Secrets of London
[01.07.1972] Pan Mruczkens | Geraldine & Vincent - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19)
+--- Wątek: [01.07.1972] Pan Mruczkens | Geraldine & Vincent (/showthread.php?tid=2446)

Strony: 1 2


RE: [01.07.1972] Pan Mruczkens | Geraldine & Vincent - Geraldine Greengrass-Yaxley - 21.01.2024

- Kurwa. - Mruknęła jakże elokwentnie pod nosem, gdy za pierwszym razem nie udało jej się złapać kocura. Okazał się być sprytniejszym, niż myślała. Nie doceniła jego zwinności. Nie poddawała się jednak, wiedziała, że polowania mogą trwać bardzo długo. Drugi rzut lassem okazał się być już nieco lepszy, bo udało jej się zarzucić linę na łapę kota, nie było to może to, czego oczekiwała, ale lepszy taki chwyt niż żaden, czyż nie? Teraz mieli go na prowizorycznej smyczy. To znaczy ona miała, jak w ogóle mogła pomyśleć sobie o nich w liczbie mnogiej, ona i Prewett nie byli drużyną, nigdy wcześniej i na pewno nie teraz.

- Jakby nie patrzeć i tak poszło mi lepiej niż tobie, czyż nie? - Jej spojrzenie było jadowite, gdyby tylko mogła zamieniłaby go w tej chwili w kamień, tak jak robiła to meduza w mitologii przy pomocy swoich wężowatych włosów.

Wtedy jej towarzysz sięgnął po różdżkę i rzucił zaklęcie w stronę kota. Wykrzywiła usta w grymasie, bo chciała mu udowodnić, że sama sobie z tym poradzi. - To nie było potrzebne, zdajesz sobie sprawę? - Chciała, żeby wiedział iż nie oczekiwała tej pomocy.

Zaklęcie, które rzucił spętało kota jeszcze bardziej, wyglądał teraz prawie jak szynka gotowa do wędzenia. Pewne było, że nie ma szans, aby się wymknąć. Podeszła do tych schodów i sięgnęła po zwierzę. Tak zawinięte podała dziewczynce. - Potrzymałabym go trochę w takiej wersji, może się czegoś nauczy i nie będzie już uciekał. Zmykaj stąd. - Powiedziała jeszcze do niej, najlepiej by było, żeby się stąd oddaliła do miejsca, gdzie jest bezpiecznie, bez sensu było się tak szlajać po dziwnych alejkach, w których można było spotkać niebezpiecznych ludzi.

Zbliżyła się teraz do Prewetta. Przystanęła tuż obok niego. Musiała unieść głowę w górę, aby dokładniej mu się przyjrzeć, nie była do tego przyzwyczajona - to ona zazwyczaj spoglądała na innych z góry. - Właściwie, to nie spodziewałam się, że masz doświadczenie w pętaniu. - Miała tutaj na myśli to zaklęcie, które wcześniej rzucił, bo wyszło mu całkiem nieźle, chociaż wcale nie potrzebowała jego pomocy. Zastanawiała się na kim, albo na czym ćwiczył taką magię.




RE: [01.07.1972] Pan Mruczkens | Geraldine & Vincent - Vincent Prewett - 28.01.2024

Vincent z wyraźną satysfakcją patrzył na Yaxley jak gotuje się w środeczku niczym garnuszek na palenisku jakiegoś alchemika. Podobał mu się ten widok, lubił cięte kobiety, ale zawodu tej kobiety nie miał zamiaru chwalić. Umiejętności może i tak, ale nie to, co robiła dla zysku. Otrząsnął się z tych myśli, nie chciał teraz myśleć o jej fachu, bo przyglądał się jej w inny sposób. W sposób w jaki mężczyzna może patrzeć na kobietę. Dosyć prowokacyjnie, zadziornie i z cynicznym uśmiechem malującym mu usta.

A potrzebujesz mojej aprobaty, aby czuć się doceniona? – dla kpiny poklepał ją po głowie jak małą dziewczynkę, która świetnie spisała się w wykonaniu swojego zadania. Od razu się odsunął, bo nie miał pojęcia, czy Yaxley nie zieje ogniem. Kij wie co mogła mieć za klątwy na siebie narzucone, nie? Obserwował z uwagą jak Gerladine ściąga kocią szynkę i podaje dziewczynce. Naprawdę nie znosił kotów. Kochał wszystkie zwierzęta, ale jakoś koty należały do tych najgorszych w jego otoczeniu. Wolał ich unikać.

Vincentowi humor dopisywał tego dnia szczególnie dobrze. Spojrzał na nią z góry, gdy już znowu zjawiła się obok niego. Uśmiechał się, patrzył na nią z takim wesołym błyskiem w oku.

– Wielu rzeczy o mnie nie wiesz, Yaxley – odparł z wymowną miną – To zaklęcie jest dosyć przydatne i działa nie tylko na kota – mrugnął do niej i zmierzył ją od głowy w dół, a potem z powrotem.




RE: [01.07.1972] Pan Mruczkens | Geraldine & Vincent - Geraldine Greengrass-Yaxley - 29.01.2024

Miała bardzo krótki lont. Nie umiała panować nad swoimi emocjami, a najgorsze było to, że nie potrafiła tego ukryć. Widać było, kiedy zaczynała się gotować, nie do końca jej się to podobało, że można było z niej czytać niczym z otwartej księgi. Jako, że nie była w stanie nad tym jakoś specjalnie pracować, pozostawało jej się z tym pogodzić, co wcale nie należało do łatwych czynności.

- Wyrosłam już dawno z oczekiwania aprobaty kogokolwiek. - Kiedyś bardzo jej na tym zależało, chciała udowodnić całemu światu, że jest wystarczająca, że nie odstaje od mężczyzn, teraz jednak, cóż - wiedziała, że nadal będą ją lekceważyć, tylko ze względu na płeć, coraz mniej wdawała się w pyskówki, które nie miały większego sensu, wolała działać, bo tylko czyny przynosiły szacunek, nie słowa rzucane na wiatr.

Przewróciła oczami, kiedy poklepał ją po głowie, było tu zupełnie niepotrzebne. Wbrew jego obawom jednak nic nie zrobiła, nie ziała ogniem, jej skóra nie była wcale twarda, jak ta olbrzyma, bo Geraldine nie była potworem, jakim mogła się wydawać.

Dziewczynka ulotniła się z zaułka z kotem dosyć szybko, nie rozwiązała przy nich kociej szynki - i dobrze, bo mogło się okazać, że kot znowu jej zwieje i będą musieli go łapać ponownie, tak to mieli pewność, że będzie to zmartwienie kogo innego.

Yaxley czuła, że mierzy ją wzrokiem, nie wiedziała, w jaki sposób powinna to odebrać, miała świadomość, że nią gardzi, wiele razy jej o tym wspominał. powodowało to, że czuła się trochę niepewnie, a wcale nie tak łatwo było wzbudzić w niej podobne uczucia. - Bardzo dobrze wiem, na co działa to zaklęcie, ale ty nie wyglądasz mi na kogoś, kto je stosuje. - Wzruszyła ramionami, bo faktycznie trochę się zdziwiła. - Najwyraźniej nie wiem wielu rzeczy, może kiedyś dane będzie mi zobaczyć więcej twoich atutów. - Dodała jeszcze uśmiechając się przy tym zupełnie niepozornie.




RE: [01.07.1972] Pan Mruczkens | Geraldine & Vincent - Vincent Prewett - 29.01.2024

Vincent w sumie rzadko spełniał oczekiwania ludzi. Raczej wolał, aby nikt nie miał wobec niego oczekiwań, bo zwykle robił na przekór. Chodził własnymi ścieżkami i tylko nieliczni byli w stanie wejść w jego łaski. Geraldine nawet jak była piękną kobietą póki nie zmieni swojej profesji i nastawienia do istot takich jak magiczne stworzenia nie była w jego oczach odpowiednią osobą do bliskich relacji, do tego by mógł jej zaufać. Mógł się z nią pobawić w kotka i myszkę, mógł poflirtować, czasem może nawet wypić jakiś alkohol, ale bez wahania powstrzymałby ją, gdyby szła zabić jakieś stworzenie za pieniądze. Nienawidził kłusowników, nienawidził osób, które miały zbijać magiczne stworzenia dla korzyści. O ile rozumiał, że są potrzebne komponenty do eliksirów, o ile rozumiał, że sporo profesji potrzebuje odpowiednich ubrań z konkretnych materiałów to nie rozumiał bezmyślnego zabijania ich w tym imieniu, a zwłaszcza jeśli chodziło o zagrożone gatunki. Było sporo hodowli, gdzie można było wszystko zdobyć w legalny sposób, ale zabijanie zagrożonych gatunków w imię jakiegoś proszku z kła? No nie oszukujmy się – aż tak potrzebne to nie było.

– Bo zwierzęta łapie się tylko w jednym celu tak? – zapytał wracając na ziemię i odsuwając się od niej o odpowiednią odległość. – Czasem trzeba spętać jakiegoś idiotę, który niszczy gniazda Dirikraków, czy też łapie zagrożone gatunki dla własnych celów – wcisnął papierosa w usta i uniósł dłoń ku górze. – Miłego dnia, panno Yaxley – skłonił się lekko, uśmiechnął szelmowsko i odwrócił się idąc ku zatłoczonym ulicom magicznego Londynu.




RE: [01.07.1972] Pan Mruczkens | Geraldine & Vincent - Geraldine Greengrass-Yaxley - 30.01.2024

Tyle, że Geraldine nie była kłusownikiem, była myśliwą. Stosowali się oni do ustalonych zasad, kiedy zaczynali polować. Szanowała je, tak samo, jak miała szacunek do stworzeń, które przychodziło jej zabijać. Tyle, że niektórzy najwyraźniej nie potrafili dostrzec różnicy między kłusownikami, a myśliwymi. Spora część osób miała z tym problem. Sama Gerry zresztą zaczęła również zajmować się tresowaniem magicznych stworzeń, nie wszyscy mieli jednak tego świadomość, nie bez powodu widziała w zwierciadle Ain eingarp siebie, jako smoczego jeźdźca. Gdyby była kłusownikiem, to pewnie dostrzegłaby tam siebie ze smoczą głową w dłoni, jednak wiele ją dzieliło od takiej drogi.

- To twoje słowa. - Widziała, że ten temat trochę go zirytował, albo jej się wydawało i była nieco przewrażliwiona? Dalsze słowa tylko to potwierdziły. - Nie wiem, czy zdajesz sobie sprawę z tego, że myśliwi również walczą z kłusownikami, spodziewałam się, że jesteś w stanie dostrzec różnicę. - Skrzyżowała ręce na piersiach, trochę w pozycji obronnej. Miała świadomość, że ta dyskusja nie ma sensu, bo jej zdaniem Prewett miał klapki na oczach i nie do końca był w stanie dostrzec różnicę.

- Na pewno będzie miły. - Skłoniła się teatralnie na pożegnanie. Poczekała, aż wyjdzie z zaułka, po czym sama się ulotniła. Nic tu po niej, szczególnie, że w domu czekały na nią dwa psy, które musiała wyprowadzić.


Koniec sesji