Secrets of London
[listopad 1970] Im ciemniejsza noc, tym jaśniejsze gwiazdy - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [listopad 1970] Im ciemniejsza noc, tym jaśniejsze gwiazdy (/showthread.php?tid=2724)

Strony: 1 2


RE: [listopad 1970] Im ciemniejsza noc, tym jaśniejsze gwiazdy - Brenna Longbottom - 22.02.2024

Uśmiechnęła się mimowolnie, dostrzegając minę Mills. Ludzie lubili, gdy ktoś dostrzegał ich mocne strony i ich chwalił. Brenna o tym wiedziała i być może to, że to dostrzegała, było na swój sposób ślizgońskie. Jednocześnie jednak może dlatego, że jeśli o czymś takim mówiła, to tylko szczerze, ostatecznie była dużo bardziej Gryfonką.
- Mój ojciec. Mav - mruknęła Brenna, która z tą drugą porozmawiała od razu, a ten pierwszy... no, był zwolennikiem Dumbledore'a już od czasów Grindewalda. Erika pominęła dyplomatycznym milczeniem, bo ten chyba uznał, że Brenna bredzi, kiedy próbowała z nim porozmawiać. - Wuj Derwin. Wujek Morpheus... nie jest wojownikiem.
Brenna nie była w końcu tutaj żadną szefową, jednym z szeregowych, na razie nielicznych członków. Na razie nie miała okazji zaprosić wielu osób do Zakonu Feniksa i nie zastanawiała się nawet, czy taką propozycję powinien otrzymać Morpheus, w swoich mrokach Departamentu Tajemnic: tę decyzję pewnie podejmą jego bracia.
A przynajmniej tak sądziła.
- Co do Caina, mówiąc szczerze, nie wiem, ale sądzę, że Alastor nie będzie długo się zastanawiał - przyznała, bo Bletchley zdawał się dość naturalnym wyborem. Nie tylko dlatego, że nie było szans, aby nie zorientował się, że Patrick i Alastor "coś knują".
Omal nie roześmiała się, kiedy Millie zaczęła pytać o "ksywki" i jakoś rozluźniła się w tym momencie: pewna sztywność, która wkradła się w mięśnie ramion, ustąpiła jak ręką odjął i Brenna wygodniej usiadła na krześle.
Może nie powinno jej to bawić, ale bawiło. Myśl o tym, jak mieliby się do siebie zwracać „po ptasiemu”. Albo nazywając się nawzajem szybkimi miotłami i tym podobne.
Być może Brenna jeszcze nie była w stanie pojąć powagi sytuacji – i zrozumieć, że aż taka konspiracja pewnego dnia faktycznie może okazać się potrzebna.
Ewentualnie po prostu cieszyła się, że w tej nadchodzącej ciemności wciąż istnieje światło i dalej mogą się uśmiechać.
- Nikt mi nic nie wspominał o żadnych pseudonimach. Ale jeśli jakieś będziemy wybierać... różnie ja zaklepuję naczelnego pajaca.


RE: [listopad 1970] Im ciemniejsza noc, tym jaśniejsze gwiazdy - Millie Moody - 23.02.2024

– O nie! Nie odbierzesz mi mojej ulubionej fuchy! – parsknęła Millie rozbawiona, choć tak naprawdę jej humor zdecydowanie wzmagał w stresie i adrenalinie. W spokojnych czasach była gderliwa, wręcz ospała pomimo bezsenności, zaś gdy przychodziło wyzwanie, jakkolwiek śmiertelne, nagle jej twarz zdobił uśmiech, a cięty język za nic miał zagrożenie. Z pewnością, gdyby chodziła do Lecznicy dusz, dowiedziałaby się o tym, jaki to jest piękny mechanizm obronny, ale miała to serdecznie w dupie. Działało? Tak, więc na chuj drążyć temat.

Chciała dopić kawę, ale już jej nie było. Rozczarowana odłożyła kubek, który nawet nie był w połowie pusty, tylko pusty absolutnie. Strasznie chciało jej się palić, informacje, które zdobyła, tak naprawdę potrzebowały trochę czasu, by się porządnie osadzić i dociążyć jej ramiona odpowiedzialnością. Czasem potrzebowała kilku godzin, czasem kilka miesięcy...

– Z ksywką czy bez rozumiem, że to tajemnica, ale nie bój nic, we mnie jak w kamień w morze, nawet syreny tego nie znajdą. – tam powinna się znajdować mała gwiazdka z przypisem, bo może i syreny by tego nie znalazły, ale Alastor z pewnością już tak. Powiedzieć coś Millie to jak powiedzieć im obojgu.

– Idziemy? Nabrałam ochoty na słodkie po tych rewelacjach, tu zaraz obok jest cukiernia o podobnym standardzie z zaskakująco zajebistymi pączkami. – zaproponowała, podnosząc się, zanim dostała odpowiedź.

I chodź na zewnątrz szarość świtu przechodziła w szarość listopadowego, londyńskiego dnia, pod skórą czuła, że widmo wojny jest trwającą do skutku nocą polarną. A one, a oni pośród tej czerni będą świecić najjaśniej.

Koniec sesji