![]() |
|
[19 czerwca 1972, mieszkanie Stanleya] Sprawa Roberta || Stanley & Richard - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20) +--- Wątek: [19 czerwca 1972, mieszkanie Stanleya] Sprawa Roberta || Stanley & Richard (/showthread.php?tid=2483) |
RE: [19 czerwca 1972, mieszkanie Stanleya] Sprawa Roberta || Stanley & Richard - Stanley Andrew Borgin - 04.01.2024 Dwie rzeczy dało się przypisać Richardowi już po kilku minutach rozmowy z nim. Pierwsza - był dobrym rozmówcą ale to już Stanley zdążył stwierdzić. Druga - szybko łączył fakty, domyślał się pewnych rzeczy i to potrafiło być zgubne. Ktoś, kto miał złe zamiary, powinien się obawiać... no ale to trzeba było mieć złe zamiary. Czy chęć dowiedzenia się czegoś o własnej rodzinie, od osób trzecich, które nadal odgrywały znaczące rolę w danym kręgu, było czymś złym? Raczej nie, chociaż i na to pytanie każdy musiał sobie odpowiedź osobno i według własnego uznania. - Raczej obserwuje i domyślam się jak pewne rzeczy mogą się skończyć - wyjaśnił wujowi swoją wersję wydarzeń - Zresztą od razu przesłuchanie... To tylko rozmowa. Ustaliliśmy przecież, że nie trzeba odpowiadać na wszystko i tylko na to co uzna się za stosowne. W porównaniu do przesłuchania, jest to całkiem dobra zasada i to dla obydwóch stron - zauważył - Sami jesteśmy świadkami tego jak pewne rzeczy nie wychodzą na światło dzienne i trzeba na własną rękę drążyć i szukać. Czy to źle? Dobrze? Nie mi to oceniać - wzruszył ramionami, mając nadzieję, że taka odpowiedź wystarczy Richardowi aby zrozumieć, że przecież nie mają żadnych złych zamiarów wobec siebie. Borgin pokiwał głową ze zrozumieniem na te słowa. "Neutralnie", to mogło mówić wszystko ale także i nic. Ciężko było wywnioskować coś więcej, chociaż pewna wizja się już zdążyła wykreować w jego głowie. Czy była poprawna? To była zagadka, jedna wielka niepewna, a zarazem niewiadoma. Patrząc jednak na dotychczasowe zachowanie Roberta, dziewczyna, nie miała zbyt łatwego życia, a wszystko musiało być zapewne dostosowane wprost pod niego. Idealne, perfekcyjne w każdym, nawet najmniejszym szczególe. Przerażające ale zarówno fascynujące. Był zaskoczony? Coś go tknęło kiedy usłyszał zadane pytanie? A może po prostu się tego nie spodziewał? Stanley na pewno - pytanie zadane przez wujka było trochę niewygodne ale wymagało odpowiedzi jeżeli chciało się wymagać podobnych rzeczy od drugiej osoby - Hmm... W pewnym stopniu na pewno. Nie widzi mi się zostanie podwójną sierotą przed trzydziestym rokiem życia - odpowiedział - A po drugie nie widzi mi się, aby ktokolwiek podnosił rękę na moją rodzinę, a Robert jest de facto jej częścią. Zresztą nie tylko on - strzepał odrobinę popiołu ze swojego papierosa - Więc tak długo jak będę miał na to jakiś wpływ. Tak długo jak starczy mi sił to będę w tej sprawie działać. Czyż rodzina nie powinna się zawsze wspierać? - dodał, pozostając Richardowi możliwość skomentowania czy odpowiedzenia jak on sam to widzi. Borgin przedstawił swój punkt widzenia, wszak tak został wychowywany przez swoją matkę, która raczej nie sądziła, że kiedykolwiek uda mu się odnaleźć drugą część swojej rodziny. Zwłaszcza tę "zaginioną" czy "niewiadomą" część. - Czy mam kogoś konkretnego na myśli? Nie wiem, ciężko mi to stwierdzić - przyłożył wolną dłoń do twarzy, spoglądając przez moment na podłodze - Zapewne ktoś z Ministerstwa też mógłby być w to zaangażowany ale to nie chodzi o nic związanego z Juliusem Mulciberem. Dochodząc więc do wniosku końcowego... Chodzi raczej o inną "grupę", a raczej jej odłam bo wątpię, że wszyscy mogliby się pod tym podpisać - zauważył. Nadal jednak nie powiedział wprost o co chodzi. Ciężko było mówić trochę po omacku ale pozwalało to zachować poziom bezpieczeństwa - Ten wniosek nasunął mi się wcześniej, niż ukazało się dzisiejsze wydanie Proroka Codziennego - westchnął. Chciałby móc po prostu powiedzieć prosto z mostu ale nie mógł. Znaczy mógł - ale niosło to za sobą pewne ryzyko, a znali się dopiero jakieś kilka dni... i od razu zostali rodziną. RE: [19 czerwca 1972, mieszkanie Stanleya] Sprawa Roberta || Stanley & Richard - Richard Mulciber - 05.01.2024 Nawet jeżeli Stanley pewnych rzeczy się domyślał, to jednak musiał mieć jakieś zderzenie z rzeczywistością, że ojciec na jakieś pytania mu nie odpowiedział, bądź zmienił kierunek rozmowy. To było proste do zaobserwowania u Roberta. Lecz tak, Richard szybko analizował pewne fakty i potrafił łączyć. Nie sądził, aby Stanley wypytując o swojego rodzica, miał złe zamiary, jednakże ostrożności nigdy za wiele. Obaj z Richardem nawet siebie wzajemnie poznają. Nie tylko w rozmowie zawodowej, jak to miało miejsce w Ministerstwie, ale i tutaj, rodzinnie. - Nie kwestionuję Twoich działań. Masz prawo do zadawania pytań, aby poznać rodzinę. Zauważam, że szybko wyciągasz wnioski w rozmowie z ojcem, nawet jeżeli to jest sama obserwacja. Mając przypuszczenie, że na niektóre pytania Ci nie odpowie.Wytłumaczył, że swojego punktu widzenia. Richard pamiętał, że nie musi na wszystko odpowiadać. Nie doszli jeszcze do takiego momentu, aby miał coś zataić przed chłopakiem. Pytania zadawał proste, ciekawym będąc także relacji ojca z córką. Słuszne mogło być przypuszczenie Stanleya odnośnie Margaret, która mogła nie mieć łatwego życia, ale mimo to dostosowała się do tego. Jakie dziecko, nie starałoby się zadowolić swojego ojca, aby docenił jego starania? Kobiety w rodzinie Mulciber nie miały łatwo, choć też krzywda im się nie działa, jeżeli były posłuszne. Pytając bezpośrednio o bezpieczeństwo Roberta, Richard odbił swoją odpowiedź pytaniem. Chcąc być może określić, jak bardzo Stanletowi na tym bezpieczeństwie może zależeć. Zajął przy okazji swoje miejsce przy stole, aby ciągle nie stać i poczekał aż chłopak zbierze myśli, zaciągnąwszy się ponownie papierosem, by później strzepnąć w popielniczce. Odpowiedź młodego Borgina mogła być w sumie do przewidzenia. Odnalazł ojca po długim czasie poszukiwań i nie było by to nic wspaniałego go nagle stracić. Zwłaszcza, że jego matka nie żyła. A Robert popełnił w ostatnim czasie zbyt dużo błędów, przypłacając klątwą. Cudem zachowując życie. Czy rodzina powinna się wspierać? Dobre zadał pytanie.- Zgadzam się. Rodzina powinna się wspierać. Odparł zgodnie ze słowami chłopaka. W słowach brzmiało to pięknie. Ale w praktyce, z tym było ciężko. Richard na wsparcie mógł liczyć tylko na brata, kiedy miał trudny okres. Jak to będzie teraz? Wiadome było jedno. Jeżeli rodzina nie pomoże, możesz liczyć tylko na siebie. Bowiem wróg może ci zagrozić, a przyjaciel nawet zabić. Ważne było się także dowiedzieć, kto mógł stać za zagrożeniem życia Robertowi. Stanley pracując w Ministerstwie i to jeszcze w Departamencie Przestrzegania Prawa, miał większe możliwości obserwacji i dowiedzenia czegoś więcej. Szersze spojrzenie na sytuację w Anglii, niżeli Richard. Stąd pytania z jego strony. Nawiązując także to ich krewnego Juliusa, ostatnio aresztowanego. Ze słów wynikało, że nie o samą jedną osobę może chodzić, ale o grupę. Tutaj Richard westchnął. Jedyne co nasuwało mu się na myśl, to śmierciożercy. Innej ”grupy” nie znał. Nie kojarzył. Nie miał pojęcia co jeszcze może funkcjonować w Anglii tak niebezpiecznego jak jawnie działająca organizacja Śmierciożerców pod kierownictwem Toma Riddley’a. - "Grupa" brzmi poważniej, niż jedna osoba.Stwierdził, dopalając papierosa do końca i zgasił go w popielniczce. Nie ukrywał po sobie, że poważnie podchodził do tej sprawy, dotyczącej bezpieczeństwa swojego brata. Gdyby Robertowi nic nie groziło i Richard byłby pewny tego, że sprawy ma wszystkie pod kontrolą, wróciłby do Norwegii, nie szukając tutaj roboty. Musiało być jednak inaczej, skoro Stanley spotkał wujka w Brytyjskim Ministerstwie Magii. - Nie jestem aż tak na bieżąco, co dzieje się w Londynie, poza tym, czego dowiem od brata jak i przeczytam w Proroku Codziennym. Wnioskuję z Twoich słów, że nie jest dobrze? Skoro masz podejrzenia. A biorąc pod uwagę aresztowanie Juliusa… Muszę wstrzymać się z podjęciem pracy w Waszym Ministerstwie. To znaczyło, że nie podejmie się szkoleń, nie złoży papierów. Ich nazwisko było, jakby to powiedzieć, spalone? Mogliby mu patrzeć na ręce przez przeszłość, jako że rodzina odeszła z Departamentu Tajemnic. A teraz jeszcze ten areszt Juliusa. Zbyt duże ryzyko. Jakby jeszcze dodać, że wyglądał jak własny brat. Lecz gdyby wzięli go za Roberta, wróg by się sam odkrył. Wiedzieliby, kto zagraża Robertowi. - Zechcesz mi coś więcej opowiedzieć o tej "grupie"? Zapytał po chwili, obserwując go dość uważnie. Licząc może na współpracę? Jeżeli zależy im na bezpieczeństwie Roberta. Ile Stanley mu zdradzi? Na ile jest wstanie teraz zaufać wujkowi? Chcąc mieć może też pewność, że myślą o tej samej. Dałoby to Richardowi sygnał, że nawet tam, gdzie Robert siedzi wiernie służąc Tomowi, narobił sobie wrogów. RE: [19 czerwca 1972, mieszkanie Stanleya] Sprawa Roberta || Stanley & Richard - Stanley Andrew Borgin - 07.01.2024 Nie ważna jaka była metoda, ważne że przynosiła odpowiednie rezultaty - tej właśnie zasady trzymał się Stanley. Jak widać, działała i nawet mógłby zaryzykować stwierdzenie, że została zaakceptowana przez Richarda. Borgin pokiwał raz jeszcze głową na zgodę. Rozumiał ciężką sytuację w jakiej się znaleźli ale on naprawdę chciał poznać rodzinę Mulciberów - swoją rodzinę. Rozumiał całkowicie drugą stronę bo dla nich to też musiał być wielki szok, chociaż na razie tylko dla wujka, który poznał prawdę. Stanley wątpił, widząc jego reakcję, że ktokolwiek o tym wiedział. Dodatkowo, wszystko wskazywało, że to raczej na ich barki spadła konieczność zapoznania się z resztą rodziny bo Robert nie bardzo się kwapił do tego. Jego ojciec popełnił jeden błąd - zniknął, a wręcz uciekł od Czarnego Pana. Tego się nie robiło. Nie zdradzało, nie wystawiało... bo to zawsze się źle kończyło i dlatego właśnie powinni się wspierać. Informować. Dzielić się tym, co udało im się dowiedzieć. Oczywiście wszystko szyte cienką nitką zaufania, wszak znali się dosłownie chwile. - Fakt. To brzmi dużo poważniej i takie właśnie jest - zgodził się - Może to też być tylko fałszywy alarm... Ale wolę dmuchać na zimno - dodał jeszcze w tej kwestii. Ciężko było dowiedzieć się czegoś więcej w tej kwestii. Zapytanie Chestera czy Louvaina nie wchodziło w rachubę. Oni byli niejako oficerami Lorda Voldemorta i zapewne przekazaliby mu wieści odnośnie tego, że ktoś wypytuje o Roberta. W tym momencie nawet fakt przyjaźni z Lou nie miał żadnego znaczenia. - Po Beltane wszystko się utrudniło. Nie jest ładnie i kolorowo, a wojna weszła na całkowicie inny poziom. Ludzie przestają sobie wzajemnie ufać bo każdy może być Śmierciożercą... I nie można im się dziwić - wyjaśnił - Ciągle jest wiele zagadek i niewiadomych po ataku na sabat, a to już minął grubo ponad miesiąc - dopalił swojego papierosa. Ministerstwo było trochę bezradne, a przynajmniej dawało takie wrażenie. To dało się bez problemu dostrzec wśród nastrojów panujących na tamtejszych korytarzach, a kto jak kto, ale funkcjonariusze służb bezpieczeństwa wiedzieli o tym najlepiej. - Wielka szkoda - stwierdził ale skłamał w żywe oczy. Nie była to żadna strata. Każdy doświadczony auror był dla nich jak wrzód, a chcąc czy nie chcąc, Richard był aurorem z przeogromnym doświadczeniem. Niby mógłby być przydatnym informatorem, pomocnikiem Chestera gdyby udało się go zwerbować do ich sprawy - A Juliusem nie ma co się przejmować... Na pewno się wyjaśni. Przecież to, że jedna osoba z rodziny zrobiła coś złego, nie może skreślić jej pozostałych członków, czyż nie? - zapytał retorycznie ale znał de facto odpowiedź - Wiadomo, że jakaś łatka zostanie przypisana.. ale na to już nie mamy wpływu - próbował doszukać się jakichś pozytywów ale ciężko było. Nie ważne jak reszta rodziny by się starała to odrobienie reputacji może stanowić problem. Może powinni się od tego odciąć? Napisać do prasy jakąś notę potępiającą jego działania? Uznać, że był chory psychicznie? Albo, że w ogóle nie był tak naprawdę częścią tej rodziny? Stanley bardzo chciałby powiedzieć, a najlepiej to wszystko ale nie bardzo mógł. Nie miał pojęcia gdzie była ta nieustalona granica - Obawiam się, że już i tak powiedziałem za dużo... A naprawdę... Nie chciałbym mieć żadnych problemów - przejechał dłonią po twarzy, wstając i zaczynając krążyć po pokoju. Walczył sam ze sobą, rozważając wszystkie za i przeciw - Umm... To ludzie bardzo wpływowi, posiadający swoje uszy chyba wszędzie... - mówił powoli, cedząc słowa. Może i samych Śmierciożerców nie było bardzo wielu ale ludzi, którzy ich wspierali, było już na pęczki. Ci co nie brali udziału w walce na pierwszym froncie, działali na zapleczu - zbierali informacje, dotowali pieniądze czy szykowali kryjówki. To była najprawdziwsza mafia ale z inną otoczką - Jakby chcieli i znali miejsce jego pobytu... To mogą go sprzątnąć w ułamku sekundy. A wątpię, że przyszliby w pojedynkę bo jest to zbyt niebezpieczne... - zatrzymał się, wbijając swój wzrok w wuja - Robert może nie jest już najmłodszy ale na pewno potrafi czarować... Ale czarną magię nie obchodzi jak dobrze potrafisz czarować. Ona zabija wszystkich tak samo, bez wyjątków - przełknął ciężko ślinę - Więcej nie wiem - skwitował. W końcu ze spotkania w Kromlechu wyszli dużo wcześniej, nie wiedząc co Czarny Pan przekazał tym, którzy chcieli zostać jego najwierniejszymi pomocnikami. Czy to chodziło o Roberta? A może o kogoś innego? Nie wiedział ale czuł, że spełnił swój obowiązek wobec rodziny... wobec ojca. RE: [19 czerwca 1972, mieszkanie Stanleya] Sprawa Roberta || Stanley & Richard - Richard Mulciber - 08.01.2024 Robert niczego nie ułatwiał. Richard ostatnio odniósł wrażenie, że jego brat skrywał coraz więcej sekretów i nie mówił mu o wszystkim. Z jednej strony potrafił go zrozumieć, ale z drugiej, niewiedza bolała bardziej niż przeciwnie. Bowiem nie wiadomo wtedy, jak tej osobie pomóc. Richard do wielu spraw dochodził sam. Jak i teraz, przez zwykły i niespodziewany przypadek, spotkał jego nieślubnego syna. Gdyby Richardowi taki los ”niespodziewanego spotkania” ktoś wywróżył, pewnie nie uwierzyłby, aż go dzisiaj. Wspomniana ”grupa” w słowach Stanleya była potwierdzeniem faktu, jak bardzo jest poważną sprawą. Nie można było tego zbagatelizować, nawet jeżeli był to fałszywy alarm. Doskonale rozumiał Borgina. - Słusznie uważasz.Przytaknął także skinieniem głowy, przyjmując do wiadomości jego słowa. Richard brał to na poważnie, gdyż wiedział co się ostatnio wydarzyło i co uczynił Robert. Już we Francji starszy bliźniak dostał od brata wykład, opierdol a potem ”areszt domowy” w obawie o jego życie. Co to dało? Robert po powrocie do Londynu, niczym duże dziecko tupnął nogą i polazł sam po karę, nic nie mówiąc i jeszcze okłamując. Dlatego Richard stwierdził, że nie może go już zostawić samego, decydując się wrócić już na dłużej do Londynu. Teraz dochodzą kolejne informacje, bardzo niepokojące, zaobserwowane przez Stanleya. Beltame. Znów powracający temat. Jak się okazuje, zrobiło się po nim znacznie trudniej, gorzej niż można było sobie to wyobrazić. Śmierciożercy musieli być tą ”grupą”, o jakiej mógł próbować powiedzieć Borgin. W takim razie życie Roberta mogło być zagrożone, bardziej niż Richard przypuszczał. Jeżeli tożsamość jego brata była komuś znana. Richard słuchał uważnie. Zmarszczył brwi, kiedy Stanley rzekł, odnośnie jego rezygnacji z podjęcia pracy w Ministerstwie. - Nie sądzę.Odparł od razu, choć nie kłamał. Stwierdzał czysty fakt. Wiedział jak pracują Ministerstwa, ale jeszcze od środka nie zdążył poznać Brytyjskiego. Prawda, że Ministerstwa potrzebują uzdolnione osoby, w tym aurorów. Szczególnie Brytyjskie, które mogło ponieść straty w Aurorach i Brygadzistach przez wydarzenia na sabacie Beltame. Kontynuowałby swoje zaprzeczenie, ale pozwolił pierw skończyć Stanleyowi. Siedząc wygodniej na krześle, zakładając nogę na nogę. Obserwując młodego Borgina. Stanley samodzielnie analizował sytuację Mulcibera. Prawda, że Juliusem nie ma co się przejmować. Richarda najmniej obchodził. Tutaj liczyła się reputacja nazwiska i osoby Roberta. - Dokładnie. O ile sprawa Juliusa najmniej mnie obchodzi w tej chwili, to jednak wciąż rozchodzić się będzie o nazwisko.Zgodził się z tą częścią wypowiedzi. Dał mu możliwość udzielenia odpowiedzi na pytanie odnośnie wspomnianej ”grupy”, chcąc może dowiedzieć się od Stanleya, jak dużo mu zdradzi. Jak on sam potrafi operować posiadanymi informacjami i zaufać dopiero co poznanemu wujkowi. Richard doceniał to, że Stanley zechciał z jakimikolwiek informacjami się podzielić, swoimi przypuszczeniami, podejrzeniami. - Ta rozmowa jest między nami. Powiedz po prostu tyle ile możesz. Nie naciskał, ale też zachęcał, aby dał mu odrobinę zaufania. W końcu wcześniej byli zgodni, że rodzina powinna się wspierać. A tu przecież chodziło o bezpieczeństwo Roberta. Domyślał się także, że sprawa musi być delikatna, nie tylko poważna jak pierwotnie się zakładało. W kolejnych słowach wyszło na jaw, że do tej ”grupy” należą osoby wpływowe, mające gdziekolwiek swoje kontakty, czy jak to Stanley nazwał ”uszy”. Zauważył także, że bratanek bardzo ostrożnie dobierał słowa. Nie mówił konkretnie. Nie nazywał niczego po odpowiednich nazwach, ale ogólnikowo, hasłami. Pilnował się. To był także dobry znak, że byle komu takich informacji by nie przekazał. I nie w dosłownych szczegółach. Ludzie wpływowi, najlepiej przypasowani do osób, zasiadających na wysokich stanowiskach, jak w Ministerstwie Magii. Szpiegów mogli mieć wszędzie. Donosicieli. Pieniędzmi załatwią wszystko. Stanley słusznie też zauważył, że Robert ma już swój wiek i może nie dać rady się samodzielnie obronić, jeżeli chodzi o czarną magię. Richard znał granice i możliwości swojego brata. Wiedział też, że ciężko walczy się w pojedynkę z wieloma przeciwnikami niż jednym. Zawód Aurora potrafi pomóc nawet doświadczyć wielu kombinacji walk w poszukiwaniu przestępców czy rozbijaniu grup. - Rozumiem…Przyjął do wiadomości wszystko, co przekazał mu Stanley. Skrzyżował ręce, gdzie jedną dłonią zaczął gładzić podbródek. Musiał poukładać sobie w głowie czego się dowiedział. I połączyć z tym, co sam już wiedział. O ile miejsca pobytu Roberta nie znali, to jednak obaj zabezpieczali dom, w jakim mieszkali. Nie mogli być odkryci. Wniosek też był taki, że nie mogły być to osoby z otoczenia Roberta. Gdyby to były one, mogliby wparować do ich kamienicy w każdej chwili. To był jasny dla Richarda sygnał, że Robert mógł się dorobić niespodziewanie więcej pojedynczych wrogów w samej organizacji w jakiej był, lub ją wspierających. ”Kretyn…” - pomyślał o Robercie, jeżeli to była prawda. Ale czy była? Czy mowa po prostu o tych, co wspierają tę organizację? A takich mogło być naprawdę wielu? Richard nie miał też pojęcia, czy Stanley należał do śmierciożerców. - Ludzie wpływowi, często zajmują wysokie stanowiska, o które nie trudno nawet w Ministerstwie Magii. Miałoby to sens, gdyby chodziło o pracę Roberta z dawnych lat, kiedy pracował w Departamencie Tajemnic. Nie wiesz pewnie, czym mógłby im podpaść? Zapytał z uwagą, patrząc na Stanleya. O podejrzane czyny lub działania, które mogły komuś się nie spodobać, że zechciałby mieć powód zagrażać Robertowi. Czy chodziło o badania, że zwinęli dokumentacje? Czy działania Roberta jako śmierciożercy, co miało związek z wydarzeniami na Beltame i jego zniknięcia, za które przypłacił karą klątwy? Czy znów odjebał coś nierozważnego i nie posprzątał? Richard założył, że skoro Stanley dodał na koniec swojej wypowiedzi, że więcej nie wie, to i na ten temat mógł nie posiadać informacji. Mimo to, obserwował go, jakby chciał cokolwiek wyłapać. A posiadając już znacznie więcej informacji, miał Richard pewność, że sytuacja Roberta nie przedstawiała się wesoło w kwestii bezpieczeństwa. Czy powinien teraz udzielić na to konkretne pytanie, zadane wcześniej? - Przy tylu nowych informacjach, będę musiał sprawę bezpieczeństwa Roberta bardziej poważnie potraktować niż do tej pory.Stwierdził, mówiąc niby to do siebie, ale też do Stanleya. Nie wyglądało to dobrze. Jak się tak głębiej zastanowić, Richard potrzebowałby mieć kogoś w Śmierciożercach poza Robertem. Kogoś, kto byłby wstanie go informować o sytuacjach zagrożenia dla jego brata. Czy może sam, powinien dołączyć do tego kręgu wariatów? Porozmawiać z Tomem? Czy może mógłby liczyć na pomoc Stanleya, który wcześniej zapewnił, że chce bezpieczeństwa dla ojca. Dla niego też rodzina była ważna. Richard mimo poważnego wyrazu na twarzy, westchnął ciężko. Jak bardzo trzeba być nieostrożnym, aby zwalić na siebie niezadowolenie innych osób? RE: [19 czerwca 1972, mieszkanie Stanleya] Sprawa Roberta || Stanley & Richard - Stanley Andrew Borgin - 21.01.2024 Gdyby tylko znali się dłużej. Gdyby tylko znał swojego ojca całe życie i zarazem jego brata bliźniaka... to wszystko byłoby takie proste. Mógłby powiedzieć Richardowi wszystko ze szczegółami, bez żadnego patyczkowania. Bez owijania w bawełnę. Bez jakichś prób naprowadzenie go na odpowiedni tor w taki sposób, aby było, że to on sam do tego doszedł, a nie padło to z ust Stanleya. W skrócie - było to zadanie trudne ale możliwe do zrealizowania. Borgin miał wrażenie, że z każdą chwilą, każdym kolejnym zdaniem zbliżają się do sedna zagadki, dzięki czemu wuj będzie wiedział o co dokładnie mu chodzi. Słysząc słowa Richarda odnośnie jego rezygnacji, pokręcił tylko głową. Bez jakiejś dezaprobaty czy czegoś w tym stylu - nie było tego. Zrobił to w geście zrozumienia, potwierdzenia, a może wręcz zgodzenia się z nim. Jeszcze tego by brakowało gdyby musiał zacząć walczyć z bratem własnego ojca bo staliby po dwóch stronach barykady. O ile sam Julius też nie bardzo obchodził Stanleya, tak kwestia nazwiska, a raczej jego czystości była dużo ważniejsza. Stanley niby przecież nie był Mulciberem, a Borginem ale mimo wszystko płynęła w nim ich krew, czego nie dało się zaprzeczyć. A tak jak na dobrego członka rodziny przystało - takiego, któremu zależy na dobru rodziny - liczyła się reputacja ich nazwiska. To była jedna z nauk, którą wyniósł akurat ze strony rodziny swojej matki, chociaż bez problemu mógłby ją przypisać i do rodziny ojca. Obie strony przecież miały bardzo podobne zasady i tradycje, a przede wszystkim obydwie były rodzinami czysto krwistymi. Po raz kolejny pokiwał głową na zgodę. Miał zamiar to zrobić - powiedzieć tyle ile może, a na resztę spróbować nakierować Richarda. Najważniejsze było jednak to, aby to on sam mówił te wszystkie nazwy jak "Śmierciożercy" czy "zwolennicy Czarnego Pana". Sprawa była na tyle ciężka, że sam Stanley był trochę rozdarty. Z jednej strony chodziło o Roberta, a z drugiej o organizację, której był przecież "lojalny". Pojawiało się zatem pytanie - która lojalność była dla niego ważniejsza? Wobec rodziny czy wobec jakieś czarnoksiężnika, który posyłał ich niemal na pewną śmierć, nie robiąc sobie z tego nic w imię zasady - "śmierć jednostki to tragedia, a milionów to tylko statystyka"? Odpowiedź na to pytanie była prosta - oczywiście, że rodzina. Co więcej, Borgin, wolałby zostać po stokroć potraktowany cruciatusem czy avadą, niż zdradzić swoich najbliższych. Stanleyowi nie chodziło też o Ministerstwo. Nie wiedział czy Robert miał tam jakiś wrogów czy coś - może miał? Może nie? Jednak w tym momencie, większym przeciwnikiem dla niego mogli być ludzie od Voldemorta, niż jakieś pachołki Moody czy innego kierownika z tamtej instytucji. Przede wszystkim - Ci z Ministerstwa - musieli się pilnować i mieli zasady, kodeksy czy regulaminy, które ich obowiązywały... a tamci? Mieli pełną swobodę w działaniu. W mordowaniu. - Czym Robert mógł im podpaść? - powtórzył, skupiając się na Richardzie, pozwalając sobie ciężej westchnąć - Najpewniej tym, że niektórzy nie lubią kiedy znika się bez żadnego śladu. Bez słowa. Bez niczego... A już na pewno nie wtedy kiedy na teatralnych deskach zaczyna się właśnie najważniejsza scena, która ma za zadanie podsumować ostatnie działania - wyjaśnił, a wręcz opowiedział trochę na około jak to było. Błagam, połącz kropki modlił się niejako, nie chcąc więcej tego kontynuować... ale czuł, że musi to robić tak długo, aż wuj zrozumie, że chodzi o tych przeklętych Śmierciożerców. Borgin zdawał sobie też sprawę, że nikt nie mógł pilnować Roberta 24/7. Po pierwsze - Stanley, jego syn, dostałby chyba z ojcem pierdolca gdyby miał spędzić z nim cały miesiąc czy coś takiego. Po drugie - Richard, jego brat, najpewniej też, zwłaszcza kiedy jego bliźniak zachowywał się jak zbuntowana nastolatka. Stanley oczywiście miał zamiar dalej przekazywać informacje, które mogłyby być przydatne do zapewnienia bezpieczeństwa Robertowi czy reszcie jego rodziny. W końcu to nie chodziło tylko o niego - wszyscy z jego kręgu byli zagrożeni. Jego najbliżsi - brat, córka czy żona zapewne też mogliby być na jakiejś liście. Wszyscy musieli mieć się na baczności. - Zgadzam się... Mam jednak nadzieję, że to wszystko okaże się tylko jakimś złudzeniem... i kiedyś będziemy mogli się z tego po prostu śmiać - przyznał, zdając sobie sprawę, że to trochę nierealne marzenie - Ale uważaj też na siebie... Chociaż zdaje sobie sprawę, że bycie funkcjonariuszem zaprawia człowieka... to oni nie znają litości. Zrobią wszystko, aby zaspokoić jego rządzę - dodał. Skąd to wiedział? Bo sam to przecież de facto robił. Sam mordował bez zawahania w jego imieniu. Sam prowadził innych, aby mogli zrobić dokładnie to samo. RE: [19 czerwca 1972, mieszkanie Stanleya] Sprawa Roberta || Stanley & Richard - Richard Mulciber - 22.01.2024 Prawda. Gdyby znali się wcześniej i dłużej, dzisiejsza rozmowa nie byłaby taka trudna? Okrężna. Mogliby normalnie nazywać rzeczy po imieniu. Tutaj wyglądało tak, jakby jeden badał drugiego. Jak wiele może powiedzieć. Niczym gra, który pierwszy powie wprost, że wie o co konkretnie chodzi. Richard mógł sprawdzać Stanleya, czy się wprost wygada, bo są rodziną. Dzielnie jednak odpowiadał na pytania "bezpiecznie" jak i wyjaśniał kilka rzeczy. Dla Richarda, zbyt wiele faktów mu znanych i nowych, łączyło się do jednego wspólnego mianownika. Szczególnie ostatnie wyjaśnienie Stanleya. Czym Robert podpadł tym, że jego bezpieczeństwo może być zagrożone? Nieobecnością na Beltame. Nawet jeżeli Borgin nie powiedział wprost, jasne było o co chodzi. O nagłe zniknięcie. Jakby to im przeszkadzało. Teatralna scena? Czyżby chłopak nawiązywał do kary jego brata? Czy czegoś innego? Richard przez moment milczał. Ale nie wyglądał już na zadowolonego tym co usłyszał. Kropki połączył. Być może już wcześniej. Te słowa były już konkretnymi, potwierdzającymi informacjami, o jakich Richard wiedział. I dowodem na to, że i Stanley był widocznie w temacie, dosłownie. Młody Brygadzista przekazał mu nawet więcej informacji, niż Richard by przypuszczał. Czy powinien zaryzykować i ujawnić mu, że wie o ich organizacji? Przez moment milczał. Choć na zaskoczonego nie wyglądał. Co najwyżej niezadowolonego z takiego obrotu sprawy, że jedna ważna nieobecność jego brata na Beltame, mogła kosztować go życie. Richard o tym wiedział. - Śmierciożercy.Odparł z przekonaniem. To jedno słowo, które bez problemu wypowiedział. Jakby o nich nieco już wiedział. Obawiał się tylko potwierdzenia tego, że to może być kolejna prawda po tym, co usłyszał kilka dni wcześniej. Kropki połączył już wcześniej. - Twoje słowa brzmią tak, jakbyś tam był. Albo miał zaufanego, dobrego informatora z ich kręgu. Zaznaczył. Nie mając pewności, która z tych wersji mogła być prawdą. Stanley wypowiedział się tak, jak to wydarzenie miało miejsce, o którym wiedział Richard. Nie tak w szczegółach dokładnie, ale że miało miejsce. Palcami obracał sobie obrączkę, jaką miał na prawym serdecznym palcu. Oznaka, że był wdowcem. Ale też takie czynności, pomagały mu od czasu do czasu w myśleniu. Zajmowania czymś dłonie, palce, skoro krzyżował je nadal na klatce piersiowej. W jego przypadku, sytuacja z obrączkami była problematyczna na oba kraje, które ich noszenie miały inne znaczenia na każdej z dłoni, przez co musiał ją przekładać, gdziekolwiek był. Czy to w Norwegii, czy w Anglii. Udzielając odpowiedzi i stwierdzenia, wpatrywał się w młodego czarodzieja. Przy czym, Mulciber doceniał fakt, że Borgin ostrzegł go w kolejnych słowach, aby na siebie uważał. Robił to, ale niestety, to nie było proste, kiedy dzielisz ten sam wygląd ze swoim bratem. Cokolwiek robił lub nie zrobił Robert, ciągnęło ze sobą Richarda. Jak ostatnio po powrocie z Francji, kiedy starszy bliźniak udał się po swoją karę, młodszy musiał pozostać w domu i nie pokazywać się, do jego powrotu. Dla bezpieczeństwa swojego zapewniając je także córce brata. Przez lata działań Roberta dla Śmierciożerców, nie trudno można było ich pomylić, gdyby Richard mieszkałby w Londynie. Nieliczne szczegóły ich teraz wyróżniały, które tylko bystre oko byłoby wstanie je dostrzec. - Do czasu. Decydując się na powrót tutaj, muszę z czegoś zrezygnować. Jeżeli mam zapewnić bezpieczeństwo bratu.Odparł w odpowiedzi nawiązując do wspomnienia o funkcjonariuszu. Bycie aurorem było jego tarczą. Zabezpieczeniem. Miał wtedy kontrolę nad wszystkim. Oficjalnie był czysty. Nieoficjalnie, miał na swoim koncie kilka trupów. Prawo, prawem. Każde jednak posiadało luki, które można było bezpiecznie obejść. Dzięki pracy w Biurze aurorów, mógł poznać prawo działające od środka i dobrze wykorzystywać na swoje korzyści. Decydując się na odejście z Norweskiego Ministerstwa Magii, będzie musiał być bardziej ostrożny w swoich działaniach. O swojej przeprowadzce, wspomniał już w ich rozmowie, jaka miała miejsce w Brytyjskim Ministerstwie. Powód, dla którego Richard zdecydował się na taki ruch, powinien być już znany Stanleyowi. W końcu chodziło o bezpieczeństwo Roberta. Rodzina była ważniejsza niż własna wymarzona kariera. Tym przecież obaj się kierowali. - Czy ze względu na obecną sytuację Roberta, zechciałbyś ze mną współpracować? Na zasadzie przekazywania informacji, abym wiedział jak działać i mu pomóc. W miarę możliwości, bez okrężnej drogi, jeżeli sytuacja na to pozwala.Zapytał. Chcąc mieć zapewnienie w słowach Stanleya, nie tylko biorąc za pewniak to, co już wcześniej mu przekazał. Nie mówił też o zaufaniu, gdyż w tych czasach ciężko o wiarygodność znaczenia tego słowa, nawet w rodzinie. Dopiero co się poznali, spotkali i lepiej zacząć badać i budować relację rodzinną przez współpracę. Od czegoś muszą zacząć, jeżeli wspólnie chcąc pomóc Robertowi i to jasno przedstawiał Stanley. Że chce pomóc ojcu. Po to było to spotkanie. Zapytał też o możliwość nazywania "rzeczy po imieniu", bez krążenia w temacie na około, aby zaoszczędzić im czasu. A widział, że Stanleyowi zaczynało robić to problem. I tak zyskał szacunek u swojego wuja, który docenił starania. Chłopak nie wygadał się wprost o Śmierciożercach. Richard w swoich słowach chciał dać też do zrozumienia, że jest wtajemniczony w ostatnie wydarzenia i sprawę swojego brata. Poważnie podchodził do zaistniałego problemu. RE: [19 czerwca 1972, mieszkanie Stanleya] Sprawa Roberta || Stanley & Richard - Stanley Andrew Borgin - 24.01.2024 Stanley mógł, a w zasadzie chciał odpowiedzieć bingo na słowa Richarda. Zgadł, rozgryzł, a może nawet wiedział czy się domyślił. W końcu nie daleko pada jabłko od jabłoni - skoro Robert do nich należał, kim był de facto jego syn, aby również nie działać w tych szeregach? Wtedy się jeszcze może nie znali ale już działali ku chwale Czarnego Pana. Borgin uniósł kącik ust na słowa wujka, a następnie wzruszył bezradnie ramionami, nie dając jednoznacznej odpowiedzi, zostawiając Mulciberowi pole do interpretacji tego jak tylko chciał. Nie potwierdził nic ale też nic nie zaprzeczył. Obie rzeczy, które wypowiedział były prawdą. Po pierwsze był tam, był jednym z nich. Po drugie miał zaufanego, dobrego informatora z ich kręgu. Miał ich nawet kilku, więc miał w kim wybierać. Oni jednak byli ostatecznością bo tak długo jak był w stanie tam działać, tak długo miał zamiar samemu się dowiadywać o wszystkim. Czy Richard się denerwował? Obracał obrączkę jakby się trochę niecierpliwił, może obawiał? Nie była to oczywiście jego sprawa ale dojrzał to bez większego trudu i tylko pewnie dlatego, że jego rozmówca wcale się z tym nie krył. Czy można było mu się dziwić? Był kopią swojego brata i ktoś mógł go przypadkiem sprzątnąć, a dopiero później zdać sobie sprawę, że to nie ten Mulciber, pomimo faktu, że nazwisko się zgadza. Nie oceniał go bo mieli ważniejsze rzeczy do zrobienia w tym momencie. - Wszyscy z czegoś rezygnujemy - odparł, biorąc świeżo rozpalonego papierosa do ust. Stanley dla przykładu zrezygnował z szansy na normalne, spokojne życie. Los chyba chciał aby i to samo uczynił Richard, a to znaczyło tylko jedno - grali do jednej bramki - Wiem, że to na pewno nie jest proste... Powiedziałbym wręcz, że jest to ciężko jeżeli nie niemożliwe... Ale trzeba to zrobić - wyjaśnił, zaciągając się po raz kolejny tego dnia. Z jednej strony nie byli tego winni Robertowi ale z drugiej wymagało tego oddanie rodzinnym sprawom. - Hmm - zmrużył lekko oczy, poddając Richarda badawczemu spojrzeniu, trochę jakby oceniał jego przydatność, chociaż tak naprawdę robił to dla zwykłej hecy, może budowy lekkiego napięcia. W teorii to mieli to już ustalone i teraz musieli to tylko potwierdzić słownie. Nie było mowy o żadnej umowie na papierze, więc pozostawała wiara w dżentelmeńską umowę. Stanley złapał swoją szklankę i podszedł powolnym krokiem w kierunku Richarda. Zatrzymał się dwa, może trzy kroki od niego - To co? Za owocną współpracę... - zaczął, unosząc szklankę - ...wujku - uśmiechnął się, czekając na reakcję Mulcibera. Postąpili słusznie - zawiązali pakt w szlachetnej sprawie. Obydwoje wiedzieli, że lepiej było zginąć próbując, niż przeżyć patrząc i zastanawiając się co by było gdyby... Stanley też dobrze wiedział, że lepiej zawisnąć na stryczku lub pójść na dożywocie do Azkabanu, niż powiedzieć cokolwiek o Śmierciożercach. A już na pewno osobom, które nie powinny nic wiedzieć. Richardowi też przecież nic nie powiedział, a jedynie, może, go trochę naprowadził. Mimo wszystko nie sądził, że było to coś złego. RE: [19 czerwca 1972, mieszkanie Stanleya] Sprawa Roberta || Stanley & Richard - Richard Mulciber - 25.01.2024 Nie odpowiedział. Ten uniesiony kącik ust w uśmiechu i milczenie. Nieznaczne wzruszenie ramionami. Tak bardzo mu dobrze znane. Urodzony młody Mulciber, choć noszący nazwisko matki. Przy takiej reakcji, Richard słów nie potrzebował. Mógł jedynie pozostać w domysłach. Albo szukać odpowiedzi u drugiej bliskiej im osoby. Tę reakcję znał za dobrze. Gdyż sam też czasami tak "odpowiadał" innym. Milczeniem, mimiką twarzy czy mową ciała. "Zatem jedno albo drugie. Lub oba przypadki." - pomyślał w zastanowieniu. Nie było można dostrzec zaprzeczenia. Choć odpowiedź w takiej formie mogła pozostać także zagadką, zmyłą. Richard jednak nie wierzył, aby Stanley chciał go okłamywać. Zbyt dużo zbieżności w informacjach się pokrywało z tym, co sam Richard wiedział.
- Powiadają. Jaki ojciec, taki syn. W ten sposób, skomentował jego milczenie, ale zostawiające znaki, wskazówki, domysły. Tym samym, Richard także uśmiechnął się kącikiem ust, jakby zrozumiał. Jedno z dwóch jego stwierdzeń mogło mieć rację bytu. Albo nawet oba. Być może tyle na razie mu wystarczało wiedzieć. Przyjdzie odpowiedni czas, to pozna pewną prawdę. Robert nawet przestał zbyt wiele przed nim ukrywać. Być może zrozumiał, jak bardzo potrzebuje teraz bliższego wsparcia zaufanych członków rodziny. Pewne zdarzenia w rodzinie wymagają poświęceń. Tutaj zgadzał się ze Stanleyem. Dokonywanie wyboru nie jest proste w takiej sytuacji. Dla dobra czegoś, coś trzeba poświęcić. Może uda mu się jakoś tutaj odnaleźć i jakąś robotę złapać. Brata nie zostawi w takiej sytuacji samego. A ostatnio było źle. - Czasami zmiany też są potrzebne.Stwierdził z cichym westchnieniem. Ale najwyraźniej tak musi być. Może jego ojciec miał w jakimś stopniu rację, że powinien zostać tutaj? Dał mu szansę powrotu. Richard odmówił. Skoro mieli większość sprawy i to najważniejszej omówione. Zdążyli się w pewnym stopniu poznać. Od strony zawodowej, jak i rodzinnej, Richard zaryzykował ukrytą prośbą o współpracę, choćby informacyjną. Jeżeli Stanley faktycznie miał dobrego informatora, bądź sam był jednym ze śmierciożerców, pomogłoby to Richardowi reagować na zagrożenia, mogące pojawić się w pobliżu jego brata. Być na miejscu, przy nim. Dał chwilę czasu Stanleyowi na zastanowienie się, w między czasie pozwalając sobie za jego zgodną napełnienie szklanki alkoholem. Richard nie miał złych zamiarów. Nie dawał tego po sobie poznać. Oddałby życie za brata, gdyby sytuacja była beznadziejna. Wiele razy ryzykował samym byciem nim, aby Robert mógł wykonywać zlecenia dla Toma. Słysząc po chwili odpowiedź bratanka, uśmiechnął się lekko. Zgodził się. - Za owocną współpracę… Bratanku.Również uniósł swoją szklankę. Mogli nawet stuknąć je razem. Upiwszy łyk, Richard postanowił zapytać. Bowiem na to wyglądało, że chyba najważniejszą sprawę mieli za sobą. - Masz jeszcze jakieś pytania odnośnie swojego ojca? Czy chcesz o mnie czegoś się dowiedzieć? Nie wiem ile Robert Ci o mnie mówił. Jeżeli Stanley miał jeszcze jakieś pytania, mógł zadawać. Jeżeli nie, mogliby kończyć spotkanie a wtedy Richard wróci do posiadłości rodzinnej w Londynie. RE: [19 czerwca 1972, mieszkanie Stanleya] Sprawa Roberta || Stanley & Richard - Stanley Andrew Borgin - 29.01.2024 Jak wspólny wróg, a raczej wspólna sprawa potrafiła zjednoczyć ludzi - coś niesamowitego. Dwójka prawie sobie nieznanych osób, właśnie podpisała pakt w słusznej sprawie. Stanley w życiu by się nie spodziewał, że pierwsze spotkanie z bratem własnego ojca zakończy się jakimiś daleko idącymi i wymagającymi umowami, sojuszami czy współpracami. Zawsze raczej widział to jako herbatkę zapoznawczą, gdzie mieli się powoli poznawać, a tutaj przeszli od razu do sedna sprawy. Może i było to lepsze? Ominęli te całkowicie niepotrzebne drobiazgi bo przecież byli dorośli i nie mieli czasu, ani pewnie chęci aby bawić się w jakieś podchody. Taki moment wymagał stuknięcia się dwóch szklanek, więc i tak się stało. Alkohol od razu stał się przyjemniejszy w smaku, a atmosfera trochę lżejsza - tak to przynajmniej odbierał Borgin, chociaż de facto też Mulciber. W końcu miał coś w sobie z ojca. - Niewiele dlatego sam zacząłem drążyć, a Twoja wizyta w Ministerstwie była niczym gwiazdka z nieba - odparł na słowa Richarda - Niespodziewana ale po części wyczekiwana. Coś jak nagroda za cały dotychczasowy trud - pokiwał przecząco głową, biorąc łyk trunku - Są jeszcze dwie sprawy, które możemy zahaczyć aby mieć to z głowy w przyszłości - dodał. Według Stanleya były to całkiem ważne tematy, a takie właśnie dzisiaj poruszali. - Po pierwsze... gdybyście wraz z Robertem potrzebowali jakiegoś schronienia albo kryjówki to mam pewne bezpieczne miejsce - zaczął tłumaczyć, odstawiając szklankę na bok - Na Nokturnie jest gabinet spirytusowy? Spirytualistyczny? Nie wiem, coś takiego. Mniejsza o to nawet. Nazywa się "Ataraxia", a w jego podziemiach znajduje się "Głębina", której jestem właścicielem. Na razie kończymy tam mały remont ale pozostaje otwarty dla wszystkich osób przybywających z mojego polecenia - zaciągnął się papieroskiem - Za ladą stoi Francis, swój człowiek. Jeżeli powiecie, że jesteście ode mnie to zaprowadzi Was na zaplecze i da mi znać o wszystkim bo taką mamy umowę. Tam nie powinno Wam się nic stać - zapewnił, chociaż nie dawał sobie za to uciąć ręki. Wszyscy wiedzieli jak to działało na Nokturnie i w Podziemnych Ścieżkach. Cięzko było tam o całkowite bezpieczeństwo, a nawet o jego jakieś poczucie. - Druga sprawa... to jak Was kurwa odróżnić? Wyglądacie jak dwie krople wody, a ja nie chcę spędzić kolejnych siedmiu lat na doszukiwaniu się tej jednej różnicy bo któryś z Was akcentuje "arbuza" inaczej... - stwierdził zgodnie z prawdą. Wolał usłyszeć to od Richarda, niż rzeczywiście spędzić te kilka ciężkich lat, a i tak by pewnie nie przyniosło to zamierzonego efektu. @Richard Mulciber RE: [19 czerwca 1972, mieszkanie Stanleya] Sprawa Roberta || Stanley & Richard - Richard Mulciber - 30.01.2024 Nawet Richard nie spodziewał się takiego obrotu sytuacji, że w tym drugim, spotkaniu, mógłby się dogadać ze Stanleyem do takiego stopnia, aby zawrzeć pakt współpracy, jako rodzina. Dla bezpieczeństwa jednej osoby, im bliskiej. Być może wyszło im to na dobre, że podczas takiego "rodzinnego przesłuchania", w jakimś stopniu się poznali. W konkretach, bez wypytywania się o inne pierdoły, zainteresowania, pasje czy przeszłość. Od razu przechodząc do poważnych spraw. Z odpowiedzi Stanleya wychodziło na to, że niewiele wiedział. Typowe to u Roberta, że starał się jak najmniej informacji zdradzać, dla bezpieczeństwa nie tylko swojego ale i rodziny. Zrozumiałe. Ale czy to znaczyło, że jeszcze nie ufał własnemu synowi? Wciąż bywał ostrożny. - Przychodząc do Ministerstwa, spodziewałem się bardziej pomylenia mnie z Robertem, co zdarzało się dość często, kiedy zjawiałem się w Londynie. Ale nie tego, że spotkam syna swojego brata. Choć nie bardzo wierzę w jakieś wróżby czy przesądy, to jednak los najwyraźniej chciał, abyśmy się spotkali.Przyznał rację Stanleyowi. Gwiazdka z nieba. Być może to spotkanie było im pisane. Stanley miał z kolei dwie sprawy jeszcze do omówienia. Pierwszą okazało się zapewnienie schronienia, na wypadek nieprzewidzianej, krytycznej sytuacji, gdyby tego Mulciberowie potrzebowali. Richard szanował to, że Stanley oferował coś takiego. - Bardzo pomocne Stanley. Doceniam. Będę miał to na uwadze. Może na dniach, albo po powrocie z Norwegi zajrzę tam, aby nie mieć problemu z odszukaniem miejsca, w razie nagłej sytuacji, która miejmy nadzieję, nie będzie miała miejsca.Chciałoby się wierzyć, że nie będzie konieczne ukrywanie się i że sprawy oraz problemy, z jakimi się zmagają, dadzą się rozwiązać. To jednak dobrze byłoby wiedzieć, że Stanley jest wstanie zapewnić im jakieś miejsce na kryjówkę. Kamienica mogłaby im za bardzo nie pomóc. Choć i tak mało kto wiedział, gdzie oni mieszkają. Sklep w Podziemnych Ścieżkach? Musiałby zapoznać się dokładniej z tym miejscem, czy miało więcej pomieszczeń, przejść ukrytych niż do tej pory mu znane. Druga sprawa, jaką poruszył Stanley, rozbawiła Richarda. Na jego twarzy pojawił się uśmiech. Chłopak nie był pierwszą osobą, która o to pytała, lub podobnie. - Nie ubieramy się tak samo.Odparł z uśmiechem, ale wiedział, że to wcale nie była pomocna wskazówka. Udawanie własnego brata bywało niekiedy zabawne. Robił to tyle razy, ile było potrzeba, aby Robert mógł w spokoju wykonywać swoje zadania. Jednakże sprawa z ubiorem też była istotna, biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia. Być może nie bez powodu, Richard o tym wspomniał? To jednak też zwracające uwagę na to, że bywają pary bliźniąt ubierających się tak samo. Mulciberowie zaprzestali tego po opuszczeniu murów Hogwartu. Chodzenie w tych samych szatach i wyglądanie tak samo, nieźle mogło irytować nauczycieli. - Mimo identycznego wyglądu, jest między nami sporo różnic. Nie wszystkie są widoczne na pierwszy rzut oka. Ostatnio może poza jedną, która pojawia się w obecnym naszym wieku. Bystre oko na pewno by to dostrzegło. Dodał do swojej odpowiedzi. Pozwalając pomyśleć nad tym trochę Stanleyowi. W wyglądzie bliźniaków wiekowo zachodziły też zmiany, a u Roberta były bardziej widocznie, niż u Richarda. Jeżeli Stanley był wstanie przypomnieć sobie obraz ojca, mógłby porównać z wujem. Nie ma co ukrywać, że łatwiej byłoby te różnice znaleźć mając ich obojga przed sobą. Nie chciał chłopakowi utrudniać sprawy. Biorąc też pod uwagę to, że może nie raz chodzić o sprawy śmierciożerców, aby wiedział że zwraca się do odpowiedniej osoby. - Ale myślę, że to chyba powinno Ci ułatwić rozpoznanie nas. Pokazał mu obrączkę na swojej prawej dłoni. U Roberta, jeżeli nosił, powinna być na lewej. Informacja, że jeden był wdowcem, drugi żonaty ponownie. Kolejnymi cechami ich charakteryzującymi było posługiwanie się inną ręką podczas pisania. Z charakteru, w działaniach, posiadanej wiedzy i w opanowanych umiejętnościach, też się różnili. Ale również uzupełniali. |