![]() |
|
[12.07.1972] Exist for love | Laurent & The Edge - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [12.07.1972] Exist for love | Laurent & The Edge (/showthread.php?tid=2903) |
RE: [12.07.1972] Exist for love | Laurent & The Edge - Laurent Prewett - 25.03.2024 Był bliski tego, żeby tutaj poszczekać - jak ten mały chihuahua przy wielkim rottweilerze - ale aż na tyle odwagi nie miał. Chyba. Chyba aż na tyle nie czuł się pewnie. Ciągle nie wiedział, gdzie były granice i może nigdy nie miał się dowiedzieć. Może miał mieć wypaloną scenę z wczorajszego wieczoru w głowie, a potem ciągle myśleć o tym tatuażu w cyrku, który zatrzymał jego serce i doprowadził do załamania myśli. Może miał się cofać do narkotycznych chwil, które były pełne takiego uniesienia, jakiego pewnie nie da się zaznać bez używek. Chyba. Przecież niczego mu nie brakowało w obecnym życiu, prawda? Był w zasadzie zdrowy, dokonał czegoś w tak młodym wieku (niekoniecznie poprawnie) i osiągnął "sukces". Nic tylko szukać żony, bo przecież drzewa już zasadził i dom wybudował. Tymczasem ciągnęło go do tego, żeby odwiedzić palarnię Changów i zrobić coś... coś głupiego. Jakieś niemądre rzeczy, których robić nie powinien przy tym, co teraz działo się w jego życiu. I właśnie przez to, że się działy, to pochyła w dół była taka kusząca. Wolność, niczym nie skrępowana, gdzie już nie dbasz o jutro i nie przejmujesz się wczoraj. Jest tylko obecna chwila, miraż doznań, dzikie barwy i podróże senne, albo te nazbyt aż intensywne na jawie. Bez znaczenia - dajcie mi cokolwiek. Cisnął się więc komentarz na język, ale jedynym komentarzem pozostał uśmiech. Rozbawiony uśmiech i dygnięcie dworskie, bo przecież na taki komplement należało odpowiednio zareagować. Ciekawe, czy gdyby poznali się w innych okolicznościach to by się dogadali? Pewnie nie. Pewnie... zawsze by ich coś dzieliło. Jego ta nadgorliwa potrzeba opiekowania się drugą istotą, a Crowa wielka potrzeba, by spoglądać na otwartą przestrzeń i rozkładać skrzydła. Przynajmniej tak to widział błękitem swoich oczu, którego człowiek przed nim nie mógł rozróżnić, ale... to musiała być kolejna jasna plama w całym jego polu widzenia. Anioły musiały tak wyglądać. A te, co upadły, musiały wyglądać jak Fleamont Bell. Crow więc nie musiał niczego chcieć. Nie musiał się niczego domagać. Nie, to raczej Laurent się domagał - choć delikatnie. Jarczuk mógł być mu bronią i tarczą, ale nie chciał go nasyłać na nikogo tak w gruncie rzeczy. To nie był pies, który ugryzie cię w nogę i poboli, ale szybko uda się ogarnąć temat. A jednak mimo tego, że przy gościach zazwyczaj zabierał Dumę do lasu, teraz pilnował, żeby mieć go przy sobie. Bo gdyby jednak nacisnął za mocno - co by się stało? Co mógłby uwolnić w tym gwałtownym człowieku z rzeczy, które by mu się nie spodobały, które by krzywdziły, parzyły jak rozżarzone żelazo? Nie powinienem się wtrącać. Nie, powinieneś wręcz trzymać się od Crowa z daleka, bo nawet jeśli z Dante nie ma już nic wspólnego, to co z Madame? Istniał między nimi kontakt? Nie istniał? Co by powiedziała widząc swoich chłopców znowu razem? Pewnie byłaby zazdrosna. Cholernie zazdrosna. Potrafiła kumulować chore problemy tą zazdrością, licząc na to, aż znowu jej sypialnia stanie się cieplejsza. Kiedy masz zimne serce możesz liczyć tylko na to, że ktoś będzie miał je ciepłe za ciebie. Nie mógłbyś jednak nie chcieć pomóc, tak koniec końców. Niezależnie co powinieneś, czego nie, co było zdrowe a co nie. Ta próba zaspokojenia siebie samego przecież też była chora i nie mogła przynieść niczego dobrego. Wywodząca się z głębokiego snu, który uskrzydlał. - To nie jest moja ulubiona forma zabawy. - To nie granie niedostępnego było ulubionym elementem, a to, co Fleamont przecież też lubił. To kuszenie. To budowanie napięcia, aż druga strona będzie cała rozpalona, aż będzie cię pragnąć samym sobą. Czary pomalutku... ale tutaj, między nimi? Tu nie trzeba było czarować. Laurentowi zależało w zasadzie na tym, żeby... trochę tego człowieka ogarnąć. Wyglądającego na zmęczonego i zmarnowanego nawet pomimo snu. Usiadł na krześle obok miejsca, które zostało nakryte dla Fleamonta, ale tak, jego spojrzenie mówiło wyraźnie, co jest jego celem i na co ma apetyt. - Wygrałem konkurencję z klasycznym, angielskim śniadaniem? Mmm... - Błysnęły mu oczy w rozbawieniu, kiedy obserwował każdy ruch. I to fakt, gwałtowniejszy ruch pewnie zostałby nagrodzony pacnięciem po łapach - ale tylko pacnięciem. A ten został przyjęty z pełną chęcią i zadowoleniem, kiedy obserwował czarnowłosego. To abstrakcja. Jakże przyjemna abstrakcja. Nie powinniśmy. Musiał pogubić za dużo piór ze swoich uświęconych skrzydeł. Więc myślał, że nie powinien, kiedy lekko nacisnął na krocze mężczyzny i przesunął stopę nieco w górę i z powrotem. - Teraz żałuję. - Tak. Wszystko w nim pragnęło tego doznania. Zatopienia się w tym absolutnym grzechu. - Ale najpierw - śniadanie. Chyba, że trzeba cię nakarmić? - Uniósł wyżej kąciki ust. Mógł powiedzieć basta i wyjść w każdym momencie. Laurent przynajmniej nie będzie mógł sobie powiedzieć, że nie próbował. RE: [12.07.1972] Exist for love | Laurent & The Edge - The Edge - 28.03.2024 Crow mimo kilku zgrzytów wynikających z tego jak bardzo się wczoraj zeszmacił, wszedł w swoją rolę niemal idealnie. Wyglądał na naprawdę pewnego siebie niemal non stop, a teraz kiedy odchylił się do tyłu na krześle, sprawiał wrażenie kogoś wierzącego we własną bezkarność i siłę. Chciałby pomyśleć, że działała tak na niego obecność Laurenta - przybranie maski z przeszłości wydawało się przecież tak oczywistą solucją na pojawienie się w jego życiu kogoś, kto widział go tylko takim. Ale to była przecież ułuda. Przebłyski dawnych czasów wracały do niego już od maja, przebijały twardą skorupę, jaką próbował zbudować wokół siebie przez ostatnie lata i zmuszały do przerażającego przemyślenia, że... może to nie była tylko gra, może Crow nie był kostiumem, a nawet jeżeli nim był, to może był częścią niego. Oddałby tak wiele, aby rozdzielić wszystkie persony, jakie przybrał na przestrzeni swojego życia, ale to nie było możliwe. Nie bał się tego psa, bo The Edge spędzał czas wśród zwierząt tresowanych przez Fiery. Nie bał się Laurenta, bo Crow widział go w jednym z najgorszych momentów jego parszywego życia. Nie bał się też tego co mówił, bo Flynn dobrze wiedział, jak to jest zostać dogłębnie skrzywdzonym zbyt wcześnie, tak wcześnie, aby to pozostawiło permanentny odcisk na twojej duszy. I wiedział też, jak to jest ten fakt zaakceptować, bo przecież wcale nie miał Fontaine za złe tego, że wyrwała go jako dzieciaka z objęć ludzi, którzy o niego dbali, tylko że przestała go kochać kiedy już był dorosły. Fleamont, to małe dziecko, jakie w nim żyło rozumiało, że ludzie mieli o wiele gorsze i bardziej niszczące ich sekrety, ale trzymali je głęboko w najczarniejszych czeluściach swojej psychiki. To po takie rzeczy nie powinien sięgać, a nie wstrzymywać się przed komentowaniem tego, co Laurent robił teraz lub wtedy. Był tu, był nazywany Crowem, czuł się Crowem, grał Crowa, ale czego by nie zrobił, oni nigdy nie byli odrębnymi postaciami - korzystali ze swojej wiedzy i umiejętności, uczyli się od siebie nawzajem, budowali jego. Tylko nie za bardzo wiedział, kim ten on był. Jedynym co wiedział, czego był całkowicie pewnym... to że to wszystko było cholernie realne. Chciał mieć go teraz dla siebie tak bardzo, żeby aż zwątpił we własne decyzje, we własny kompas moralny - bo wczoraj mógł mieć go na tej cholernej plaży, z perspektywy dzisiejszego dnia może nawet nie miałby aż takiego poczucia winy, bo Prewett zachowywał się tak, jakby dzisiaj był w stanie mu za to podziękować. Niby tego nie chciał, bo nie chciał być potworem, a jednak pozwalał temu w sobie żyć. Czemu, do cholery, czemu?! - Pomijając to, że nie tknę tego palcem, to - brzmiał nieco inaczej, jakby głos mu ochrypł, ale był to efekt tylko i wyłącznie podniecenia - kurwy takie jak ty sprawiają, że zdarza mi się zatęsknić za Ścieżkami. - Oczywiście - to brzmiało, jakby mu ujmował, ale wcale tego nie robił - to było jedno z najszczerszych wyznań, jakie mógł mu ofiarować, zwieńczone przejechaniem dłońmi po tych zabójczo długich nogach. To był komplement. - Jesteś pierdolonym dziełem sztuki. - Dziełem sztuki, jakie chciał skonsumować o wiele bardziej niż jakieś durne, przyziemne rzeczy. To nie był jego czas i miejsce na bycie normalnym. - Daj sobie z tym spokój - ewentualnie traf w jego gusta trochę bardziej - fakty były takie, że gdyby na stole leżała paczka najtańszych ciastek, prawdopodobnie poczęstowałby się nimi bez pytania o jakąkolwiek zgodę, ale przecież nie mógł tego wiedzieć, tak jak i miliona innych rzeczy, które czyniły go bardziej człowiekiem, a mniej fantazją nawiedzającą go w snach. - Jeżeli masz jakiś fetysz opieki, to dobrze wiesz, czym możesz mnie nakarmić. - Sobą. Odchylił się do tyłu, unosząc biodra ku górze, kiedy przejechał mu po kroczu stopą. Wydawało mu się, że jeżeli po wszystkich słowach, jakie tu padły, Prewett nie zdecydował się ostatecznie, to już tego nie zrobi. Przed padnięciem na kolana na deski tego tarasu zadał już tylko jedno pytanie. Zmęczonym głosem, ale wciąż zdecydowanym. - Żałujesz tego, że nie odpłyniesz ze mną na haju, czy tego, że wczoraj przestałem, bo powiedziałeś „nie”? RE: [12.07.1972] Exist for love | Laurent & The Edge - Laurent Prewett - 28.03.2024 Nienawidził siebie samego teraz za to, że spoglądał na tego pewnego siebie człowieka, który rozbierał go oczami i wpełzał pod skórę (Wąż z Piekła, uwierzysz?) i było mu żal. Żal życia, które go zniszczyło, szkoda zmarnowego dzieciństwa, szkoda tych wszystkich lat, które zostawiły na nim blizny. Smutek unosił się na mewich skrzydłach, które teraz pozwalały na to, by unosiły je fale. Tak pozwalaliśmy, żeby każdą z uczuć nosiła kolejna zakładana maska. Osoba, którą się stajemy, bo ktoś chce, żebyśmy nią byli. Bo jedyne, czego pragniesz, to tego, żeby druga strona cię potrzebowała i kochała - niezależnie od tego, kim musiałeś się stać, żeby cię zaakceptowała. Kim więc jesteś ostatecznie? Osobą z tej maski, osobą skrywaną za nią? Obiema? Jeśli obiema, to co z resztą oblicz, które chowane był za plecami i niknęły w kolejnym blasku światła? Co z tymi emocjami, które im powierzaliśmy i co... co z tobą. Laurent miał wrażenie, że to już nie ma po prostu znaczenia. Nie jesteś oderawnym pierwastkiem od ról przyjmowanych. Tamte wszystkie stroje, te różne uśmiechy i spojrzenia, każdy z tych elementów był tobą, tylko bardziej podkreślonym, skupionym na jednym aspekcie, tymczasem Ty, istota czująca i myśląca, składałeś się z nich wszystkich i z paradoksów, które potrafiły nawet je wzajem wykluczać. Raz niepewny i jąkający się, innym razem nadmiernie pewny siebie, wręcz nonszalancki. Arogancki. To było miłe dla oka - widząc tą gładkość ruchów pleców Flynna, jego usta na swojej skórze, jego ruchy rękoma. I było jednocześnie cholernie smutne. Czy to właśnie Prewett chciał zobaczyć? Nie. Chyba nie. A może to, co chciałby dojrzeć, było tylko jednym z wielu jego romantycznych bajań i beznadziejnych przekonaniach, że każdy ma w sobie cząstkę dobra. Chyba nie powinien tak myśleć o Flynnie. Bo to, że z jakiegoś powodu zjawa z jego snów miała jego twarz wcale nie pokrywała się z żywą osobą, jaką przed sobą miał, prawda? Nie powinien chcieć nawet poznawać tego człowieka. Powinien zostać częścią strasznej przeszłości i być brzydką plamą, od której chce się co najwyżej przypomnienia, czemu w ogóle żyjesz. Jak żyjesz. Ślady na jego skórze po parno-różanym śnie już zdążyły zniknąć, alenie zniknęły wrażenia. Nie zniknęła ta potrzeba, żeby ściskać palce na pięknym kamieniu i marzyć o lepszym świecie. Odetchnął na to wspomnienie o kurwie. Były takie słowa, które były krzywdzące, a to brzmiało samo w sobie przeciągnięciem paznokciami po tablicy. Brzmiałoby o wiele gorzej, do punktu, w którym Laurent cofnąłby swoje nogi, gdyby nie brzmiało to... w ten sposób. Lekki dreszcz przewędrował po jego skórze. Coś ordynarnego brzmiało jak wyjęte z głębin serca tego człowieka. Kolejne słowa wymalowały zaskoczenie na jego twarzy. Nie dlatego, że ktoś go nazwał dziełem sztuki, słyszał już podobne słowa. Nie spodziewał się ich za to z ust Flynna. Czemu to mówił? Żeby dostać to, czego pragnął? Co chciał osiągnąć? Co w ogóle miała znaczyć ta scenka w tym momencie? Laurent nie był zbyt dobry w grze pod tytułem niemyślenie. Myślał za dużo, przekombinowywał, wątpił, podważał, szukał odpowiedzi na pytania, na które odpowiedzi nie było. - Może to fetysz. - Przesunął dłonią w powietrzu, pozwalając jej zawisnąć na moment grzbietem do dołu. Potem wylądowała w zastanowieniu na jego linii szczęki, z kciukiem opierającym się na dolnej wardze. - Masz bardzo smutne oczy. Oczy, którym chce się pomóc. Chociaż trochę. - Nie to, że było mu żal. Chciał mu pomóc, naprawdę. Ale czasem lepiej zatrzymać się na chęciach. O wiele lepiej. Mówił coraz spokojniej, coraz ciszej, ale nie na tyle, żeby głos schodził do szeptu, albo tracił na zrozumiałości. - Tego, że nie skończyliśmy naćpani. - Bo tego "nie" nie było co żałować. I nie potrzebował do tego namysłu. Tak jak do tego, żeby odrobinę zjechać w dół na krześle i rozchylić nogi. RE: [12.07.1972] Exist for love | Laurent & The Edge - The Edge - 31.03.2024 A miał na to jakiś komentarz, który nie był poezją? Bo ostatnio wszyscy odpowiadali mu wersami wierszy, zupełnie jakby był kimś więcej niż żałosnym typem pchającym się w objęcia śmierci bez wyraźnego powodu i odrobinę wybijało go to z rytmu. On poetyckość widział co najwyżej w Kosmosie, w jego ogromie, w tym jak do niego mówił i przypominał mu, jak normalną była samotność w jego skali, niezależnie od zagęszczenia ludzi wokół ciebie. Niechęć do poezji była całkiem dobrym mechanizmem obronnym - tak jak niechęć do wszystkiego, z czym się mogłeś w pełni utożsamić, co odciągało cię od ciszy i zmuszało do czucia czegoś w środku... czucia czegoś zbyt intensywnego. Bo to właśnie sekret poetów, marzycieli i zakochanych: normalni ludzie ruszali do przodu. W takim tego ujęciu Flynn, nawet jaki zatwardziały nonkonformista, wolał jednak być normalny - chciał zakochiwać się na nowo, porzucać za sobą to, co przeżył, a tak bardzo nie potrafił, nie radził z tym sobie nawet kiedy decydował się na ucieczkę w popłochu - miał się jeszcze nad tym pochylać, żeby układać z tego dzieła sztuki? Pielęgnować to w sobie, żeby dzielić się tym z innymi... Nienienienie. Nie chciał tego analizować. Nie chciał analizować siebie, ani się tym dzielić. I nie chodziło tu o brak zaufania - miał przecież kogoś, przy kim czuł się, jakby mógł mu powiedzieć wszystko, więc mógłby takie wiersze pisać choćby i dla jednej osoby, ale na cholerę mu były te wiersze, skoro ubieranie swojego smutku w słowa nie uwalniały go od żadnego ciężaru, nie pozwalało mu spojrzeć na to z innej perspektywy, nie czyniło go wolnym - one jedynie ubierały go w coraz grubsze warstwy wstydu. Poza tym gdyby wysłał komuś coś takiego, wszyscy przybiegliby do niego w ciągu kilku minut, przerażeni i pewni tego, że doczekali się jego notki samobójczej. Laurent nie musiał wcale bać się, że go za blisko pozna, bo mógł tylko domyślać się detali - bo Crow nie chciał dzielić się niczym, więc spychał wyobrażenie samego siebie w jakimkolwiek innym kierunku - chociażby w kierunku tego psa, bo to była bezpieczna odległość od tego, że jego bliscy z jakiegoś powodu mówili mu, że był kotem. - Jestem dla ciebie jak taki szczeniaczek porzucony przy drodze? - Powiedział to niby tylko i wyłącznie dlatego, że otaczały ich tu chmary zwierząt. Znów sprowadził się do ich poziomu, z uśmiechem niesięgającym oczu, spowity cieniem, bo Prewett osłonił go od słońca. Klęcząc przed nim, opadł w dół, a później zmienił swoją pozycję - wyłożył swoje nogi w bok, rozsiadając się na deskach tarasu. Jedną nogę Laurenta ułożył na swoim biodrze. Drugą uniósł rękoma do góry, żeby złożył kolejnych kilka pocałunków. Od stopy, aż do kolana. A później przewiesił ją sobie przez bark. - Oh uwierz mi, pomagasz mi dokładnie w tym momencie. - Tak naprawdę to nie pomagał mu wcale. Nie potrzebował miękkiej poduszki, na którą mógł spaść, nie zasługiwał na gładzenie go po czuprynie i troskę. Zasługiwał co najwyżej na kubeł zimnej wody wylanej mu na łeb, ale to się Laurentowi nie udało, bo z jakiegoś powodu zapomniał na niego nakrzyczeć... Pewnie dlatego, że zamiast go porządnie chlusnąć, to go prawie utopił. Lewą ręką gładził chłopaka po przewieszonym tak udzie, prawą zaczął pocierać tę drugą, wspartą o swoje biodro. Wykonywał ruchy, jakby chciał go rozgrzać. - Chociaż szkoda, że nie podzielasz tej fantazji. - Której? Tej ze snu, tej nawiązującej do przerażającej sceny z wczoraj? Czy tej sprzed kilku... kilkunastu (?) lat? Do diabła, wcale nie było mu szkoda żadnej z nich - mógł sobie stworzyć nową, mógł eksperymentować, tylko niech mu się odda i pomoże przestać obarczać coś tak pozornie prostego jak seks... rozmową przywołującą mu teraz do łba tyle niechcianych przemyśleń. Przysunął się do niego bliżej, żeby przejechać językiem po bladej skórze, sunąc twarzą w kierunku jego krocza. Prawdopodobnie ściągałby mu teraz bieliznę zębami, gdyby nie to wcześniejsze zaprzeczenie. Zadarł więc głowę do góry, prezentując mu pytające spojrzenie. - Czy to znaczy, że mam czekać na „tak”? RE: [12.07.1972] Exist for love | Laurent & The Edge - Laurent Prewett - 31.03.2024 Typami takimi jak on za to zachwycali się artyści. Chcieli uchwycić to, co najbardziej ulotne. Zatrzymać chwilę, a w chwili zatrzymać człowieka. Kiedy on tak gnał do przodu, oni chcieli zapisać w pamięci jego twarz, wyraz jego brązowych oczu, jego wargi, zmarszczki na czole, kiedy ściągał brwi. Za takimi jak oni uganiały się niewiasty z szalonym pragnieniem, że one go zmienią. Właśnie dla nich będzie tym jedynym. Ulotność, jeśli tylko dałoby się nacisnąć "stop", wyszeptać aresto monumentum, przestałaby być tak nęcąca dokładnie w chwili pierwszego "s", dokładnie w momencie pierwszego "a". Laurent kochał ulotność. Uważał wszystko to, co najbardziej ulotne, za najbardziej piękne. Dlatego tak kochał ludzi, dlatego mimo tych tragedii nie potrafił ich znienawidzić i odciąć się na ich krzywdy, dlatego wypatrywał z zapartym tchem każdego pierwszego promienia słońca i zakochiwał się w powiewie mgły między lasami, zanim umknęła przed napływem ciepłego lata. Jeśli tak bardzo kochasz to, co przemija w jednym mrugnięciu okiem, oglądanie się za Fleamontem wydawałoby się całkowicie naturalne. I było. Oglądał się teraz za nim z tą niepewnością, nie wiedząc, czego sam chce, co powinien myśleć, co powinien czuć. Wszystko przygniatało współczucie i wrażenie, że siedzi przed nim na deskach tarasu najbardziej krucha istota, jaką miał okazję oglądać. Chowająca swój świat za pierzyną tych oszałamiająco czarnych skrzydeł. I on wciągnął go do morza. I on potem brał do siebie te durne słowa, które leciały na plaży. Wyciągasz ostrze, kiedy jesteś bezbronne zwierzę. Nawet najwierniejszy kot ugryzie cię, kiedy będzie odczuwał ból tylko po to, żeby poinformować cię, że go odczuwa. Fleamont cały swój pęd i cierpienie zamieniał do formy sztuki. Sztukę pozostawiał tym, którzy mogli spisać ją za niego. - Nie. - Był człowiekiem z krwi i kości, bo chociaż padały tu żarty i anonse porównujące do psa, to Laurent... tak, były osoby, o których tak nieżyczliwie mógłby powiedzieć, ale pewnie skończyłoby na tym samym pytaniu: co się stało, że ten człowiek skończył w takim miejscu? Jaka tragedia go opętała... albo jakie poszukiwanie mocy i władzy? Ile można było przetracić, żeby tę moc zyskać i jak mocno zniszczyć samego siebie? Wyobrażał sobie, że Fontaine mogła zrównać Flynna do roli psa, ale i wyobrażenie Laurenta nie sięgało czasów, kiedy czuła dłoń kobiety gładziła ciemnowłosego chłopca po jego włosach i była o wiele bardziej czuła, bo o wiele bardziej ludzka. Ciągle się więc powstrzymywał - hamował swoje słowa i wszystko to, co w nadmiarze miał do powiedzenia. Byłoby to o wiele bardziej duszące, gdyby nie te zabiegi Flynna, które pobudzały jego wyobraźnię i poruszały te najbardziej zepsute skrawki jego wnętrza, które szukały najbardziej intensywnych doznań. Tych, które szeptały mu, żeby dał się zniszczyć, bo tylko wtedy się upewnisz, że żyjesz. Nie to, że nie wierzył jego słowom, ale pomagać można było na kilka sposobów. Ten niekoniecznie był tym, jakim Laurent chciałby się przysłużyć. Bo nie, Laurent nie potrafiłby go potraktować ostro czując się tak paskudnie winny za to, co zrobił mu wczoraj. Powtarzał sobie, że może są kwita, ale w jego mniemaniu - nie dało się być kwita za to, jak zupełnie... zwariował na parę chwil. Przeraził siebie samego. A pieskie oczy..? Te oczy... to spojrzenie aż prowokowało dreszcz na karku. To było to spojrzenie, które sprawiało, że bał się tego człowieka. Sztuka Danse Macabre. - Mam już i tak za dużo fantazji w snach. - I może lepiej, żeby na tym się skończyło, bo przecież ten dreszczyk podnieceni tu i teraz, który rósł z każdym dotykiem i szmerem słów nie powinien przenosić się na realia... to też powinien być sen. Proszę, żeby to był sen. - Tak. Zerżnij mnie. - Zakończymy tę konwersację pomiędzy nogami. RE: [12.07.1972] Exist for love | Laurent & The Edge - The Edge - 02.04.2024 Trigger Warning: Erotyka (Odkryj) Ostatecznie odpowiedź na pytanie o byciu szczenięciem nie miała dla niego większego znaczenia. Tak, nie? W gruncie rzeczy niewiele zmieniało to w jego życiu i ich relacji - może odrobinę wyjaśniało to, w jaki sposób Laurent go postrzegał, ale co z tego, skoro oboje nie byli do końca chętni do tego, żeby się nawzajem poznać? Flynn dostrzegał pomiędzy nimi tylko tę jedną, konkretną nić porozumienia - potrzebę cielesnej bliskości. Tak silną, aby odkładali na bok wszelkie wartości, jakimi próbowali kierować się w życiu, a przynajmniej chcieliby to robić. Jeżeli cokolwiek jeszcze próbowało przemówić mu do rozsądku - tęsknota, miłość lub przywiązanie do ludzi, których kochał i którzy poświęcali mu uwagę mimo wszystkich upokorzeń, jakimi ich obdarowywał - wszystko to runęło w gruzach i leżało przygniecione pod nimi i pod jednym, jedynym słowem, jakie wypowiedział Laurent, pozwalając mu na puszczenie hamulców. Pewnie uśmiechnęliby się smutno, widząc z jakim pożądaniem ściągał z Prewetta bieliznę. Nie byliby źli, bo znali go na tyle dobrze, aby już lata temu spisać go na straty jeżeli chodziło o podstawowe normy rozumnych ludzi, ale wciąż uczyniłby tę scenę ich osobistym piekłem. Dla niego? Dla niego to było absolutne niebo. Nie odezwał się już, bo miał zajęte usta. Nie dotykał już jego stóp, bo ręce uciekły w górę. Nie myślał już o niczym, oprócz oczywistego - jaką ulgę poczuje wchodząc w niego i spełniając tę prośbę, jak cholernie dobrze poczuje się ze świadomością, że dzisiaj, chociaż tego jednego dnia Laurent Prewett będzie jego. Wpierw chciał wziąć go po prostu tutaj, na tym tarasie, przy balustradzie o którą się wcześniej opierał, albo po prostu kazać mu się oprzeć o to cholerne krzesło, ale szybko poczuł, że to nie było to. Byłoby uroczo, gdyby miał mu tylko zrobić dobrze ustami, ale było to słowo - to jedno słowo odbijające się echem po jego głowie, pragnienie wzmocnione emocjami płynącymi w tej scenie i Flynn był gotów je zrealizować, nawet mimo tego, że po takiej ilości alkoholu nie miał prawa czuć się w pełni dobrze. Gdzieś po drodze będzie musiał się zatrzymać, tak sobie pomyślał, tak jak teraz kiedy po podniesieniu się z kolan ostatecznie wypił szklankę wody stojącą na stoliku. Zawsze wydawało mu się, że tego typu seks w fantazjach pozbawiony był tego pierwiastka czyniącego go prawdziwie ludzkim, bo to przecież nie było podniecające ani urocze, kiedy ktoś nie mógł złapać tchu, kiedy trzeba było zrobić sobie przerwę, kiedy zasychało ci w gardle, kiedy kogoś zaczynało boleć w zły sposób - ale to przecież stanowiło nieoderwalną tego część - czyniło go prawdziwym, stanowiło jeden z najprawdziwszych elementów jego życia. I chyba dlatego dostrzegał w tym jakieś piękno - w Prewettcie spoglądającym na niego z dołu, z rozkraczonymi nogami, jego śliną pokrywającą niemalże każdy element rozpalonej do czerwoności skóry. Jeżeli nie wstaniesz i się nie zatrzymasz, nigdy nie zobaczysz go takim. Jednocześnie jeżeli przesadzisz, czas zabije czar tej chwili. Nie pozwolił mu tego zrobić, bo przerwał to zawieszenie gwałtownym szarpnięciem za blond włosy. W tym momencie nieco zwątpił - otworzył drzwi i wrzucił go tam odrobinę za szybko, bo skąd mógł wiedzieć czy to psisko nie odgryzie mu ręki za grę wstępną o którą jego pan sam prosił, a później zamknął je nie oglądając się za siebie, być może błędnie. I tu dopiero ich ciała się połączyły. Na tym łóżku, na którym spał - z twarzą Laurenta wciśniętą w pościel śmierdzącą morzem, ale on wciąż czuł, że to nie było to - więc ostatecznie odwrócił go twarzą do góry i zacisnął palce na jego podbródku, domagając się patrzenia na siebie. Po chciał to widzieć. Chciał widzieć te jasne oczy zachodzące łzami, ciemniejące poliki. Chciał widzieć wszystko - szczególnie ten moment, w którym wiedział, że zbliżał się do szczytu, bo pamiętał wciąż ich rozmowę po Veritaserum i nie darował sobie przeniesienia tych palców z pobródka na szyję. I zabrał je dopiero wtedy, kiedy jego ciało wygięło się w łuk zwiastujący, że to jego koniec. Mylił się myśląc, że uspokoił go tytoń. Prawdziwie spokojny był dopiero leżąc w tej pościeli, wymiętej już do granic możliwości, sunąc palcami po nagim, wilgotnym brzuchu Laurenta, przyciśnięty do niego i świadomy tego, że chłopak był go pełen w tak wielu tego słowach znaczeniu. - Jakie fantazje masz w snach? - Zapytał, nie mogąc odgonić tej myśli przez jego własny sen, który nawiedził go kilka dni temu. - Powinienem w ogóle o to pytać...? - Źle zadał to pytanie. Powinien zapytać: czy chcę znać odpowiedź na to pytanie, ale nie wpadł na to, bo trochę go przyćmiło. Pociągowy, niestety z telefonu. Mam nadzieję, że i tak ok. @Laurent Prewett RE: [12.07.1972] Exist for love | Laurent & The Edge - Laurent Prewett - 02.04.2024 Chciał zrozumieć. Mmmm... Chciał rozumieć, kiedy Edge przysunął się bliżej i kiedy westchnienie wyrwało się z jego gardła. Rozumieć dlaczego wczoraj był na tej plaży i czemu wyrzucał z siebie takie raniące słowa. Chciał wiedzieć, czy potrafił spać ze świadomością, że zabił ludzi i czy patrząc na swoje dłonie nie widział krwi. Rozwikłać zagadkę, jak bardzo smutny jest i czego było potrzeba, żeby przegnać ten smutek. Teraz trochę ulatywał. Teraz błyszczał, lśnił, jaśniał. To przecież tragiczne, bo z tego głębokiego wrażenia, że sam stawał się jak zgaszona zapałka, teraz sam mógłby siebie tak opisać. Błyszczał, lśnił. Jaśniał. Dwie tak zepsute osoby nie mogły na siebie wpływać mocniej niż cielesne uniesienie. Nie mogły na siebie nie wpływać, kiedy to cielesne uniesienie było najlepszym z doznań w życiu. Tak sobie przynajmniej wmawiali, prawda? Że nie mogliby się oprzeć, że nie mogą odmówić, że moralność nie ma tu nic do gadania, a poczucie winy można utopić w kolejnych pocałunkach. Przelać oddechem na drugi oddech, albo zatopić kradnąc zupełnie dech z piersi drugiej osoby. Chciał rozumieć, czemu. Dlaczego. Czemu człowiek musi tak mocno bronić się przed zapadnięciem na drugą stronę? I dlaczego to tak bardzo kusi, dlaczego tak bardzo chcesz wpadać w ten dół? Nie rozumiał. Nie rozumiał, dlaczego chciał dać się zniszczyć i dlaczego to zniszczone dłonie tak bardzo pobudzały wyobraźnię i doprowadzały do tęsknoty za przeżyciami, których się bał. Czemu przypomnienie sobie o nich znowu wspinało się po karku potrzebą cofnięcia się do tego, co było, wyciągnięcia tego i przeżycia na nowo. W nowym wydaniu, w nowym miejscu, z nowymi doświadczeniami. I w końcu: czemu człowiek był taki głupi, żeby porównywać wszystkie emocje do siebie? Miał tyle pytań, a żadne z nich nie tkało się w jego rozbitym umyśle nakręconym na doznanie każdej chwili. Nawet tej, w której gorąco języka i ust przecięto było chłodem rześkiego powietrza. Mogło być nim dotknięte, bo chłonął jego widok - i było to słodkie doznanie, było poruszające. Poruszało strunami zupełnego braku moralności, bo jak mogło być moralne pragnienie, by zeszmacony człowiek jeszcze mocniej cię zeszmacił? Nie mogło. Prawie potknął się o własne nogi od pchnięcia do domu. Akcja-reakcja, bo jarczuk zerwał się na równe nogi. Z O S T A Ń. Wyrwało się z ust Laurenta, ale kłamstwem byłoby powiedzenie, że ten dom nie znał takich zagrywek. Drzwi zostały zamknięte, a zgorszony skrzat sam pojawił się przy jarczuku, który już zaczął ujadać, żeby go stąd zabrać. Bo takich... nie, ten dom TAKICH sytuacji nie znał. Znał jednak podobne. I według tych "podobnych" schemat pozostawał znany. Lecz nawet kiedy myśli zupełnie pierzchały, to kiedy obrócił się na tej białej pościeli to nie znikały zupełnie. Odsuwały się coraz dalej i błogosławił każdy ruch, który pomagał im zniknąć. Bo przestać myśleć - wydawałoby się to takim prostym aktem. Przestać analizować. Zadawać pytania "czemu" i "dlaczego", jak dziecko, które musi pojąć każdy element otaczającego go życia. Wkurwiające - wiedział, że wielu ludzi miało jego paplaniny i pytania za wkurwiające. Niewielu tylko, jak Flynn, mówiło to wprost. I przede wszystkim miał tupet, żeby zacisnąć palce na jego szyi i doprowadzić selkie na skraj rozkosznego szaleństwa. Chyba najmniej się spodziewał tego, że dokładnie tego - nawet jednego nacisku mniej - potrzebował do spełnienia i uspokojenia się. Jeszcze mniej spodziewał się tego, że zamiast zbierać ciuchy i teleportować się do domu Flynn będzie tu leżał i badał dotykiem jego rozgrzane, zmęczone ciało. - Nie wiem, czy powinieneś o to pytać. Ale zastanów się, czy o cokolwiek chcesz pytać. Nie znosisz za dobrze moich odpowiedzi. - Nie powiedział tego z przekąsem ani z wyrzutem, dla niego to był fakt i nie doszukiwał się w nim winnych ani odpowiedzialnych. - Moja senna fantazja, której prezentacją, o zgrozo, byłeś ty, była jeszcze mniej delikatna od ciebie. - Złapał jego zniszczoną dłoń i naprowadził ją na kilka miejsc, w których pozostały mu piękne siniaki. Ale tego już nie powiedział, że ten sen był jakby... nie do końca senny. - Miałeś piękne skrzydła. A mimo to nawet tam nie byłeś wolny. - Laurent uśmiechnął się krytycznie, ze smutkiem. - To był piękny świat, w którym ja chyba nie byłem wcale pięknym człowiekiem. Mimo to... nigdy nie sądziłem, że sen może tak opętać, żeby nie chciało się budzić. - Albo na tyle, żeby chciało się zasypiać jak najszybciej każdego następnego wieczoru. - A ty? - To było w ogóle dziwne pytanie, które wysunął Flynn, ale na takim etapie zaspokojenia nie było oporów, żeby na to odpowiedzieć. Temat jak temat. Laurent po prostu nie miał w sobie pewności, że Flynn w ogóle chciałby go słuchać. RE: [12.07.1972] Exist for love | Laurent & The Edge - The Edge - 03.04.2024 Dotarło do niego, że kiedy Prewett wydusił z siebie jakąkolwiek myśl, nawet taką, która przed chwilą nawiedziła jego własną głowę, od razu poddawał ją nadmiernej krytyce. „Skoro zadałem to pytanie, to pojawiła się we mnie potrzeba dowiedzenia się czegoś, czyli chciałem”, odburknąłby, gdyby mu to zdanie nie ugrzęzło w gardle. A później milczał, bo mimo rzuconej wpierw uwagi, Laurent faktycznie zaczął opowiadać o tym, co przyśniło mu się jakiegoś dnia, więc Flynn zamknął usta i w ciszy śledził tę historię z takim samym zaangażowaniem, z jakim przemierzał palcami powierzchnię jego skóry. Siniaki, na które został naprowadzony, ale też inne zakamarki, których był najzwyczajniej w świecie ciekawy. Jego oddech się zmienił. Był wciąż lekko przyspieszony od wysiłku, jaki musiał włożyć w to, co działo się tutaj przed chwilą, ale mimo wszystko wydawał się być dużo spokojniejszy od tego, z jakim zmagał się wcześniej. Nic go już nie dusiło, nic nie sprawiało, że dławił się słowami - milczał bo chciał milczeć, milczał bo trzymanie go blisko i przeczesywanie jego włosów było czymś o wiele ciekawszym niż wcinanie mu się pomiędzy zdania. - Śmiesznie - powiedział nagle, cicho, wpierw jakby ignorując zadane mu pytanie. - Zrobiłem sobie ten tatuaż długo po tym, jak spaliśmy ze sobą ostatnio. - Widział go bez koszulki? Kiedy, jak? Na pewno nie rozmawiali o tym z jego siostrą, bo po co. Nie mógł zobaczyć tego w kostiumie. Zanim wyszedł z wozu go pobić, założył koszulkę. Wiec co? Co sprawiło, że fantazja o jego twarzy posiadała skrzydła? Zbieg okoliczności, czy kobieca intuicja? Zawsze wydawało mu się, że Prewett miał w sobie aż nadmiar tej żeńskiej energii, więc czemu go nie kategoryzować razem z kobietami, które z jakiegoś powodu zawsze domyślały się pięć razy więcej niż faceci. Trigger Warning: Przemoc, erotyka (Odkryj) Mógł zignorować wiszący nad nimi znak zapytania. Nie potrafił powiedzieć mu prawdy o tym, że nawiedziło go widmo Podziemi z nim na czele - tym razem to on, a nie Fontaine, przypalał mu ręce papierosami, a on spokojnie czekał na moment, w którym będzie mógł położyć się obok spać. Gdyby powiedział to na głos, już nigdy nie żyłby w świecie, w którym tego nie powiedział, a ten świat pasował mu o wiele bardziej. Świat, w którym to co miał było wystarczające. - Moje fantazje są rzeczywiste - szepnął do niego, zataczając palcem kółko wokół jednego z siniaków. - Moje fantazje uczyły się swojej wartości kiedy były bardzo młode, założyły krótką spódniczkę, zorientowały się, że zostają za to wygwizdane i to polubiły. - I nawet nie próbowałby udawać, że nie miał silnych predyspozycji do bycia wygwizdującym. - Są jak rozchylone usta, nadgryzione jabłko - takie przed którym wielu by się już wzbraniało, a dla niego wydawało się jeszcze bardziej kuszące - jak zakolanówki i te paski, które trzymają je w miejscu, widoczne tylko wtedy, kiedy za mocno się pochylą. Zawsze gotowe, ale do ostatniego momentu nigdy bezpośrednie, bo żywią się ludzką desperacją - jego desperacją, czymś czego być może powinien się wstydzić, ale udowodnił już dzisiaj, że miał to gdzieś - chcą wiedzieć jak dużo zrobi się, żeby wpuściły cię między swoje nogi. Chcą widzieć we mnie tę przemoc, bo są spełnione, kiedy je złapię, ale czasem zdarza im się odpłynąć. - Głos mu trochę drżał, zrobił się nieco szorstki. Miał w sobie odrobinę rozżalenia. - Czuję się wtedy, jakbym pieprzył obraz, a nie człowieka, chyba przez to, że dla nich seks do przedstawienie, prawdziwą nagrodą było to, że się do nich dobierałem. - Przeciągnął ten krótki wywód do granic możliwości, bo mówił to tak powoli, wciąż bawiąc się jego ciałem, coraz częściej podszczypując go tu i ówdzie, zanim ręka do tej pory gładząca Prewetta po włosach nie zjechała w kierunku ust, żeby zacząć pocierać jego dolną wargę. - Lubisz to uczucie, Laurent? Posiadania wszystkiego pod kontrolą? RE: [12.07.1972] Exist for love | Laurent & The Edge - Laurent Prewett - 03.04.2024 Uwielbiał dźwięk bicia ludzkich serc. Lubił też słyszeć, kiedy oddech się uspakajał i kiedy przechodził w spokojny, wręcz niesłyszalny, gdy umysł przechodził w stan snu. Mimo spokoju Flynn wydawał się (w pewien sposób) bardziej pobudzony niż wcześniej. Może to kwestia tego, jaki był rozdrażniony wcześniej, nie w humorze, albo że... albo cokolwiek innego. Być może początek tego zdania był już błędny: nie "pomimo spokoju", a właśnie "dzięki spokojowi". Gdy już nie szarpią cię nerwy na wszystkie strony świata skupienie przychodziło o wiele bardziej naturalnie. Laurent podważał jednak nie tylko własne słowa, ale własną wartość w najbardziej podstawowej kwestii zainteresowania drugiej strony. Skoro już obaj dostali, czego chcieli to czemu Fleamont miałby nim być jakkolwiek zainteresowany, nie miał powodu, żeby pytać. Gdyby nie to, jaki charakter miał ten czarodziej to pewnie myślałby, że to jakaś grzeczność, albo tylko po to, żeby nie było cicho, ale nie. Trudno mu było sobie wyobrazić ciemnowłosego właśnie w takiej roli - peplającego rzeczy tylko z grzeczności, co najwyżej samej litości. Litość zaś też jakoś tutaj nie pasowała. Chciał już zapytać, co jest takie śmieszne, szczególnie, że wcale nie brzmiał na rozbawionego - to pewnie jakiś przytyk, to na pewno musiał być przytyk, tylko Laurent był za bardzo zmęczony, żeby się tym przejąć - ale pytania zadawać nie musiał, bo odpowiedź nadeszła sama. Taka, która rodziła kolejne pytanie: no bo jaki tatuaż..? Zadarł głowę, żeby zerknąć na twarz mężczyzny. Nawet nie rozchylił ust, żeby to pytanie zadać, a automatycznie chciał. Głupie, niemądre pytanie, bo przecież wiedział JAKI tatuaż. A ta odpowiedź tylko powiększyła skonfundowanie na jego twarzy i przywołała na powrót na nią drobne rumieńce. - Nie wiedziałem, że masz tatuaż. - Właściwie to wcale nie wiedział, co robił tam akurat Fleamont, ale niekoniecznie aż tak mocno się nad tym zastanawiał. Ludzki umysł potrafi płatać figle... ale to było już w ogóle coś więcej niż figiel. Szczególnie, że siniaki były prawdziwe i kamień w jego dłoni był prawdziwy. W kategoriach intuicji nawet o tym nie myślał. Więc co, przypadek? Przypadki to rzadka rzecz w świecie magii i według niektórych - nie istniały. Nie bardzo wiedział, czy Flynn chciał wzbudzić w nim empatię, ale jeśli tak to bardzo dobrze mu się to udało zrobić. Wtulił się w niego, a może teraz bardziej trzymał jego przy sobie? Jego ręce nie miały siły sprawczej, żeby go przed tym zamknąć, ale kiedy Bell o tym mówił, to jakoś tak instynktownie zadał sobie pytanie, czy sam tak nie robi. Czy nie błądzi i nie... nie. No przecież... przecież, że nie, prawda? A nie potrafił powiedzieć, że to właśnie ten moment, kiedy ktoś tracił dla ciebie głowę nie był jednym z najlepszych. - Powiedziałem, że w tym śnie byłem kimś złym, bo zostało mi tam powiedziane, że zamieniłem się z kimś innym miejscami. Śniła mi się piękna łaźnia pachnąca różami i deszcz spadających gwiazd. Miałem dłuższe włosy, a ty wyglądałeś... byłeś mniej zniszczony życiem. Ponoć był festiwal, na który bardzo chciałeś iść, bo mieli tam ciasto. - Abstrakcja? Fantazja. Laurent lekko uśmiechnął się na to wspomnienie marudzącego na bolące skrzydła Flynna i na to, że on chciałby zjeść ciasto. Ach, no tak... może trzeba było go nakarmić ciastem. - Ponoć kazałem ci zbudować miasto, które kochałem. - Które kocham. Gdzieś ten czas i miejsce plątał mu się między palcami i na języku. - Bardzo poetycki opis. Punkt dla ciebie. - Opisał ten sen w całkowicie nieoczywistych słowach. W bardzo obrazowych - działały przynajmniej mocno na wyobraźnię Laurenta. I właściwie dopiero teraz drgnął, kiedy dotarło do niego słowo-klucz. - To zaczyna być niepokojące, Crow. Nazwałem cię Fantazją w swoim śnie. - A jego Fantazje są rzeczywiste? Tak, to było lekko niepokojące i odbiło się to na ciele Laurenta, który czuł, że... że nie ma nad tym kontroli. Nabrał mniej równego oddechu, unosząc znów spojrzenie na Flynna, kiedy ten dotknął jego wargi. - ... - Rozchylił wargi. Powiedzieć, że nie? To byłoby kłamstwo. Zamknął usta. W jego oczach pojawił się wyraz, jaki można było nazwać determinacja, chociaż pewnie niektórzy powiedzieliby, że to po prostu wyrachowanie. Ale Laurent i wyrachowany? Nie, niekoniecznie, nawet jeśli wielokrotnie chciał taki być. A przynajmniej sam o sobie tak nie myślał. - Lubię. - Przyznał w końcu. - Ostatnio mam tej kontroli za mało nad własnym życiem. RE: [12.07.1972] Exist for love | Laurent & The Edge - The Edge - 08.04.2024 Zdziwiłby się, gdyby Laurent widział go wcześniej. Bo to był przecież schyłek jego żałosnej kariery bandyty, ostatnia dawka szczęścia, relacja, w której czuł się faktycznie chciany, później równia pochyła do zniknięcia, a po tym zniknięciu nie widział go już nikt. Może ktoś mu to powiedział. Albo zrobili mu zdjęcie z ukrycia. Wpisali to do kartoteki w Ministerstwie. Kurwa. Ciekawe czy mieli na jakiejś zakurzonej półce spis bazgrołów, jakie uwiecznił na swoim ciele - urzędniczka wpisująca to na maszynie musiała być czerwona jak burak, bo jego tatuaże nie były zbiorem przemyślanych rzeczy - to były tak dziwne i emocjonalne zrywy, na jakie było stać tylko jego. Cześć, znamy się kilka miesięcy, ale zobacz jakie skrzydła pierdolnąłem sobie na plecach. Gdyby nie to, że faktycznie miał je na plecach do dzisiaj, nikt by mu nie uwierzył w tę historię. No ale czemu wszyscy się na niego tak dziwnie patrzyli? Byli bratnimi duszami, okej? Chłopak był cholernie wysoki i przystojny i może przemilczeli większość swojej biografii, ale jednocześnie to z nim mógł pozwolić sobie na więcej niż z innymi. ...no co? Nigdy nie mówił, że potrzebował wiele, aby uznać kogoś za swoją bratnią duszę. - Zawsze uważałem, że ludzie kończą ze mną w łóżku, bo choćby świat popierdoliło już do reszty, to co tworzy się ze mną, zawsze jest prawdziwe i mogą być sobą - nawet jeżeli ich oczekiwania zahaczały o najciemniejsze potrzeby serca, to co niby to zmieniało, Crow miał wypisane na twarzy, że robił o wiele gorsze rzeczy - a potem pojawiasz się ty i okazuje się, że zaciągnąłeś mnie tutaj, bo przyśniła ci się jakaś alternatywna wersja mojego życia, w której jestem przystojniejszy. - Niby mówił śmiertelnie poważnym tonem, ale teraz już żartował. Niestety jako osoba nie do końca tak charyzmatyczna jak by chciał, ostatecznie i tak parsknął. - Kurwa. - To było tak absurdalne. - Może jesteś Widzącym. Albo po prostu straszny z ciebie zbok. Did I look like a fucking twink*? - I tak widział go w lepszym stanie niż przez ostatnie lata na ścieżkach. - A jak proponowałem ci miasto, to i tak powiedziałeś nie. Cóż, to jedno odróżnia cię od tej zdziry. - Proponował mu też seks pod prysznicem, ale spotkał się z odmową. Dopiero po tej myśli dotarło do niego, jak bardzo Prewett musiał chcieć odepchnąć od siebie zdania czyniące ten sen czymś rzeczywistym. Ale to był tylko sen, prawda? Sen, po którym człowiek, po którym spodziewałby się raczej nienawiści do swojej osoby, rozchylał wargi pod naciskiem jego palców. I przyciskał się do niego w taki sposób, jak Flynn to lubił. Bo lubił te momenty, tę bliskość zaraz po. Prawdziwie odrzucającym byłoby dla niego, gdyby miał teraz zjeść to śniadanie i stąd wyjść. - Aż tak dobrze cię odczytałem? - Ton jego głosu znów zmienił się na flirciarski, ale znów wybrzmiewało w nim głównie podniecenie. I nie ukrywał się z tym wcale - przesunął go lekko, chwycił jego nogę pod kolanem i naciągnął ją na siebie, żeby naciskała go w strategicznym miejscu. Ostatecznie prawdziwym zbokiem tej sceny był on - i grał w otwarte karty z tym, jaka część ciała Laurenta doprowadziła go do takiego stanu. - Może to też jest sen, Laurent. - Trzymając go za podbródek, niejako zmusił go do patrzenia na siebie. - Ale skoro śnisz o naszych lepszych wersjach, to byłby pewnie ten moment, kiedy mówię mówi ci nieeee, słoneczko, nie myśl tak, jesteś czymś więcej niż rzeczą do zdobycia, do której ślinią się wszyscy wokół. - Pocałował go w kącik ust, w policzek. - Dante był takim skończonym chujem, ale to przeszłość, zostaw to za sobą skarbie. Jesteś pieprzoną legendą i na pewno znajdziesz kogoś, kogo pokochasz. I na pewno nie znudzi ci się po miesiącu. - Tylko wszystkie te słowa brzmiały w jego ustach obco. - Więc może to bardziej koszmar, bo - bo w ogóle to ze mną zrobiłeś, może obie te sceny były jakimś koszmarem - to wciąż jestem ja - ten gorszy ja, nawet w swojej opinii - i gwarantuję ci, że to uczucie pustki nigdy nie mija, ale - nie kłamał, mówiąc o swoich fantazjach - to co robisz, robisz zajebiście dobrze. - Więc pocałował go. Długo i przeciągle, zachęcając te wargi do rozchylenia się jeszcze raz. Przyjąłby tutaj dużo dobrych zakończeń. Jego oddającego mu się jeszcze raz. Tę nogę wciskającą się w niego z całej siły, wymierzającą mu jakąś karę za wszystko, co zrobił i powiedział. Więcej słów, chociaż powiedział już dzisiaj tyle, że najchętniej milczałby do końca dnia. Tym, czego absolutnie nie chciał, było niewywołanie w nim żadnej reakcji. * - Głowiłam się nad tym, ale nie mam pojęcia jak to przetłumaczyć, więc zostawiam to tak jak w jakimś fanfiku lat 2010, bo post poza tym skończyłam sto lat temu i uznałam, że wyjebane. Czekam na pozew Rado Języka Polskiego. ![]() |