Secrets of London
[08.06.72] Tu był dom Gryffindora - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23)
+--- Wątek: [08.06.72] Tu był dom Gryffindora (/showthread.php?tid=2955)

Strony: 1 2 3


RE: [08.06.72] Tu był dom Gryffindora - Brenna Longbottom - 24.03.2024

Prawdopodobnie gdyby urodziła się w Rosji, też nie lubiłaby tej szkoły. Po prostu nie zdawałaby sobie sprawy z tego, że wszystko może jednak wyglądać inaczej. I z dużym prawdopodobieństwem byłaby bardzo nieszczęśliwą dziewczynką, bo o pewnych rzeczach decydowało wychowanie, inne już w człowieku siedziały, i... Brenna w tym rosyjskim wydaniu na pewno bardzo źle by skończyła. Nie dało się w końcu w pojedynkę zmienić setek lat tradycji.
- Wydaje mi się to strasznie dziwne, ale pewnie dlatego, że ja znam coś zupełnie innego - stwierdziła Brenna w zamyśleniu. No dobrze, chłopcy potrafili oszaleć widząc dziewczęta, ale gdyby widywali je częściej, zachowywaliby się normalniej, prawda? - Jak chłopcy i dziewczyny mają potrafić ze sobą rozmawiać, pracować i tak dalej, jeżeli w ogóle nie spędzają ze sobą czasu? Przecież potem to jest tak, jakby spotkały się dwa odrębne gatunki - oświadczyła, maszerując powoli przez szklarnię aż przeszli ku pomieszczeniu, które było równie duże, jak to pierwsze, ale nie przypominało już gąszczu - tutaj hodowano głównie zioła, których większość jednak nie urastała do wielkich rozmiarów. Promienie słońca przenikały przez szklany sufit, ale czary utrzymywały w środku temperaturę odpowiednią dla roślin, a w powietrzu unosił się zapach wielu różnych ziół.
- Większość za żadne skarby nie rozpoznam... poza pietruszką, szałwią, rozmarynem i tymiankiem. Tu mamy rozmaryn - powiedziała, wskazując na najbliższą rabatkę. Zielarstwo zdała, ale zaledwie na Z, akurat dość, żeby móc bez problemów pracować w Ministerstwie. I potem nie rozwijała tej wiedzy, zadowalając się podstawowymi umiejętnościami ucznia Hogwartu, chociaż wkrótce spotkania z jadowitymi tentakulami miały ją pchnąć na ścieżkę zrewidowania poglądów. - Jest taka angielska piosenka, parsley, sage, rosemary and thyme, kiedy byłam mała wpadła mi kiedyś w ucho i zażądałam, żebyśmy je zasadzili w ogródku. Oczywiście, wszystko by szybko zdechło, gdyby nie skrzat domowy... wtedy Franka i Dory jeszcze nie było na świecie - uzupełniła, po czym rozejrzała się po szklarni. U Sproutów zawsze wszystko rosło lepiej niż gdziekolwiek indziej, ale teraz Brennie zdawało się, że te zioła są jakoś jeszcze większe i bardziej rozplenione niż kiedykolwiek. - Hm... myślę, że jeżeli naprawdę umieją chować ciała, nie będą się przede mną tym chwalić, ale to całkiem prawdopodobne. Pewnie są jakieś rośliny, które mogłyby takie ciało zeżreć. Mam nadzieję, że nie planujesz ich prosić o pomoc w czymś podobnym?


RE: [08.06.72] Tu był dom Gryffindora - Nikolai Petrov - 24.03.2024

Do tej pory Nikolai nie zastanawiał się nad tym, jak właściwie chłopcy i dziewczęta mieli nauczyć się funkcjonować razem w dorosłym życiu, skoro przez całe osiem lat edukacji widywali się jedynie podczas przerw na posiłek. Właściwie nikt z jego otoczenia się nad tym nie zastanawiał, nigdy nie padały tego typu pytania i wszyscy jakoś z tym żyli. Jakoś udawało im się dogadywać, ale może była to zasługa matek i ojców, którzy tłukli synom do głów, jak prawidłowo traktować damę, oraz córkom, jak wybrać odpowiedniego kandydata na towarzysza.

-Jakoś... Do tej pory nie było większych problemów - nie była to może najmądrzejsza lub najlepsza odpowiedź, ale Nikolai właściwie nie wiedział, co miał Brennie odpowiedzieć.

Po prostu tak było i tyle. W czasach szkolnych prawie wszyscy uczniowie większość czasu poświęcali na trzymaniu gardy i zastanawianiu się, z której strony padnie atak od innego ucznia, a nie w jaki sposób dogada się z drugą osobą, gdy w końcu zakończy naukę i zajmie się pracą.

W drugim pomieszczeniu, w którym, jak Brenna powiedziała, hodowano zioła, lepiej się oddychało. Może było to spowodowane mniejszym rozmiarem samych roślin, a może przyjemnym zapachem ziół?

Zaśmiał się cicho z historii o piosence, przez którą Brenna była w stanie rozpoznać cztery rodzaje ziół, a potem wymusiła na rodzinie zasianie owych roślin. Ach, skrzaty domowe... Co by czarodziej zrobił bez ich nieocenionej pomocy i zdolności?

-Moja mama ma podobną szklarnię - wymsknęło mu się. [a]-Trochę mniejszą. Hoduje tam kwiaty, szczególnie róże. Skrzaty bardzo jej pomagają, ale mnie i moich braci nigdy tam nie wpuszczała... Niedługo zapewne zabierze tam moją siostrę... Ekhem... Przepraszam... Nie chciałem ci przerywać.

-Gdybym sam potrafił chować ciała tak, że nikt w życiu nie znajdzie żadnych śladów, też bym o tym głośno nie mówił. Za dużo osób zaczęłoby zadawać za dużo pytań. Jeszcze bym się naraził Ministerstwu albo wyjawił jakąś wielką tajemnicę.

Na pytanie o swoje "plany" odpowiedział wzruszeniem ramionami i niewinnym uśmiechem.

-Oczywiście, że nie - jeszcze - ale dobrze jest wiedzieć, jakie ma się opcje i z kim należy żyć w zgodzie.




RE: [08.06.72] Tu był dom Gryffindora - Brenna Longbottom - 25.03.2024

- Nie przerywasz – powiedziała Brenna, zerkając na niego odrobinę zaskoczona. Wiedziała, że zdarza się jej mówić trochę za dużo, ale jednak zwykle starała się, żeby rozmowa była... no cóż, rozmową, a nie jej monologiem, chyba że akurat dostrzegała, że druga strona nie ma ochoty się odzywać, za to nie ma nic przeciwko słuchaniu. – Nie wolno wam było tam nawet wchodzić? Rozumiem, że zielarstwo uważane jest za... eee... nieodpowiednie dla chłopców, ale chodzenie między roślinami też? – spytała, zastanawiając się, czy Vladmir nie będzie absolutnie przerażony, gdy dowie się, dokąd zabrała jego krewnego. Chociaż pewnie przynajmniej niejasno musiał zdawać sobie sprawę z tego, że w Dolinie Godryka właściwie nikt, nie tylko Longbottomowie, nie żył według zasad, jakich przestrzegano w Rosji. Ba, w całej Anglii niewiele było rodzin, które mogłyby jako całość przyklasnąć takim zasadom – Brenna podejrzewała, że nawet niektóre Blackówny czy Lestrangówny nie byłyby zadowolone, gdyby usłyszały, że wolno im głównie wróżyć, sadzić kwiatki i ewentualnie uczyć się zaklęć. A to też tylko niektórych.
I nagle pomyślała, że Vladimir i Nicolai absolutnie powinni napatrzyć się na tę Anglię i tutejsze wzorce, zwłaszcza gdyby planowali kiedyś wrócić do Rosji i zakładać tam rodzinę. Może z czasem pewne d r o b i a z g i zdołałyby tam przeniknąć. Może było to naiwne myślenie, ale cóż, Brenna momentami była odrobinę naiwna.
– No cóż, obawiam się, że gdybyś miał wielką wprawę w chowaniu ciał, faktycznie mógłbyś bardzo szybko trafić na dywanik do Ministerstwa – stwierdziła, niby lekko, ale przez sekundę przyglądała mu się jakby uważniej niż do tej pory. Chłopak był młody, nie wyglądał na psychopatycznego zabójcę, ale te osiem lat w Departamencie dawno nauczyły Brennę, że wielu ludzi nie wyglądało. – Hm, powiedziałabym, że najlepiej ze wszystkimi, którzy nie robią innym pod górkę… co niestety w Anglii bywa dość częste. Ale pewnie w Rosji też – oświadczyła, z odrobiną ostrożności. Dla niej to „robienie pod górkę” to były głównie osoby i rodziny powiązane z Voldemortem. Ale w przypadku Kola sprawa mogła wynikać inaczej. Skoro Rosjanie byli tak surowi przy podziałach na płeć, Brenna miała dziwne wrażenie, że na czystą krew mogli spoglądać z jeszcze większą obsesją niż Anglicy.


RE: [08.06.72] Tu był dom Gryffindora - Nikolai Petrov - 25.03.2024

Nikolai wzruszył ramionami.

-Raczej "byłoby lepiej, gdybyśmy tam nie wchodzili". Pewnie nie chciała, żebyśmy jej tam coś zniszczyli. Albo nie chciała, żeby nasz ojciec nas tam zobaczył. Mama pewnie by nas tam wpuszczała, gdyby ojciec nie robił z tego takiej afery. Mój ojciec był... Nie był najcieplejszą osobą, jeśli miałbym go opisać - odpowiedział z niechęcią w głosie.

Ludzie byli różni i kultury były różne, a to przekładało się na wychowanie i postrzeganie świata w inny sposób przez każdego. Dla Brenny mogło to być nie do pomyślenia, dla Nikolaia natomiast była to przykra rzeczywistość.

-Pokazywała nam swoje kwiaty przez oszklone ściany. Hodowała naprawdę piękne róże. Dopóki ojciec nie widział nas w środku, nie było problemu.

Podziwianie kwiatów za szybą było akceptowalne, ale wchodzenie do domowej szklarni już nie. Vitalii Petrov trzymał rodzinę twardą ręką i miewał naprawdę dziwne opinie i skojarzenia. Jeżeli ktoś przechodził przez szklane drzwi ogrodu, oznaczało to, że miał zamiar opiekować się rosnącymi tam roślinami. Podlewać, przesadzać, podcinać... Ale nie była to praca, którą powinni wykonywać jego synowie, dlatego ogromnie się gniewał, gdy Nikolai z zainteresowaniem oglądał pracę swojej matki i oferował najlepszą pomoc, jaką ofiarować mógł pięciolatek. Niczego nie ułatwiał również Pyotr, którego Vitalii wychował niemal na swojego klona, i donosił ojcu o wszystkim, co działo się w posiadłości pod jego nieobecność.

Na szczęście tu, w Anglii, jego "władza" ani rosyjskie zasady nie obowiązywały. Vladimir zdawał sobie sprawę, jakie miejsca Brenna mogła pokazać jego bratankowi, i cieszył się, że Kol mógł w końcu zaznać takiej samej wolności, jakiej zaznał on, gdy wyniósł się z Rosji. Tam ludzie po prostu przyzwyczaili się do rygorystycznych zasad, panujących tam od stuleci, i żyli najlepiej, jak mogli. Dziwili się tylko ci, którzy wyjeżdżali za granicę i na własnej skórze przekonali się, jak inny był świat poza granicami ich rodzinnego państwa.

A może sama Rosja nie była aż tak "rygorystyczna", tylko których z przodków Petrovych ustalił tak dziwne zasady?

Chciał zaśmiać się z komentarza Brenny na temat umiejętności chowania ciał, bo dla niego były to niewinne, może trochę dziwne żarty, bo wcale takiej umiejętności nie posiadał i rączkę nie planował jej rozwijać. Zauważył jednak, że na ułamek sekundy spojrzenie Brenny zmieniło się. Nie był do końca pewien, jak powinien określić tę zmianę, ale z pewnością nie była to zmiana, z której powinien być dumny lub z której powinien się cieszyć.

-Spokojnie, nie mam zamiaru rozrabiać - powiedział poważnie, uważniej przyglądając się jednej z roślin. -Tylko żartowałem. Nie jestem psycholem.




RE: [08.06.72] Tu był dom Gryffindora - Brenna Longbottom - 26.03.2024

– Och, „tylko tam nie wchodź”, jeśli nie dostawałam dokładnych wyjaśnień, dlaczego gdzieś nie wchodzić, to te słowa działały na mnie zawsze jak płachta na byka… – stwierdziła Brenna, powoli wędrując alejką. Nie była pewna, czy to Rosja była taka… inna, zwłaszcza pod względem czarodziejskiego społeczeństwa, czy może jedynie rodzina Kola, ale nie on jeden przeżywał tutaj lekki szok kulturowy. I to mimo tego, że w Anglii przecież też były konserwatywne rodziny, których tradycje i zachowania niejednokrotnie Brennę, wychowaną niby w podobnych, a jednak innych warunkach, przerażały. – W takim razie jak podoba ci się oglądanie szklarni od środka? I jak bardzo twojego ojca przeraziłoby, gdybym zabrała cię do mugolskich królewskich ogrodów w Londynie? Tam nie ma magicznych roślin, ale robią wrażenie – stwierdziła, a za tą propozycją kryło się trochę szczerego współczucia wobec kogoś, kto miał rośliny oglądać przez szybę, trochę wrodzonej przekory, bo skoro to tak, to tutaj można namieszać jeszcze bardziej, a trochę… trochę to, że to jak Nikolai zareaguje na propozycję oglądania czegoś mugolskiego mogło powiedzieć o nim dużo więcej niż wszystkie wymienione dotąd między nimi zdania.
– Jasne, gdybyś chciał naprawdę mordować, przecież nie pytałbyś mnie o to, gdzie szukać pomocy z ukrywaniem ciał – stwierdziła, takim tonem, jakby żartowała. Może faktycznie żartowała. I właściwie nie podejrzewała Nikolaia o bycie psychopatą. Ale… żyli w niebezpiecznych czasach, niebezpiecznym świecie, a Brenna była córką policjanta z krwi i kości, i nigdy nie zapominała, że obok psychopatów mordujących dzieci ze względu na złą krew przechodzi pewnie każdego dnia. Na korytarzach Ministerstwa Magii, na salach balowych, na ulicy Pokątnej.
Czy to była już paranoja, czy tylko ostrożność…?
– Chcesz zobaczyć te bardziej dziwaczne, magiczne rośliny? Większość z nich właściwie wygląda bardzo niewinnie, póki nie próbują kogoś zeżreć, a tutaj są te powstrzymujące przed tym zaklęcia… mają na przykład madragory, ale one siedzą w doniczkach i widać tylko liście, więc właściwie nie wyglądają specjalnie ciekawie… Ciągle pamiętam lekcję z ich przesadzaniem, to był chyba trzeci rok. Prawdziwy koszmar. Wyglądają jak niemowlęta. Brzydkie niemowlęta, ale wciąż, wpychaj do doniczki dziecko, i to takie, które bardzo nie chce być wepchnięte do doniczki. W nausznikach w dodatku, bo jak usłyszysz jego wrzaski, to zaraz stracisz przytomność… – plotła po swojemu dalej, kiedy obchodzi szklarnię, mijając kolejne zioła, zarówno te „zwykłe”, z mugolskich ogródków, jak i takie, które hodowali tylko czarodzieje.


RE: [08.06.72] Tu był dom Gryffindora - Nikolai Petrov - 27.03.2024

-Hm... W moim rodzinnym domu nie było miejsca na dyskusje. Wszystko było tak, jak kazał mój ojciec - a wcześniej jego ojciec. -Raz złamałem jedną z jego zasad. Po karze długo nie chciałem wchodzić do tamtego pokoju. Później, kiedy w końcu się przełamałem, moja mama kryła mnie przed nim i starszym bratem.

Nie powiedział nic więcej, jedynie przyglądał się z zainteresowaniem roślinom. Jego rodzina była dziwna, co tu dużo mówić. Jego ojciec był dziwny. Miał swoje dziwne zasady i przekonania i gniewał się i karał swoją rodzinę, gdy ktoś odważył się powiedzieć mu "nie". Teraz gdy Nikolai mieszkał ze stryjem i każdym dniem widział coraz więcej różnic między Rosją a Anglią, widział również, jak nielogiczne były te zasady. Można by powiedzieć, że szok kulturowy zaczynał otwierać mu oczy.

Dlaczego tutaj chłopcy zajmowali się rzeczami, które zarezerwowane były dla dziewcząt? Dlaczego dziewczęta podejmowały męskie zadania? Dlaczego właściwie coś były "męskie" lub "dziewczęce"? Dlaczego chłopcy nie mogli uprawiać roślin i tylko dziewczęta mogły grać na instrumentach? Nie były to zasady, które do głów tłukli nauczyciele Koldovstoretz (poza klasyfikacją zielarstwa), a właśnie Vitalii. Dlaczego? Jaki to miało sens?

-To jest niesamowite - powiedział z szerokim, szczerym uśmiechem. -Och, mój ojciec wpadłby w furię, gdyby dowiedział się, że odwiedzam... mugolskie... miejsca - zaciął się na chwilę, upominając się w myślach, że tu, w Anglii, powinien zważać na słowa.

Określenia, którymi posługiwał się Vitalii, i których uczył swoich dzieci, jako "prawidłowych określeń", nie były w Anglii akceptowalne, o czym Vladimir powiadomił go zaraz po tym, jak przenieśli się z portu do Doliny Godryka. Vladimir już dawno odciął się od dziwnych doktryn swojej familii i tak samo próbował odciąć od nich swojego drugiego bratanka, którego Vitalii nie zdążył tak zepsuć, jak swojego pierworodnego.

-Gdybym chciał mordować, na pewno wiedziałbym, jak chować ciała - pozwolił sobie na kolejny "żarcik".

Gdyby jednak wiedział, jakie rzeczy widziała Brenna... Z czym musiała się mierzyć i co było jej wpajane, z pewnością powstrzymałby się przed takimi żartami, ze zwykłego szacunku do niej. Nie był jednak tego świadomy i pozostawało mieć nadzieję, że nie popełni żadnej poważnej gafy.

-Tak! - odpowiedź na propozycję zobaczenia ciekawszych egzemplarzy roślin padła niemal natychmiast, jak Brenna skończyła mowić.

W to "tak" włożył cały swój entuzjazm, ciekawość i bunt, który rósł w nim, odkąd ojciec powiedział mu, że nie może robić rzeczy, które robiła jego matka (niektóre i tak robił, tuż za jego plecami).




RE: [08.06.72] Tu był dom Gryffindora - Brenna Longbottom - 28.03.2024

Ojciec Brenny uchodził za stanowczego, ale prawdopodobnie ta stanowczość nijak się miała do tej, jaką przejawiał rodzic Nikolaia. Chociaż czy w takim przypadku można było w ogóle mówić o stanowczości - czy już raczej o dyktaturze?
- Surowe wychowanie - powiedziała jednak dość krótko, bo znali się od całej godziny czy dwóch, więc od razu mowy krytyczne na temat jego ojca, domu i panujących tam zasad byłyby trochę niewłaściwe. Zwłaszcza, że Brenna nie miała pojęcia ani jak patrzył na to sam Kol, ani na ile była to specyfika Petrovów, a na ile rosyjskich warunków. - Cóż, jeśli w takim wypadku kiedyś będziesz chciał go doprowadzić do furii, zawsze od usług. Kev Gardens najlepiej wyglądają latem - stwierdziła, posyłając mu uśmiech, nim skierowała się dalej, w głąb szklarni. Tam, gdzie były te bardziej magiczne i niebezpieczne rośliny.
– To chyba świadczy o przezorności? Mam wrażenie, że dużo osób idzie mordować, a potem wpadają w panikę, i nie mają pojęcia, jak pozbyć się ciała… przemyślenie tego wcześniej na pewno jest bardzo rozsądne – stwierdziła, i brzmiało to jak żart, chociaż przecież było prawdą. Ciała często zostawały na miejscu zbrodni. Czasem – zwłaszcza gdy chodziło o śmierciożerców – bo ktoś chciał, aby zostały znalezione. Czasem, bo ktoś złapał za różdżkę, ale nawet nie przyszło mu do głowy, że potem mógłby zostać złapany. – Wszystko powinno być zabezpieczone, ale na wszelki wypadek niczego nie dotykają, bo jak wspominałam, jestem słaba z zielarstwa i obawiam się, że taką chińską, kąsającą kapustę rozpoznam dopiero, jak spróbuje nas użreć – stwierdziła, popychając kolejne drzwi. Pozdrowiła inną pracownicę, również spokrewnioną ze Sproutami, która akurat przesadzała jakieś rośliny. Tutejsza szklarnia bardzo kojarzyła się Brennie z tą hogwarcką – rośliny niemal zupełnie zasłaniały ściany, ich część rosła w donicach, inne bezpośrednio w ziemi.
– O, to mandragory, o których mówiłam – powiedziała, wskazując na kilka doniczek. Rozpoznała je tylko dlatego, że były podpisane, oczywiście: po samych liściach Brenna nie zorientowałaby się, z czym mają do czynienia. Wyglądały zupełnie niewinnie i… jak cóż, normalne rośliny, ale to dlatego, że ta „najciekawsza” część tkwiła w ziemi. – Nie mam pojęcia, do czego się ich używa. Zawsze zastanawiałam się, czy wykorzystują do eliksirów te liście z góry, czy… no korzenie. Wiesz, te wyglądające zupełnie jak dzieci. Trochę to straszne, bo jeszcze przesadzanie czegoś, co wygląda jak dziecko, z doniczki do doniczki, to jedno, ale kurczę, pocięcie czegoś takiego?


RE: [08.06.72] Tu był dom Gryffindora - Nikolai Petrov - 28.03.2024

Określenie "surowe wychowanie" wydało się Nikolaiowi bardzo łagodne, teraz, gdy zaczynał życie w zupełnie innym miejscu, według zupełnie innych zasad i zaczynał dostrzegać, że może jednak Vitalii nie wychowywał swoich dzieci. On je zwyczajnie tresował, jak dawniej jego i Vladimira tresował ich ojciec.

"Tego nie rób"! "Tamtego nie rób"! "Mój syn nie będzie parał się takimi rzeczami"! "To jest niemęskie"! "Masz się uczyć tego"! "Siedź prosto"! "Mówisz za cicho"! "Nie patrz"! "Nie dotykaj"! I wiele, wiele innych zasad, którymi gdyby je spisać, można by zapewne zapełnić całą ścianę zamkowego korytarza. Z tego, co wiedział, rodzice jego szkolnych rówieśników również byli surowi, zwłaszcza wobec swoich synów, którzy w przyszłości mieli przecież przejmować ojcowskie obowiązki i dbać o przyszłość rodu, ale jego ojciec zbliżał się niebezpiecznie blisko granicy, której rodzic nigdy nie powinien przekroczyć, gdy w grę wchodziło wychowywanie dziecka.

Kolejny uśmiech rozgościł się na jego twarzy, gdy Brenna zaproponowała wycieczkę do "Kev Gardens", tak żeby "doprowadzić ojca do furii".

Poszedł dalej za nią, do następnego pomieszczenia, gdzie spotkali kolejnego pracownika szklarni. Słuchał ostrzeżeń Brenny, a mimo to wyciągnął rękę, by dotknąć jednej z roślin. Omal nie straciłby w ten sposób palca, gdyby chwilę później tę rękę odsunął. Najprawdopodobniej to była właśnie ta chińska kąsająca kapusta, o której wspominała Brenna.

-To zdecydowanie nie będzie moja ulubiona roślina - stwierdził, mierząc gryzące warzywo spojrzeniem pełnym oburzenia.

Dobra, Brenna go ostrzegała, że wchodzili właśnie do tej części szklarni, w której Sproutowie hodowali te magiczne, dziwne rośliny, ale nadal... To Coś Próbowało Go Ugryźć!

Oddalił się od tej nieszczęsnej kapusty i pochylił się nad doniczką, o której zawartości opowiadała teraz Brenna. Mandragora, tak? Skrzywił się, wyobrażając sobie leżące na stole niemowlę, nóż w swojej dłoni i stojący obok kociołek, w którym wesoło bulgotał sobie częściowo przygotowany eliksir, czekający tylko na dodanie ostatniego, wrzeszczącego składnika.

-Natura jest naprawdę dziwna.




RE: [08.06.72] Tu był dom Gryffindora - Brenna Longbottom - 29.03.2024

Tresura. W społeczeństwie czarodziejskim miała się całkiem dobrze - przynajmniej pośród niektórych rodzin czystej krwi. Brenna nie była na tyle naiwna, by tego nie dostrzegał. Była za to jednak też na tyle pełna nadziei, że wierzyła, że z czasem się to zmieni. W Anglii, jeżeli władzy nie przejmie Voldemort.
A może pewnego dnia i w Rosji, której surowe zasady pod pewnymi względami pewnie zdziwiłyby nawet śmierciożerców, odkrywających, że nagle nie wolno im zająć się wróżbiarstwem, bo są mężczyznami.
Na razie jednak mogła tylko z dość typową dla siebie przekorą zaproponować temu rosyjskiemu chłopcu wyprawę do miejsca, w którym absolutnie nie powinien znaleźć się żaden czystokrwisty Petrov. A jego uśmiech sprawił, że sama uśmiechnęła się tylko jeszcze szerzej - bo zaczynała mieć wrażenie, że Kol był w swojej rodzinie wyrodkiem, a w takim wypadku, zachowawszy w sobie trochę życia mimo trudnego wychowania, zasługiwał na sympatię jeszcze bardziej.
- Zaklęcie by ją zatrzymało... chyba - uspokoiła go, chociaż to "chyba" nie zabrzmiało pewnie specjalnie przekonująco. Sama przystanęła, przyglądając się tej roślince, która póki nie próbowała nikogo użreć, wyglądała naprawdę niewinnie. Brenna nie zgadłaby, że chowa zęby, gdyby nie zobaczyła, jak ta próbuje pożreć palce młodzieńca. - A wiesz co? Mnie się chyba całkiem podoba - stwierdziła nagle, pochylając się nieco. Do licha, to mogłaby być całkiem ładna obrona przed śmierciożercami, prawda? Wprawdzie nie do Warowni, za dużo psów, dzieci i ogólnie ludzie, ale jakby tak zasadzić je na rabatce w ramach linii obrony... - Mogłyby odstraszyć nieproszonych gości - stwierdziła, zastanawiając się, czy Sproutowie w ogóle sprzedadzą jej nasiona tej rośliny, czy też jej hodowla jest w jakiś sposób limitowana. - A tu można się sprzeczać, czy to natura jest dziwna, bo stworzyła magiczne rośliny w kształcie ludzkich dzieci, czy czarodzieje są dziwni, skoro wpadli na to, żeby takie wsadzić do kociołka - roześmiała się, ruszając dalej od mandragor. Tym razem ku doniczkom, stojącym na końcu rządu.
Te też rozpoznała głównie przez tabliczkę. Wiedziała jednak, co mogą zrobić, bo raz spotkanie z takimi mogło skończyć się dla niej tragicznie...
- Diabelskie sidła. Teraz wyglądają niewinnie, bo jest tu dużo słońca, ale w ciemności i wilgoci łatwo duszą człowieka. Jedne takie raz omal mnie nie porwały - powiedziała, wskazując na roślinki, które pozostawały nieruchome i mogły się wydawać zwykłą, niemagiczną rośliną. - Jak tak myślę, to Sproutowie mają tu naprawdę niezły, morderczy arsenał... - stwierdziła z pewnym zamyśleniem. A Rosjanie mówili, że zielarstwo jest tylko dla kobiet! - W każdym razie... obejrzeliśmy chyba wszystko.


RE: [08.06.72] Tu był dom Gryffindora - Nikolai Petrov - 29.03.2024

Vladimir wiele razy opowiadał Nikolaiowi o swoim ojcu, z którym Nikolai miał jedynie kilka rozmywających się już wspomnień. Opowiadał o swoim starszym bracie, ojcu chłopca, gdy był jeszcze dzieckiem, posłusznym swojemu rodzicowi, jak wierny kundelek. Im więcej tych opowieści Nikolai słyszał, tym bardziej adekwatne stawało się stwierdzenie, że "historia lubi zataczać koło". Tak, jak dawniej Vitalii, tak teraz Pyotr przejął rolę wiernego kundelka, merdającego żywo ogonkiem tylko dlatego, że miłosierny Pan na niego spojrzał. Wredny kapuś, który zajął ciepłą posadkę, również przygotowaną mu przez ojca. Nikolai za to poszedł w ślady Vladimira, który również zaczął buntować się swojemu ojcu, po tym, jak zobaczył, w jaki sposób żyli inni ludzie i jak on mógłby żyć, gdyby nie był Petrovym. I dla nich obu ich "wolność" zakończyła się w ten sam sposób - odesłani przez swoich ojców za ocean, a ich "występki" zasłonięte były historyjkami o pragnieniu pogłębiania wiedzy i opiece nad schorowanym krewnym.

"Zbrodnia" dla wolności.

Kłamstwo i rozłam dla dobrego imienia.

-A mówili, że zielarstwo to kobiece zajęcie - powiedział, jeszcze raz zerkając na niewinnie siedzącą w donicy kapustę, która zapewne bez najmniejszego trudu pozbawiłaby go ręki własnymi zębami. -Powinienem się martwić? - Może jednak nie powinien był żartować o chowaniu ciał?

Hm, czyli jednak chodziło o odstraszanie ludzi. W sumie nie był to głupi pomysł, ale...

-Skąd wiesz, że nie pogryzłaby ciebie? Czy taka roślina potrafi odróżnić żywiciela od nieprzyjaciela? A jeśli zaatakowałaby twojego znajomego? Można taką kapustę wytresować?

Gdyby istniała taka możliwość, to posadzenie takiej kapusty wokół ogrodzenia nie byłoby głupim pomysłem. A może nawet sam spróbowałby wyhodować sobie taką, a potem wysłałby starszemu bratu w prezencie? Chociaż nie, to byłoby za dużo. Jeszcze paczkę otworzyłyby bliźniaki albo mama i komuś stałaby się krzywda.

Czasami powinien się wstydzić swoich myśli.

-Wydaje mi się, że w tym przypadku to jednak natura jest dziwna. Bo nawet jeśli czarodzieje by nie wpadli na to, żeby niemowlaka wrzucić do kociołka, to gdzieś tam nadal by sobie to rosło, nie?

Przeszli do kolejnej rośliny, do Diabelskich Sideł, jak oznajmiła Brenna. Wbrew temu, co mówiła kobieta, dla Nikolaia wcale nie wyglądały niewinnie. Niby się nie ruszały ani nie miały zębów, ale nadal... A może to przez te kapusty i mandragory, które widzieli i Nikolai powoli przestawał wierzyć w "niewinność" roślin, które sobie rosły w szklarni?

-Czyli nie lubią słońca, tak? Dobrze zapamiętać - mruknął, czując na plecach dreszcze, gdy Brenna wspomniała o swoim porwaniu. -Sproutowie to niebezpieczna rodzina.