Secrets of London
[lato 1961] Chłopiec z Kniei - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [lato 1961] Chłopiec z Kniei (/showthread.php?tid=2641)

Strony: 1 2


RE: [lato 1961] Chłopiec z Kniei - Brenna Longbottom - 16.02.2024

– Z Norą? Norą Figg? – zapytała Brenna odruchowo, chociaż przecież było na świecie więcej Nor niż ta jedna. A panna Figg nawet nie mieszkała w Dolinie, odwiedzała tutaj tylko babcię i dość często odwiedzała wtedy Warownię. Ale z drugiej strony, ile w takiej miejscowości mogło mieszkać lub bywać dziewczynek o imieniu Nora?
Spojrzała na niego nieco uważniej, kiedy wspomniał, że może zamieniać się i w inne zwierzę. Nieświadomie podał jej informacje – cenne informacje, które ktoś mógłby użyć przeciwko niemu skuteczniej nawet niż tę o nielegalnej animagii, o tym, że jego matka złamała prawo. Otworzyła już usta, by powiedzieć, że nie może zamieniać się w dwa zwierzęta, że animagia tak nie działa, zanim przypomniała sobie, że była rodzina, której przedstawicielom czasem się to udawało.
McGongall.
A więc wywodził się z tego rodu i jego matka to potrafiła. On miał to potrafić. Miał też ukrywać tę sprytniejszą, zwinniejszą formę.
I nawet mając te naście lat Brenna zrozumiała, że matka chłopca chciała, aby ludzie Samuela się bali i go unikali, skoro miał być postrzegany jako duży i silny.
– Hm – mruknęła, wędrując przez chwilę w milczeniu. Nawet ona potrafiła czasem zachowywać ciszę i teraz w tej ciszy rozważała jego słowa, wszystko, co powiedział i to, czego nie powiedział. Bywała głupiutka, narwana, ale była nieodrodną córką swojego ojca i analizowała otrzymywane informacje. Już od małego lubiła się w to bawić, udając, że jest jak tata. – Nie powiem. A ty w zamian też tego nie rób, nie przez… powiedzmy najbliższe dwa lata – zdecydowała, obrzucając go spojrzeniem i próbując oszacować jego wiek. Czy dwa lata wystarczą, żeby zrozumiał, jakiej biedy mógłby sobie napytać, mówiąc takie rzeczy nieodpowiedniej osobie?
I czy wystarczą, żeby ona zastanawiało się, czego boi się albo czego chce jego matka?
– To będzie nasza wspólna tajemnica. Co ty na to?


RE: [lato 1961] Chłopiec z Kniei - Samuel McGonagall - 18.02.2024

– A jest jakaś inna Nora?– zapytał całkiem szczerze, nie zamierzając się przyznać do tego, że o nazwisko nie pytał. W małej społeczności nie były one potrzebne. Jeśli nawet gdzieś było dwóch Jimów, to wiadomo, że jeden jest Jimem dekarzem, a drugi Jimem rzeźnikiem i nie powinni się mylić. Albo Stary Dobry Jim i ten Kuternoga Jim. Zawsze znajdowało się jakiś dobry sposób na to, by nazwać drugą osobę.

On wiedział, że jest McGonagallem. Jego mama wspominała, że płynie w nim krew rodu czarodziei, którzy potrafią robić wiecej ze swoimi zwierzęcymi formami. Zasadniczo, że mają ich więcej, a w drugiej kolejności że przy odrobinie praktyki, Sam będzie w stanie zamieniać tylko część swojego ciała w zwierzęcą. Trenował już z oczami, bardzo bawiły go małe krogólcze nóżki dyndające mu od kostek. Modelowanie rozmiarami było trudne, ale nie nieosiągalne. W końcu był McGonagallem, tak jak dziadek i mama i odczuwał z tego dumę, nawet jeśli w domu słyszał, że nie ma to aż takiego znaczenia. No bo z rodziną nie utrzymywali kontaktu... Pamiętał jak przez mgłę dwa, czy trzy spotkania, ale nic więcej. Może echo jakiejś kłótni.

Kim był ojciec i jaka była jego krew nie wiedział więcej, ponad to, że była czarna. Skaleczenia zdarzały się w lesie. Ale podobnie jak samo istnienie ojca w ich małej leśniczówce było tajemnicą, o której przysięgał regularnie nikomu nie mówić, tak samo i kolor jego krwi, jego imię... Alistar był dobrym duchem puszczy, był miłością życia matki, był w końcu jego ukochanym ojcem. I cały czas powtarzał, że gdyby mógł znów zdecydować, to wybrałby tak samo, byle tylko z nimi być. Sam domyślał się, że gdyby ojciec miał nazwisko, albo gdyby komuś powiedział, że jest on w lesie z nimi, to przyszedłby System i zabrał mu ojca. A tego nikt nie chciał, prawda?

– Ta umowa mi się podoba. Ja nie powiem, Ty nie powiesz. Heh, nie jestem dobry w sekretach, ale może to jak z drewnem i transmutacją – wszystko wymaga odpowiedniej ilości czasu i praktyki. – powiedział dość swobodnie i zupełnie nieświadomie zrobił doskonałą zasłonę dymną dla Największego Sekretu, na którym Najbardziej Mu Zależało. Bo o ojcu nie zamierzał mówić nikomu. Przysiągł.

Nagle wkoło nich stało sie tak jakby cicho, wiatr zawiał przynosząc lekki swąd zgnilizny i chłodu. Zupełnie, jakby w okolicy był cmentarz, zupełnie jakby w okolicy było coś mrożącego krew w żyłach.

– O nie...– wymamrotał Samuel, którego oczy w końcu zaczęły ogarniać gdzie się znaleźli. Boginowy most... znał zasady, ale wciąż, wciąż miał problem by przemóc strach, by umieć oszukać strach. A strach ciągnął za kolejne niebezpieczne sznurki.

Cień spod mostu zaczął się wydłużać, w uszy Sama uderzył miarowy stukot obcasów o obślizgły, śmierdzący bruk Londynu.

– Brenna, musisz uciekać, błagam, uciekaj... – krzyknął odpychając ją mocno od siebie, spodziewając się, że zaraz ziemia znów się zatrzęsie i znów oczy przesłoni mu ból. Ziemia nie wybaczała, gdy bał się tak mocno, a strach przed strachem potęgował strach...

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=lnQE8f1.jpeg[/inny avek]
na Klątwę Żywiołów

[roll=O]


RE: [lato 1961] Chłopiec z Kniei - Brenna Longbottom - 21.02.2024

Chłopiec z Kniei był trochę inny - ktoś mógłby użyć słowa "dziwny", ale Brenna miała bardzo daleko wysuniętą granicę tego, co uznawała za normalne, dorastając w otoczeniu bardzo różnych ludzi i ucząc się w szkole, w której pełno było duchów, ruchomych obrazów i spacerujących po korytarzach zbroi. Wędrowała więc przy jego boku, zerkając na niego co rusz z ukosa, bardziej zainteresowana nim niż otoczeniem. I rozmyślała, dlaczego nie chodził do szkoły i co takiego kierowało jego matką, że trzymała najwyraźniej chłopca z dala od cywilizacji.
Brennie zdawało się to trochę niewłaściwe.
Skupiona na tych obserwacjach nie dostrzegła, że zeszli na ścieżkę, której okoliczni mieszkańcy zwykle unikali. Boginowy Most: miejsce, które z jakichś przyczyn wabiło boginy. Zawsze jakiś mieszkał gdzieś pod nim, nieważne, ile razy wrzucano go rzeki czy pozbywano się zaklęciami i śmiechem.
W pierwszej chwili, kiedy chłopiec odepchnął ją od siebie i zaczął błagać, żeby uciekała, a jej uszu dobiegły dźwięki Londynu, nie rozumiała, co się dzieje. Sięgnęła natychmiast po różdżkę - chociaż nie mogła, nie powinna używać magii - i strach ściął jej żyły, ale oczywiście, że nie rzuciła się do ucieczki. (Czy gdyby wiedziała, że Sam wcale nie spanikował, że naprawdę mógłby zrobić jej krzywdę, stałaby na miejscu równie uparcie? Może tak. Może nie. Ale nie wiedziała: nie zdawała sobie sprawy z tego, że obłożono go klątwą.)
- Sam? - zapytała, niepewnie, a potem wreszcie jej wzrok padł na most i zrozumiała, gdzie są i co się dzieje. Była miejscową, słyszała o boginowym moście, a rodzice zawsze powtarzali, że ma to miejsce omijać. (I że w ogóle nie wolno jej wchodzić samej do Kniei: widać, jak bardzo ich słuchała.)
Żołądek Brenny skręcił się boleśnie.
Chodziła do Hogwartu. Miała zajęcia z OPCM. Był to zresztą jej ulubiony przedmiot obok transmutacji. Miała okazję już spotkać bogina i nawet uczyła się zaklęcia, które pozwalało go unieszkodliwić. Ale wiedziała też, że jeśli użyje tego czaru, wpadnie w kłopoty i że widok, jaki zobaczy, wcale się jej nie spodoba.
Mimo to wysunęła się przed Samuela, by jego największy strach przybrał postać jej lęku.
Trzasnęło.
I nagle przy moście leżało ciało młodzieńca, na oko dwa czy trzy lata starszego od Brenny. Był martwy, okrutnie poraniony, pokryty plamami krwi. Erik Longbottom, który nie przeżył ataku wilkołaka - najgorszy strach nastoletniej Brenny. Zacisnęła na moment szczęki, czując, że robi się jej niedobrze, i właściwie nie była pewna, czy to że nie powinna używać magii jest takie problematyczne: bo chyba nie zdołałaby wymyślić niczego śmiesznego.
- S...Sam. Musisz wstać. Cofnij się do drzew, proszę. Będę zaraz za tobą, dobrze?


RE: [lato 1961] Chłopiec z Kniei - Samuel McGonagall - 23.02.2024

Jego edukacja domowa (czy też leśna) nie miałaby za bardzo sensu, gdyby rodzice (zwłaszcza matka, która lwią część życia spędziła w Kniei) nie nauczyli go radzenia sobie z problemami pradawnej puszczy wysyconej magią. Samuel mniej się bał samego Bogina, bo wiedział, co to za istota, bardziej zaś obawiał się klątwy, która mogła poranić jego nową koleżankę, a to wiązałoby się z szukaniem pomocy, a to z kolei wiązałoby się z faktem, że rozmawiał z kimś podczas treningu lotu. A to mogło oznaczać kłopoty i nic, absolutnie nic nie było tak okrutne i bolesne, jak rozczarowane spojrzenie Bereniki McGonagall, jego matki.

Gdy wyszła przed niego, zdał sobie sprawę, że dźwięki nie aktywowały klątwy i poczuł się nagle pewniej, jakby znów był u steru. Trawa pozostawała trawą, korzenie bez szaleństw pozostawały w ziemi, a grzyby nie postanawiały nagle zapchać ich płuc zarodnikami. Moment, uderzenie serca później zrozumiał, że nie słyszy już odgłosów miasta, ale złowrogą ciszę. Był wyższy od Brenny, więc nie miał problemu by dostrzec zmasakrowane chłopięce ciało. Do krwioobiegu wtłoczyło to dodatkową motywację, kto wie, być może gdyby tiara przydziału dotknęła jego głowy, trafiłby do Gryffindoru.

Zamienili się znów miejscami, wyprzedził ją pewnie, trzymając w dłoni różdżkę.
– To nie jest prawda. To... taki stwór, ale ja wiem, co z nim zrobić. – powiedział jej bardzo pewnie (w swoich uszach brzmiał wręcz brawurowo!). Uniósł różdżkę, czekając na to co powinno nastąpić. Bo choć bał się że klątwa zaatakuje bliskich, wiedział, że oni sobie poradzą. To czego bał się najbardziej to...

Ryk lokomotywy rozszedł się echem po lesie, ptactwo poderwało się gwałtownie. Drewniany most był już brukowany, szarość rozlewała się, złowieszcze, kpiące śmiechy i zapach... wszechogarniający smród ścieków, smogu, palonego węgla, odór śmierci i postępu.

– Ridicculus! – krzyknął a czarna, tłusta od oleju przestrzeń, którą bardziej było czuć i widać zmieniła się. Lokomotywowe gwizdy przeszły w katarynkową muzykę cyrkową i nieregularne wuwuzele, śmiech stał się mniej szyderczy, bardziej rozbawiony, lżejszy a w końcu szarość wypełnił oblepiający kolorowy proszek wybuchający nieregularnymi kleksami. Sam zaczął się śmiać, zaczął tańczyć na wspomnienie zupełnie innego wyjazdu ze swoją matką. Ten był pełen kolorów i śmiechu. Spalony olej miał w sobie tony kukurydzy i prażonych ziemniaków, gdzieś do podniebienia lepił się cukier z nabitej szklanej w konsystencji waty.

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=lnQE8f1.jpeg[/inny avek]


RE: [lato 1961] Chłopiec z Kniei - Brenna Longbottom - 24.02.2024

Brenna wiedziała, ze to nieprawda: ale martwy Erik wyglądał aż zbyt realnie, a jej nie wolno było użyć magii, jeżeli nie chciała wpakować się w kłopoty. Nie wyrzuciliby jej pewnie z Hogwartu za jedno zaklęcie, ale mogłaby spodziewać się oficjalnego upomnienia, a potem musiałaby gęsto tłumaczyć się matce, co robiła tak głęboko w lesie. I nie sądziła, że Sam, który chwilę temu zdawał się szaleć ze strachu – nie rozumiała przecież, że bał się, że zrobi jej krzywdę – zdoła tak szybko się pozbierać.
Z zaskoczeniem obserwowała, jak chłopiec zamiast uciekać tak, jak go poprosiła, wychodzi na powrót przed nią, zapewniając, że to tylko taki stwór. I jak iście popisowo rzuca zaklęcie, a potem śmieje się: nie było lepszego sposobu na pozbycie się bogina niż śmiech. Z ust Brenny wydobyło się westchnienie ulgi, gdy chłopak się śmiał, a bogin cofnął się i wpadł do rzeki, a może przestał istnieć, zniszczony przed radość, gdy do istnienia potrzebował strachu.
– Chodźmy stąd – poprosiła, wyciągając do niego rękę. Uśmiechnęła się do Sama, chociaż w tym uśmiechu czaiła się odrobina nerwowości, wywołała wspomnieniem pokrwawionego ciała brata. Bo tym, czego nastoletnia Brenna bała się najbardziej, była jego strata: od dnia, gdy chłopaka zaatakował wilkołak i Longbottom zrozumiała, że naprawdę niewiele brakowało, żeby go straciła. – Może się tu czaić więcej boginów, a ja nie powinnam czarować poza szkołą. Wpadnę w kłopoty, jeśli rzucę jakieś zaklęcie – wyznała. Sam poradził sobie z tym boginem śpiewająco, ale nie była pewna, ja da sobie radę z kilkoma, a ona ani nie chciała patrzeć już na rozszarpanego Erika, nawet jeżeli nie był prawdziwy, ani potem wyjaśniać, dlaczego zamiast do centrum miasteczka poszła do lasu, do którego nie powinna wchodzić samotnie. – Powinnam powoli wracać. Chcesz mnie odprowadzić na skraj Kniei? – zaproponowała więc po prostu. Trochę dlatego, że naprawdę była ciekawa Sama – a trochę, bo miała wrażenie, że skoro leciał za nią jako krogulec, to i on był ciekawy jej.


RE: [lato 1961] Chłopiec z Kniei - Samuel McGonagall - 25.02.2024

Był o krok, by przywdziać skórę niedźwiedzią i zacząć tańczyć pośród Kniei. Nie był jednak jeszcze tak obyty z tą nową skórą no i... jego nowa koleżanka wiedziała o tym, że jest ptakiem, mogłaby się jeszcze przejąć tym, że nie tylko... A jak jeszcze by mu nie wyszło...

Trochę za dużo atrakcji na jeden dzień.

Dlatego tylko sobie wyobrażał, dlatego jego ręce przypominały wielkie przysadziste łapy, dlatego na boki kręcił głową, trochę jak miś, trochę jak błazen, przeskakujący z nogi na nogę... Sam miał tyle szczęścia, że z matką polecieli do cyrku, w którym o dziwo jak na standardy tamtych czasów o zwierzęta się dbało, a życie w niewoli było raczej słodkim więzieniem niż rychłą śmiercią poza klatką. Sam uwielbiał wielkość i dostojność niedźwiedzia, a jego miłość do tego stworzenia tylko sprzyjała podjętym lekcjom przyjęcia na siebie skóry kolejnego gatunku. Może było to za szybko, ale matka nalegała... Żyła na pożyczonym czasie, a skoro po otworzeniu żył krew jej syna pozostawała czerwona, było sporo nadziei, że przyniesie latorośli błogosławieństwo McGonagallów. Kolejną przewagę, prócz zwinnego krogulca...

Potwór odszedł, a wraz z nim strach o strach, wraz z nim widmo, że mogłaby się im stać realna krzywda. Pomógł jej się podnieść i przytaknął na propozycję. Idąc na skraj Kniei, gadał dużo na temat roślin, które spotykali rozpoczynając od "a wiesz, że" bardzo długie, botaniczne wywody na temat ich właściwości. Brzmiał jak ktoś, kto bardzo chciał poopowiadać wiele, ale nie miał za bardzo komu.

Nie krył smutku, gdy stanęli na skraju puszczy.

– A właściwie to, jakie jest Twoje ulubione zwierze? – zapytał nie patrząc na Brenne, jego chłodne, błękitne oczy, nieco szklane obecnie utkwione były w słońcu. Proste, ale bardzo wygodne ubrania zdawały się być poza cieniem drzew mocno wypłowiałe, łatwo było wychwycić splot licznych zacerowanych dziur. – Za tydzień będziemy z matką na targu. M... może zajrzysz? Tylko nie mówi jej, że się znamy, pamiętasz? To Baba Jaga! Zamieni Cię w słup soli od razu, jak na Ciebie spojrzy! – roześmiał się znów, płaszczem kulawego żartu przykrywając dużo trudniejsze emocje, które teraz się w nim kotłowały.

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=lnQE8f1.jpeg[/inny avek]


RE: [lato 1961] Chłopiec z Kniei - Brenna Longbottom - 26.02.2024

Może i dobrze, że Sam nie przywdział niedźwiedziej skóry - wprawdzie zdążył już powiedzieć Brennie to i owo (o wiele więcej niż powinien), i zasugerować, że próbuje opanować drugą formę animagiczną, ale tańczący miś mógłby w tej chwili pewnie zdziwić trochę nawet ją.
Słuchała jego wywodów – Brenna lubiła rozmawiać, ale równie mocno lubiła słuchać i ją zwykle po prostu interesowało, co mieli do powiedzenia inni. Miała też nieodparte wrażenie, że chłopiec mówi o roślinach, bo głównie je zna - i zdawało się jej, że tkwi w tym jednak coś niewłaściwego – i że chyba z niewieloma osobami ma okazję rozmawiać.
To było trochę nieprawdopodobne dla kogoś takiego jak ona, kto miał to szczęście, że zawsze otaczali go ludzie, zawsze był ktoś w pobliżu. Brenna żyła nawet nie w rodzinie, a w stadzie wręcz, w wielkim domu, w którym poza nią i rodzicami mieszkało też dwóch wujków i kuzynki, który często odwiedzali krewni i przyjaciele. W Hogwarcie zaś rówieśników było całe mnóstwo, a że ona zawsze lgnęła do ludzi, lgnęła i ku nim.
Sam też lgnął, ale chyba nie miał do kogo. Bardziej wyczuwała to jakimś szóstym zmysłem niż pojmowała w świadomy sposób.
– Za tydzień? Sama nie wiem - stwierdziła z pewnym zastanowieniem, przechylając lekko głowę i uśmiechając się do niego nieco psotnie. – Wydaje mi się, że tydzień to strasznie długo. Może spróbuję wpaść po prostu tutaj pojutrze o tej samej porze? - zaproponowała. Jutro była już umówiona z przyjaciółkami, a i obawiała się, że zbyt częste wymykanie się z domu i wycieczki do lasu przyciągnęłyby uwagę matki. Ale pojutrze Elise miała odwiedzić koleżankę, Brenna powinna więc bez większych problemów wyrwać godzinkę dla chłopca z Kniei.
Może nawet przyniesie mu jakiś stary, szkolny podręcznik.
– Wilk. Myślę, że to będzie wilk – dorzuciła jeszcze, nie wahając się długo. Były inne zwierzęta znacznie milsze, jak psy, i znacznie bardziej pożyteczne, ale to wilki nasuwały się jej od razu na myśl, gdy myślała o ulubionych zwierzętach: może dlatego, że zawsze trzymały się w stadzie. – Zdradzić ci tajemnicę, Sam? Ani trochę nie boję się Baby Jagi.
Posłała Samuelowi ostatni uśmiech i pobiegła w stronę Warowni.

Koniec sesji