![]() |
|
[lipiec 72] Mam kilka pytań - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23) +--- Wątek: [lipiec 72] Mam kilka pytań (/showthread.php?tid=2574) Strony:
1
2
|
RE: [lipiec 72] Mam kilka pytań - Brenna Longbottom - 28.01.2024 Cały czas martwię się o to, że mojej rodzinie w końcu coś się stanie. Brenna z trudem powstrzymała westchnienie. Jak mogła tego nie rozumieć? Martwiła się o swoją rodzinę stale i gdzieś w głębi duszy wiedziała od dawna, że nie wszyscy z tego wyjdą żywi - i ponure przeczucie nabrało kształtów, ziściło się, wraz ze śmiercią Derwina w Beltane. A to przecież był dopiero początek. Jej brat oficjalnie, w prasie, ogłosił całemu światu, że będzie walczył ze śmierciożercami. Jej kuzynki były półkrwi, z matki mającej gdzieś kilka pokoleń temu mugoli, co w oczach śmierciożerców oznaczało to popsute linie. Nie dość, by tylko dlatego obrać je za cel, ale zapewne dość, aby w połączeniu z otwarcie wyrażanymi poglądami znalazły się dość wysoko na liście śmierciożerców. Prawie cała rodzina w Zakonie: jeśli, czy raczej kiedy jego istnienie wyjdzie na jaw, nigdzie nie będą bezpieczni. Żadne z nich. – Bren? Robi się poważnie – zażartowała, chociaż w jej głosie brakowało prawdziwej wesołości. – Jeżeli w to wejdziesz i kiedyś wyjdzie na jaw, co robisz, twoja rodzina wcale nie będzie bezpieczniejsza. Wręcz przeciwnie – powiedziała cicho, zerkając na Vincenta z ukosa. Musiała być pewna, że wiedział, w co się pakował. W co go wciągała. Chciała mieć go w Zakonie i nie chciała jednocześnie - mogłoby się wydawać, że nie można jednocześnie czuć tak przeciwstawnych uczuć, a jednak właśnie takie emocje teraz targały Brenną. Vincent był cennym zasobem, a o zasobach mówił Morpheus (...i o paziu kielichów, i obracającym się kole fortuny: ale o tej przemijającej szansie nawet nie chciała myśleć, bo ona przecież nawet nie istniała), choćby dlatego, że miał kontakty w półświatku i że potrafił poradzić sobie w sytuacji zagrożenia. Był też kimś, komu ufała pod tym względem, że za nic nie chciałby zrobić jej krzywdy – i że raczej nie ukrywał zbyt wielu kolegów ani krewnych, którzy w wolnym czasie mordowali. Wszelkie skryte interesy Prewettów mogła przebaczyć, cichego wspierania śmierciożerców już nie: i nie dlatego, że to był według litery prawa współudział, a dlatego, że dzięki temu mogli mordować dalej. Mając go za plecami nie musiała obawiać się, że nagle ktoś wbije w nie nóż. Ale właśnie dlatego, że był tym dobrym przyjacielem, wcale nie chciała go w Zakonie – bo to było coś innego niż zaciągnięcie go do lasu czy do Chinatown, na wpółlegalne, drobne akcje. To było poprowadzenie go na wojnę. Pies, najlepszy przyjaciel, powiedział Morpheus. Wskazówka co do tej chwili? A może tamta wróżba mówiła o samym wuju? Ostatecznie zawsze do ciebie należy decyzja… – Robimy – powiedziała w końcu, trochę prostując, bo to nie była „ona”, to nigdy nie była jedna osoba. – Wszystko, co możliwe, aby pokrzyżować mu szyki. Twój brat? To tylko jedna drobna próba, jedna nitka, tak naprawdę nie mająca większego znaczenia niż inne. Warto było spróbować, to wszystko. Ale mówiąc uczciwie, nie wiem, czy to, co robimy, doprowadzi do pokonania tego drania. Tylko w to wierzę. A może jedynie mam nadzieję. Więc zastanów się dobrze, Vinc, bo jeśli powiesz „tak” ciężko będzie się wycofać i nic nie będzie łatwe. Z jej strony decyzja właśnie zapadła: była skłonna powiedzieć tak, skoro zabrnęli w tej dyskusji tak daleko i zaprosić go do ich szeregów. RE: [lipiec 72] Mam kilka pytań - Vincent Prewett - 29.01.2024 Sam Vincent nie miał tak przesrane jak Brenna. Jego brat starał się robić wszystko pod politykę, aby być czystym królem świata Prewettolandii, aby być panem i władcą i żeby nikt mu nie zagroził. Podejrzewał jednak, że po tym ataku na przybytek Laurenta będzie bardziej skory, aby zniszczyć Voldemorta niż z nim współpracować. Sam Vincent nie chciał się nigdy mieszać w ten konflikt, ale życie samo zweryfikowało. Jego rodzina być zbyt duża, aby mógł siedzieć bezczynnie i patrzeć jak bezpieczny domek zaczynał się rozsypywać. A teraz, gdy Brenna wzbudziła w nim iskrę ciekawości, sama otwarcie stwierdziła, że coś się dzieje, że ktoś działa, aby pokonać tego człowieka nie zamierzał siedzieć i czekać. – Wiem, ale wolałbym spróbować zadziałać przeciwko tamtym niż ryzykować, że zagarną sobie nas siłą. Oni nie biorą jeńców, atakują ludzi, którzy nic nie zrobili. I może powtarzam, że nie lubię ludzi, ale ich nie lubię bardziej – odparł wciskając sobie w usta papierosa i podpalając go mugolską zapalniczka. Lubił ten wynalazek, był ciekawy i zabawny. Vincent wiedział, że wojna była nieunikniona, że kiedyś zostanie zmuszony do tego, aby stanąć po jakiejś ze stron. Dlatego działał, aby wybrać samemu, aby nikt nie narzucił mu losu, aby nikt nie wciągnął go do tego pieprzonego świata, w którym będzie musiał klękać. Vincent miał podobną dumę do Edwarda, też nie lubił klękać. Mógł posłuchać się Brenny, gdy chodziło o wspólne wypady, mógł posłuchać rozkazów, ale tylko wtedy, gdy będą zgodne z jego poglądami i celem jaki chce osiągnąć. Westchnął ciężko, podniósł się na równe nogi i stanął przed nią, aby mogła mu spojrzeć w oczy, aby mogła zobaczyć, że się nie waha. Może było to górnolotne zachowanie z jego strony, ale Brenna doskonale wiedziała, że był właśnie tym wiernym psem, o którym rozmyślała. Był człowiekiem może drugiej uczciwości, ale gdy podejmował się jakiegoś zadania, gdy wchodził w jakieś zadanie to całym sobą i jeszcze nigdy nikogo nie zdradził, nigdy nikogo nie wychujał, bo nie miał zamiaru tego robić, bo było to najgorsze, czego nienawidził w ludziach. – Brenna, tak. Wchodzę w to i pomogę ci… wam w tym, aby powstrzymać to szaleństwo. Tylko powiedz mi tyle ile możesz, abym wiedział w co dokładnie wchodzę. – dodał. Może i nie chciał znać szczegółów dotyczących wszystkich członków tego przedsięwzięcia, ale chciał chociaż wiedzieć komu ufać i do kogo się zgłosić w razie potrzeby. Nie chciał też wchodzić do czegoś, co mogłoby się okazać kolejną sektą jakiegoś świra. Nie wchodźmy w skrajność. RE: [lipiec 72] Mam kilka pytań - Brenna Longbottom - 29.01.2024 W Zakonie Feniksa nie klękali. Nikt nie dołączał do niego z przymusu. I nikt nie musiał zostawać w nim ze strachu. Nie próbowali zmuszać ludzi do działania, a wykonania rozkazu można było odmówić – wtedy konsekwencją było jedynie to, że następny już mógł nie nadejść. Jeżeli ktoś chciał odejść, nie ginął, a jeśli zaczynały się wobec ciebie zbyt duże wątpliwości, trafiało cię drobne obliviate, nie avada kedavra: i odchodziłeś w spokoju, jedynie bez pamięci drogi do strażnicy i twarzy osób, z którymi współpracowałeś. Zresztą to ostatnie dotyczyło tylko ludzi z sieci. Trzonem Zakonu byli przyjaciele i Brenna bardzo chciała im ufać. Nie chciała nawet brać pod uwagę, że któryś z nich musiałby zostać potraktowany takim zaklęciem. Zadarła głowę, by spojrzeć mu w twarz, kiedy stanął naprzeciwko niej. Lekki uśmieszek, który prześlizgnął się po jej ustach, był raczej wyrazem pewnego zakłopotania niż prawdziwego rozbawienia – tak jak przy Morpheusie, jak i kiedyś, choć w mniejszym stopniu przy Mav, Dorze, Cedriku, Heather, Dani, tak i tu czuła, że po prostu nie potrafi zachować się tak, jak naprawdę by należało. Czy Ida to potrafiła? Jaka była ta właściwa reakcja, kiedy ktoś zgadzał się narażać życie na twoją prośbę? Kiedy wciągałeś go w cholerną wojnę? – W takim razie witaj w Zakonie Feniksa – powiedziała bardzo cicho, odruchowo dłoń opierając na łbie Gałgana, który po tym, jak Vincent wstał, spróbował wpakować się na kolana jej: naprawdę, idealny moment… – Działamy po cichu, tam, gdzie to możliwe. Zbieramy informacje, krzyżujemy plany, ukrywamy ludzi, uczymy walki, dostarczamy zasoby, czasem robimy to, czego Ministerstwo nie może albo nie chce. Z polecenia Albusa Dumbledore’a. Pokonał kiedyś Grindewalda. Może zakończy i tę wojnę. Nie zamierzała udawać, że mają wielki plan, że szykują się do ostateczne starcia: to nie byłoby w porządku. Nie podawała mu też od razu wszystkich szczegółów, bo nie mogła ot tak wprowadzić Vincenta na zebranie Zakonu Feniksa – na zaufanie pracowało się stopniowo, a chociaż ona ufała mu na tyle, by to wszystko powiedzieć, nie mogła wymagać, że reszta ot tak kiwnie głowami, tylko dlatego, że ona tak stwierdzi. Musiała poinformować Patricka, a Vincent musiał przejść swego rodzaju chrzest ognia. – Informacje i zadania idą przeze mnie. Potrzeby i problemy też są zgłaszane do mnie. Jak się pewnie domyślasz, moja rodzina tkwi w tym po uszy. Możesz ufać Erikowi, Mavelle i mojemu ojcu. Inni… innych poznasz stopniowo. Ukrywanie przynależności tej Erika i Mavelle nie miałoby żadnego sensu. W końcu jak ktoś mógłby uwierzyć, że jeśli jedno z ich trójki się w to wplątało, w sprawę nie weszła i pozostała dwójka? RE: [lipiec 72] Mam kilka pytań - Vincent Prewett - 02.02.2024 Strach, właśnie tego nie chciał Vincent. Zawsze żył chwilą, podróżował, podejmował szybko decyzje, dbał o każdy milimetr swojego życia, aby nie czuć paraliżującego strachu. Tak; bał się o swoją rodzinę, o to, że nie uda mu się na czas uratować jakiegoś magicznego stworzenia, tak; czasami obawiał się śmierci, ale nie chciał bać się imienia, człowieka, który uważał siebie za Pana ich wszystkich. Nie chciał klękać, drżeć ze strachu przed czymś tak paskudnym jak Voldemort. Zakon Feniksa. Nie wiedział czemu, ale rozbawiła go ta nazwa, przez jego twarz przebiegło bardziej nerwowe rozbawienie. Reagował tak, gdy nie wiedział jak zareagować. Nazwa bawiła go ze względu na to, że byłby chyba ostatnią osobą, która dołączyłaby do Zakonu. Było to jednak chwytliwe i cholernie Gryfońskie. Ironia, nie? Wąż będzie współpracował z Feniksem. – Przez ciebie? Jesteś szefową, Paskudo? – zażartował, chciał wyrzucić z siebie te dziwne nerwy, gdy dotarło do niego, że właśnie w pakował się w bronienie świata i przynależenie do Ruchu Oporu. Było to takie szlachetne? Dziwnie memłało mu się to słowo w głowie, ale nie pokazywał tego po sobie. Uśmiechał się lekko i cynicznie, w swój naturalny sposób. – Jeśli chodzi o informacje, mogę ich trochę zdobyć na Nokturnie. Tam kręci się wiele dziwnych ludzi, którzy mogą mieć z tym coś wspólnego. – Oparł się o barierkę obok niej i spojrzał w dal. Wiedział, że Brenna chwilę temu mówiła o tym, że Ministerstwo ma związane ręce. On miał sporo znajomości na Nokturnie, ale z drugiej strony odrobinę bał się, że po wszystkim może skończyć w jakimś pierdlu? Jego rodzina też miała nielegalne biznesy, które musiał chronić. Nie były one tak podłe jak tworzył je Voldemort, ale nadal były niezgodne z prawem. Wiedział, że Brenna go nie zdradzi, ale cała ich przyjaźń właśnie polegała na niedopowiedzeniach w kwestiach łamania regulaminów. Wiedziała, że nigdy nie zdradzi tego jak szlaja się na spacery do środka lasu, aby przypadkiem być w odpowiednim miejscu. Tu jednak będzie czysta wojna, strategie i chwyty niedozwolone. Miał nadzieję, że jego chwyty nie zostaną po wszystkim ukarane. – Co dokładnie będę miał dla was robić? Mam sporo zdolności, ale Brenna Brygadzistka nie może o nich wiedzieć – spojrzał na nią i puścił do niej oko. RE: [lipiec 72] Mam kilka pytań - Brenna Longbottom - 02.02.2024 Zakon Feniksa – było w tej nazwie trochę patosu. Ale Brenna nigdy nie próbowała jej negować, bo czasem ludzie tego właśnie potrzebowali, a feniksy przecież powstawały z popiołów. Za to coś przekręciło się jej w żołądku, kiedy Vincent zadał najpierw pytanie o to, czy jest szefową, a potem dorzucił jeszcze o tym, że Brenna Brygadzistka nie powinna o pewnych rzeczach wiedzieć… Wciągnęła powietrze głęboko w płuca, a później wypuściła je, bardzo powoli. – Brenna z Zakonu Feniksa ma w zwyczaju kłamać, kraść, oszukiwać i łamać regularnie prawo – powiedziała w końcu cicho. Nie przychodziło jej łatwo przyznanie się do tego: wiedziała, że dawna, nastoletnia Brenna by się tego wstydziła. Ale sprawiedliwość nie zawsze miała wiele wspólnego z prawem, i Brenna Longbottom już dawno doszła do wniosku, że to ta pierwsza jest dla niej ważniejsza – a wojna z Voldemortem przyodziała ją w odcienie szarości. Były rzeczy, których nie zrobiłaby, nie zrozumiała i nie wybaczyła, ale na ołtarzu wyższego dobra położyła wiele swoich zasad. Jak miała postępować zgodnie z procedurami, skoro wiedziała, że wtedy ktoś zginie? – Fałszowałam dokumenty, mataczyłam w śledztwach, włamywałam się, ukrywałam informacje przed Ministerstwem i pewnie będę musiała zrobić jeszcze wiele gorszych rzeczy. Nie jestem dobrą dziewczynką, Vinc. Dotyczyło to większości Zakonu. Nawet jeśli niektórych z nich chciała przed tym chronić, wszyscy chcieli – dlatego tak długo Danielle i Morpheus pozostawali poza strukturami zakonnymi… - nie zawsze było to możliwe. Och, na pewno miała na sumieniu mniej niż Vincent i pewnych rzeczy po prostu nie chciała wiedzieć, ale w imię Zakonu była gotowa przymknąć oka na naprawdę bardzo wiele. Uniosła dłoń do włosów i szarpnęła ciemny kosmyk, w nieco nerwowym geście. A Brennę takie nerwy nawiedzały raczej rzadko. Jak w ogóle to wyjaśnić? Jesteś szefem? Nie, nie była szefem, ale… – Szefem jest Dumbledore. Jego prawa ręka zajmuje się planowaniem. A ja… odpowiadam za ludzi i zasoby. Jeśli coś ma zostać załatwione, mam wybrać osoby i sposób, żeby to załatwić. Jeżeli więc Dumbledore będzie chciał coś wiedzieć z Nokturna, proszę cię o pomoc. Jeżeli ty przyjdziesz i mi udowodnisz, że w celu pokrzyżowania planu śmierciożerców potrzebujesz różowego słonia, to mam załatwić ci jebanego, różowego słonia. Zmusiła się do uśmiechu, trochę wymuszonego. – Także właśnie zgodziłeś się przyjmować ode mnie rozkazy. Jeśli zmieniłeś zdanie, mam kogoś, kto może trzasnąć ci szybkie oblivate – powiedziała, półżartem, półserio, bo jeśli nawiedziły go wątpliwości… to tak, mogła poprosić Caina o tę drobną przysługę. RE: [lipiec 72] Mam kilka pytań - Vincent Prewett - 02.02.2024 Gdy Brenna zaczęła opowiadać, co robi dla Zakonu zrobiło mu się dziwnie smutno. Nie, nieugiełu mu się nogi, nie zbladł z tego powodu, ale po prostu poczuł żal, że musiała to robić. On uczył się tego od zawsze, od zawsze znał taką drogę, ale ona? Brenna Longbottom zawsze próbowała robić wszystko w odpowiedni sposób. Przynajmniej ta dawna Brenna, ta ze szkolnych lat. Miała w sobie ducha wojownika, kawałek zadziorności i takie poprawnej bezwględności, ale nie sądził, aby kiedykolwiek weszła na taką ścieżkę w jej życiu. Odruchowo połozył jej dłoń na ramieniu, a potem bez pytania przysunął ją do siebie i po prostu objął. Nie wtulał, nie wciskał w siebie. Po prostu po przyjacielsku, jednym ramieniem obejmował, bo wyczuł, że była nieswoja, że te słowa były dla niej ciężkie. Zrobił to oczywiście jeśli mu na to pozwoliła. – Teraz będziesz mieć też mnie – odparł zerkając na nią. Miał nadzieję, że nie musiał więcej dodawać. Nie był dobry w pocieszaniu, wiedział tez, że nie potrzebowała pocieszenia. Po prostu chciał ją zapewnić, że wchodzi w to i da jej swoją ciemną stronę, aby jasna mogła wygrać. – Już się tak nie denerwuj i nie stresuj. Zawsze dobrze rządziłaś – uśmiechnął się. – Chyba możemy wracać. Odprowadzić cię do twojego domu? – puścił ją i wytarmosił łeb psa, który ciągle się tu próbował do nich wgramolić. – I nie, dzięki. Obliviate nie będzie potrzebne. Nie wycofam się. Nie jestem tchórzem – nie przestawał się uśmiechać, wypuścił dym z ust i mocno znowu się zaciągnął. RE: [lipiec 72] Mam kilka pytań - Brenna Longbottom - 02.02.2024 Nie było jej smutno: chyba tylko na myśl o tym, w co wciągała innych. Cokolwiek robiła, wierzyła, że postępuje słusznie i jeżeli czegoś żałowała, to wyłącznie tego, że nie była bardziej skuteczna. Po prostu przyznanie się do pewnych rzeczy na głos nie było wcale takie łatwe – przynajmniej niektórym. Roześmiała się mimowolnie, kiedy powiedział, że „zawsze dobrze rządziła”. Tak naprawdę absolutnie się do tego nie nadawała – może rządziła się trochę w domu Longbottomów, ale poza nim? – Nie stresuję się. I obawiam się, że w kwestii mojego rządzenia Erik może mieć inne zdanie – powiedziała, obejmując go po prostu również, mocno, ale krótko. Brenna nigdy nie była osobą, która miałaby problem z dotykiem czy dawaniem znać, że zależy jej na innych: wyciągała ręce do innych ludzi odruchowo, czy to w geście przyjacielskim, czy radości, czy pocieszenia. – Możemy wracać. Dam ci w najbliższych dniach znać, co i jak. Zwłaszcza jeśli będę miała coś dla ciebie do zrobienia – dodała, puszczając go i zsuwając się z poręczy mostka. Pochyliła się, znów chwytając psy na smycze. Zwykły dzień. Zwykły spacer. I tylko nie była pewna, jak się z tym wszystkim czuć – bo z jednej strony zyskiwali potencjalnie cennego sprzymierzeńca, z drugiej kolejna z bliskich jej osób miała narażać życie. W pewnym sensie z jej powodu, bo to przecież ona go w to wciągała. Chociaż nie: powtarzała sobie, że przecież to wina Voldemorta i że nie mogą po prostu siedzieć i czekać aż ktoś inny załatwi sprawę. I naprawdę nie chciała myśleć dziś o tym, że jedno jest pewne: jeżeli nawet kiedyś nadejdzie dzień końca Voldemorta, to wielu z nich go nie doczeka. Koniec sesji
|