentował z cieniem ciekawości w głosie. Podobnie było w jego przypadku. Czy pamięć o każdej pełni faktycznie przyniosłaby mu jakąkolwiek radość? Nieznajomość tamtych nocy sprawiała, że łudził się, że ta wiedza coś by zmieniła. A równie dobrze mogła nie przynieść ze sobą żadnych zmian. Przynajmniej nie takich na lepsze. Westchnął cicho, nakładając kolejne warstwy farby na stary płot. Myśli o wilkołactwie sprawiły, że nieco się nachmurzył, jednak starał się wykurzyć z siebie te emocje. Zamiast tego skupiał się na malowaniu, jeden ruch pędzla za drugim. — Twoje siły mentalne i skupienie muszą być niezwykle wysokie, skoro tak funkcjonujesz na co dzień. — Pokiwał powoli głową w zamyśleniu. Nic dziwnego, że znalazł robotę w Departamencie Tajemnic. Jakich badań by tam nie prowadzono, Morpheus rysował się jako idealny kandydat. Przez swoje wizje codziennie wchodził w aktywny kontakt z magią wykraczającą poza zaklęcia codziennego użytku, czy magię bojową. — U Brenny to musi działać podobnie, nie? — Uniósł lekko brwi, automatycznie zakładając, że wuj odbył z nią niejedną rozmowę na ten temat. — Tylko w jej przypadku zerka w przeszłość. To musi być nieco łatwiejsze, skoro pozostaje niezmienna. Zaśmiał się krótko na dźwięk słów podsumowujących wywód Morfeusza. Wolałby być zapamiętany nieco inaczej niż zasmarkany ośmiolatek ścigający domowe sowy po posiadłości, jednak raczej nie miał na to zbyt dużego wpływu. Skoro nawet zdjęcia w gazetach nie zmieniły pierwszego obrazu, jaki pojawiał się w głowie wuja na myśl o nim. W sumie, jak tak o tym myślał, to sam wyobrażał sobie wuja jako nieco młodszego. Uśmiechnął się pod nosem, przypominając sobie wieczorne rytuały składające się na wspólne palenie, gdy unikali wzroku nadopiekuńczej Elise. — Trochę jak sprawy kryminalne — wymamrotał bez większego namysłu, nieco głośniej niż powinien. — Każde śledztwo jest inne, ale elementy często się pokrywają. W ten sposób trochę łatwiej wyeliminować pewne wersje zdarzeń, bo mamy punkty odniesienia z poprzednich spraw. — Uśmiechnął się krzywo. Poprawił malowanie w kilku miejscach, aby koniec końców machnąć różdżką i zakląć pędzel, aby dalej działał według jego poleceń. — Gdybyś miał zgadywać, w jakim momencie obecnego cyklu jesteśmy? Wzrost niepokojów społecznych, marsze charłaków, te wszystkie dramaty związane z kadencją Leacha... Analizowane pojedyncze nie zwiastowały wielkiej katastrofy, jednak już wtedy tu i ówdzie przemykały plotki o działalności Śmierciożerców, którzy teraz publicznie pokazali, do czego są w stanie się posunąć. Czy to oni byli zwiastunem nowej, mrocznej ery, jaka miała zapanować w Wielkiej Brytanii? Albo są ostatnim wyzwaniem, po którym zapanuje faktycznie czas względnej ciszy i spokoju, dodał w myślach. RE: [07/07/1972] Wuj w dom, pędzle w dloń || Erik & Morpheus - Morpheus Longbottom - 18.01.2024 — Pokusa jest silna. Czasami jednak urywki, które widzi się u innych, pomagają. Nadal nosił w sobie traumę, gdy minął się z ojcem Erika w korytarzu przed spaniem i zobaczył, w jaki sposób jego brat i bratowa zrobili Brennę. Tamtego wieczoru wyszedł z domu i siedział całą noc w sadzie, aby nie dostać torsji na myśl o tym, co się dzieje kilka pokojów dalej. Nie mógł żadnemu z nich spojrzeć w twarz podczas śniadania i dopiero gdy wspomnienia się zatarły, przestał ich unikać na każdym kroku. — Schlebiasz mi, nie zdając sobie sprawy, jak blisko utraty rozumu bywam. — Znów się zaśmiał beztroskim trelem słowików, akceptując w pełni to, co może nadejść wraz z kolejnymi latami w Departamencie Tajemnic, ale i poza nim. Szesnaście lat pracy w miejscu, w którym była największa rotacja pracowników, tuż obok BUM-u i dożywotnie związanie z tym miejscem. Nawet jeśli się odejdzie, to Tajemnice zostają. Longbottom nawet często przypominał, że raz Niewymowny, zawsze Niewymowny, bez względu na obecną okupację. Dziewiąty poziom Ministerstwa Magii zmieniał i zostawał swoje piętno na wszystkich, żaden się przed tym nie uchronił. — Chciałbym, abyśmy byli u stóp surowej Sprawiedliwości. To moja karta, mojej ścieżki, ścieżki Oświecenia. Twoja to Gwiazda i Siła. Uważam, że są bardzo trafne. Obliczałem ścieżki tarota dla każdego, ale uważam je raczej za niekompletne sugestie, nie tak jak kosmogramy. Dolohov robi bardzo dobre portrety. Zawsze miał do tego talent. To zawsze rozbrzmiało łagodną goryczą przypraw życia, które dodają mu smaku, głębi. Od zawsze było wiadome, że bez względu jak dobrze się o nim wyrażał Longbottom, to gdzieś w mimice tkwiła krzywizna zadry, niezgody nawet na istnienie Vakela w otoczeniu wieszcza. Z powierzchniowego pojmowania głębin, wyglądało to jak profesjonalna niechęć, zaczynająca się od popularności celebryty, ale Erik znał zbyt dobrze wuja, aby dać się zwieść temu lakierowi, jaki nadał wypowiadanemu nazwisku Morpheus. Chociaż wierzchnia warstwa była czarna i niechętna, to gdyby zedrzeć warstwę ochronną i tandetną olejnicę, ukazałoby się bogate drewno przeszłości, obfitującej w coś, co Morpheus zakopał dawno temu, a co nadal go drażniło swoim istnieniem. — Twoja ścieżka nazywa się Ścieżką Nadziei, wyborem spojrzenia na wszystko, co życie przynosi, z optymizmem, wymagającym od ciebie wielkiej wewnętrznej Siły. Twój wybór to odejście od smutku w kierunku regeneracji, co wymaga wielkiej wytrwałości w czasach cierpienia. Mieć nadzieję to źródło twojego działania, mieć Siłę to pewność, że osiągniesz sukces. Fakt, że ikonograficznie Siła to kobieta, która gestem poskramia dzikie zwierzę to już tylko kropka nad i. Myślę, że my, jako ogół, kierujemy się od Kochanków, ku Rydwanowi. Interpretacja kochanków tylko w sferze miłosnej, jest niesamowicie ignorancka i płytka. To karta podjęcia decyzji, bo brak jej podjęcia jest gorszy niż zły wybór. Tej karcie patronuje Merkury, nie Wenus — odchrząknął, zaciągnął się papierosem i wydeklamował modlitwę: — O Merkury, najzdolniejszy w logicznej argumentacji, najskuteczniejszy i najdoskonalszy w mądrości i w każdej nauce, który rozdzielasz i rozprowadzasz sztukę i rzemiosło każdego nas, doświadczony i zręczny żołnierzu, bez ciebie wszystkie rzeczy ruchome i nieruchome, nie mogą być poznane. O Merkury, twórco, filozofie i największy wśród mówców, który rządzisz umysłami. RE: [07/07/1972] Wuj w dom, pędzle w dloń || Erik & Morpheus - Erik Longbottom - 20.01.2024 — Utrzymywanie pozorów to też swego rodzaju sztuka — zauważył. Skinął krótko głową, pozwalając Morfeuszowi się rozgadać. Frazy takie jak Sprawiedliwość, Oświecenie czy Siła zdawały się dosyć proste do zrozumienia. Erik miał wprawdzie wrażenie, że brak mu swoistego klucza czy ściągawki pozwalającej w pełni zrozumieć, co to dla nich oznacza, jednak liczył po prostu, że wyłapie większość rzeczy z kontekstu. Wzmianka o Vakelu nieco go zaskoczyła; chwilami zapominał, że ta dwójka była bardzo zbliżona do siebie nie tylko pod względem profesji, ale też wieku. Ich ścieżki zapewne się nieraz przecięły, zwłaszcza w szkole. — Więc dobrze sobie radzi, gdy musi skupić się na konkretnym przypadku, ale gubi, kiedy trzeba spojrzeć na całokształt przyszłości — rzucił niepewnym głosem, robiąc coraz to dłuższe pauzy między swoimi wywodami. Prawdę mówiąc, nie za bardzo wiedział, do jakich konkretnie założeń odnosił się Morfeusz. Ot, miał braki w wiedzy odnośnie do dziedziny, jaką wuj miał w małym palcu. — Chociaż w sumie... Na tym polega ten jego biznes, nie? Większość jego klientów pewnie pyta o sprawy osobiste, a nie o to, jak przywrócić pokój na świecie. Chociaż tacy pewnie i też się zdarzają, pomyślał przekornie. Prawa Czasu musiały dosyć dobrze prosperować, biorąc pod uwagę rozpoznawalność Dolohova w mieście. Chociaż odbył już dwie poważniejsze rozmowy z wróżbitą, tak dalej nie wiedział, w jak dużym stopniu jego wiedza mogłaby się przydać jemu osobiście, jak i Brygadzie czy Zakonowi. Biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia, nawet sugestie co do nadchodzących niebezpieczeństw mogłyby okazać się kluczowe. O ile interpretacja tych wizji faktycznie przyniosłaby im jakąś przewagę. — Ostatnio interesował się tym, co się wydarzyło na Beltane. Zwłaszcza w związku z Limbo — dodał po chwili. — W zamian za to, że opowiedziałem mu, co tam widziałem przepowiedział mi, że znowu wyląduje obity. Tym razem trafił. — Pokręcił głową z krzywym uśmiechem. — Musi mieć wysoki wskaźnik skuteczności. W dalszym ciągu miał drobne wątpliwości co do tego, czy faktycznie zajrzał wtedy za kurtynę przyszłości, czy kierował się własnymi przypuszczeniami. Vakel wiedział o jego pracy w BUMie, toteż wywróżenie mu obitej twarzy, złamanej kości czy oberwania zaklęciem, nie było w gruncie rzeczy niczym zaskakującym. Takie incydenty zdarzały się w tej pracy, zwłaszcza biorąc pod uwagę zwiększenie ilości ataków na czarodziejów i czarownice w ostatnich latach. Czy kiedyś się przekona, czy wizje Vakela potrafią ukazać coś konkretnego? Czas pokaże. — A więc... Będziesz miał sporo okazji do samorozwoju? — Uniósł jedną brew, być może zbyt prosto interpretując Oświecenie, jako ścieżkę ciągłego dokształcania się i poszerzania własnej wiedzy. Wbił w Morfeusza wzrok, gdy ten zdradził mu efekty swojego wróżenia. Cóż... W dużej mierze trafił. Erik faktycznie starał się zachować optymizm. Lubił myśleć, że w ten sposób robi za świetną przeciwwagę dla swojej siostry, która w każdym kącie potrafiła znaleźć problem mogący ewoluować w małą katastrofę. Nawet jego podejście miało jednak swoje minusy. Pogoda ducha i chęć zapewnienia bezpieczeństwa innym walczyły z mroczniejszymi żądzami, pragnieniem wywalczenia kary do Śmierciożerców. — Cóż, mam spore nadzieje, że przetrwamy to wszystko — wyznał z niejakim wahaniem. — To trochę naiwne, biorąć pod uwagę, jak blisko tego wszystkiego jesteśmy. Sami pchamy łapy do ogniska. — Zacisnął mocniej palce na rączce różdżki. — Ale nie mogę nie myśleć, że coś nam się należy za stawianie się Śmierciożercom i temu... zepsuciu. Co to było? Arogancja, pewność co do umiejętności sojuszników, czy faktycznie jego miękkie serce do tego stopnia ulegało nadziei? A może ona podsycała w nim przekonanie, że walka po tej ''dobrej stronie'' automatycznie stawiała się ich na piedestale, sprawiając, że okrywali się zbroją, która będzie odbijać od nich konsekwencje wiszącego nad ich głowami konfliktu? Longbottom westchnął cicho. — A czy bierność, to też nie jest jakiś wybór? Świadome pozostanie w klatce własnej ignorancji? — spytał uroczystym głosem, powoli dopalając swojego papierosa. Kaszlnął parokrotnie od dymu, który nazbierał się w jego płucach. Wysłuchał w ciszy modlitwy wuja, starając się mu nie przerywać. Jedynymi dźwiękami, jakie wtedy przycinały przestrzeń były odgłosy pędzli, które raz po raz lądowały w kubłach z farbą, aby zaraz wrócić do malowania płotu. Może warto by było skierować Morfeusza na najbliższe nabożeństwo kowenu? Miał całkiem przyjemny głos, kto wie, może szukali jakiegoś lektora spośród wiernych? RE: [07/07/1972] Wuj w dom, pędzle w dloń || Erik & Morpheus - Morpheus Longbottom - 20.01.2024 — Musiałby najpierw dbać o coś innego, niż własna dupa i status celebryty. Nie ma niczego szczerego w tej osobie — stwierdził Morpheus, z ukrywanym gniewem w głosie i dziwną dla niego zjadliwością, pełną pogardy. Złamane przyrzeczenia, że nie wypuszczą się z rąk, gdy ważne było tylko co tu i teraz, złamane serce, które ukształtowało wiele aspektów wieszcza. Nie ożenił się, nie pozwalał sobie kochać, bo nie zamierzał już nigdy więcej pozwolić na złamanie własnego serca. Miłość była piękna, łaskawa, ale miłość nie szukała poklasku i nie unosiła się dumą. Miłość nie była dla niego. Wystarczyły papierosy i zbyt wiele przelotnych uniesień w ramionach nieznajomych. Powoli czuł, że się starzeje, że myśli o Dolohovie zbyt często, bo poszukuje we wspomnieniach tego szczęścia z młodzieńczych lat, nie zdając sobie sprawy, że wygładza je, upiększa, a może aż za bardzo to wiedząc i dlatego uciekając od tego. Przecież nic nie powie mu, bo co? Przeprosić? Za co? Zacisnął szczękę i zazgrzytał zębami. Po co poruszał jego temat, nie wiedział sam. Kiedyś, tamtego lata, strasznie go kochał. — Nadzieja jest bronią. Nadzieja to dyscyplina. Czasami złość jest nadzieją pod innym imieniem. Nadzieja jest tarczą i tym, co chronisz. Widzisz, Eriku. Zło jest bardzo łatwe. — Wyciągnął przed siebie własną różdżkę, jakby chciał zakląć nieboskłon. — Drewno cisu, symbolu śmierci, sadzona na cmentarzach, trująca. Rdzeń z serca smoka, dziki, nieokrzesany, dobry do rzucania czarnomagicznych zaklęć. Tak łatwo byłoby poddać się temu, pracując pośród tajemnic, żyjąc w naszych czasach. Jakże łatwo byłoby przywdziać płaszcze i maski. Ale tacy jak Śmierciożercy będą wyśmiewać nadzieję i dobro, chcąc uczynić z nich coś dziecinnego, bo wiedzą, że idą po najmniejszej linii oporu i chcą to ukryć. Zło jest proste i banalne, zblazowane. To dobro wymaga prawdziwych poświęceń i silnego charakteru. Ścisnął usta w cienką kreskę i spojrzał tym charakterystycznym, przenikającym spojrzeniem, na Erika. Słowo zemsta wisiało w powietrzu między nimi, okraszone miłością cykad. Zupełnie jakby czekali w Gaju Oliwnym na świt i na zdradziecki pocałunek Judasza, który ich zdradzi. Zbawcy świata, szlachetni rycerze. Morpheus myślał o tym, że bardziej krzyczy w pustkę, że co ma przeminąć, to przeminie, a co ma zranić, do krwi zrani. — Świadoma bierność to przyzwolenie — zamyślił się. — Nie myśl o tym ciągle, zamiast tego poproś, aby się twoja miłość uśmiechała. Morpheus czuł się od kilku dni bardzo nieswojo. Jakby granica między tym co będzie i co nadejdzie była zbyt cienka. RE: [07/07/1972] Wuj w dom, pędzle w dloń || Erik & Morpheus - Erik Longbottom - 21.01.2024 Oczywistym było, że Erik w najmniejszym stopniu nie był wtajemniczony w historię Morfeusza i Vakela. Nie miał świadomości, że za słowami wuja kryje się mieszanka groźnych, silnych emocji. Instynkt i doświadczenie w prowadzeniu konwersacji pozwoliły mu jedynie wyłapać subtelne oznaki tego, że opinia starszego Longbottoma jest w nim dosyć mocno osadzona. Zapewne miał w brud przykładów na to, co takiego wyprawiał wróżbita, aby zasłużyć na taką reputację. Może takie plotki krążyły pośród jego znajomych po fachu? Efekt wspomnień z dawnych lat? Szeptów przyszłości? — Każdy jest na swój sposób samolubny — rzucił w przestrzeń, ni to broniąc, ni to atakując postawy Vakela. — A światek celebrytów rządzi się swoimi prawami. Nie ma tam zbyt wiele miejsca na prostą autentyczność. Zawsze zakładają, że jest jakieś drugie dno. Zbyt silne opinie? Jesteś zbyt blisko sprawy. Zbyt zrównoważony? Za mało się interesujesz. Brak zainteresowania? Ignorancja. — Westchnął cicho, odpychając od siebie wspomnienia niezliczonych spotkań z reporterami na ulicach Londynu. — Wszyscy mamy jakieś maski, które nosimy przed resztą świata, aby nie zdradzać się przed obcymi. Wiedział zbyt mało o Vakelu, aby rozsądzać, czy chwała i sława przysłaniały mu prawdę o otaczającym go świecie. Badał włamanie do gabinetu jego żony, odwiedził go w jego własnej pracowni, odbył ze dwie rozmowy, poznał oględnie z jego asystentem... Nie było to jednak nic, co pokazałoby mu, jak Vakel zachowuje się w dziczy, pośród rozkrzyczanych dziennikarzy i błyskach fleszy. Perspektywa aparatu to jedno, ale być obok niego, zobaczyć jak reaguje, jak szybko podejmuje wybory i na co się decyduje — to mogłoby faktycznie pokazać, jakim jest człowiekiem. — Nie martw się, dla mnie zawsze będziesz numerem jeden, jeśli chodzi o jasnowidzenie. — Uśmiechnął się niewinnie, mrużąc po chwili oczy i krzywiąc się, gdy promienie słońca padły prosto na jego twarz. — I nie mówię tego, tylko dlatego, że jesteśmy rodziną! — zastrzegł, unosząc palec wskazujący na wysokość twarzy. — Po prostu dozgonnie wierzę w twoje umiejętności. Czy w złości, jaka wypełniła Strażnicę po pogrzebie Derwina. tliła się nadzieja? Jeśli tak, to była wyjątkowo słaba, bo pierwszym co przychodziło Erikowi do głowy była frustracja. Na Beltane zrobili. ile się dało, aby ułatwić gościom ucieczkę, ale czy to było zwycięstwo? Brenna i Heather prawie zostały pogrzebane żywcem, Śmierciożercy rozgrzebali Limbo do tego stopnia, że wydostały się z niego jakieś mroczne istoty, a las był pełen zaginionych i martwych. Ograniczyli skalę zwycięstwa Śmierciożerców, jednak tamtego wieczora, gdy po prostu chcieli działać, nakazano im zwolnić. Z perspektywy czasu była to dobra decyzja, ale wtedy niektórym mogło się wydawać, że trafili na kilkumetrowy mur, którego nie mogli przeskoczyć, obejść lub przekopać się pod nim. Próbowano ich zdyscyplinować. Może był to przejaw tego, że Patrick lub sam Dumbledore mocno trzymali się nadziei, nawet po kryzysie z początku maja. Erik westchnął przeciągle, wypalając papierosa do końca. Jego palce poruszyły się, jakby dalej obracał w nich fajkę. — Masz sporo racji — przyznał, przyklękając na jedno kolano na trawie. — Wiesz, że przez jakiś czas łudziłem się, że Śmierciożercy nie są tacy prostolinijni? — Pokręcił z niedowierzaniem głową. Powinien być mądrzejszy, a dał się skusić wymysłom, że pokój był możliwy bez jakiejkolwiek walki. — Sądziłem, że muszą mieć jakieś zasady, zestaw wartości, do jakich można się odwołać, fundamenty, jakimi można wstrząsnąć. A zamiast tego zobaczyłem tępą brutalność i bezmyślne parcie do przodu w celu wyrządzenia jak największe liczby szkód. Ideologia zwolenników Czarnego Pana opierała się w dużej mierze na nienawiści wobec tych, których uważali za mniej ważnych. Żerowali też na strachu elit, które przed paroma laty musiały znosić rządy Ministra Magii Nobby'ego Leacha. Po paru rozmowach z dziedzicami rodzin czystej krwi pokroju Elliota zaczął rozumieć, skąd wywodzi się ten lęk. Majątki, koneksje, kontrola. Byli tacy, co nie wyobrażali sobie oddania lejców władzy w ręce kogoś, kogo nie znali, kogoś, kto nie wychował się, chociaż połowicznie w rodzinie czarodziejów. Niestety byli też ci prostsi ludzi, ci, którymi łatwo było manipulować poprzez prostą sugestię: gdyby tych, tych i tamtych nie było na tym świecie, żyłoby ci się lepiej. Czasem tylko tyle wystarczało. — Nie myślę o tym cały czas — obruszył się Erik, chociaż kłócił się raczej dla samego sprzeciwu, niż walki o jakąś ideę. — Po prostu... To bliski temat. RE: [07/07/1972] Wuj w dom, pędzle w dloń || Erik & Morpheus - Morpheus Longbottom - 22.01.2024 Jedną z najważniejszych nauk w swoim życiu, jakie odebrał Morpheus, była lekcja o cierpieniu. Żal i cierpienie odchodzą powoli, ale wspomnienia pozostają. Nie wyrasta się z nich, ale rozmywają się w emocjonalnym impakcie i nie należy poczuwać tego jako zdrady, że już się nie dba. Gdybyśmy nosili cały nasz żal w tym samym wymiarze cały czas, nasze dusze bardzo szybko rozkruszyłyby się pod tym ciężarem i nigdy już nie ujrzały ciepła i jasności słońca. Znów zabłądził myślami w stronę Derwina, resztek jego ciała spoczywających w rodzinnym grobowcu. Myślał o prawach termodynamiki i prawie zachowania energii. Jego brat nie zniknął, bo energia jego istnienia musiała nadal istnieć, ona jest we wszechświecie niezmienna. Teraz jednak nie ograniczała go już forma. Tak próbował myśleć. — Cały świat tak działa — przytaknął. — Mamy wiele ról i wiele z nich nie pasuje do naszego profilu charakterologicznego. Każdy udaje kogoś, kim nie jest w jakimś stopniu. Ja udaję, że jestem poważnym Niewymownym i że wiem, co zrobić z całą miłością, którą mam w sobie. Morpheus, który od jakiegoś czasu trzymał zamknięte oczy, aby nie mrużyć ich cały czas przed słońcem, otworzył jedną powiekę, by spojrzeć na bratanka, deklarującego lojalność wobec jego jasnowidzenia. Przyjemne ciepło, które nie miało nic wspólnego z nadchodzącymi upalnymi dniami, rozeszło się po jego piersi. Fakt, że rodzina w niego wierzyło, nie skreślała go, znaczył dla niego niesamowicie wiele, zwłaszcza że sam nie pokładał w sobie zbyt wiele wiary. Nie dlatego, że spodziewał się, że nagle stanie po złej stronie historii, raczej, dlatego, że spodziewał się, że pęknie, jak zbytnio naciągnięta struna na wiolonczeli życia. — O ile informacja nie jest tajna, zawsze szukaj odpowiedzi z dwóch źródeł. Prywatne perspektywy widzącego są pierwszym i największym odkształceniem procesu jasnowidzenia. — Cytował własne badania. — Jest tylko jeden moment, gdy jesteśmy całkowicie bezstronni, kiedy bogowie zastępują nasz język swoim własnym i przemawiają naszymi ustami. Tego nie da się pomylić z niczym innym. Morpheus doświadczył tego tylko kilkukrotnie w swoim życiu, żadnej przepowiedni nie pamiętał, nie wiedział, co mówił; jednego incydentu świadkiem była jego matka i pozwoliła mu później obejrzeć wspomnienie. Jego oczy wywróciły się w głąb czaszki, pozostawiając jedynie widoczne białka i zastygł w bezruchu, a jego głos mówił kilkoma tonami naraz, jakby mieszkało w nim wiele innych osób. Ostatnią wizję miał w połowie czerwca, gdy zaczął rysować bezwiednie miejsce i twarze, chociaż nigdy nie był dobrym rysownikiem, na raporcie dla swojego szefa, tuż przed jego twarzą. W Departamencie Tajemnic takie rzeczy brano na serio. —Również tak myślałem, szukałem sensu i logiki, ale kiedy rozlewają krew tych, których mają wielbić, stają się obnażeni ze swojej udawanej maski dostojeństwa. Są głęboko ludzcy i przyziemni, myśląc, że mają prawo łamać innych, a to takie... prymitywne. — Zło wydawało się pociągające tylko dlatego, że było zakazane. Z westchnięciem wstał i podniósł się na nogi, aby powoli ruszyć w stronę domu. —Nie daj się zabić. Nie chcę zobaczyć tego ogrodu zarośniętego w żadnej mojej wizji. RE: [07/07/1972] Wuj w dom, pędzle w dloń || Erik & Morpheus - Erik Longbottom - 22.01.2024 — Dać jej ujście. To podobno baardzo pomaga. Dosłownie kamień z serca spada — poinstruował wuja z poważną miną. — Jeśli jednak szukasz alternatywnego rozwiązania, to nie pogardzę twoimi autorskimi tostami na kolację. Przelejesz w nie całą miłość do nas i na pewno zrobi ci się lepiej. Wyszczerzył zęby. Morfeusz ledwo wrócił do krewniaków, a już padał ofiarą machinacji swojego bratanka! Cóż, Erik może i wyleczył się z klątwy kuchennej już dobre kilka miesięcy temu, jednak niesmak pozostał. Tak samo, jak antytalent do gotowania. A Brenny nigdzie nie było pod ręką, toteż nie mógł jej poprosić, żeby zrobiła mu później coś smacznego do jedzenia. — Wygodne, chociaż podejrzewam, że niezbyt częste — mruknął z kwaśną miną. Wydawało mu się, że jeden z tekstów Dolohova zmusił go do podobnych przemyśleń. Każdy jasnowidz miał inny punkt widzenia, a tam zmieniał się diametralnie pod wpływem punktu siedzenia. Ludzie byli różni i nawet tacy specjaliści od przyszłości kierowali się zapewne różnymi szkołami interpretacji. Ślepo zaufać jednemu równało się zignorowaniu części nauk, które potencjalnie mogły nieco oświetlić drogę przez niezbadane ścieżki tego, co dopiero nadejdzie. Gdyby miał wybierać, szybciej zaufałby Morfeuszowi. Znał ryzyko, a jego opisy może i byłyby okraszone większą liczbą gdybań, ale przynajmniej niczego by nie ukrywał. Czego nie mógłby powiedzieć o Vakelu czy innych wróżkach oferujących swe usługi w magicznej dzielnicy Londynu. — Nieodpowiednich ludzi rozpiera energia. Chcą szybkiego zamknięcia sprawy, żeby móc bawić się przywilejami, które obiecują im Śmierciożercy. Bezpośrednia konfrontacja z ''wrogiem'', jaki by on nie byl, to najprostsza droga do sukcesu. To jest, ich zdaniem — kontynuował Erik. — Każdy czasem chce coś przyspieszyć. Czy to biurokrację, czy to leczenie, czy dyżur w pracy. — Skrzywił się lekko. — Szkoda, że w ich przypadku chcą przyspieszyć masowe porwania i mordy. Czasem obawiał się momentu, w którym dojdzie do jakiegoś wycieku informacji z drugiej strony, gdy w ręce Ministerstwa Magii lub Zakonu Feniksa wpadnie słabe, ale dobrze poinformowane ogniwo łańcucha czarnoksiężników. Jak by zareagował, gdy wśród nieznajomych nazwisk trafi na te, z którymi znał się aż za dobrze. Sąsiad, współpracownik, kolega czy koleżanka ze szkoły. Mimowolnie wrócił myślami do napadu na mieszkanie Thomasa Hardwicka. Matka i syn, kierowani gniewem i przekonaniem, że morderstwo Brygadzisty zapewni im wejście na salony Czarnego Pana. Modlił się wtedy, aby za maskami nie zobaczyć nikogo znajomego. Czy będzie wznosił podobne modły przed każdym takim starciem? Zmarkotniał nieco, gdy zdał sobie sprawę, że Morfeusz postanowił na tym etapie zakończyć swoją pomoc. Eh, czyli znowu wszystko na jego głowie. Może powinien tu przyciągnąć jakieś zaczarowane radio z piętra? Chociaż minimalnie umiliłoby mu to czas spędzony na pracach porządkowych. — Zrobię co w mojej mocy — obiecał z lekkim ociąganiem, starając się wykrzesać z siebie lekki uśmiech. — I przyjdę później na herbatę! Jak już tutaj skończę... kiedyś. Miejmy nadzieję, że w dosyć niedalekiej przyszłości. Odprowadził wuja wzrokiem, gdy ten zniknął w progu wejścia do posiadłości, po czym wrócił do malowania płotu, nucąc sobie pod nosem piosenkę, jaką niedawno zasłyszał w wieczornej audycji. Krótka wymiana zdań przerodziła się w wielowątkową dyskusję, a to zdecydowanie nie wpływało pozytywnie na skupienie detektywa. Do tej pory pędzel latał wte i we wte dosyć powoli i mało energicznie; uwaga Erika nie skupiała się dostatecznie mocno na tym, aby odpowiednio nim pokierować. Teraz, jednak gdy znowu był sam, mógł w pełni poświęcić się zleconym przez matkę zajęciom. Oby była z niego dumna. Bo w gruncie rzeczy powinna. Nikt inny się zbytnio nie garnął do takiej ciężkiej pracy. Koniec sesji |