Secrets of London
Kraina snów // Noc z 9 na 10 lipca 1972 - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: Kraina snów // Noc z 9 na 10 lipca 1972 (/showthread.php?tid=2527)

Strony: 1 2


RE: Kraina snów // Noc z 9 na 10 lipca 1972 - The Edge - 05.02.2024

[inny avek]https://images2.imgbox.com/3f/e2/e8tlLqbp_o.png[/inny avek]
Zasłaniając jego usta dłonią, Laurent mógł poczuć, jak ukryty pod nimi uśmiech Crowa się poszerza. Wyglądał tak, jakby miał zaraz zrobić coś durnego - ugryźć go w te palce na przykład, ale nic takiego nie miało miejsca. Mężczyzna po prostu go słuchał. Słuchał, niekoniecznie słyszał... a może bardziej - niekoniecznie brał sobie te słowa do serca. Miał przestać? Niby padło tam jakieś „przestań”, tylko jak miał to odebrać jako prawdę objawioną, kiedy Laurent się tak mocno wahał? Granica zgody robiła się coraz mocniej rozmydlona.

- Nigdy nikogo nie pokochałeś? A to podobno ja jestem nadmiernie dramatyczny... - Trochę z niego zadrwił. - Wiesz, że lubię słowa? - Powiedział to, znów przesuwając dłoń wzdłuż jego skroni. - Definicje. - Zdawał się na moment gdzieś odpłynąć - do jakiegoś wspomnienia, do miejsca lub osoby, na kilka krótkich sekund, po których wrócił do tej wanny. Ta nieobecność była ledwo zauważalna, ale był tam. Oczywiście nie powiedział, o czym myślał, kiedy się zawiesił. - Uczę się ich na pamięć. - Zaczesał kosmyk platynowych włosów za ucho i przekręcił głowę w bok, bliźniaczo do poprzedniego gestu, lecz tym razem w drugą stronę. - Ale tu nie chodzi tylko o trudne, angielskie słowa. Nie da się w angielskim opisać wszystkiego, co się czuje. Wszystkiego, co istnieje. Nauczę cię dzisiaj... albo przypomnę o dwóch. Mizpah. Głęboka więź pomiędzy ludźmi, szczególnie pomiędzy takimi, których rozdzielił wielki dystans lub śmierć. Hebrajski. - Mówił to powoli. Wcześniej twierdził, że chciał się wybrać na ten festiwal, nawet wspomniał o tym, na czym najbardziej mu zależało, ale teraz widać było jak bardzo się spieszył - wcale. W tle słychać było pierwszy huk fajerwerków. Odległy, bardzo odległy. Najwyraźniej zduszony przez dystans dzielący ich od miasta. Za oknem - wciąż nic. Pustka, ciemność. Przysłonięte kroplami wody, które osiadły na szybie. - Dormiveglia. Miejsce, które rozciąga się pomiędzy snem i jawą. Włoski. Mam powtórzyć, czy zapamiętasz, śliczny chłopcze, który boi się mojej impulsywności, a jednak mi współczuje, dla którego jestem fantazją, ale podobno mnie nie kocha? Musiałem namieszać ci w życiu... Ale rozumiesz to, prawda? To jak jesteśmy połączeni. Nie musisz prosić o nic Boga, kiedy jesteś moją rozkoszą, moją radością, moim uzależnieniem... Na tej granicy pomiędzy dniem i nocą, pomyśl o mnie jak o swoim i daj mi się ogrzać. Jesteś tak zimny jak morze, nawet kiedy ogrzewa je słońce, w jego toni da się zamarznąć, ale we mnie jest wystarczająco miłości, żeby kochać cię za nas dwóch. Wróć tutaj, bez względu na drogę.

To było kłamstwo. Przykre kłamstwo, manipulacja. Bo on by wcale nie mógł istnieć, kochając kogoś, kto tego nie odwzajemniał. Był jednak zdolny do kłamania po to, żeby dostać to, czego chciał. A chciał tych oczu wtopionych w jego jestestwo, chciał tych ud zaciskających się na jego ciele. Chciał mieć blisko chłopaka, który mimo wcześniejszego zawahania, teraz wydawał się czerpać z tej sceny tyle, ile tylko zdołało udźwignąć jego serce.

Na jak dużo mógł sobie pozwolić? Gdyby mógł, związałby go, zasłoniłby mu oczy, żeby rozbudzić jego zmysły, ale ten czuł strach nawet objęty ramionami, schroniony w bliskości kogoś, kto zrobiłby dla niego wszystko. Jak bardzo musiałby się bać, gdyby odebrać mu wzrok, punkt zawieszenia w twarzy, jaką znał ze swojej rzeczywistości - pomogłoby mu to, czy przeszkodziło?

- Powiedz mi Laurent, czego pragniesz? Zarząd w zamian za rozbudowę wschodniego skrzydła, przypisał mi w tym roku jedno życzenie. Mógłbym ci je oddać. I tak jedynym czego dzisiaj chciałem, jesteś ty.

Gdyby mógł, zostawiłby na jego skórze zapis wędrówki swoich palców i zębów. Jak poemat, który tylko oni mogli poczuć i przeczytać. Laurent stałby się jego płótnem. Chciał go mieć. Nie spożywałby go w pośpiechu - powoli delektowałby się tym smakiem, nie tylko powierzchnią ciała. On chciał go mieć dogłębnie, wkopać się w szpik kości. Gdyby mógł... A może mógł, może nie spłoszy go, zamykając w szczelniejszym objęciu. Może nawet wtedy, kiedy chwyci jego biodra i przesunie go wzdłuż swojego ciała. Wyżej.


RE: Kraina snów // Noc z 9 na 10 lipca 1972 - Laurent Prewett - 05.02.2024

Moment, w którym odczuwałeś coś innego, niż podpowiadała twoja głowa, był momentem zgubnym. Potrafił być też momentem aż nazbyt wyzwalającym. Jakbyś wchodził do ciepłej wody nagrzanej słońcem, obmywany z brudu codzienności, ale jednocześnie zatapiający się w brud doznań. Głowa i usta mówiły "nie", kiedy każda reakcja ciała zaczynała mówić "tak". Tak, proszę... mów mi więcej... Błagam, nie przestawaj. Zatopmy się w tym świecie. Lub utop tylko mnie i pozwól chociaż raz na to, żeby morze wygrało. Taki moment, gdzie granica rzeczywiście się coraz bardziej rozmywała, gdzie strach i obawa były spychane z poszukiwaniem przyjemności. Ten świat, w którym nie wiesz, gdzie jest góra i dół, a w końcu nawet gubisz prawo z lewo. Wszystko stawało się równie niewyraźne jak ta granica. Istnienie i nieistnienie, być i nie być, egzystencja i życie - splecione w jeden koszyk, albo bluszcz pochłaniający ścianę starego domu. Kruszył ją, a człowiek i tak cieszył się z pięknej zieleni. Radował się zniszczeniem, które przynosiło piękno, mimo że zniszczenia również się bali. To był więc ten czas, w którym przestawałeś bać się fal, sztormów, bólu i zniszczenia. Nie zapominałeś o nim, o nie. On tam dalej tkwił. Zamieniał się jednak w podniecenie niewiadomą. W odczucie adrenaliny, kiedy coś ryzykujesz, coś niszczysz, żeby w zamian otrzymać coś pięknego. Jak ten uśmiech wyginający się pod jego palcami, który sprawił, że te palce pozostały tam nieco dłużej niż powinny, kiedy duże, niebieskie oczy, szeroko otworzone, chłonęły każdy grymas bogato odbijający się na przystojnej twarzy.

Namieszał mu w życiu tak samo, jak namieszała Madame, bez której nigdy by się nie poznali i nic by ich nie połączyło. Tak samo jak Dante, którego powinien nienawidzić, bo zatopił się w koszmarze. A jednak to był koszmar hedonizmu. Siedział więc teraz w ciepłej, mlecznej kąpieli z płatkami róż i czuł to samo zamieszanie w głowie i sercu, jakie było opisywane przez tego znajomo-nieznajomego człowieka. Fantazję, która zamieniała się w Pragnienie. Która zręcznie i sprytnie budowała każdą chwilę i oplątywała sobie aniołka wokół diablego paluszka. Takie piękne, takie śliczne słowa... zupełnie jakby ten człowiek wszedł mu do umysłu (a przecież to w JEGO umyśle siedzieli) i mówił wszystko to, co chciałby usłyszeć. Zbudował most, stabilny i ciężki jednocześnie, twardy i niepodatny na wichry zarazem. Laurent nie potrafiłby na taki most nie wejść. Nie potrafiłby na niego nie wbiec z mocno bijącym sercem, zapominając rozejrzeć się w prawo i lewo by upewnić się, że tam nie czają się jednak żadne niebezpieczeństwa. Oddając zdrowe przekonanie, że życie nie było bajką, a sny za łatwo się w koszmary zamieniają. Ale ten brak zaufania i niepewność, czy się zbliżyć, zostały roztopione w tej chwili. Palce przy wargach przesunęły się po policzkach i po linii szczęki, jakby uświadomił sobie, że dotyka czegoś uświęconego. Świętej relikwii, która mogłaby się rozbić, lub co gorsza - rozpłynąć wraz z parą. Niepewność się zmieniła. Z tego, czy się zbliżyć, na to, czy czasem nie straci go przedwcześnie. Ale ona nie nakłaniała do tego, by trzymać dystans. Nakłaniała do tego, żeby się poddać. I tak mięśnie blondyna pod czarem tych słów, pod tym dotykiem, rozluźniły się. W takich chwilach serce nieco przyśpieszało, a wargi same się rozchylały w poszukiwaniu oddechu. Tylko niekoniecznie swojego.

- Moje serce nie jest teraz zimne. Jest gorące. - Tak jak on zaczynał odczuwać ciepło, albo docierało do niego to, że tutaj było tak ciepło przez cały czas. Tak, Laurent również skłamał, bo raz się zakochał. To uczucie było tak żarliwe, tak świergotało w jego wnętrzu..! I zostało zgaszone jak pet przydepnięty butem. Uderzyło go w głowę nauką, żeś głupi, bardzo głupi, Laurencie. Kto miałby cię naprawdę pokochać? Ale teraz siedział tutaj i wierzył. Wierzył, bo chciał wierzyć. Bo tak tego gorąco potrzebował, że wcześniejszy opór zamieniał się w tracenie głowy. I sięgniecie po to wszystko, po co sięgał kiedyś, a co tak mocno go spłoszyło.

Pochylił się, przylgnął klatką piersiową do klatki piersiowej, podsunął nieco wyżej, jedna dłoń z ramienia zsunął niżej po ciele pod nim, zniknęła w bieli ciepłej wody. Dotknął krańcem nosa skroni swojego prywatnego diabła, czy może jednak anioła, rozbił oddech na płatku ucha, a druga dłoń musnęła palcami wrażliwą skórę karku jak pędzel malarza traktujący swoje płótno.

- Pomóż mi tu wrócić, żebym mógł się zakochać. - Szepnął do tego uszka. - Albo weź kolejną nagrodę tu i teraz. - I pokaż mi kawałek więcej siebie samego.




RE: Kraina snów // Noc z 9 na 10 lipca 1972 - The Edge - 05.02.2024

Skoro mógł, to uczynił go swoim. W każdym tego słowa znaczeniu. Uczynił go swoim kochankiem, ale też absolutnie wszystkim, czego będzie kiedykolwiek potrzebować. Na tę jedną chwilę, na każdy oddech, jaki wymienili w tej wannie, na każde stęknięcie, na każdą szczyptę płynącej w nich energii, jaka na czas rozkoszy zdawała się być jednością. Ich ciała były sobie znane, a jednocześnie obce. Bo to był wciąż ten Crow, przy którym żaden dotyk nie mówił, że to zbyt wiele, żadna potrzeba nie wydawała się być trywialna, ale spoglądał na niego i widział go inaczej - to nie było tylko pożądanie, on przez ten dotyk przepuszczał swoje myśli i marzenia. On faktycznie kochał.

A później zabrał go z tej łazienki. Woda ściekająca z ich ciał, chociaż już dawno powinna przestać płynąć, znów zgasiła kilka świec, ale czy to jeszcze miało znaczenie? Wyszli stamtąd, do pomieszczenia do bólu przypominającego przestrzeń niższych warstw Ścieżek. To nie był zwykły dom, woda zatrzymywała się na krawędzi kafelek tak, jakby trzymała ją tam niewidzialna siła, a sam budynek... był wryty w skałę. Przed zawaleniem się pod naciskiem z góry chroniły go takie same wzmocnienia, jakie Prewett kojarzył z magicznych dzielnic. Przez wielkie szyby pokrywające niemal całą powierzchnię ścian salonu, widać było jak w oddali, za górą, na której się znajdowali, tliły się światła miasta. Oni tam jednak nie poszli. Położyli się na tarasie, na jednym leżaku, zawinięci w miękki koc i okryci kaskadą czarnych piór, żeby oglądać deszcz spadających gwiazd.

Crow sięgnął ręką do góry, zupełnie tak, jakby jedną z nich dało się złapać, ścisnąć pomiędzy bladymi palcami i... to było niemożliwe. Oczywiście, że to było kompletnie niemożliwe, nierealne, to nigdy nie powinno się wydarzyć - tak samo jak wszystko inne, co wydarzyło się na tej granicy jawy i snu. Ale on tę gwiazdę naprawdę złapał. Ściągnął ją z nieba, migoczącą, zbudowaną z jakiegoś zaklętego minerału, którego magiczne światło delikatnie pulsowało, oświetlając jego skórę. Skinął głową, wskazując na dłoń Laurenta, po czym kiedy ten rozprostował palce, wsadził mu ją w nie, zaplątaną w blady rzemień.

- Będę czekał bez względu na odstęp pomiędzy nami. Jestem twój. Nie musisz nic mówić, kiedy zechcesz w tym utonąć, po prostu się w tym zanurz. Emocje dopłyną do domu.

On był tym domem. To było jego dobre miejsce. Takie, do którego zawsze będzie można wrócić.

Zrobiło się chłodniej. Przymknięte oczy blondyna otworzyły się znów i było już jasno. Znów był w swoim łóżku, ledwie nadszedł świt, a przez otwartą okiennicę do środka dostała się rześka, letnia bryza, od której przechodził zimny dreszcz. Miał brudne ubrania i pościel - oczywiście. W czasach nastoletnich to nie byłoby dziwne, dzisiaj... Cóż, musiał naprawdę zaciekle trzymać się tej czułości nawet w śnie. W końcu tam, nawet coś, czego nie mamy odwagi dotknąć w rzeczywistości stawało się osiągalne - szkoda tylko, że teraz po przebudzeniu zdawało się być tylko szeptem. Przynajmniej do zbadania zakamarków własnego ciała.

Ono pamiętało ten dotyk.

Wargi spierzchnięte jakby od pocałunków, niemal niezauważalne, sine punkty tam, gdzie ściskały go palce Crowa, napięcie w ciele przypominające o własnych poszukiwaniach rozkoszy na powierzchni jego skóry. To w końcu sen, czy odkupienie? Wyobraźnia, czy miłość ponad czasem i przestrzenią? A może żadna z tych rzeczy? Może to było coś, co nigdy nie powinno się wydarzyć, jakiś błąd w systemie, albo zabawa bogów, o której zawiłości nie mogli mieć pojęcia. Może Matka czasami odpowiadała na modlitwy z kolanami wbitymi ziemię. Te, w których błaga się o jakąś ulgę dla strudzonej duszy. W końcu ten rzemień, na którym zaciskał skostniałe palce, wciąż istniał. I tylko on i nocne niebo były świadkami słów, jakie padły w tym dziwnym miejscu. Nikt inny ich nie usłyszy.

~ ✶ ~

Prawie nie zmrużył dzisiaj oka. Nie był pewien czy to co widział powinien określić mianem mokrego snu, czy jakiegoś pojebanego koszmaru, ale mózg nie dał mu zasnąć na dłużej niż godzinę, bo za każdym razem kiedy zamykał oczy widział tego cholernego Laurenta Prewetta jako samozwańczego króla Podziemnych Ścieżek. Dlaczego on? Akurat ten jeden człowiek, którego ledwie tydzień temu określił mianem skończonej pizdy? Nie wiedział, przynajmniej do momentu, w którym pomyślał „nie wiem”, bo jak się do tej niewiedzy przyznał przed samym sobą, to do niego dotarło, że zawsze Prewetta widział jako kogoś, kto gdyby tylko dać mu do tego jakieś zasoby, to by bardzo chętnie ludźmi dyrygował...

Prychnął, omal nie wypluwając z ust gumy do żucia.

- Ale ja mam dziwną, kurwa, wyobraźnię - powiedział, po czym wzruszył ramionami. Zwolnił przed zakrętem, po czym dostawszy się na ulicę, przy której mieszkał Cain, nacisnął pedał gazu. Smutna, ckliwa piosenka lecąca z w radiu skończyła się, prezenter powiedział coś o tym przykrym incydencie na paradzie, po czym po aucie rozległy się pierwsze nuty hitu, który utkwił mu we łbie i nie opuszczał go przynajmniej od tygodnia. Nie zatrzymując się, spojrzał w lusterko, żeby poprawić rozmazaną, bezbarwną pomadkę, zaczesać za ucho loki, nad którymi spędził o wiele więcej czasu, niż wypadało, po czym wjechał dwoma kołami na chodnik i zatrzymał się pod wskazanym adresem. Rzucił zaklęcie na okno, żeby zsunęło się w dół bez potrzeby kręcenia korbką przy drzwiach, a później wyglądając przez nie, zsunął na nos przeciwsłoneczne okulary i spojrzał na budynek, naciskając dwa razy na klakson. Zaraz po naciśnięciu go przeszło go takie wrażenie, że powinien zamiast ręką pierdolnąć w niego czołem, bo naprawdę nie potrafił pozbyć się tego dziwnego uczucia, że... To nie tutaj powinien być tylko w jebanym New Forest, ale... po co? PO CO? Typ absolutnie nic mu nie napisał, nic się nie działo. - Kurwa mać... - Do końca życia będzie sobie wypominał, że ją o to poprosił. Naprawdę nie rozumiał, dlaczego nie potrafił wyrzucić ze łba tej blond czupryny, przecież nie byli ani trochę podobni, nic ich nie łączyło poza jakimś durnym zdarzeniem sprzed dziesięciu lat.

Zajrzał jeszcze w to lusterko, tym razem dwukierunkowe. Nic. No to nacisnął jeszcze raz. Był już na tym etapie zajebiście głodny, a musieli dojechać do Soho... I naprawdę nie chciał tego przed sobą przyznać, ale do momentu usłyszenia, jak Bletchley zbiega po schodach klatki, Flynn zastanawiał się, co może robić teraz Laurent. Ta myśl jednak rozpłynęła się w niebyt po drugim kieliszku wina.

Koniec sesji