![]() |
|
[21.06.1972] Doceniam, że udało Ci się znaleźć czas | Robert & Alexander - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22) +--- Wątek: [21.06.1972] Doceniam, że udało Ci się znaleźć czas | Robert & Alexander (/showthread.php?tid=2805) Strony:
1
2
|
RE: [21.06.1972] Doceniam, że udało Ci się znaleźć czas | Robert & Alexander - Robert Mulciber - 09.04.2024 Zachowanie spokoju. Nie pozwolenie na to, aby druga osoba zdołała wyprowadzić Ciebie z równowagi. Niekiedy było to najprawdziwszą sztuką. Było sztuką prawdziwie niełatwą. Cholernie trudną. Przebywając w towarzystwie ludzi takich jak Alexander Mulciber, mogłeś się na tym polu wciąż rozwijać. Mogłeś sprawdzać ile czasu tym razem będzie musiało upłynąć, zanim będziesz miał tego wszystkiego serdecznie dość. Zanim znajdziesz się niebezpiecznie blisko tej granicy, na której przekroczenie nie powinieneś sobie pozwolić. - Zastanawia mnie jak to możliwe, że czasem mówisz z sensem, a później odwracasz to wszystko do góry nogami. - wypowiadając te słowa pokręcił jeszcze głową. Z rezygnacją? Możliwe. Bo i z wolna był coraz bardziej zrezygnowany. Ta rozmowa zdawała się prowadzić dokładnie donikąd. Była błędem. Kolejnym błędem jaki popełnił w ostatnich tygodniach. Tylko czy mogli z tym wszystkim poradzić sobie bez Alexandra? Bez pozostałych członków rodziny? Nie będąc zgodnymi? Nie grając do jednej i tej samej bramki? Miał w tym przypadku pewne wątpliwości. Spore wątpliwości? Nie podobało mu się to, w jaki sposób odcinał jedne możliwości, otwierając w ich miejsce zupełnie inne drzwi. Nawet jeśli wydawało się to całkiem sensowne, to o pewnych rzeczach Robert wolałby zdecydować sam. Chociażby o dobraniu osób mogących stanowić wsparcie dla sprawy, która go obecnie zajmowała. - Mogłem się tego... spodziewać. - wymruczał jedynie w reakcji na stan Diany. Co konkretnie miał w tym przypadku na myśli? Alexander mógł się domyślać. Może nawet wiedział? O ile zdawał sobie sprawę z tego, jak na pewne sprawy spoglądał kuzyn... Nie dzieląc się żadnymi dodatkowymi przemyśleniami na temat Diany, na temat całego tego skandalu, jaki się wiązał właśnie z jej osobą, podszedł z powrotem do barku. Sięgnął po butelkę. Ponownie napełnił swoją szklankę alkoholem. Wczesna godziny, a on sobie procentów nie żałował jakoś szczególnie. Czasami bywały potrzebne. Pomocne? O ile alkohol faktycznie mógł w czymkolwiek pomagać. - Anastazja? - po prawdzie to wcale nie pytał. Dobrze wiedział, o kim Alexander właśnie mówił. Nie była to dla Roberta obca osoba. Tylko czy zarazem mogła to być osoba pomocna? Ciężko było określić jednoznacznie. Kolejna kobieta. A z kobietami zawsze były problemy. Pojawiały się prędzej lub później. - To jakaś możliwość. - przyznał, starając się nie dać po sobie poznać, że do tej możliwości niekoniecznie był przekonany. Nie bardzo chciał wchodzić tutaj w kolejne dyskusje. Przedłużać całą rozmowę. Chyba najlepiej byłoby to już kończyć. Pożegnać się. A następnie odpowiednio znieczulić, żeby o pewnych rzeczach zapomnieć. Wyrzucić je z głowy. Tylko czy mógł w ten sposób działać? - Powinienem już wracać do pracy, Selar może odprowadzić Ciebie do drzwi. - dał sobie chwilę, zanim postanowił spotkanie zakończyć. Grzecznie. Uprzejmie. Tak grzecznie, tak uprzejmie, jak tylko potrafił. Po wypowiedzeniu tych słów, nie odszedł od razu. Nie wycofał się z miejsca. Chwilę jeszcze czekał. RE: [21.06.1972] Doceniam, że udało Ci się znaleźć czas | Robert & Alexander - Alexander Mulciber - 12.04.2024 - Sprawdzam tak, czy rozmówca mnie słucha - odparował natychmiast Alexander, chociaż w gruncie rzeczy, dalej niespecjalnie wiedział gdzie popełnił fikołka retorycznego, i czy Robert to mówi tak na poważnie, czy po prostu chce powiedzieć: “nie fikaj gówniarzu”. Lekko zmrużył oczy, nie przerywając kontaktu wzrokowego. Rzucam na odczytanie intencji przez jasnowidza. [roll=PO] [roll=PO] Robert wydawał się zrezygnowany i zmęczony zaproponowanym przez Alexandra podejściem do sprawy. Jego wcześniejsza retorta była więc szczera: ludzie nieprzyzwyczajeni do gwałtownego strumienia świadomości, jaki wypluwał z siebie Axel, kiedy próbował wyjaśnić chaos panujący w jego głowie, często reagowali w podobny sposób. Przede wszystkim niechęcią. Mulciber, nawykły do analizowania krętych ścieżek losu, lubił roztrząsać wszystkie możliwe wyjścia z danej sytuacji, początkowo zbyt zaaferowany misterną mozaiką wyborów, by móc pochylić się nad jedną, konkretną, która zapewniłaby powodzenie danemu przedsięwzięciu czy pomyślne rozwiązanie trudnej sytuacji. Zakładał, że im więcej pomysłów na rozstrzygnięcie problemu, tym lepiej. Im więcej zmiennych w skomplikowanym równaniu przeznaczenia, tym więcej mentalnego wysiłku było potrzebne, by poprawnie wyliczyć kalibrację przyszłości. Robert nie był jasnowidzem. Robert był... Metodyczny. Dokładny. Precyzyjny. Niczym samowystarczalna maszyna licząca, która zawodziła jednak, jeżeli wprowadziło się zbyt wiele niewiadomych. To jakaś możliwość, mówił, ale bez przekonania. - Kadzidełka mogą zaczekać, ale ja nie - odpowiedział Alexander, równie uprzejmie, co Robert. Skoro chciał rodzinnego spotkania, to ma rodzinne spotkanie. Zakołysał trzymaną w dłoni szklanką. - Myślę, że możemy zgrabnie obejść problem Juliusa. W trakcie rozmowy zdążył przypomnieć sobie conieco na temat doniesień o wuju. Artykuł traktujący o Juliusie Mulciberze przeczytał siedząc z Dianą razem w poczekalni biura aurorów, kiedy razem z nią oczekiwał na przesłuchanie. Zwykle niespecjalnie przejmował się doniesieniami ze świata, bo jeżeli coś nie pojawiło się w jego wizjach, nie było warte uwagi – doniesienia w gazetach śledził tylko przez całe to zamieszanie z Donaldem, ale wysyp sensacyjnych gównoartykułów pełnych teorii spiskowych na temat brata tylko nasilił jego niechęć do pismaków – dlatego na spokojnie rozwiązywał sobie krzyżóweczkę, ignorując trwający nieprzerwanie od kilku dni wewnętrzny atak paniki. Przewrócił oczami, kiedy Diana pokazała mu paluchem nazwisko Mulciber, spodziewając się kolejnego nagłówka o „morderczej Mulciberównie”, ale zdjęcie dawno niewidzianego wuja i wzmianka o śmierciożercach przyciągnęły jego uwagę na tyle, by Diana na powrót mogła wyrywać szwagrowi z rąk swoją krzykliwie kolorową Bravo Witch, którą to wcześniej bezczelnie jej zagarnął, zauważywszy przepyszną krzyżówkę. - Jak już mówiłem, Donald leży w szpitalu, ale magimedycy mówią, że nie wyjdzie z tego. Sam widziałeś, jaki medialny młyn powstał wokół tej sprawy. - Alexander przejechał ręką po twarzy, jakby próbował zetrzeć zmęczenie, które mimowolnie odbiło się na niej na samo wspomnienie brata. - Nad jego ciałem złapali przecież cholernego mafioza, ale wypuścili go z braku dowodów... I tak dalej, i tak dalej. Jako że dopiero co zakończyły się oficjalne przesłuchania w tej sprawie, możemy upiec dwie pieczenie na jednym ogniu wydając jedno, łączone oświadczenie do prasy: coś w stylu, że "dziękujemy za wszystkie życzenia powrotu do zdrowia", "dementujemy plotki o rzekomym współudziale osób trzecich", "dalej współpracujemy z Ministerstwem by wyjaśnić okoliczności sprawy", "prosimy o modlitwy do Matki w intencji o zdrowie Donalda"... Alexander sam nie wiedział, czy chce mu się śmiać, czy wymiotować, czy panikować (temat Donalda tak na niego działał), więc szybko osuszył swoją szklankę, by zmyć nieprzyjemny smak strachu osiadły na nagle zdrętwiałym języku. - ...A na koniec można by napisać - oczywiście, ładnymi słowami, ja nie jestem, kurwa, poetą, żeby się znać na tych sprawach - "prosimy o to, by zaprzestać niepokojenia naszej rodziny, pogrążonej w głębokim smutku po wypadku Donalda, bo ta medialna zawierucha jest, no, okropna", i wtedy rzeczywiście pasowałoby dopisanie, że "chcielibyśmy się stanowczo odciąć od Juliusa Mulcibera, który został wykluczony z naszego rodu", "solidaryzujemy się z ofiarami, bla bla", "łączymy w bólu", bla, bla, można jeszcze dorzucić nawet jakiś, kurwa, datek dla rodzin poszkodowanych. Albo założyć fundację, nie wiem. Jak Robertowi nie chciało się słuchać jego pierdolenia, powinien zająć się produkcją woskowych zatyczek do uszu, a nie świeczek. RE: [21.06.1972] Doceniam, że udało Ci się znaleźć czas | Robert & Alexander - Robert Mulciber - 23.04.2024 Bardzo chętnie by mu wyjaśnił dlaczego kadzidełka nie mogły zaczekać. Wytłumaczył ile czasu zajmuje praca. A także jak bardzo jest wymagająca. Przy okazji wskazałby Alexandrowi drogę prowadzącą do drzwi wyjściowych. Albo do znajdującego się w salonie kominka, jeśli taki sposób transportu uważał za wygodniejszy. Zrobiłby to, gdyby nie kolejna część wypowiedzi. Fascynujące, że mimo całego tego zniechęcenia, zmęczenia, irytacji wynikającej z dotychczasowego przebiegu całej tej rozmowy... Robert w dalszym ciągu był skłonny słuchać. Niby wiedział, że to bez sensu. Niby zdawał sobie sprawę z tego, że tylko traci czas. A jednak robił to. Poświęcał temu więcej uwagi niż było to warte. Skinął głową, słysząc o medialnym szumie, który powstał w związku z sytuacją Donalda. Jego nieszczęśliwym... powiedzmy wypadkiem. Nie poruszył tej kwestii, choć tego rodzaju rozgłos również ich rodzinie nie służył. Zwłaszcza, że w znacznej mierze dotyczył on Diany, która... ujmijmy to w sposób subtelny - nie cieszyła się najlepszą prasą, przychylnością mediów. Przedstawiano ją w sposób jednoznaczny. W niekoniecznie pozytywnym świetle. Powinna nad tym popracować. Choć może niekoniecznie pod okiem Anastazji. - Brzmi to... znacznie lepiej. - zajęło mu to dłuższą chwilę, ale wreszcie zareagował. Odpowiedział. Propozycja, pomysł, nie były najgorsze. Pogrążona w żałobie rodzina, na którą spadały kolejne ciosy. Gotowa jednak wesprzeć tych, którzy zostali pokrzywdzeni z racji na działania krewnego. A także osób mu podobnych. Robert myślał o podobnym rozwiązaniu. Czegoś takiego poszukiwał. Nieco zbyt długo musiał czekać na moment, kiedy Alexander zdoła dotrzeć w te same miejsce. - Byłoby dobrze, z racji na Twoją pozycje w naszej rodzinie oraz stopień pokrewieństwa z Donaldem, żeby oświadczenie było Twojego autorstwa. - zwrócił mu uwagę na tę drobną, acz istotną kwestie. To właśnie z tej przyczyny, tego powodu, musieli się spotkać. Robert nie wierzył, żeby bez tego spotkania Alexander zareagował na to wszystko. Być może nawet cała ta sytuacja umknęłaby jego uwadze. Starszy Mulciber wciąż miał o nim raczej kiepskie zdanie, wypracowane latami obserwacji. Czegoś takiego nie mógł zmienić jeden sensowny pomysł. Jedna ledwie propozycja. - Postaraj się to czym prędzej zorganizować. Gdybym był potrzebny, miał się do tego dołączyć, będę do dyspozycji. I na Merlina, nie zapomnij mnie poinformować, kiedy to załatwisz. Chyba, że chcesz się ze mną dłużej męczyć, użerać, wysłuchiwać pretensji. Odbierać całe stosy listów, które zostaną dostarczone przez nieszczęsną sowę, zmęczoną ciągłym kursowaniem w tę i z powrotem. Tego mówić nie musiał. I tak zdawało się wisieć w powietrzu. Bo nawet jeśli nie byli ze sobą blisko, to Alexander musiał się czegoś takiego po prostu spodziewać. RE: [21.06.1972] Doceniam, że udało Ci się znaleźć czas | Robert & Alexander - Alexander Mulciber - 24.04.2024 - Nie zapomnę - beztrosko zapewnił Roberta, wstając z dotychczas zajmowanego miejsca. - Informuję cię teraz. Ani on, ani Robert, nie chcieli tutaj być: Robert, ze względu na głęboko ukorzenioną niechęć do skłóconej części rodziny i konieczność przepychania się na argumenty z autystycznym Alexandrem, zaś Alexander... Alexandrowi tak ogólnie nie chciało się być. - Wyjeżdżam na miesiąc. Do Francji. - uświadomił spokojnie kuzyna. - Sprawy służbowe Departamentu Tajemnic. Ściśle tajne. Och, po prostu nie mógł się powstrzymać, by nie wsadzić Robertowi tej drobnej szpileczki odnośnie stanowiska w Ministerstwie. Co innego miał mu zresztą powiedzieć? Wyjeżdżam, i nie wiem kiedy wrócę. Reszta rodziny poczułaby się bezkarna, i obsiadła kochaną Dianę niczym sępy, gdyby akurat teraz go zabrakło. Muszę się oczyścić: pozwolić, by alkohol wypalił ze mnie to, czego nie zdoła wypalić francuskie słońce, które kiedyś tak kochałem. Alexander nie chciał szklanki jebanego whisky, rocznika 30, z niewielkiej destylarni w Cork. Chciał flaszki pędzonego przez znajomego Roma śmierdzącego bimbru, którym mógłby nawalić się pod gołym niebem, pod gwiazdami, tak, że zapomniałby, jak się nazywa. Muszę się zastanowić, jak ze sobą skończyć. Niemal uśmiechnął się do tej myśli. Wiedział, że Robert również poweselałby, gdyby to usłyszał. Miał to gdzieś. Miał już to wszystko gdzieś. Wiedział tylko, że jeżeli jeszcze raz usłyszy imię "Donald", to zwymiotuje prosto na dywan Roberta. Donald mógł leżeć na wpół martwy w Lecznicy Dusz, zawieszony pomiędzy życiem a śmiercią - a magimedycy mogli próbować po cichu uświadamiać Mulcibera, że jego brat już nigdy, zapewne, nie wybudzi z marazmu nieznanej klątwy - ale w snach Alexa, niepogrzebane truchło Donalda budziło się do życia każdej nocy, nieważne, ile razy go zabijał, nieważne, ile krzyczał, wył, błagał, ten skurwiel nie chciał zdechnąć. Wiedział, że po prostu nie dałby rady napisać tego oświadczenia. Sam to sobie napisz, skoro jesteś taki mądry, chuju jebany. - Skoro tak dużo listów mi wysłałeś, musisz lubić pisać. Pozostawiam tę sprawę tobie. Na pewno sobie poradzisz. Jeżeli chodzi o fundusze, po prostu poproś Dianę o stosowny czek. - Przetarł dłonią twarz, nagle znużony. - Podpisz to moim imieniem i nazwiskiem. Uznajmy to za początek rodzinnej współpracy. Odwrócił na chwilę twarz w stronę okien wychodzących na ulicę. Ciemne zasłony broniły salon niemal całkowicie przed dostępem promieni słonecznych. Mulciber machnął krótko różdżką, sprawiając, że się rozsunęły. Tak lepiej, pomyślał, kiedy ponure pomieszczenie zalało naturalne światło. - Przyda ci się przy pisaniu - rzucił, chowając różdżkę do kieszeni. Ostatni raz spojrzał na drzewa porastające mugolski park za oknem. Od kiedy Donald przestał być częścią jego życia, wszystkie zaczęły wydawać mu się jakieś takie zieleńsze. - Au revoir, Robercie. To po francusku: "nie pisz do mnie więcej". Teleportował się tuż za progiem. Przedtem pomacał się tylko po kieszeni, czy nie wypadł mu przypadkiem Pustelnik od Ambrosii. Postać opuszcza sesję
RE: [21.06.1972] Doceniam, że udało Ci się znaleźć czas | Robert & Alexander - Robert Mulciber - 24.04.2024 Znów ta cholerna Francja... już na samo wspomnienie tego cholernego kraju zamieszkiwanego przez żabojadów, prawie go zemdliło. Starał się jednak nie dać tego po sobie poznać. Skupić się na czymś innym. Wyrzucić z głowy to, co nie powinno się w niej znajdywać. Przynajmniej w tym momencie. - Ah tak. Ściśle tajne. - skomentował. Po tonie głosu, postawie Roberta, można było jednak łatwo dojść do wniosku, że niekoniecznie był przekonany, iż za tym całym wyjazdem stały sprawy Departamentu Tajemnic. Nie zamierzał się w to zagłębiać. Nie jego interes. Przynajmniej tak długo, jak wycieczki Alexandra nie będą się odbijać na reszcie rodziny. Na razie nie miał podstaw do tego, żeby się ich obawiać. Słysząc o tym, że ma te oświadczenie napisać na niego, przez chwilę tak po prostu się na Alexandra gapił. Nie patrzył, a gapił. A więc w taki sposób chciał to rozegrać? Mógłby się teraz z nim sprzeczać, ale jakiś cichy głosik z tyłu głowy... podpowiadał mu, że może lepiej będzie jeśli faktycznie sam te oświadczenie napisze. Na pewno popełni przy tym mniej błędów niż zrobiłby to Alexander. - Niech stracę. - zdążył powiedzieć, nim Alexander odsłonił te cholerne okno. Nie bez przyczyny zasłonięte. Robertowi nieszczególnie odpowiadało to, że mieszkał w sąsiedztwie mugoli. Zarazem jednak, przez te wszystkie lata nie ruszył nawet palcem, żeby to zmienić. Może potrzebował mieć coś, na co będzie mógł narzekać? Można było wręcz pomyśleć, że miał w sobie coś z polaka, gdyby nie to, że był jednak do bólu angielski. No cóż. Nie zdążył jednak na to zareagować. - Masz szczęście, że ten jęz... - chciał powiedzieć coś więcej, ale kuzyn zniknął. Pokręcił na to lekko głową. W zasadzie to niewielka strata. Nie będzie po nim płakał. Za nim płakał. Postara się natomiast o to, żeby następnym razem zachował się bardziej... odpowiednio. Tak jak należy. Przebywając w salonie bez niepotrzebnego towarzystwa, mógł sobie na nowo napełnić szklankę alkoholem, a następnie udać się do swojego gabinetu. W głowie układał już pierwsze zdania oświadczenia. Koniec sesji
|