Secrets of London
[1969] Wieki Marsz - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [1969] Wieki Marsz (/showthread.php?tid=2810)

Strony: 1 2


RE: [1969] Wieki Marsz - Millie Moody - 10.04.2024

Brak wódki w ręku irytował ją.

Zasrany świat również.

Pieprzone karty również.

Słowa Morpheusa również.

Jej pojebana dusza również.

Jej upośledzone ciało również.

Brak Alastora w domu również.

Brak Alastora w domu najbardziej.


– Pierdole taki świat i taką zmianę i pierdolę to, że jacyś ludzie muszą wychodzić na ulice, żeby mogli nazywać się ludźmi. Wiesz co, miałam to w dupie w sumie, tych całych charłaków w sensie... kurwa no... nie mam daru, tak jak Ty czy...czy Alastor. Ale Alastor nie miał już daru, miał klątwę, która mu ten dar zabrała. Mildred była chyba jedyną osobą, która cieszyła się z tej sytuacji. Pozwalała ona kochać brata, a nie zazdrościć mu mocy, których jej odmówiono. –.. czy moja matka. Ale lubiłam sobie myśleć że "pieprze to, może nie widzę przyszłości, ale przynajmniej nie jestem charłakiem". I było mi kurwa lepiej. A teraz jest mi gorzej, bo to jest pojebane. Świat zaprojektowany przez czarujących, wszystko ogarniane magią i pośród tego ludzie, którzy myśleli, że będą tacy jak ten świat, a tymczasem jeb drzwi zniknęły, list nie nadszedł, nikt nie dał im różdżki w dłoń. Prze-je-ba-ne, może lepiej byłoby im zrobić jakąś wioskę kurwa nie wiem, w której mogliby sobie po prostu żyć i wszystkie skrzaty świata by im usługiwały, żeby mieli chociaż namiastkę, ale i tak wiem, o kurwa jak dobrze wiem, że czuli by się kurwa jak szmaty, jak nieudany eksperyment genetyczny, wyjebani z domów, ukrywani po piwnicach. Wkurwia mnie, że jest ich tak dużo a te szmaty czyste rody nic nie zrobiły, żeby zmienić ich sytuacje, tylko knebel w ryj i areszt domowy. – Zirytowana szarpnęła ręką zrzucając kołdrę, wiedziała, że nie da rady, że nie usiedzi w łóżku i nie chodziło wcale o zlizywanie wódki z podłogi, ale o Alastora, on gdzieś tam był, ona go potrzebowała, ale musiała przełknąć gorzką pigułkę z wiedzą, że praca była na pierwszym miejscu zawsze.

Jej wychudłe nogi przypominały bardziej kości z naciągniętą papierową skórą. Była w samych majtkach, raczej nie spodziewała się wizyty kogokolwiek, a tak było prościej leżeć i narzekać na swój los. A teraz wstała wściekła, bliska płaczu lub wrzasku, lub obu. Wstała i momentalnie zjebała się na podłogę, bo felerna klątwa uprzejmie jej przypomniała, że nadale jest kaleką. Nic, tylko malować ją taką rozwaloną na podłodze, przebitą dziesiątką mieczy. Szkoda, że koc nie był czerwony. Bardziej by pasowało.

– Idź sobie, nie chce Cie tutaj.– sapnęła z twarzą wbitą w zakurzoną, lepiącą się podłogę. Nie podnosiła się, nie drgnęła nawet, tylko jej krzywe palce drapały podłogę, z każdym razem coraz mocniej, jakby rychło chciała pożegnać się ze swoimi paznokciami.
[inny avek]https://i.pinimg.com/564x/f1/05/c9/f105c96d1a5b2e1ae882105187f06e8e.jpg[/inny avek]


RE: [1969] Wieki Marsz - Morpheus Longbottom - 12.04.2024

To była gorzka pigułka do zgryzienia dla takich jak on, którzy wierzą w swoją moralną wyższość nad konserwatywnymi poplecznikami ciasnego rozdziału, czystej krwi, lecz tak naprawdę nie różnią się niczym, od tamtych. Nie dążą do zmiany prawa czy zniesienia dokumentu regulującego przynależność i status krwi. Legislacja leżała i kwiczała, prawa związane z edukacją charłaków czy mugolaków albo były prawami martwymi, albo nie istniały. Działania charytatywne Longbottomów to pudrowanie nosa, głaskanie własnego sumienia. Wieszcz nie lubił o tym myśleć i nie zamierzał, nawet przy wrzaskach panny Moody.

Zacisnął usta. Jej chude nogi sprawiały, że otwierał mu się chlebak w kieszeni. Biedne, biedne dziecko.

Nie pomógł jej wstać, wiedząc, że szybciej ugryzłaby go w rękę, zostawiając ropiejący ślad swoich zębów na boku jego dłoni. Westchnął i wyciągnął kolejną kartę. Nie pokazał jej Millie. Wieża waliła się, odpadały kolejne cegły. Mówiła, że nie jest jasnowidzem, ale czasami Morpheus miał temu wątpliwości. Bardzo szybko wyłożył resztę układu na stolnicę, zgarnął karty do talii i wyszedł z pomieszczenia. Zamknął drzwi i rzucił na nie wygłuszające zaklęcie dokładnie w tym momencie, w którym usłyszał pierwsze okrzyki marszu przez okna.

Został z nią, siedząc w kuchni i starając się nie słyszeć dźwięku paniki, która rozbijała się po okolicznych ulicach, tak samo jak błyski magii świecące się, niczym sygnały alarmowe, w szybach kamienic.


Koniec sesji