![]() |
|
[17.07.72, ranek] Czy to dziura w czasie i przestrzeni? - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Bliskie Okolice Londynu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=122) +--- Wątek: [17.07.72, ranek] Czy to dziura w czasie i przestrzeni? (/showthread.php?tid=2637) |
RE: [17.07.72, ranek] Czy to dziura w czasie i przestrzeni? - Rodolphus Lestrange - 08.02.2024 Ach, zaufanie. Cieniutka tafla pozytywnej emocji, która została brutalnie strzaskana w chwili, gdy Rodolphusa opuściła ostatnia przychylna mu osoba, a on sam wślizgnął się między dwa węże, prosto do ich gniazda, z pełną świadomością konsekwencji tego czynu. Podpisał cyrograf, bo oni nie ufali jemu, a on nie ufał im. Tak samo poszedł do innego mieszkania tamtej nocy, naumyślnie, bez zaufania. Nie, Rodolphus nie potrafił ufać innym. Wymagał przysiąg i obietnic, okupionych krwią lub widmem śmierci gdy przysięgę się złamie. A tyczyło się to najbliższych jemu osób, które przebywały w otoczeniu Lestrange'a. Teraz jednak stał pomiędzy dwójką Longbottomów, zdrajców krwi. Szlamolubców, mówiących otwarcie o swoich preferencjach. Jakże mógłby zaufać komuś takiemu? Nigdy. - Nie, Brenno, nie będziemy się kłócić - powiedział poważnie, przerzucając spojrzenie na Morpheusa. Uniósł lekko brwi - Brenna będzie problemem. Jeżeli mieli wyjść z tego cało, nie mogli się kłócić. Ale jednocześnie z jakiegoś powodu nie chciał kobiety puścić przodem. - Dlatego powinniśmy iść pierwsi. Albo musisz nam obiecać, dla własnego dobra, że nie będziesz nic dotykać. Powiedział spokojnie, ponownie wlepiając stalowoszare ślepia w kobietę. Miał twardy, nieugięty wzrok - być może słyszał o niej to i owo. Być może ktoś mu kiedyś szepnął na ucho, co Longbottom potrafi wyczyniać. Nie ufał jej i nie potrafił zaufać, że nie wystrzeli nagle niczym pocisk z armaty, by pobiec przed siebie. Musiał, ale nie potrafił. Szkoda by było, gdyby przypadkowo trąciła skupisko magicznej energii i nagle znalazła się gdzie indziej, w kilkuset kawałkach. Brenna zastosowała taktykę podobną do jego własnej - gdy chwyciła Morpheusa, on sam puścił kobietę, a na jego twarzy wymalował się na ułamek sekundy złośliwy, być może pogardliwy uśmiech. Mieli sobie ufać i tak pięknie o tym mówili, a przecież mieli własne tajemnice. Ludzie byli beznadziejni: wszyscy byli, cała trójka, która teraz stała i kłóciła się o to, kto pójdzie przodem. - Masz więcej lat przed sobą, niż on - mruknął cicho, unosząc lekko różdżkę. Zasłaniali mu widok, czego nie lubił. Miał potrzebę kontroli swojego otoczenia, nienawidził gdy coś przesłaniało mu widok. Westchnął z irytacją. - Nikt nie każe ci się trzymać z tyłu, bo jesteś kobietą, Brenno. Każemy ci trzymać się z tyłu, żeby nie musieć nieść twojego martwego ciała do rodziny. Jasna cholera, gdyby w jego obecności zginęło któreś z nich, zapewne rozpętałoby się piekło. Rodolphus cholernie dbał o swoją reputację, lecz z racji nazwiska i tak był na świeczniku i językach niektórych. Nie potrzebował więcej zamieszania wokół swojej osoby. - W takim razie pójdę przodem, nikomu nie będzie żal jeżeli to mnie wybuchnie coś w twarz - powiedział w końcu, wodząc wzrokiem od jednego, do drugiego członka rodziny Longbottom. Nikt po nim nie zapłacze i nie mówił tego, by wzbudzić litość u towarzyszy. Taki był fakt - jego ewentualna śmierć nie dotknie absolutnie nikogo. Spłynie po każdym jak woda po kaczych piórach, będzie zaledwie zdmuchniętym okruchem ze stołu. - A kłócąc się jak dzieci tylko zdradzamy nasze pozycje. On sam mówił dość cicho, ale wyraźnie, by pozostała dwójka go słyszała. Nie był jednak pewny, czy jeżeli ktokolwiek tu był, to czy słyszał ich rozmowę. Ale tracili cenny czas na bezsensowne głupoty i przepychanki, wyciągając seksizm i jakieś rodzinne przysłowia. Co jeśli klepsydra w innym miejscu ponownie się obróci? Zza winkla trzasnęły iskry, a korytarz na moment rozjaśnił się błękitnym światłem, które wtedy widzieli w piwnicy, jakby potwierdzając myśli Lestrange'a. Czas... Może on tu płynął inaczej? Albo w ogóle nie płynął. Nie dowiedzą się tego, stojąc w miejscu. RE: [17.07.72, ranek] Czy to dziura w czasie i przestrzeni? - Morpheus Longbottom - 12.02.2024 Morpheus się poddał. Wywrócił oczami tam mocno, że widoczne były jedynie białka w jego czach, a powieki zatrzepotały, podkreślając jeszcze to, jak długie miał rzęsy; w czasach szkolnych zazdrościło mu tego wiele dziewcząt z jego roku, zwłaszcza tych, które pracowały z nim w grupie. Podczas gdy oczy Brenny były wypełnione ogniem, te czarodzieja przypominały raczej spojrzenie baranka, idącego na rzeź, łani, stojącej na drodze szybkiego ruchu przed nadjeżdżającymi, pędzącymi samochodami. Słodkie spojrzenie, abyś nie zobaczył jelenich rogów, które przebiją ciało i będą nosić wnętrzności, niczym dumną koronę. — Musisz mi wypominać moją kondycję, teraz, Brenno, teraz? — zaśmiał się cicho, bezdźwięcznie, jakby chciał ukryć, co miała na myśli kobieta, gdy wspominała o tym, że jest synem swojej matki. Wyszło przez to nieco nerwowo, ale nic dziwnego, znajdowali się w dziwnym miejscu, dziwnej sytuacji. — Nie zamierzam się z wami spierać, więc młodzież przodem. Brenno, proszę, nie dotykaj niczego, ale idź przodem. Postaram się Widzieć, ale i to brzmi... nie wiem, czy będzie istniała przyszłość, jeśli nie ma czasu. Słowa Rodolphusa nieco go zaniepokoiły; znów zbytnio przypominał mu siebie, chłopaka, który na siłę próbował być tajemniczy i mroczny, który opowiadał wszystkim, że umrze młodo. Już miesiąc wcześniej stwierdził, że młody czarodziej potrzebował więcej znajomych i wychodzenia z podziemi Ministerstwa. Może powinien go zabrać na piwo? Zapoznać z normalnymi ludźmi? Oczywiście, nie mugolami, to zbytni szok kulturowy, ale kimś, kto nie kija w dupie i wyciągnie młodzieńca z ciemności jego duszy. — To, że z Brenną łączą mnie więzy krwi, nie oznaczają, że rzucę cię na pożarcie wilkom, Rodolphusie. Rzucę was oboje jednakowo — uśmiechnął się do młodszego mężczyzny promiennie, z tą iskierką szaleństwa, która nie pozwalała brać jego słów całkowicie jako żart, ale też nie dało się uwierzyć, że mówi całkowicie na serio. Oto, młody chłopcze, co się dzieje, gdy jesteś zbyt długo Niewymownym, zdawało mówić się jego spojrzenie, lecz nie w wyraźny sposób, intencjonalny, a raczej oddając takie wrażenie na licu siwiejącego czarodzieja. Przepuścił ich dwoje, jakby planował być aniołem stróżem całego przedsięwzięcia. Szkoda, że brakowało mu płonącego miecza. RE: [17.07.72, ranek] Czy to dziura w czasie i przestrzeni? - Brenna Longbottom - 12.02.2024 – Niczego nie dotknę, nie będę niepotrzebnie czarować i tak dalej – obiecała, przez moment sądząc, że dojdą do porozumienia. Niestety, Rodolphus Lestrange okazał się większym uparciuchem niż ona, a i może skłonnościami do szaleństwa? A to było osiągnięcie: tak wielkie osiągnięcie, że byłaby pod prawdziwym wrażeniem, gdyby teraz niepotrzebnie nie tracili czasu, który był być może bardzo cenny. Kiedy najpierw wspomniał o tych „latach” wydała z siebie cichy dźwięk, trochę, jakby się dławiła, a w istocie po prostu powstrzymała histeryczny śmiech, na które nie mogła sobie tutaj pozwolić – przełknęła go, zdusiła w gardle, nie pozwalając, by wydostał się z ust. A potem to już przeszedł sam siebie oświadczając, że w takim wypadku on idzie przodem, bo nikogo nie będzie mu szkoda. Brenna była nieświadoma jego osobistych kryzysów, nie znała jego myśli o tym, co to mu zrobią w Ministerstwie, jeśli wyjdzie stąd sam jeden i że kto wie, czy nie doszukają się wtedy pewnego znaku na jego ręku, więc wniosek w tym widziała jeden: oszalał. Kompletnie oszalał. - Nie obchodzi mnie, czy będzie po tobie płakać legion ludzi, a kondukt żałobny pociągnie się przez całą Pokątną, czy załka tylko twój skrzat domowy. Prędzej mnie szlag jasny strzeli niż dam ci tak zaryzykować, bo obchodzi mnie, żebyś ty przeżył, a nie żeby ktoś po tobie nie płakał - stwierdziła, bardzo starając się nie poddać irytacji. Co ją obchodziło, że nikt nie przyjąłby się jego śmiercią? To znaczy normalnie by mu współczuła, bo miał przecież rodzinę i to nie było normalne, aby uważał, że nikt nie będzie po nim płakać, ale w tej chwili mieli na głowie trochę ważniejsze sprawy. Oczywiście, w przypadku wujka mocna była motywacja związana z tym, jak umarł Derwin. Ale w przypadku Rodolphusa liczyło się tylko to, że był młody, był naukowcem, nie kimś szkolnym do walki, i był w tej chwili, w oczach Brenny przynajmniej, pod jej opieką. Odetchnęła z pewną ulgą, gdy wujek przestał się upierać i posłała mu uśmiech. Istniała spora szansa, że Lestrangowi zrobi się na ten widok niedobrze, bo Brenna nieźle skrywała strach czy niepewność, ale uczucia już bardzo słabo - i teraz w tym uśmiechu, w spojrzeniu, w mimice, czaiła się pewna czułość. - Dobrze wiesz, że lubię grać nieuczciwie, kiedy bardzo mi zależy - powiedziała, a potem nie przedłużając już ruszyła do przodu. Wbrew ich obawom nie pognała na łeb na szyję, a szła powoli, stawiając nogi tak, by podłoga nie zaskrzypiała pod butami. Nie dotykała ścian, nie dotykała przedmiotów, chociaż jej wzrok prześlizgiwał się po nich, gdy je mijała, a palce zaciskała na różdżce, lekko uniesionej, by w razie czego szybko rzucić zaklęcie. Odbiła nieco bliżej jednej ze ścian, ale tylko po ty, by zajrzeć za róg z w miarę bezpiecznej pozycji, pozwalającej na dojrzenie tego, co się tam znajdowało, bez wkraczania od razu do pomieszczenia i szybkie cofnięcie się w razie czego. Dobrze zrobiła. Nie zdążyła zobaczyć, co dokładnie się dzieje, ale w jej stronę poleciał czar – odruchowo rzuciła się na bok, z powrotem ku mężczyznom, a zaklęcie walnęło w ścianę tam, gdzie chwilę wcześniej była jej głowa. Uniosła różdżkę, wyczarowując tarczę, o którą rozbił się kolejny czar. Rozległ się tupot, trzask – ktoś wbiegał po schodach? Zbiegał z nich? A może coś jeszcze innego? Przez półmrok ciężko było od razu to stwierdzić. Morpheusa tym czasem nawiedziła wizja mężczyzny wbiegającego na górę - i był już pewien, w tym domu był jakiś czarodziej. Zobaczył zaledwie strzępki: nogi na stopniach, a potem machnięcie różdżką w stronę tych stopni... próbował naszykować dla nich jakąś niespodziankę na schodach? Rodolphusowi zdało się natomiast, że przez ułamek sekundy widzi, jak dywan, którego nie było w tym drugim domu, z którego tu przyszli, drgnął gdzieś przed nimi - może to była jakaś pułapka? Rzut na to, co jest za zakrętem Rzuty na af i rozproszenie RE: [17.07.72, ranek] Czy to dziura w czasie i przestrzeni? - Rodolphus Lestrange - 14.02.2024 Uśmiechnął się lekko na reakcję Morpheusa, ale zaraz jednak odwrócił głowę, by przypadkiem Brenna tego nie zauważyła. Podkurwianie jej w tej chwili nie było jego intencją i mogłoby przynieść więcej szkody, niż pożytku. Być może dla innych Lestrange grał, silił się na bycie odludkiem, jednak fakt był niezaprzeczalny: jego ostatnie działania sprawiły, że odsunął od siebie niemal wszystkich bliskich. Czy sama pamięć o dobrych chwilach przywołałaby łzy w oczach tych, którzy teraz nim gardzili? Stwierdzał więc fakt, niezaprzeczalny i po prostu bezemocjonalny, tak jakby informował ich o tym, co zjadł na śniadanie. Jajka w koszulce na grzankach, tak swoją drogą, z solidną porcją świeżych warzyw. - Twoje słowa to miód na moje serce, Morpheusie - odpowiedział, jednak z tonu jego głosu nie dało się wywnioskować, czy mówił szczerze, czy żartował. Jeżeli chodziło o żarty, to ostatnio wziął na wstrzymanie - nie umiał żartować a nieumiejętne żarty potrafiły zmieniać relacje. Słowa Brenny jednak wprawiły go w osłupienie, co zdarzało się rzadko. Rodolphus uniósł brwi i wlepił zaskoczone spojrzenie w Longbottom, dając jej tym samym czas na to, by prześlizgnąć się dalej, obok niego i jej wuja. Przez kilka uderzeń serca wpatrywał się w jej plecy, nie do końca będąc pewnym, jak to ma zinterpretować. On by tak nie postąpił w stosunku do osób, które były mu obojętne, lecz szybko przypomniał sobie, że Brenna nie myślała tymi kategoriami. Była służbistką, to pewnie był dziwny przejaw jakiejś misji, którą nosiła w sercu. Westchnął, przecierając twarz dłonią, zanim ruszył tuż za nią, przed Morpheusem. Być może powinien zamykać pochód dla bezpieczeństwa, ale wolał mieć ją blisko na wszelki wypadek. Podobnie jak ona szedł wolno i ostrożnie, zachowując należyty dystans, gdyby na ten przykład kobieta musiała wykonać unik. Również dobrze zrobił, ta przesadna ostrożność opłaciła się, gdy w stronę, gdzie przed chwilą stała Brenna, poleciał najpierw jeden, a potem drugi czar. - Dywan - rzucił tylko, by zwrócić uwagę Longbottom na to, by uważała na rzeczony przedmiot, a potem sam machnął różdżką, chcąc rozproszyć zaklęcie, które, jak zakładał, na nim ciążyło. Dwukrotnie, jeżeli by nie udało się za pierwszym razem, bo na więcej czasu nie miał. Przemknęło mu jeszcze przez myśl, że jeśli wyjdą z tego cało, to Brenna nie da obu Niewymownym żyć. Zapewne pojawi się jedna z mniej lubianych przez niego fraz: a nie mówiłam? No mówiłaś, i co z tego? Tak podejrzewał, że tą kłótnią kogoś ostrzegą o swojej obecności. Zwykle się nie mylił, chociaż tu wolałby, by jednak tak było. - Uważaj, z góry ma na nas lepszy widok. rzut RE: [17.07.72, ranek] Czy to dziura w czasie i przestrzeni? - Morpheus Longbottom - 18.02.2024 Drgnął, zaskoczony zaklęciem. Nie zdążyłby się uchylić, wiedział to bez spoglądania w głąb swojego serca. Nie był w tym dobry, nie widział nadchodzącego magicznego ciosu, na czym zwykle polegał w misjach terenowych. Brenna miała rację. Musiał myśleć nad wyjściem, nie zgrywaniem bohatera. Dlatego obserwował, w dwojaki sposób. Wzrok Morpheusa zmatowiał, dziwna koncentracja dnia codziennego wyparowała. Już nie spoglądał z najwyższą uwagą przed siebie i w stronę dzieciątek, możliwie idących na rzeź czasu i przestrzeni, a w mniej uchwytną materię prekognicji. Ciężko spoglądało się w tym niebycie na cokolwiek, zamiast delikatnych nici, które muskał opuszkiem i zrywał oddechem, wykluczając pewne wątki i wzory, poruszał się w przestrzeni ektoplazmy, pachnącej spalonym cukrem i opiłkami stali. Te ostatnie zaś zdawały się ranić jego skórę, gdy sięgał po wizję przyszłości. Robiło mu się niedobrze. Odezwał się cichym, nieobecnym głosem, jakby z głębin, czeluści Tartaru, ale jeszcze nie rozszczepionym na wiele tonów Przepowiedni, z wielkiej litery. Słyszalny był jedynie trud, z jakim spotykał się, gdy próbował wieszczyć, sięgając znacznie głębiej do kotła przyszłości, niż to rozsądne, a jednak widząc tylko kilkusekundowe przebłyski. Nawet płynność i erudycja Morpheusa wyparowały, szatkując jego mowę. — Zaklęcie na schodach. Możliwie pułapka. Czarownik. Wasz zbiegły? Jakiś inny? Ktoś zamknięty tutaj? Na pewno nikt z nas, ma inne buty. Czas nie płynie tu dobrze. Starszy Longbottom miał na twarzy ten wyraz, którego można się spodziewać po kimś, kto planuje morderstwo zdecydowanie bez zimnej krwi, z pasją i planem. Brenna wiedziała, że nie było niczego, co doprowadzało wujka do białej gorączki, jak niemożliwość podglądania przyszłości, a jedyne ograniczenia, jakie uznawał, to te stworzone samemu sobie, ze względu na niezbyt przyjemne (dla niego) wizje nocy poślubnych swoich braci, zbyt wybuchowych kłótni lub żenujących sytuacji kogoś z rodziny. Odruchowo, skierowany głosem Rodolphusa ku dywanowi, chciał podnieść go w górę i zatrzymać w czasie, ale jedyne zaklęcie, które przyniosło efekt, to zaklęcie przedmiotu w żywicy moment, blokada upływu, zniszczenia, przemiany. Najbardziej nienaturalna forma świata: zastój. Zredukował możliwości, jakie dawał przedmiot, do egzystencji w milisekundzie momentu, w którym dotknął go czar, przez przynajmniej kilka minut. O ile w tej przestrzeni coś takiego, jak minuta istniało. — Jeśli wszystko jest odwrócone — szepnął do nich — Potrzebujemy albo odwrotności wyjścia albo lustra. rzut na podniesienie (fail) i zatrzymanie w czasie (sukces) RE: [17.07.72, ranek] Czy to dziura w czasie i przestrzeni? - Brenna Longbottom - 18.02.2024 To nawet nie było bycie służbistką. To była jej natura. Chociaż swoje robił fakt, że po prostu ona była z Brygady, a oni z DT - mieli większą wiedzę od niej, ale mniej doświadczenia w unikach przed morderczymi zaklęciami. Nie upierałaby się tak, gdyby obok była Mavelle czy Millie. A nie mówiłam? Oczywiście, że m ó w i ł a. Ale Lestrange nie musiał się martwić, że te słowa usłyszy, bo Brenna wypowiadała je zwykle głównie do swojego brata i to w żartobliwym tonie - ani myślała potem powtarzać Niewymownym, że patrzcie, mnie to nie rozjebało głowy, a wam może i by rozwaliło. - Szlag - wyrzuciła z siebie jedynie, ledwo znalazła się znów na pozycji bezpiecznej przed zaklęciami, zamiast tej słynnej maksymy, którą tak przyjemnie wypowiadać, i tak nieprzyjemnie słyszeć. W tej chwili najbardziej prawdopodobne zdawało się jej, że choć zgłoszenie traktowało o jednej osobie, to chociaż napaści na mugoli dokonał jeden człowiek, w samym domu przebywała druga osoba. I zanim ona i Apollo zdołali dostać się do środka, w walce z jednym z mężczyzn, druga przeszła przez przejście w piwnicy - może uszkadzając je za sobą, odcinając towarzysza, ale i Brygadę? A że złapany przez nich człowiek był zupełnie pomylony, nie nadawał się do przesłuchania, to musiało zostać przeprowadzone w Lecznicy Dusz. Obróciła się gwałtownie, kiedy Lestrange wspomniał o dywanie. Jaki dywan, do cholery?! Zdążyła jeszcze kątem oka wyłapać, jak ten się porusza, w jej stronę, jakby chciał któreś z nich – albo wszystkich – pochwycić – by po chwili przestać, kiedy Rudolphus rzucił zaklęcie rozpraszające, a chwilę później wujek w jakiś sposób zamroził tę dywanową pułapkę. – Naszego złapaliśmy. Musiał być ktoś jeszcze – powiedziała, krótko, nie wdając się w teraz w dalsze dywagacje na ten temat, bo skoro tamten właśnie szykował pułapkę, to nie mieli na to czasu. – Odwrotność wyjścia? Chodzi ci o przestawione drzwi? Czy o to, że skoro weszliśmy piwnicą, wyjdziemy strychem? Zresztą, na razie nieważne. Jeden rozbraja pułapkę, drugi go atakuje, ja idę pierwsze i ściągam na siebie jego zaklęcia? – zaproponowała, błyskawicznie rozważając dostępne opcje. Bo w tej chwili musieli przede wszystkim spróbować dorwać tego gościa, a Lestrange miał rację. Tamten z góry miał na nich lepszy widok, mógł chronić się zza balustradą albo zza framugą i stamtąd rzucać czary, a jeżeli ktoś spróbuje dostać się do niego, pułapka na schodach, której nie mieli prawa się spodziewać (w końcu posiadanie profety, który przejrzy twoje intencje, było jednak rzadkością) załatwiłaby sprawę. Ich trójka miała jednak taką przewagę, że no… Była ich właśnie trójka. Może ona uważała Lestrange'a za dziwnego, on ją za wariatkę, a wobec Morpheusa był ostrożny, bo ten był Longbottomem, ale łączył ich wspólny interes: wszyscy chcieli wyjść stąd w jednym kawałku i nie tłumaczyć przełożonym, jak to doszło do tego, że kogoś zgubili po drodze. Zerknęła krótko na mężczyzn, bo najchętniej zaczęłaby działać już teraz, ale może któryś z nich miał jakiś lepszy plan. (Taki nie obejmujący żadnego z nich idącego przodem, bo tu czekałaby ich tylko kolejna kłótnia albo straciłaby cierpliwość i po prostu tam wysforowała dokładnie tak, jak chciała na początku…) RE: [17.07.72, ranek] Czy to dziura w czasie i przestrzeni? - Rodolphus Lestrange - 19.02.2024 Z przyjemnością wyjaśniłby Brennie, o co dokładnie chodziło Morpheusowi, którego zrozumiał w kilka chwil. Oboje byli Niewymownymi - z reguły milczeli, lecz gdy musieli już używać słów, to rozumieli się praktycznie od razu. Problem w tym, że wyjaśnienie tego osobie trzeciej, niezwiązanej z licznymi niedopowiedzeniami i metaforami, które przecież nie były tak do końca metaforami, tylko rzeczywistością, potrwałoby zdecydowanie zbyt długo. Na szczęście dla całej trójki Brenna nie drążyła tematu, skupiając się na mniejszym celu. Gdzieś z przodu majaczył im ten główny cel: wyjście. Po drodze jednak musieli uporać się z przeszkodą w postaci czarodzieja, który za punkt honoru obrał sobie ciskanie w nich nie tylko zaklęciami, ale i pułapkami, jak ta z dywanem. - Idź przodem, będę cię ochraniał w miarę możliwości. Morpheusie, chyba że jesteś bieglejszy w tego rodzaju zaklęciach? - nie miał problemu z tym, by rolę obrońcy przejął drugi z Longbottomów. Ważne było, by ustalić to w kilka sekund, a nie minut, tak jak robili to przed chwilą. Wiedział, że kłótnia z Brenną była bezcelowa, zresztą to nie tak, że Lestrange nie potrafił przyznać się do błędu. Po prostu nie robił tego na głos, ale zmieniał plan, utworzony w głowie, dopasowywał go do nowych informacji i przekonań. Fakt, że tu czas płynął inaczej, a przestrzeń była inna, nie powodował, że tego czasu mieli dużo. Z góry poleciało kolejne zaklęcie, tym razem chybiając - jakby celowo. Jakby było ostrzeżeniem, że mają się nie zbliżać. Czerwone iskry rozbiły się o jeden ze schodów, nadpalając go lekko, lecz nie podpalając. Gdyby usłyszeli tupot, mogliby zakładać, że czarodziej cisnął czarem i ucieka dalej, również chcąc wydostać się z tej pułapki. Ale tak nie było: nie słyszeli charakterystycznych odgłosów biegu. Czekał na nich, pokazując jednocześnie swoją przewagę. Oczy Rodolphusa poruszały się teraz niezwykle szybko, jakby czegoś szukały. - Ciśnij coś na schody, żeby myślał że to ty - da ci to kilka cennych sekund przed kolejnym zaklęciem - zapewne sama wiedziała, że wpychanie swojej głowy prosto w przestrzeń, objętą promieniem rażenia, było głupotą. Zaklęcia jednak nie trwały wiecznie, a każdy z nich potrzebował czasu, żeby je rzucić - jeżeli Brenna rzuci czymkolwiek, co rozproszy czarodzieja i zmusi go do reakcji, kupi sobie tym kilka sekund, podczas których cała trójka będzie mogła bezpiecznie wskoczyć do miejsca, w którym co prawda będą na widoku, ale jednocześnie będą najpewniej mieli lepszy widok na atakującego. RE: [17.07.72, ranek] Czy to dziura w czasie i przestrzeni? - Morpheus Longbottom - 20.02.2024 — Osłaniaj. — Morpheus nie skupiał się na żadnych twórczych zaklęciach, ani osłaniających, ani niszczących. Jego główną taktykę stanowiła ucieczka, to w większości potrzebował w swojej pracy, zresztą w domu również. Jego dziedziną zawsze był ruch, poruszanie się, przywoływania i odpychanie, zawieszanie w czasie. Splatał materię, czas, przyszłość, przeszłość, świat materialny i ograniczenia fizyki jakby nie istniały dla niego. Bóg tykających zegarów, które cofają się, dzieci, których nie ma czasu spłodzić, bóg ciągłej przemiany i konsekwencji swoich wyborów. Tego ostatniego zwłaszcza. Znów próbował widzieć, potakując Brennie, ale kisiel jego mózgu skutecznie utrudniał mu zarówno magię, jak i widzenie. Musiał wielokrotnie zamrugać, aby oczyścić swoje pole widzenia i poczuł, jak krew cieknie mu z nosa. Wyjął pośpiesznie białą chusteczkę i otarł twarz, barwiąc ją karminem; wolałby znacznie bardziej ścierać z policzków szminkę o tej barwie, jeśli już miał dokładać Malwie pracy z wywabianiem plam. Wziął głęboki wdech i skierował różdżkę do markowanego ataku, który miał osłonić Brennę, ale zamiast tego z jego różdżki wytrysnęła tylko porcja iskier, jak podczas wyboru tej pierwszej, u Ollivandera. Gniew wpłynął w żyły Morpheusa, który wyciągnął z kieszeni dojrzałe jabłko, które z jakiegoś powodu również było pokryte dziwnym, niebieskim blaskiem i rzucił je, tak jakby chciał trafić w czarodzieja na górze, jakby rzeczywiście to był granat, jakiego używali żołnierze podczas wojny w Wietnamie, a nie zwykły owoc. Zresztą, tak przecież mógł pomyśleć tamten czarodziej, że go zwodzą i to nie jest tylko jabłko. Szybka akcja. Porozumiewawcze spojrzenie z siostrzenicą, podrzucenie jabłka w dłoni i rzut. Zupełnie jakby grali w jakąś grę na podwórku Warowni, a nie próbowali się wydostać z pułapki czasoprzestrzennej, walcząc z jej twórcą, przynajmniej prawdopodobnym twórcą. Magia mogła robić mu z umysłu sieczkę, może to jego mózg powinien zbadać najpierw Rodolphus. Najlepiej żywcem, aby mógł mu opowiadać o wrażeniach. Teraz w Brennie zaufanie. Widzenie i Czarowanie: Fail Rzucanie: Sukces (porąbałam kostki, ale sprawdziłam i nadal jest sukces) RE: [17.07.72, ranek] Czy to dziura w czasie i przestrzeni? - Brenna Longbottom - 20.02.2024 Gdy Lestrange przemówił, Brenna rzuciła mu nieco kose spojrzenie, zupełnie do niej nie pasujące. Jego źródła ciężko było się domyślać, bo sprawa przedstawiała się tak, że drań miał rację, ale ona bardzo nie chciała, by ją miał. Mogła odwrócić uwagę pana na górze, tylko nawet o tym nie pomyślała, bo n i e l u b i ł a używać zbyt silnych zaklęć przy innych, i przyznawać się, że właściwie to nie jest aż tak strasznie głupia i przeciętnie utalentowana we wszystkim, jak mogłoby się wydawać na pierwszy, drugi i czasem nawet na trzeci rzut oka. Wolałaby tam po prostu wypaść i spróbować uniknąć ataków. Tyle że… no właśnie. Miał rację. Co gdyby się jej nie udało? Nie mogła tutaj zginąć. Była potrzebna gdzieś indziej. I nie mogła ryzykować ich życiem. W dodatku wuj krwawił: nadwyrężał trzecie oko. Doskonale znała ten stan... – W porządku – odetchnęła w końcu i machnęła różdżką, wykonując dość skomplikowany ruch różdżką. Miał myśleć, że to ona, tak? W porządku, da się zrobić. Sama powiedziała Niewymownym, że oni tu są od myślenia, ona od ładowania się w walkę, więc nie mogła teraz na polecenia narzekać… Odbicie, cień, może nie wyglądający idealnie jak Brenna, ale bardzo ją przypominający, wystarczający, by na parę sekund kogoś zwieść, pojawiło się tuż przed nią. I wyskoczyło zza framugi jako pierwsze. Brenna wypadła zaraz za tą fałszywą Brygadzistką, bo jakby nie było, miała ściągnąć na siebie ogień na tyle, aby ta dwójka mogła albo tamtego trafić, albo przynajmniej rozproszyć pułapkę na schodach – by mogli do niego dotrzeć. Pierwsze zaklęcie trafiło w ten sposób ten „cień”. Przestał istnieć, ledwo sięgnął go czar. Człowiek, kryjący się po części zza framugą, drugie zaklęcie wypuścił jednak natychmiast po pierwszym, tym razem celując w prawdziwą Brennę – ta, próbując się nie potknąć o unieruchomiony dywan, zwinięty na podłodze, a przy tym zbliżyć do stopni, wykonała unik, na wpół udany. Czar nie trafił jej bezpośrednio, rozciął jedynie marynarkę i skórę na przedramieniu. Jabłko rzucone przez Morpheusa trafiło i chyba na moment zdezorientowało ich przeciwnika, który dzięki temu nie rzucił kolejnego czaru… Kształtowanie A tu tylko pierwszy rzut na af, bo po przedstawieniu genialnego planu rzuciłam, jak mocno oberwę i ewentualną pułapkę, ale jak Rolph zażyczył sobie dywersji, to oddaję jedną akcję na kształtowanie RE: [17.07.72, ranek] Czy to dziura w czasie i przestrzeni? - Rodolphus Lestrange - 21.02.2024 Czy zauważył to kose, krzywe spojrzenie? Jeżeli tak, to nie zwrócił na nie większej uwagi i nie dał po sobie poznać, że je dostrzegł. Wiedział, że miał rację - Brenna mogła pozować na głupią przy innych, lecz on był w tej kwestii jej przeciwieństwem. Starał się nie mówić więcej, niż potrzeba, a gdy już coś mówił: to w większości z sensem. Inteligencja była nieocenioną bronią, podobnie jak udawana głupota. Po prostu oboje wybrali zupełnie inny sposób kreacji siebie samych w oczach innych. Kiwnął tylko głową i wyciągnął różdżkę przed siebie. Rzucił zaklęcie rozpraszające na schody w chwili, gdy Brenna rzucała czar, który wytworzył jej mglistą kopię. Powietrze nad schodami zdawało się lekko falować, gdy Lestrange rozproszył pułapkę, którą nałożył na nią czarodziej. A być może czarnoksiężnik? Longbottom nie wspominała chyba, czy w grę tu wchodziła czarna magia... Chociaż jej nie wyczuwał to nie wykluczał opcji, że przeciwnik, z którym się mierzą, mógł być potężniejszy, niż na początku zakładali. Znaleźli się w miejscu bez jasnego wyjścia, po drugiej stronie, tam gdzie czas zdawał się płynąć inaczej. - Biegnij - syknął, nie zwracając uwagi na to, że kobieta ledwo co uniknęła zaklęcia - jabłko rzucone przez Morpheusa na pewno skupiło na sobie uwagę mężczyzny (a być może kobiety? Nie można było zakładać, że to był mężczyzna - to byłoby seksistowskie), mieli więc te kilka sekund, o których wspominał. On sam zaraz po wypowiedzeniu swoich słów zerwał się z miejsca, nawet przez moment nie zakładając, że Brenna go nie posłucha. Miała przeć do przodu, nie było tu miejsca na wahanie się. Ona miota zaklęciami w czarodzieja i idzie do góry, on ustawia się za nią by móc w razie potrzeby wesprzeć ją odpowiednim czarem, a Morpheus stanowi trzeci filar i wsparcie, nacierając zza jego pleców. Jakakolwiek zmiana planu miałaby katastrofalne skutki. rzut |