Secrets of London
[21.07.1972] Make it out alive - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Wyspy Brytyjskie (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=125)
+--- Dział: Irlandia Płn. i Płd. (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=128)
+--- Wątek: [21.07.1972] Make it out alive (/showthread.php?tid=2660)

Strony: 1 2


RE: [21.07.1972] Make it out alive - Cain Bletchley - 02.04.2024

Tak, tak, dobry człowieku, nie dziękuj. Nie wdawał się już w dyskusję z nim i nie sprawdzał, czy na pewno znajdzie coś, co umożliwi mu wydostanie się stąd. Ostatecznie da radę wywlec się kulejąc, prawda? Nawet jeśli to było niebezpieczne... Nie wiem, przecież nie znał się na biologii ludzkiego ciała, co najwyżej na pierwszej pomocy, żeby przycisnąć, kiedy krew za mocno, za szybko uciekała z ciała. I to było "best i can do".

Cain uniósł różdżkę, żeby spróbować odnaleźć ślady magii w powietrzu. Jakiekolwiek, najmniejsze linie, po których można byłoby snuć przypuszczenia, że to właśnie tutaj miał miejsce atak tych terrorystów. Próbował dla siebie samego oczyścić powietrze, wyczulić zmysły na ten specyficzny zapach, który przypominał pył i popiół, spaleniznę i zniszczenie, jaką niektórzy kryli pod zapachem intensywnych perfum. Zaklęcia pozostawiały jednak po sobie ślady - dlatego musnął różdżką jeden, to drugi budynek. Jego wzrok utkwiony był czujnie na tym, co złapało jego uwagę ruchem. Dotknął tych kawałków, które opadły z budynków na auta, zbliżając się do nich ostrożnie. W głowie Caina ciągle dzwoniło ostrzeżenie wieszczki ze święta koło Stonehenge, ale nie był to dzwon, który rozbrzmiewał akurat tu i teraz, gdy próbował się skupić na tylu rzeczach na raz i jednocześnie na tyle rzeczy uważać. Nie dać się pogrzebać żywcem i pochłonąć ani światu czarodziejów ani mugolskiemu, jaki teraz obejmował go swoimi ramionami - to temu poświęcał swoją uwagę i myśli.

Brunet opuścił różdżkę z dłonią i szybko schował ją do kieszeni, żeby nie była na widoku. Czy czar iluzji się jeszcze utrzymywał - był przekonany, że tak. Mimo to zsunął się na bok, między te auta, żeby nie być na drodze biegnącej sylwetki, której głośny tupot nóg zabrzmiał przed pokazaniem się jej rysów w dymie i między gruzowiskami. To był pierwszy odruch. Drgnął mimo to, kiedy zabrzmiał strzał i odruchowo ugiął nogi w kolanach, rozkojarzony głośnym dźwiękiem. Obcym dźwiękiem. Wysunął różdżkę... ale się powstrzymał. Przysunął się bliżej ściany na tyle, żeby oprzeć o nią plecami.


Wypatrywanie śladów czarnej magii
[roll=Z]
[roll=Z]


RE: [21.07.1972] Make it out alive - Morrigan - 02.04.2024

Różdżka na niewiele się tu zdawała, nie była żadnym radarem odbierającym magię. Nie było zaklęć mogących odczytać ostatnie użyte zaklęcia, jedyne co by się tu przydało, być może, to zdolności widmowidzenia – tych jednak Cain nie posiadał. Zaś tę czarną mógł tropić jedynie po jej smrodzie, teraz jednak przykrywanym przez coś innego. A może wcale nie przykrytą niczym? Mógł oczyścić powietrze wokół siebie i… co wtedy? Wtedy nie czuł niczego specjalnego, niczego nadzwyczajnego, niczego, czego tutaj właściwie szukał.

Jedyne co było nadzwyczajne, to ciche, bardzo ciche pikanie, dotychczas przykryte grubą warstwą… ach, wszystkiego. Dymu, kurzu i hałasu wszelakiego. Teraz jednak, gdy Cain tak się skupiał i wyostrzał wszystkie zmysły, to mógł to usłyszeć. Pik, ciche piknięcia. Jednostajne. A może to to dzwoniące ostrzeżenie przebrzydłej wieszczki, która jedyne co ludziom przepowiadała, to nieszczęścia? A oni nakręcali się, że to już zostało wpisane w ich życiorys i znikąd pomocy?

Pik.

Czy to twoje serce, Cain, łomocząc obija się o żebra? Czy to w uszach piszczało od ciągłego napięcia? Czy może mugole rozcinali piłami samochody, które okazały się być śmiertelną pułapką? Tak się naprężasz i skupiasz, oglądasz te opadłe kawałki… cegieł, betonu, dachówek, blachy… Czułeś, jak twoje ciało się napręża. Tyle myśli w głowie, tyle bodźców wokół, tyle zniszczenia, tyle nieszczęścia i tyle…

Pik.

Niczego, czego szukał. To dobrze? Źle? Może dobrze, że to chyba jednak nie czarodzieje. I źle, bo w człowieka uderzała realizacja, że… mugole byli dokładnie tacy sami. Tak samo zepsuci. Tak samo atakowali swoich…

Pik.

Bletchley kucnął, chowając się za samochody, nie chcąc być na linii widoku biegnących, którzy zbliżali się w jego kierunku. Strzał, dla nieprzywykłych, musiał być przerażający; serce biło mocniej, ciało mimowolnie się trzęsło, oddech przyspieszał. Aurorowi udało się przesunąć, oprzeć o ścianę budynku, i wtedy nastąpił kolejny wystrzał.

Pik.

Oprócz huku strzału, Cain mógł dosłyszeć świst i głuche puknięcie gdzieś bliżej, jakby… coś małego z dużą mocą i siłą uderzyło tępo w metal gdzieś bliżej. A ułamek sekundy później nastąpiła eksplozja. To był jeden z tych pozostawionych tutaj samochodów. Nie było już piknięcia. Nie było już niczego. Tylko ciągły pisk i ciemność przed oczami.


Cain na bliżej nieokreślony dla niego czas traci przytomność. Obudzi się tam, gdzie siedział - przy ścianie, mocno ranny, ale żywy. Wokół panuje jeszcze większe zamieszanie, płonie kilka samochodów i przybyło trochę gruzów i ludzi; strażacy próbują gasić pożar. Świstoklik nadal jest w kieszeni spodni. Żadnego mrocznego znaku nadal nigdzie nie widać.


RE: [21.07.1972] Make it out alive - Cain Bletchley - 03.04.2024

Ciężko było mu uwierzyć, że w ataku na mugolskie miasto zginęłoby tak... niewielu ludzi. Wielu, bo każde życie było cenne, tak by powiedzieli ci wielcy dobrzy, ci o dobrych sercach, a jednocześnie niewielu - bo czym było nawet i piętnaście osób w obliczu potęgi magii, jaką Śmierciożercy potrafili wypuścić na ten świat? Nie dało się tu rozpoznawać tego charakterystycznego smrodu, nie dało się odnaleźć muśnięć zaklęć na murach, wszystko było zaczadzone, pokryte sadzą, albo obite od kawałków ścian, które już nie trzymały się zgrabnie całości. Znak na niebie, którego wypatrywał, to poczucie trwogi, które pełzłoby po skórze od jego użycia - żadna z tych rzeczy nie przesuwała się po jego zmysłach i odczuciach, a był całkiem pewien, że gdyby jakiś czarnoksiężnik miał się tutaj pojawić, to znalazłby w tym miejscu cokolwiek. Był tego pewien, dopóki nie usłyszał piknięcia.

Piknięcia?

Ciało naprężyło się automatycznie, wyprostowało. Kiedy jesteś drapieżnikiem, a kiedy drapieżnik zamienia się w zwierzynę? W którym momencie przestajesz być wilkiem na tropie celu, a stajesz się celem, po którego śladach ktoś drepta?

Człowiek człowiekowi był wilkiem i największym wrogiem. Nie było tutaj złych, nie było tych dobrych. Ludzie gotowi się byli pozjadać, kiedy brakowało im kromki chleba - zrozum, nastawieni jesteśmy na przetrwanie. I jak w przyrodzie - przetrwać mogli tylko najsilniejsi. Widziałeś to już tyle razy - i za każdym razem potrafiło tak wpaść w przepaść serca obojętnym przyswojeniem, jak przestrzelić na wylot, ale zostawić coś po sobie. O tak, zawsze coś zostawiało. To była pustka. Teraz ta pustka, w uderzeniach serca, była wypełniona pikaniem.

Dźwięk dobiegał... skąd właściwie dobiegał? Nagle wszystko zaczęło toczyć się tak szybko, że Bletchley złapał się na problemie - na czym się skupić? Biegli mugole ulicą, a coś ciągle powtarzało swój dźwięk. Skad? Próbował go namierzyć, nie czując zagrożenia z powodu dźwięku, który był taki jednostajny i nie kojarzył się mózgowi z niczym złym, niczym negatywnym. Brzmiał jak odliczanie - tylko odliczaniem do czego?

Może do końca twojego życia, skoro miałeś unikać samochodów? Ta myśl nawiedziła go, kiedy tak przesunął wzrokiem po rzędzie aut, koło których stał. Kiedy spojrzał na jeden z samochodów, z których dobiegało pikanie. Zabrzmiał wystrzał. Cain pobladł.


Cisza.


Pierwszy był pisk. Zaraz za piskiem w uszach pojawił się ból. Nie wiedział nawet, co go boli. Wszechogarniające uczucie zupełnego połamania ciała bardzo nieskutecznie zachęcało do poruszenia się. Słyszał własne walenia serca, w końcu chyba nawet szum własnej, ciepłej krwi. Tak, ciepłej. Chyba była ciepła, albo to coś innego czuł miejscami na swoim ciele, z którego na własne nieszczęście coraz mocniej zdawał sobie sprawę. Powoli rozkleił powieki. Równie powoli starał się nie oddychać, bo nawet to sprawiało ból.

Dym. Cisza. Trzaskały płomienie i wszystko dusił dym. Zakaszlał, chociaż naprawdę nie chciał. Łzy wypłynęły spod powiek, a on rozchylił starając się złapać odrobinę powietrza przy minimalnym poruszaniu brzuchem. Gdzie jest? Co się stało? Kim w ogóle jest i po co jest? Wszystko było jedną plamą, białą kartką do zapisania na nowo w pamięci człowieka, który miał ponoć wszystko pamiętać. Nie gościła w nim żadna myśl. Była tylko świadomość własnego ciała i instynktowna potrzeba przeżycia. Zmusił swoją rękę do współpracy. Wymusił na niej ruch. Próba zgięcia chyba wyłączyła go na kolejnych parę sekund, a może nawet parę minut. Nie wiedział. Wiedział za to, że kiedy się ocknął, spróbował na nowo. Impuls bólu przebiegał raz za razem i uderzał falą gorąca, blokował oddech, wycinał myśli. Nie wiedział też, ile trwało, zanim w końcu ułożył dłoń na świstokliku.


Koniec sesji