Secrets of London
[24.06.1972, Dom Roberta] Trespassing | Robert, Rodolphus - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+--- Wątek: [24.06.1972, Dom Roberta] Trespassing | Robert, Rodolphus (/showthread.php?tid=2775)

Strony: 1 2 3


RE: [24.06.1972, Dom Roberta] Trespassing | Robert, Rodolphus - Rodolphus Lestrange - 24.02.2024

Być może Robert czuł się na tyle swobodnie, że pozwalał sobie na tego typu uwagi, na które wcześniej by sobie nie pozwolił. A być może była to składowa czegoś większego - znał Mulcibera nie od dzisiaj, wiedział więc że to zachowanie, kompletnie do niego niepasujące, było czymś niespotykanym. Nie był jednak w stanie określić, czym było to podyktowane. Wiedział jednak, że Robert nie był zdenerwowany - i to mu w zupełności wystarczało. Podobnie jak to, że jednak udało mu się wybić go z rytmu. Zaskoczenie, malujące się na twarzy Mulcibera, było niezwykle przyjemne w odbiorze. Tym przyjemniejsze, że rzadko kiedy się pojawiało. Zdawał sobie sprawę z tego, że przekraczał kolejne granice i to niekoniecznie powoli, co byłoby wskazane w tym przypadku.
- Nie lubisz dotyku? - zapytał niewinnie, uważnie studiując jego reakcję, która w połączeniu z brakiem komentarza mogła zostać różnie odebrana. Zaraz jednak spoważniał, gdy padły kolejne pytania. To, że pracowali w tym samym budynku, trochę ułatwiało sprawę, acz nie tak do końca. Niewymowny nie biegał po innych piętrach i nie pakował się gdzie popadnie, nie zamierzał tego zmieniać.
- Wtedy "przypadkiem" na nią wpadnę po raz kolejny - odpowiedział po dłuższej chwili milczenia. Oczywiście że dopuszczał do siebie myśl, że Marie może zrezygnować, ale wątpił to. Był jednak przygotowany na taką ewentualność: wiedział, gdzie Marie pracuje, zorientowanie się w jakich godzinach przychodzi do Ministerstwa nie potrwa długo. - O to się nie musisz martwić. Potrafię być bardzo przekonujący i nieustępliwy, jeżeli już się za kogoś biorę.
Powiedział to takim tonem, jakby właśnie relacjonował mu, co jadł na śniadanie. Ale taki był fakt - gdy ktoś znajdował się na jego celowniku, to parł do przodu, nierzadko po trupach, by osiągnąć cel. Nie zamierzał też zdradzać Robertowi zbyt wiele, bo sam do końca nie wiedział, jak ułoży się plan, który powoli opracowywał. Nie wiedział jeszcze którą wersję wybierze i jak ją zmodyfikuje, adaptując się do dynamicznej sytuacji.


RE: [24.06.1972, Dom Roberta] Trespassing | Robert, Rodolphus - Robert Mulciber - 24.02.2024

Z jego ust wydobyło się westchnięcie.

W którym konkretnie momencie, to spotkanie zaczęło zmierzać w tym kierunku? Czy pozwolił Rodolphusowi na zbyt wiele? Dał mu palca, a ten sięgnął w odpowiedzi po całą dłoń? Naruszał jego przestrzeń. Zadawał pytania, na które niekoniecznie chciał odpowiadać. Zarazem nie denerwowało go to. Nie tak, jak... jak denerwować to powinno?

To zaś prowadziło do uczucia irytacji. Irytacji powodowanej tym, że oczekiwana reakcja nie miała miejsca. Nie nastąpiła.

- Przekraczasz granice, Lestrange. - wyrzucił z siebie.

Tylko czy aby na pewno było to ostrzeżenie? I jeśli tak - to przed czym? Ilekroć granice Roberta były testowane, to czy chociaż raz doczekało się to rzeczywistej reakcji? Takiej, o której można byłoby powiedzieć, że nie dało jej się szybko i łatwo zapomnieć? Wyrzucić z głowy?

Nawet jeśli, to przecież nic takiego nie spotkało dotąd niewymownego.

Nieznacznie się rozluźnił, kiedy wszystko, chwilowo przynajmniej wróciło na właściwe tory. Tylko ten alarm z tyłu głowy. To ciche brzęczenie? Czy aby na pewno prawidłowo to wszystko odczytywał? Nie zakładał zbyt szybko zmiany? Wycofania się?

W co grał właśnie Rodolphus?

- Mam w takim razie nadzieje, że to nie są tylko puste słowa. - skwitował, unosząc do ust szklankę z alkoholem. Pozwolił sobie na kilka większych łyków. Odstawił ponownie na blat biurka. Nad kolejnymi słowami musiał się zastanowić. Nad ciągiem dalszym. Tylko czy procenty temu sprzyjały? Pozwalały zachować trzeźwość umysłu?

Odpowiedź na to pytanie mogła być tylko jedna.

Cale szczęście nie wlał tego w siebie na tyle, żeby rzeczywiście uderzyły mu do głowy. Wpłynęły znacząco na organizm. To nie był jeszcze ten etap. Ten moment.

- Jest jeszcze coś, co chciałbyś omówić? - wreszcie zdecydował się zadać mu pytanie. A także posłać w ślad za nim sugestię. Jeśli to było wszystko, mogli się w tym momencie pożegnać. Rozejść każde w swoją stronę. Zająć swoimi sprawami. Lestrange nie musiał niepotrzebnie zajmować mu czasu. Bez powodu. Jeśli takiego nie było, to nie było też potrzeby, żeby nadal przebywał w gabinecie.




RE: [24.06.1972, Dom Roberta] Trespassing | Robert, Rodolphus - Rodolphus Lestrange - 24.02.2024

- Owszem - odpowiedział dość niefrasobliwie, najwyraźniej nie traktując tego jak ostrzeżenia. Bo nawet jeśli nim było, to było na tyle niewyraźne, że można je było zignorować. Albo przeciwnie: rozumiał ostrzeżenie, lecz... nic sobie z niego nie robił. Bo przecież gdyby Robertowi to naprawdę przeszkadzało, zakomunikowałby to. Powiedział wprost, być może nawet zakomunikował niewerbalnie. Ale nie zrobił tego. Jak więc miał to traktować? - Niektóre granice istnieją tylko po to, by je przekraczać. Nie odpowiedziałeś na pytanie.
Robert sięgnął po szklankę, znowu. Rodolphus obserwował, jak trucizna znika z naczynia w szybkim tempie. Niekoniecznie podobało mu się to, co widział - alkohol był zły w każdy możliwy sposób. Niszczył mózg, opóźniał czas reakcji. Był lepem, który wabił i obiecywał, pułapką która zatrzaskiwała się wokół ludzi i nie puszczała, dopóki ich nie wykańczał. Nigdy w zasadzie nie pytał czemu Robert pije. Pracował w tym samym departamencie, wiedział więc jakie alkohol niesie konsekwencje, nawet jeżeli nie spożywało się go zbyt często.

On nie miał zamiaru się ruszyć, przynajmniej na razie. W odpowiedzi na sugestię Roberta, wyłącznie uniósł kącik ust. Nie ruszył się z miejsca, nie drgnął nawet i nie zrobił nic w tym kierunku, by zniknąć z gabinetu. Przeciwnie: wydawało się, że lekko się nachylił w kierunku Mulcibera.
- Nasze spotkania nie zawsze muszą służyć temu, by coś omawiać - kolejna z pozoru niewinna uwaga, która i być może mogłaby tak zostać odebrana gdyby nie fakt, że w Rodolphusie nie było nawet grama niewinności i to od kilkunastu lat.


RE: [24.06.1972, Dom Roberta] Trespassing | Robert, Rodolphus - Robert Mulciber - 24.02.2024

- I nie odpowiem. - postawił sprawę jasno.

Tak to już czasem z Robertem było, że o pewnych rzeczach nie mówił. Na pewne pytanie odmawiał odpowiedzi. Prędzej czy później każdy, kto utrzymywał z nim jakiekolwiek relacje, musiał to zaakceptować. Nauczyć się z tym jakoś żyć. Bo od tej reguły nie istniał żaden wyjątek. Nawet sam Richard, pewnych rzeczy pozostawał nieświadomy. Był względem nich trzymany na dystans.

Czy tym sposobem temat został zamknięty? Ucięty? Czy może jednak Rodolphus zamierzał drążyć dalej? Sprawdzać jak daleko może zabrnąć w tej dziwnej grze? Zabawie?

Alkohol był pułapką, w którą łatwo było wpaść. Robert, o ile utrzymywał się wciąż na powierzchni, po procenty sięgał aż nadto regularnie. Z jakiej przyczyny? Przyzwyczajenia? Samotności? Wzorców, które przekazane zostały mu przed laty? Albo może chodziło o wszystko z tego po trochu. Ewentualnie żadną z tych rzeczy. Można było się zastanawiać. Można było szukać w tym przypadku odpowiedzi. Wyjaśnienia.

Można było próbować zrozumieć pewne wzorce zachowań.

Ich spotkania nie zawsze musiały służyć temu, by coś omawiać? Słowa wypowiedziane przez Lestrange'a jeszcze przez chwilę odbijały się echem w jego głowie. Nie chciały tak po prostu wylecieć drugim uchem, przeciwnym względem tego, które pozwoliły przedostać im się do środka.

- W niewłaściwym miejscu szukasz dla siebie przyjaciół, Lestrange. - zauważył, pozwalając na to, aby przez dłuższą chwilę utrzymywać bezpośredni kontakt wzrokowy. Nie powiedział przy tym nie. Nie odmówił. Ostrzegł? Zwrócił uwagę na to, że być może popełniał błąd? Próbował sięgnąć po coś, co niekoniecznie było przeznaczone dla niego? Sam Robert nie do końca wiedział, w jaki sposób powinien na to zareagować. Niewymowny był bardzo młody. Był dzieciakiem, choć starał się tego po sobie nie pokazywać. Dojrzały ponad swój wiek, inteligentny... a przy tym w wieku córki Mulcibera.

- I najpewniej również w nieodpowiednim do tego momencie. - dorzucił. Tylko co chciał tym sposobem przekazać? To co wydawało się oczywiste. O czym Lestrange sam ledwie co go poinformował. Zakończył związek. Zerwał zaręczyny. Coś musiało pójść nie tak. Coś na pewno poszło nie tak.

Bo przecież chodziło o kobietę, a kobiety zawsze oznaczają kłopoty.




RE: [24.06.1972, Dom Roberta] Trespassing | Robert, Rodolphus - Rodolphus Lestrange - 24.02.2024

I nie odpowiem. Czy Robert zdawał sobie sprawę z tego, że tym zachowaniem zamiast odpychać Rodolphusa, to go wabił? Przyciągał do siebie i zachęcał do przekraczania kolejnych linii? To, co robił, działało zupełnie na opak - przynosiło odwrotny efekt. Tak już miał, że gdy ktoś próbował zamknąć przed nim drzwi, to wbijał pomiędzy nie a framugę stopę, wciskał się do środka lub wyważał to, co było zamknięte. Tylko czy w przypadku Roberta te drzwi faktycznie były zamknięte? Być może były uchylone, bo przecież Mulciber ani razu nie powiedział słowa "nie".
- Przyjaciół? - zamrugał, ewidentnie zdziwiony. O czym on mówił? Przez chwilę Rodolphus zastanawiał się, co Robert mógł mieć na myśli, mówiąc o przyjaciołach. Znał go na tyle by wiedzieć, że on nie potrzebował przyjaciół. Przyjaciele byli zbędnym balastem, ograniczeniem na które nie mógł sobie pozwolić. Nie, Lestrange nie miał przyjaciół. Miał rodzinę i wspólników, ale z nikim nie był na tyle blisko, by móc nazwać go przyjacielem. Zresztą okropny byłby z niego przyjaciel: Rodolphus był egoistą, nie poświęciłby swojego dobra w imię innej osoby. Już nie. - Niewłaściwie interpretujesz moje słowa, chyba że posługujesz się zgrabną metaforą.
Powiedział, podchwytując jego wzrok. Czemu wciąż nie mówił nie? Zasłaniał się niewłaściwym miejscem i czasem... Z tym czasem to też nie do końca miał rację. Przede wszystkim to nie Rodolphus zerwał zaręczyny - gdyby to od niego zależało, uwiązałby do siebie kogoś, złamał i żył na pokaz, bo tak było bezpiecznie. Ale w tę grę wkradły się uczucia, przez co finał był tragiczny w skutkach. Łączenie fizyczności z emocjami nie było czymś, co teraz w tej chwili go interesowało. Najprawdopodobniej uznał, że właśnie to, po co teraz sięgał, było tym co potrzebował. I być może nie było przeznaczone dla niego, ale w jednym Robert miał rację - Lestrange był młody. A domeną młodości było popełnianie błędów. Uczenie się na nich, wyciąganie wniosków. Nie odmawiając mu sprawiał, że tym bardziej chciał ten błąd popełnić. Wyciągnąć rękę, pochwycić tę ulotną nić, owinąć nią swoją dłoń i szarpnąć mocno w swoją stronę. Nawet jeżeli by napotkał opór, to sama świadomość tego, że próbował, była ekscytująca. Kolejny uśmiech rozciągnął jego usta, gdy wyciągnął dłoń, tym razem w rzeczywistości, a nie w domysłach.
- Zastanów się - powiedział cicho, przejeżdżając zaskakująco ciepłymi palcami po jego policzku, jeżeli tylko oczywiście Robert się nie odsunął. Jeżeli by to zrobił, Lestrange cofnąłby rękę. Wiedział, kiedy odpuścić i zejść ze sceny. Na ten moment jednak pozwalał sobie na dużo, bo... Po prawdzie to bawił się w tej chwili doskonale.


RE: [24.06.1972, Dom Roberta] Trespassing | Robert, Rodolphus - Robert Mulciber - 24.02.2024

Nie. Nie nazwał w tym przypadku rzeczy po imieniu, zamiast tego decydując się na zgrabną metaforę. Zrozumiał jednak przekaz. Rozumiał do czego konkretnie zmierzał Rodolphus. Po prostu nie mówił o tym wprost. Starał się wciąż zachować dystans. Utrzymać granice. Trzymać się zasad? Sam również nie był kimś, kto poszukiwał przyjaciół. Bo i do tej roli nadawał się zapewne wcale nie bardziej niż Lestrange. Mimo różnicy wieku, różnicy całkiem dużej, łączyło ich ze sobą wiele, choć nie wszystko dało się dostrzec już na pierwszy rzut oka. Niektóre rzeczy były niewidoczne nawet przy drugim oraz trzecim podejściu.

Ale pomimo tego nadal istniały.

- Nie potrzebuje się nad tym zastanawiać. - padła odpowiedź. Co jednak znaczyła ta pewność, którą dało się wychwycić w tonie głosu? Nie odsunął się, pozostawiając to w gestii samego Rodolphusa. Nie mówił nie, zarazem ostrzegając. Badając grunt?

Może samemu nie będąc pewnym tego, co z tym konkretnym fantem należało zrobić? Jak do tego podejść? Jak to rozegrać? W jaki sposób zareagować na tę propozycję, która... w ogóle nie powinna paść? To wszystko było niewłaściwe. Nie na miejscu. Tak bardzo nieodpowiednie jak tylko się dało. Tylko czy oni dwoje rzeczywiście chcieli się przejmować tego typu bzdurami?

Nie było sensu się oszukiwać. Do czegokolwiek by nie doszło, to nigdy nie ujrzałoby światła dziennego. Nie powinno go ujrzeć. Wyjść poza ten gabinet. To konkretne pomieszczenie. A także ich dwoje.

Nie odsunął się, ale wyciągnął rękę. Złapał jego dłoń. Odsunął od swojej twarzy, ale następnie nie puścił. Wciąż się wahał, ale nie przerywał kontaktu. Ten trwał, zdecydowanie dłużej niż trwać powinien, gdyby rzeczywiście chciał to uciąć. Zatrzymać. Powiedzieć nie.

- Powinieneś się wycofać, zanim będziesz tego żałować, Lestrange. - ostatnie ostrzeżenie. Ostatni moment, żeby zabrał stąd swój tyłek. Wyniósł się z tego gabinetu, a ewentualne błędy młodości popełniał przy udziale kogoś innego. Kogoś bardziej odpowiedniego? Właściwego? Przede wszystkim młodszego.




RE: [24.06.1972, Dom Roberta] Trespassing | Robert, Rodolphus - Rodolphus Lestrange - 25.02.2024

Chwycił go za rękę, ale nie odsunął jej. Nie kazał mu wypierdalać, nie uderzył go - po prostu złapał go za dłoń i trzymał ją zdecydowanie dłużej, niż powinien. I w tej chwili Rodolphus zrozumiał, że wygrał. Wygrał w grę, którą sam rozpoczął, w którą bezlitośnie wciągnął Roberta niewiele w sumie myśląc o konsekwencjach. Bo przecież na tym etapie, już gdy tylko znalazł się w gabinecie, wszystko mogło pójść nie tak. W zasadzie to nawet tego nie planował, bo przyszedł tu z innym zamiarem: tak po prostu samo wyszło. Robert go ostrzegał, który to już raz? Czy robił to specjalnie, zauważył że im bardziej to robi, tym Rodolphus bardziej się do niego zbliża? Czy może ten fakt mu umknął, bo przecież sytuacja, w której się znaleźli, nie mogła być dla niego komfortowa? Wtedy ludzie popełniali błędy.
- Nie wątpię, że kiedyś tego pożałuję - przyznał nadzwyczaj szczerze, bo przecież nie był głupcem i doskonale zdawał sobie sprawę z konsekwencji. Ale czuł podskórnie, że będzie warto. Robert pociągał go przede wszystkim na poziomie psychicznym. Byli do siebie bardzo podobni: być może na pierwszy rzut oka ciężko było te podobieństwa dostrzec, bo przecież Lestrange był młodszy, ale gdyby ktoś się przypatrzył, to dostrzegłby te same wzorce. Rodolphus kroczył tą samą ścieżką, co Robert przed laty. Mieli wspólny cel, wspólne dziwactwa, wspólne spojrzenie na pewne kwestie. Jednocześnie on postrzegał Mulcibera jako człowieka niebezpiecznego, jak ogień z którym nie należało igrać. Sęk w tym, że on kochał ryzyko - jego życie to było jedno wielkie ryzyko. I być może nie wychylał się na co dzień, ale ich wspólne badania, działalność przy boku Lorda Voldemorta oraz to, co robili teraz, dawało mu adrenalinę, której potrzebował do tego, by żyć. - Ale podejmę to ryzyko.
Nie było już odwrotu, bo gdy tylko wybrzmiały ostatnie słowa, Rodolphus przechylił się przez biurko, na którym do tej pory siedział. Podpierał się jedną ręką, a drugą, którą wciąż trzymał Robert, zdecydowanym ruchem przesunął na jego kark. Kark, na którym pyszniła się odciśnięta ręką Mistrza, który postanowił niedawno Mulcibera ukarać. Nie jego rolą było kwestionowanie jego decyzji, ale to była kolejna rzecz, która ich łączyła: ryzyko. Robert, opuszczając Londyn w chwili, gdy Voldemort go potrzebował, znał ryzyko i je podjął. Tak jak on teraz podejmował swoje, przyciskając swoje usta do jego ust. To, co robili, nigdy nie ujrzy światła dziennego i nigdy nie opuści tego domu, tego był pewny.


RE: [24.06.1972, Dom Roberta] Trespassing | Robert, Rodolphus - Robert Mulciber - 25.02.2024

Ostrzegał. Zwracał uwagę, na możliwe konsekwencje. Czy zachęcał? Możliwe, choć nie celowo. Nie robił tego świadomie. Niezależnie od tego w jakie miejsca zaprowadził go los, Mulciber był przecież porządnym czarodziejem. Takim, który zawsze przestrzegał zasad. A przynajmniej - tak było do tego konkretnego momentu.

Nie odsunął się, kiedy Lestrange pochylił się w jego stronę. Nie odepchnął, kiedy jedna z rąk chłopaka znalazła się na jego karku. Po tym wszystkim, najpewniej wleje w siebie całą butelkę whisky. Miał jeszcze jedną, nieotwartą. Zanim jednak do tego dojdzie... zamierzał odpowiedzieć na pocałunek. To właśnie zrobił. Przyciągając chłopaka bliżej. Dając mu znać, żeby zsunął się z tego biurka.

Sam również podniósł się z dotychczasowego miejsca. Wyprostował. Nie różnili się znacząco wzrostem. Sylwetkami - już owszem, choć obydwaj byli szczupli. Młody chłopak oraz dojrzały mężczyzna. Na przeciwko siebie. Gotowi do wykonania kolejnego kroku? Pchnięcia spraw dalej?

Dłoń zsunęła się po ramieniu, w kierunku nadgarstka. Stojąc na przeciwko niemu, obserwował reakcje. Nie. Nie miał problemu z dotykiem, choć na ogół trzymał innych ludzi na dystans. Nie dopuszczał do siebie. Kolejne odkrycie - na ile interesujące? Dłoń powędrowała w kierunku kołnierzyka. W stronę guzików koszuli. Przeciągnął palcami po tych okolicach, zanim odpiął pierwszy i później kolejny.

- Wiesz na co się właśnie zdecydowałeś? - kolejne pytanie. Ostatnie? Czy może pierwsze z wielu, które jeszcze padną? Czy temu wszystkiemu miała towarzyszyć cisza, czy może wręcz przeciwnie? Wiele pytań, na które odpowiedzi miały zostać udzielone w kolejnych minutach. Za moment. Za ledwie krótką chwilę.

Bo czy na tym etapie można było jeszcze się wycofać? Czy którykolwiek z nich brał to w ogóle jeszcze pod uwagę? Rozważał?




RE: [24.06.1972, Dom Roberta] Trespassing | Robert, Rodolphus - Rodolphus Lestrange - 25.02.2024

To, co Robert zrobi po tym spotkaniu, wcale go nie interesowało. Mógł wlać w siebie całą butelkę whisky, mógł potem zamknąć się w łazience i szorować całe ciało, próbując zapomnieć o tych wydarzeniach. Bo przecież to, co robili, było niewłaściwe w każdym tego słowa znaczeniu. Czy którykolwiek z nich w ogóle pomyślał o tym, jak to wpłynie na ich dalszą współpracę? Czy to był jednorazowy wyskok, czy Lestrange będzie parł do przodu, łamiąc kolejne bariery dla własnej uciechy? Nie ustalili przecież żadnych zasad tej... "relacji".

Zsunął się z biurka, gdy tylko poczuł lekkie ciągnięcie w stronę Roberta. Nie miał problemu z tym, by gładko stanąć na nogi, chociaż mruknął niezadowolony, gdy pocałunek został przerwany. Uchylił powieki, by móc spojrzeć Robertowi w oczy. Czy on chociaż na chwilę przestanie gadać? Czy tak będzie przez cały czas? Być może faktycznie powinien się wycofać. A być może powinien po prostu zamknąć mu usta. Rodolphus przekrzywił odrobinę głowę i zbliżył się na tyle by mieć jego ucho w zasięgu swoich ust. Reakcje chłopaka były dość... Przewidywalne, patrząc na to, co robił do tej pory i w jaki sposób.
- Mniemam, że mi o tym zaraz powiesz? - odpowiedział cichym pytaniem na pytanie, bo przecież doskonale wiedział, że nawet jeżeli by powiedział, że wie w co się pakuje, to Robert nie omieszkałby mu tego powiedzieć swoimi słowami. Jednocześnie lewą dłoń wślizgnął pod materiał koszulki, w okolicy biodra. Kciukiem zahaczył o krawędź spodni, bo przecież doskonale wiedział, że nawet największe umysły miały pewne... Defekty, które pojawiały się w chwili, gdy do gry wkraczał dotyk. Wystarczyło znaleźć tylko odpowiednie punkty, by całkowicie przyćmić zdrowy rozsądek, zepchnąć logiczne myślenie na dalszy plan - sprawić, że pewne odruchy przejmą nad ciałem całkowitą kontrolę. Do lewej ręki dołączyła prawa, tym razem śmielsza. Wędrowała wzdłuż jego kręgosłupa, w górę, badając grunt i podatność jego ciała na swój dotyk. Jeżeli on jeszcze rozważał zmianę planów, to niestety ale druga strona kompletnie nie brała tego pod uwagę. Nie w chwili, gdy opuszczał głowę i drażnił gorącym oddechem jego szyję.


RE: [24.06.1972, Dom Roberta] Trespassing | Robert, Rodolphus - Robert Mulciber - 25.02.2024

W głowie obydwu mężczyzn było w tym momencie jedno - niewiele. W ten właśnie sposób można najtrafniej podsumować to, co właśnie miało miejsce. Bo przecież obydwoje byli świadomi, że do tego nie powinno było dojść. Przede wszystkim dla dobra ich współpracy, która zahaczała o różne płaszczyzny. O zbyt wiele płaszczyzn.

A jednak wszystko to miało miejsce.

Rozgrywało się w należącym do Roberta gabinecie. W kamienicy Mulciberów.

- Być może. - nie zaprzeczył, ale też nie potwierdził. Kolejne słowa już nie padły. Nie pojawiły się następne pytania, choć tych znalazłby bardzo dużo. Istniało sporo kwestii, które warto było w tym momencie poruszyć. Wyjaśnić. Zanim zabrną w tym wszystkim za daleko. Zanim będzie na to zwyczajnie za późno.

Tyle tylko, że Robert o tych pytaniach nie myślał.

Wystarczyła wślizgująca się pod koszulkę dłoń. Wystarczył dotyk. Lekko drażniący. Zachęcający do tego, aby posunąć się dalej. Pozwolić na więcej. Przekroczyć kolejne granice. To już nie było trudne. Skomplikowane. Nie wymagało zbyt wielu starań. Logiczne myślenie było coraz bardziej spychane na dalszy plan.

Żadnemu z nich nie było teraz potrzebne.

Guzik po guziku rozpinał koszulę. Również nie wycofując się. Również pozwalając sobie na dotyk. Bardziej subtelny. Jakby przypadkowy. A przecież obydwoje zdawali sobie sprawę z tego, że w tym wszystkim nie było obecnie nawet grama przypadku. Działali świadomie, choć niekoniecznie rozsądnie.

Wzajemnie zachęcając się do tego, żeby brnąć w to dalej i dalej.

Kiedy ostatni guzik został rozpięty, spojrzenie kolejny raz zawisło na ustach mężczyzny. Zbliżył się. Błądząc palcami po torsie, pozwalając sobie zawędrować pod ubranie, zdecydował się ma kolejny pocałunek. A także lekkie pchnięcie Rodolphusa w kierunku mebla, o który ten mógł się oprzeć. Nie miało znaczenia to, co znajdywało się na biurku. Bałagan, który mógł w efekcie tego wszystkiego powstać. Alkohol, który zepchnięty na podłogę, pozostawiłby wyraźną plamę na dywanie - taką, która przez pewien czas nie pozwoliłaby o tym zapomnieć.