Secrets of London
[11.04.1960 rok] Magiczna katastrofa | Laurence, Camille - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [11.04.1960 rok] Magiczna katastrofa | Laurence, Camille (/showthread.php?tid=2528)

Strony: 1 2 3 4


RE: [11.04.1960 rok] Magiczna katastrofa | Laurence, Camille - Bard Beedle - 17.01.2024

- Nie, chyba nie - odetchnęła, gdy poczuła na ramieniu jego dłoń. Tamten człowiek jej nie dotknął, nie zdążył, ale boleśnie przypomniał o tym, że przede wszystkim powinni stawiać na swoje bezpieczeństwo. Takie były zasady - najpierw musieli troszczyć się o siebie, dopiero potem o pacjentów. W innym wypadku mogłoby dość do wypadku, w którym ucierpiałby uzdrowiciel: i wtedy zamiast jednej ofiary byłyby dwie. Blondynka odsunęła się od Laurenca w chwili, w której do środka wpadły kolejne osoby. Odetchnęła z ulgą, że nie muszą się zajmować tym sami. Mężczyzna na ziemi drgał i charczał, ale upadek musiał być dla niego bolesny. Po raz pierwszy w jego oczach zamiast szaleństwa widać było ból. Jeden z ochroniarzy machnął różdżką i nałożył na jego usta knebel.
- Wydostał się z pasów, mieliśmy jutro go transportować - jeden z mężczyzn, który przed chwilą się zjawił, wyglądał na wycieńczonego. Był blady i miał podkrążone oczy, jakby nie spał od co najmniej doby. Najwyraźniej problem braku dbania o siebie dotyczył nie tylko Laurenca, ale i innych uzdrowicieli. - Jest mój. Musiałem źle zapiąć... Och, kurwa.
Westchnął, pocierając policzek dłonią. Czy on zapiął te pasy? Unieruchomił go należycie? Czy może coś przeoczył?
- Co za bałagan. Przepraszam was, on jest chory, nie powinien w ogóle do nas trafić, ale miał rozległe obrażenia i psychoza objawiła się dopiero kilka godzin temu, miał silne halucynacje - kolejne machnięcie różdżką i obok pojawiły się nosze. Skinął na ochroniarzy, by ostrożnie go przenieśli. Mógł sobie coś uszkodzić podczas upadku. - Zaraz ktoś go przejmie. Muszę... Muszę się przespać.
Camille uniosła brew i spojrzała na Laurenca. Brak snu, brak jedzenia - oto efekty, którymi były błędy podczas postępowania z pacjentami. Nie oskarżała o to Lestrange'a, ale tym spojrzeniem mówiła, że będzie miała go na oku.
- My już kończymy, dobrze że w grę nie wchodziło tu nic więcej. Dopilnuj proszę by przyjął go ktoś, kto się wysypia. Nie powinieneś się nim zajmować w takim stanie - Delacour zwykle miała głos łagodny i ciepły, wykazywała się też dużą dozą zrozumienia, ale w tej chwili wyglądało na to, że była zła. Mówiła chłodno, ostro wręcz, a Laurence mógł dostrzec, że jej dłoń mimowolnie zaciska się w pięść, żeby opanować naturalną reakcję organizmu, jaką było drżenie. Blondynka schowała rękę za plecami i przymknęła oczy. - A potem myślę, że jak się wyśpisz, to chętnie pomożesz w sprzątaniu tego, prawda?
Uśmiech, który posłała drugiemu uzdrowicielowi, był tak słodki, jak łyżka dziegciu w beczce miodu. Przecież w archiwum znajdowały się karty także jej pacjentów. Czasem potrzebowała do nich wrócić, porównać niektóre przypadki, wyciągnąć wnioski. Cholera, porządek to był klucz do wszystkiego. - Idziesz?
Zerknęła na Laurenca, ale nie zamierzała z nim zostawać, jeżeli ten chciałby zająć się wynoszonym właśnie, skrępowanym mężczyzną. Zabezpieczono go odpowiednio, kierowano do sali w której sprawdzą, czy nie zrobił sobie większej krzywdy. To nie był przypadek dla żadnego z nich, ale ona nie miała zamiaru dać się wrobić w porządkowanie archiwum po nocy.


RE: [11.04.1960 rok] Magiczna katastrofa | Laurence, Camille - Laurence Lestrange - 19.01.2024

Na całe szczęście Camille nic się nie stało i nie została zraniona. Nie wiedzieli z czym mają do czynienia i lepiej było trzymać odpowiedni dystans. W miarę szczęśliwie się skończyło, kiedy unieruchomili pacjenta a do środka przybyło kilka osób, które też miały dyżur.

Kiedy Lestrange pyta, każdy musi odpowiadać i reagować. Czasami było to upierdliwe, biorąc pod uwagę, że miał ojca ordynatora, babkę dyrektora. Ale przynajmniej wszystko funkcjonowało jak należy. Ta sytuacja na pewno zostanie im zgłoszona i szczęście dla tego uzdrowiciela, który przyznał się do nieostrożności, jeżeli skończy się to naganą i przymusowym dbaniem o siebie.

Patrząc na tego biedaka uzdrowiciela, który nie tylko marnie wyglądał, ale spocił się chyba jeszcze nie pamiętając, czy w ogóle te pasy zapiął. Laurence westchnął, mając chyba to szczęście w sobie, że tak nie wyglądał jak on. Choć czuł się zmęczony, to jednak wiedział, kiedy powiedzieć pas.

Camille od razu wtrąciła się do rozmowy, zaznaczając dobitnie, że oni już skończyli. Choć ona nie miała na sobie kitla lekarskiego, tak Laurence jeszcze w nim chodził. Nie zdążył się przebrać. Mówiła z sensem, zwracając uwagę na nieodpowiednie dbanie o siebie, co doprowadziło do takiego zdarzenia. Laurence zauważył ten drobny szczegół z jej zaciśniętą pięścią. Jakby całe emocje chciała skumulować w jednym miejscu.

- Tak.
Mógłby zostać i porządkować, ale nie była to robota na jego rangę. Wyszedł, zostawiając pozostałych, aby ogarnęli ten bałagan. Skoro Camille swoje powiedziała, Laurence nie musiał niczego dodawać.
- Panie Lestrange!
Ktoś zawołał go, kiedy znalazł się z Delacour na korytarzu. Odwrócił się do młodego uzdrowiciela, który wyglądał na świeżaka po odebraniu dyplomów.
- Jeżeli chcesz zapytać o ten bałagan. Posprzątajcie, zanim dyrektorka to zobaczy.
Młody spiął się i wrócił do archiwum. Laurence westchnął i ruszył dalej korytarzem z Camille, chowając różdżkę do kieszeni. Potarł nasadę nosową. Chyba sam odczuwał oznaki zmęczenia. Ale pierw musiałby udać się coś zjeść. Skończył pracę, jak zaznaczyła Delacour.

Jeżeli szli razem, skierował najpierw do swojego biura, gdzie zostawił kitel i zabrał swoje rzeczy. Być może po wspólnym posiłku, uda się do siebie do domu odpocząć.




RE: [11.04.1960 rok] Magiczna katastrofa | Laurence, Camille - Bard Beedle - 19.01.2024

Ona z kolei nie mogłaby zostać i porządkować - i tu nie chodziło już o rangę, a najzwyczajniej w świecie o jakieś poczucie sprawiedliwości. Nie ona była odpowiedzialna za ten bałagan, mężczyzna sam się podłożył i doprowadził do tej sytuacji. Camille zupełnie inaczej by zareagowała, gdyby okazało się, że pacjent sam wydostał się z pasów, znokautował ochronę i wpadł do archiwum w... chyba poszukiwaniu różdżki, bo tak o niej ciągle krzyczał. W sumie to było logiczne, że jej szukał - odebrano mu ją zapewne od razu, gdy tylko przyjęto go w szpitalu.
- Coś podobnego- mruknęła tylko, zaciskając i rozluźniając dłoń. Powoli się uspokajała, chociaż na jej twarzy widoczna była zaledwie irytacja, nawet nie złość. Ale ciało reagowało poprawnie, było spięte i dopiero teraz, gdy adrenalina schodziła, Camille była w stanie jako tako się rozluźnić. - Poczekam na ciebie.
Nawet nie zapytała, czy ma coś w planach. Po tym, co zobaczyła, nie zamierzała dać Laurencowi spokoju, dopóki nie dopilnuje, żeby zjadł. Cofnęła się tylko po torebkę, do której zaraz schowała różdżkę, upewniła się że zamknęła szafkę i przeszła długim korytarzem do wyjścia. Tam planowała zaczekać na Lestrange'a, który - miała nadzieję - nie zwieje. Mężczyźni różnie reagowali na to, że ktoś w tak obcesowy sposób mówił im, co mają robić, ale dla Delacour był to przejaw troski. Doskonale zdawała sobie sprawę, że dla pewnych osób głaskanie i proszenie było niczym więcej, jak bzyczeniem natrętnej muchy, latającej koło głowy - było po prostu nieskuteczne. Tutaj musiała po prostu dopilnować pewnych kwestii.

Kończyła wkładać beżowy płaszcz, gdy Lestrange pojawił się na dole. Camille uśmiechnęła się kącikiem ust. Nie zwiał, to dobrze. Nie zatrzymało go nic po drodze - jeszcze lepiej.
- Masz ochotę na coś konkretnego? - zapytała, łapiąc za klamkę. Powietrze było rześkie i przyjemne, chociaż odrobinę chłodne. Był już wieczór, na dodatek mieli kwiecień. Dobrze, że nie padało.


RE: [11.04.1960 rok] Magiczna katastrofa | Laurence, Camille - Laurence Lestrange - 20.01.2024

Laurence też był zdania, że kto dopuścił się bałaganu, też powinien sprzątać. Nieostrożność jednego z uzdrowicieli, nie dbając o siebie, była w sumie przykładem i ostrzeżeniem dla pozostałych, co się stanie jak nie będą nad wszystkim panować. Szczególnie nad swoimi pacjentami. Mogą grozić im poważne konsekwencje, gdyż taki pacjent jak tutejszy, stanowił zagrożenie dla siebie i otoczenia. Całe szczęście, że Camille nic się nie stało, kiedy była zbyt blisko kontaktu z nim.

Chcąc nie chcąc, Laurence musiał w tym momencie postraszyć członkiem swojej rodziny, zajmującym bardzo wysokie stanowisko w tej placówce. Po to, aby zwrócić im uwagę na to, jak kobieta ceni sobie szybkie działania i nie pozostawiania sprawy w dalszym bałaganie. Archiwum to cenne miejsce dla wszystkich pracowników tego szpitala. I tak dyrektorka dowie się o tym incydencie, to może nagana będzie mniejsza za szybką reakcję i uprzątnięcie problemu. Niech mają to na uwadze.

Nie zamierzał wiać z miejsca, skoro Camille zakomunikowała, że na niego poczeka na dole, przy wyjściu. Skinął tylko głową w zgodzie i udał się do swojego biura przebrać i zabrać swoje rzeczy. Ubrał płaszcz, poprawił kołnierz, kitel lekarski schował do szafki. Posprawdzał jeszcze kilka rzeczy na biurku. Do swojej torby schował to, co wymagało by pilniejszej analizy, którą dokona w domu. Jak wypocznie i jeżeli czas mu na to pozwoli. Była to jedna sprawa a nie kilka. Te mniejszej wagi, pozostawił na biurku na kolejny dzień.

Zabrał torbę na ramię i opuścił swoje biuro. Zamknął porządnie i skierował się na dół, dostrzegając czekającą już na niego koleżankę.
- Nie mam. Możemy udać się gdziekolwiek, gdzie raczej serwują kuchnię wegetariańską.
Odparł w odpowiedzi, pozwalając jej pierwszej opuścić szpital. Zatrzymywany na szczęście nie był. Choć miał ochotę sprawdzić, jak idą prace porządkowe w szpitalu, to jednak musiał to pozostawić nadzór innym, pracującym obecnie w szpitalu. Chyba jego siostra, też skończyła wcześniej.
- Prowadź. Zdam się na Twoje propozycje co do lokalu.



RE: [11.04.1960 rok] Magiczna katastrofa | Laurence, Camille - Bard Beedle - 20.01.2024

- Znam jedno takie miejsce - powiedziała w końcu, po chwili namysłu. Sama wychowała się w rodzinie, w której mięso jadło się dość rzadko, ale nie oznaczało to, że go nie jadła wcale. Poza tym gust kulinarny Camille był dość skomplikowany i różnił się kosmicznie od tego, jaki mieli Anglicy. Delacour była Francuzką, to właśnie we Francji się urodziła i wychowała, nie potrafiła się przestawić na angielską kuchnię. Na ten przykład na ciężkie śniadania, które tak lubili mieszkańcy Londynu. Plusem było też to, że Camille nie gotowała - gotowano dla niej lub jadła na mieście, znała więc sporo miejsc, w których można było zjeść zarówno dania bezmięsne, jak i mięsne. I właśnie jedna taka knajpka przyszła jej do głowy, gdy Lestrange przypomniał o swoich upodobaniach. Albo przekonaniach? W sumie nigdy nie pytała go o to, jak podchodzi do zwierząt i ich zabijania.

Ruszyła w prawo, zwalniając kroku. Pogoda była całkiem przyjemna, więc nie mieli powodu, by się przesadnie spieszyć. Poza tym Camille czuła, że Laurence wziął ze sobą część papierkowej roboty, ale nie zamierzała zmywać mu za to głowy. Powiedziała swoje, a wracanie w kółko do tego samego tematu byłoby męczące nie tylko dla niego, ale i dla niej. Miała tylko nadzieję, że nie będzie się przeciążał.
- Rzadko mamy okazję tak po prostu porozmawiać w spokoju, zauważyłeś? - zagaiła, zerkając na niego z ciekawością. Zwrócił na to uwagę, czy raczej było to dla niego normalne? Oboje byli strasznie zapracowani, co przekładało się stety lub niestety na ich życie prywatne. W przypadku Camille to było raczej wybawienie, niedawno otrzymała kolejny list z zaproszeniem na spotkanie kandydata, którego wybrali jej rodzice. Jeszcze była młoda i mogła pozwolić sobie na małżeństwo i urodzenie dzieci, z tym że... Wcale tego nie chciała. Kariera była dla niej niezwykle ważna, nie była pewna czy nie obarczyłaby dzieci za przerwę w jej rozwoju. Poza tym zawsze uważała, że nie potrzebuje mężczyzny u swojego boku, przynajmniej nie na stałe. Chociaż ostatnio samotne noce zaczęły ją męczyć. Wzbudzały niepokój i naturalne było, że czasem wyobrażała sobie co by było, gdyby miała obok siebie kogoś, z kim mogłaby porozmawiać i do kogo się przytulić. Po prostu spędzić czas. Zerknęła ponownie na Lestrange'a i uśmiechnęła się lekko. - Zawsze ktoś jest obok i czegoś chce albo... Właśnie zdarzają się takie sytuacje jak ta przed chwilą. Nie wiem czy to my przyciągamy takie sytuacje, czy po prostu los się uwziął.
W gruncie rzeczy to było odrobinę zabawne - mogłaby obstawić, że gdy dojdą do restauracji, to też się coś wysypie. Na przykład ktoś złamie nogę albo ktoś się pobije na ulicy tak mocno, że będzie trzeba mu pomóc. Albo wybuchnie sklep z eliksirami, bo czemu nie - jak już los rzuca kłody pod nogi, to zwykle robi to z przytupem.


RE: [11.04.1960 rok] Magiczna katastrofa | Laurence, Camille - Laurence Lestrange - 23.01.2024

Zmęczenie chyba dawało o sobie znać, gdyż po wypowiedzeniu swoich słów, gdzie polecił akurat Camille wybrania lokalizacji na restaurację, zdał sobie sprawię z faktu, że koleżanka przecież mogła nie znać całej Anglii tak dobrze jak on. Nie była stąd. Ale może miała jakąś ulubioną, do której często chodziła? Dlatego zdał się na jej propozycję. Z zaznaczeniem, na wegetarianizm. Problem ze spożywaniem mięsa miał taki, że raz się zatruł. Nie chciał ponownie przechodzić tego problemu, dlatego ze swoich jadłospisów, wykluczał jakiekolwiek mięso. Dla bezpieczeństwa. Nie było pewności, czy jego brak przekładał się na jego pojawiający się problem z niedowagą, czy to przez efekt przepracowania.

Dotrzymywał kroku koleżance, kiedy tak kierowali się w stronę wybranego przez nią lokalu. Dopiero jak opuścili szpital, zrozumiał jak bardzo jest zmęczony. Musiał jednak przyznać jej rację w tym, co teraz powiedziała.

- Prawda. Zwykle widujemy się w szpitalu, podczas pracy.
Zgodził z jej słowami. Nie mieli, a raczej trudno było im znaleźć ten czas na rozmowy. Szczególnie w sytuacjach, kiedy mieli także godziny zmianowe. Jak jeden był w szpitalu, drugi mógł mieć inną zmianę albo wolne. Różnie to bywało. Zwrócił na to uwagę. Dopiero teraz. Ale do tego nie musiał się przyznawać. Odniósł się ogólnikowo.

Jeżeli zaś chodzi o kandydatów na żony i mężów, w podobnej sytuacji był Laurence. Znał już swoją wybrankę, jaką miał poślubić. Lecz nie zostało to jeszcze oficjalnie ogłoszone. A on sam nie chwalił tą nowiną. Ojciec ustalił mu to już z góry, ugadując sprawę z rodzicem jego przyszłej żony. To było trudne do zaakceptowania, kiedy mogło się darzyć uczuciami inną kobietę. Lecz, czy miał jakieś wyjście? Czy to też był powód, dla którego oddawał się pracy?

- Na to nie mamy wpływu. Podejrzewałbym wydarzenia losowe. Sama zwróciłaś uwagę, że nie pilnujemy się. Prowadzi to wtedy do poważnych błędów. Ale z drugiej strony. Nasza praca wymaga w dużej części na poświęceniu uwagi pacjentom. Nie naszej. Chyba że po godzinach pracy.
Odparł w odpowiedzi. Gdyby miało coś się wydarzyć w restauracji, chyba by przyznał rację sile wyższej, sprowadzającej na nich więcej pracy uzdrowicielskiej, niż świętego spokoju jako pary koleżeńskiej, chcącej w końcu zjeść porządny posiłek, aby nabrać siły do dalszej pracy.

Spacerując nawet zwyczajną ulicą, mogło się coś wydarzyć. Nawet nietypowego. Laurencowi, niespodziewanie zakręciło w nosie i odwrócił głowę, kichając w rękaw swojego płaszcza. I to z dwa razy. Wiedział co to oznacza. Obejrzał się po okolicy i tego się obawiał. Mijając jedną z uliczek, gdzie były kontenery, grasowały koty w poszukiwaniu jedzenia. Jeden z nich był blisko i odważniejszy, nie obawiając się przechodzących ludzi. Siedział i lizał się. Laurencowi udzieliła się alergia na ich sierść. ”Czemu musiały być tutaj…?” - przejął się tym w myślach. Musiał wyjąć chusteczkę i się wytrzeć.

- Przepraszam cię.
Niekulturalnie wyszło, ale czuł potrzebę przeproszenia ją za swój stan, mijając urocze bestie bezpańskie, zwane kotami czarownic.



RE: [11.04.1960 rok] Magiczna katastrofa | Laurence, Camille - Bard Beedle - 24.01.2024

Problem z Camille był taki, że jako klątwołamaczka nierzadko gościła w Ministerstwie, chociaż niezbyt tam za nią przepadano. Była zbyt dokładna, zadawała zbyt dużo pytań - potrzebowano tam kogoś, kto stawi się na wezwanie o każdej porze dnia lub nocy, zabierze osobę, którą mu wskażą, i tyle. Ale Delacour pytała o okoliczności, o otoczenie, o imię i nazwisko... O wszystko, co mogłoby jej pomóc w jak najlepszym zaopiekowaniu się pacjentem. Na dużą część pytań nie otrzymywała odpowiedzi i akceptowała to, ale mimo to za każdym razem próbowała. Nienawidziła działać na ślepo i pozostawiać zbyt wiele przypadkowi. Uważała, że z takiego podejścia brały się karygodne błędy, mogące zaważyć nie tylko na jej reputacji, ale także postawić ją w sytuacji, w której po prostu nie będzie w stanie pomóc. Nie oznaczało to jednak, że Ministerstwo czy osoby prywatne o niej zapomnieli. Jej kalendarz był napięty, ale nie przeszkadzało jej to: na oddawanie się przyjemnościom czy zainteresowaniom w wolnym czasie przyjdzie jeszcze pora. Najpewniej na emeryturze.
- Kto się nie pilnuje... - nie dokończyła, posyłając tylko Laurencowi sugestywne spojrzenie. Ona o siebie dbała tak, jak mogła. Spała od 6 do 8 godzin dziennie, a jeśli nie było jej to dane: ustawiała spotkania i dyżury tak, by nie doprowadzić do długu snu, którego potem nie dałaby rady spłacić. Jadła tyle, ile potrzebowała i tak, by nie miało to wpływu na jej urodę. Którą również się zajmowała, w ten czy inny sposób. W gruncie rzeczy Camille była osobą próżną i ciężko było szukać w niej modelowego uzdrowiciela, który przekładał dobro pacjenta nad swoje. Ale dopóki była skuteczna, nikt nie narzekał. Nie liczyło się to, jak bardzo się narazisz na niebezpieczeństwo byle by tylko kogoś uratować, tylko to ile osób zdołasz uratować.

Gdy przechodzili obok uliczki z kotami, blondynka nie zwróciła na nie większej uwagi. Zarejestrowała ich obecność oczywiście, ale miała zamiar iść dalej, nie zatrzymując się. Również zaczynała odczuwać głód, co prawda niezbyt intensywny, ale skoro się pojawił, musiała go zwalczyć. Żeby nie dopuścić do tego uczucia, które nakazywało napełnić żołądek byle czym i byle jak, w ogromnych ilościach.
- Nic się nie stało. Jesteś przeziębiony? - spojrzała na Laurenca podejrzliwie, nie łącząc kichania z alergią na kocią sierść. Czy Lestrange byłby w stanie przyjść chory do pracy? Wyglądał ostatnio trochę mizernie, ale żeby aż tak? Camille odruchowo otaksowała wzrokiem jego twarz w poszukiwaniu oznak choroby. Szukała przekrwionych oczu, zaczerwienionych płatków nosa, sińców pod oczami i niezdrowej bladości, która przecież mogła się pojawić dopiero teraz. Byli już niedaleko restauracji Balthazar. Niepozorny lokal z kilkunastoma stolikami, o standardzie raczej średnim niż wysokim, ale z dobrymi recenzjami. Camille lubiła to miejsce ze względu na różnorodność dań, wśród których każdy mógł przebierać. Nie serwowali może typowego, angielskiego jedzenia, które dla jej żołądka było zbyt ciężkie, ale można było tu zjeść i bez mięsa, i z mięsem. Z makaronem i bez. I napić się dobrego wina, co dla Delacour miało szczególnie ważne znaczenie. Camille nie planowała jednak wychodzić z Laurencem, jeśli ten naprawdę był chory. Otwarcie potępiała osoby, które pomimo problemów zdrowotnych przychodziły do pracy - obojętnie czy chodziło o szpital, czy nie. Ona nienawidziła być chora, nienawidziła siebie samej w tym stanie. Dawno nie chorowała, lecz mogło się to zmienić w kilka chwil i zamierzała zadbać - jak zwykle - najpierw o siebie. Zwolniła więc odrobinę, nadal świdrując wzrokiem twarz Lestrange'a. Czy jeśli byłby chory, to by jej się do tego przyznał?


RE: [11.04.1960 rok] Magiczna katastrofa | Laurence, Camille - Laurence Lestrange - 27.01.2024

Ministerstwo Magii żyło swoimi zasadami, paragrafami, kodeksami to nie powinno nikogo dziwić, że w przypadku niektórych spraw, nie chciano ujawniać danych. Biorąc pod uwagę sytuacje objęte śledztwem. Musieli jednak ze względu na ratowanie kogoś, zdradzić to, co potrzebował wiedzieć uzdrowiciel czy klątwołamacz. Laurence zdawał sobie sprawę z tego, że gdyby zdecydował ostatecznie zmienić pracę, warunki byłyby znacznie inne. Mimo iż pozostawałby nadal uzdrowicielem o swojej specjalizacji, to jednak inna byłaby dalsza droga awansów. Szpitalem od lat kieruje jego rodzina. Ale w Ministerstwie nie mieli chyba nikogo, kto by szedł im na rękę. Nie z rodziny. Tak przynajmniej myślał.

To jej spojrzenie i słowa, chyba dawały mu do zrozumienia, że kierowała do jego osoby. Nie musiała kończyć, aby otrzymać od niego uśmiech zrozumienia. To mógł pozostawić bez komentarza. Nie będzie się tłumaczył, gdyż było w praktyce widać, jak poświęcał się pracy. Jak chciał dobrze wypadać w oczach ojca.

Byli blisko miejsca docelowego, ale na nieszczęście Lestrange’a, musiała w pobliżu znajdować się grupka kocich stworzeń. Najwyraźniej zadomowionych na ulicy. Niesione przez wiatr ich zapach i sierść, niezbyt dobrze wpływały na jego organizm, o czym świadczyło jego kichanie.

- Alergia.
Wyjaśnił. To powinno jej wystarczyć, aby zrozumieć powód jego niespodziewanej reakcji organizmu. Wycierając nos, obejrzał się aby upewnić, czy faktycznie to wina tych czworonożnych stworzeń. Miał pewność, dostrzegając znikający mu koci ogon w jednej z uliczek. Westchnął zrezygnowany.

Gdyby był przeziębiony, Camille zauważyłaby to szybciej i nawet w szpitalu. Nie każdemu łatwo przychodziło ukryć swoją chorobę, dolegliwości czy przeziębienia. Wtedy i Laurence by wziął jakieś wolne aby się doleczyć. Pod tym względem był rozsądny niż w przypadku własnego przepracowywania się.

Im dalej byli wcześniejszej uliczki, tym bardziej do siebie dochodził. Oby w tej restauracji nie było żadnego zwierzęcia. Choć nie wszędzie pozwalano wchodzić ze stworzeniami.




RE: [11.04.1960 rok] Magiczna katastrofa | Laurence, Camille - Bard Beedle - 28.01.2024

Camille zrobiła zaskoczoną minę. Alergia? W sumie do tej pory nie sprawiał wrażenia chorego, więc jego słowa mogły być prawdą, a nie tanią wymówką. Koci ogon mignął jej w zaułku, gdzieś rozległo się charakterystyczne prychnięcie. Blondynka odetchnęła z ulgą, ale i nieco się zaniepokoiła. Laurence musiał mieć naprawdę silne uczulenie, skoro reagował z takiej odległości. Odnotowała ten fakt w pamięci, w razie gdyby trzeba było interweniować, bo przecież mimo że kotów tutaj za dużo nie było, to nikt nie mówił, że któryś nie mógł nagle wpaść na jakiś głupi pomysł, by podejść i się otrzeć o ich nogi, chcąc w ten sposób wyżebrać trochę jedzenia. Szczególnie na tyłach różnych restauracji pewnie było ich pełno - za dnia niewidocznych, wychodzących głównie pod wieczór i nocą.
- Miałeś ją w Hogwarcie, czy ujawniła się później? - zapytała z ciekawością, bo przecież w Hogwarcie wielu uczniów miało koty. Nie były tak popularne jak sowy czy ropuchy, ale wciąż koty uznawane były za jeden z atrybutów głównie czarownic, więc mogła się tylko domyślać co by było, gdyby Lestrange dzielił pokój z kimś, kto miał akurat to konkretne zwierzę. Zresztą nie musiał go nawet mieć - wystarczyło, że trzymał się z kimś, kto je miał, przytulał koty i pozwalał sierści na oblepienie swojej szaty.

Szczupłe palce bez pierścionków owinęły klamkę drzwi restauracji, gdy w końcu do niej dotarli. Camille pchnęła drzwi, nie przejmując się zbytnio tym, że w niektórych przypadkach to kobieta powinna poczekać, aż mężczyzna otworzy przed nią drzwi. Wychowano ją co prawda w przeświadczeniu, że tak trzeba, lecz nie byli na balu, by musiała o to dbać. W Mungu również nie zwracała na to uwagi - byłoby to zbyt problematyczne. Niemniej jednak do środka weszła jako pierwsza. Przywitało ich wnętrze niewielkie, ale na tyle przestronne, by pomieścić kilkanaście stolików, ulokowanych w różnych częściach sali. Królowały tu stoliki dwu- i czteroosobowe, w kącie znajdowały się dwa większe, na osiem osób. Balthazar miał wnętrze przyjemnie skąpane w blasku świec. Dominowały tu ciemne brązy i czerwień, przełamana srebrnymi wstawkami, widocznymi głównie na obiciach krzeseł oraz w postaci świeczników na długie, białe świece. Obrusy również były białe lub czerwone. Zapach, który panował w restauracji, był przyjemny i aromatyczny - pachniało tu przyprawami, chociaż nie był to zapach nachalny, powodujący kichanie. Nie czuć było starego oleju czy w ogóle smażenia. Niemal od razu po cichu do dwójki uzdrowicieli podszedł jeden z pracowników, ubrany w stylu sportowo-eleganckim. Wyglądał na zmęczonego - którą godzinę musiał tu stać?
- Stolik dla dwojga dla państwa? - zapytał cicho, zaciskając dłonie na karcie dań. Rogi wydawały się nieco wysłużone. To były detale, które sprawiały, że Balthazar raczej nie był odwiedzany przez osoby z wyższych sfer, lecz było tu czysto i mężczyzna mimo widocznego zmęczenia wcale nie był niemiły czy opryskliwy. Camille zerknęła na Laurenca, w zasadzie nie wiedząc, czy nie wolałby czegoś wziąć do domu.
- Chyba że wolisz zamówić i zjeść w domu? - ona często z tej opcji korzystała. Wiedziała też, że powinien odpocząć, a mimo całej sympatii do niego (i chyba wzajemnie?) domyślała się, że dla niektórych kończenie wieczoru small talkami podczas jedzenia mogło nie być szczytem marzeń.


RE: [11.04.1960 rok] Magiczna katastrofa | Laurence, Camille - Laurence Lestrange - 01.02.2024

Z pewnymi dolegliwościami się nie dzielił z nikim, póki nie miał styczności z czymś, co było dla niego problematyczną sprawą jak obecnie alergia. Póki unikał kotów i te nie próbowały go maltretować swoim jestestwem, było dobrze. Nic dziwnego, że Camille o tym nie wiedziała. Szkołę Magii i Czarodziejstwa, kończyli w innych placówkach. Poznali się dopiero tutaj na szkoleniach w Akademii Munga.

- Prawdopodobnie tak. Ale pod koniec roku było trudniej. Zanim poszedłem do Akademii, zrobiłem potrzebne badania i wtedy stwierdzono.
Przyznał szczerze. W Hogwarcie nie objawiało się jakimś problematycznym zjawiskiem. Kichanie nie było zbyt częste jak i łzawienie oczu. W zależności, co się działo. Początkowo zwalał na kurz, jakieś pyłki w powietrzu, że to normalne zjawisko. Ale z biegiem lat, zauważał że coś jest jednak nie tak. Wtedy zrobił sobie dokładniejsze badania, które stwierdziły u niego alergię na sierść kotów. W tym przypadku na szczęście skończyło się na samym kichaniu. Nic więcej, gdyż minęli już ten zaułek a stworzenia były daleko za nimi.

Do celu dotarli bez problemu. Camille otworzyła drzwi i weszła do środka, pomijając całą etykietę uprzejmości dżentelmeńskiej, jaką powinien się wykazać facet w postaci Laurence'a, aby otworzyć damie drzwi i wpuścić ją pierwszą. On sam pominął te czynności, jeżeli ona sobie tego nie życzyła. Ale pierwsza weszła.

Pomieszczenie samo w sobie wydawało się być w porządku. Dobrze urządzone, zadbane, czyste, choć nie przewidywało tłumów. Może nie w tych godzinach? Zdawałoby się, że wieczorami wiele par chciałoby spędzać ze sobą czas w takich miejscach.
Laurence spojrzał na pracownika, który ma ich ugościć. Widać było po nim zmęczenie. Dostali pytanie o rezerwację stolika, choć Camille dała mu inną propozycję.

- Skoro już przyszliśmy, to zjemy tutaj.
Odpowiedział z lekkim uśmiechem koleżance, po czym skierował wzrok na pracownika.
- Stolik dla dwojga proszę.
Doskonale wiedział, że lepiej dla niego byłoby wziąć zamówienie do domu i zjeść posiłek samotnie u siebie, w nowo zakupionym domu. Gdyby miał wrócić do posiadłości rodzinnej, najpewniej jedzenie dostałby od razu, przygotowane przez skrzaty.

Mężczyzna zaprowadził ich do jednego z wolnych stolików dwuosobowych, gdzie kolorystyka obrusa była biała. Zastawa stołowa przygotowana. Podarował im karty menu, a oni mogli w spokoju rozpłaszczyć się i zając miejsca. Laurence tak uczynił. Zdjął torbę i na razie postawił na podłodze przy swoim miejscu siedzenia. Zdjął płaszcz i powiesił na swoim oparciu krzesła. Mógłby pomóc Camille, ale znając jej postawę i pamiętając jak dzisiaj wykazywała się odwagą, odpuścił.

- Nie masz mi chyba za złe, że zjemy tutaj?
Zapytał koleżankę, kiedy zajął wolne swoje miejsce. Może trochę późno i powinien zapytać pierw czy zgodziłaby się zjeść tutaj? Sama w końcu stwierdziła podczas ich spaceru, że nie mieli czasu na wspólne spędzenie czasu. Czemu więc nie skorzystać z tej możliwości, teraz?