![]() |
|
[09.08.72] Szaleństwo Windermere. Otumanienie. | Geraldine & Esmé - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +---- Dział: Lake District (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=150) +---- Wątek: [09.08.72] Szaleństwo Windermere. Otumanienie. | Geraldine & Esmé (/showthread.php?tid=3058) Strony:
1
2
|
RE: [09.08.72] Szaleństwo Windermere. Otumanienie. | Geraldine & Esmé - Geraldine Greengrass-Yaxley - 09.04.2024 Chyba właśnie dlatego tak bardzo ją do niego ciągnęło. Rozumiał ją jak nikt inny, przez te podobieństwa, które udało jej się wychwycić już na samym początku znajomości. Całkiem przyjemnym uczuciem było znalezienie kogoś zbliżonego sobie, szczególnie na tym etapie życie. Nie była już dzieckiem, sporo przeszła i jak dotąd nikt, kogo spotkała na swej drodze nie był taki wyjątkowy. Może było to trochę butne podejście, bo przecież oznaczałoby to, że i siebie uznaje za wyjątkową, ale nie bała się używać właśnie takich słów, kiedy o nim myślała. Nie brakowało jej pewności siebie, wierzyła w swoją nietypowość, wyróżniali się przecież na tle innych, szarych ludzi. Uważała, że to dobrze, że odstają, że nie łapią się w żadne ramy schematu, bo to powodowało, że nie byli przewidywalni, nie byli nudni, jak większość ludzi, którzy stąpali po tym świecie, oczywiście nie uważała trzymania się norm jako czegoś złego, wiedziała, że tak było łatwiej, ale łatwiej wcale nie oznaczało ciekawiej. Ona chciała przeżyć życie, jak najmocniej się tylko dało, nie wybaczyłaby sobie, gdyby tak po prostu egzystowała na tym świecie i nie brała z niego ile tylko się dało, często więcej niż mogła, by tylko coś poczuć, by wiedzieć, że żyje pełnią życia. Nie wiedzieć czemu było to dla niej ważne, priorytetowe wręcz, świadomość, że nie marnowała ani sekundy, że ciągle za czymś gnała, chociaż sama do końca nie wiedziała za czym. Dosyć szybko się przed nim otworzyła dzięki temu podobieństwu, bo czuła, że jest to odpowiednie, nie musiała zastanawiać się nad tym, co mówiła, nie wydawało jej się, żeby odbierał tę prawdę jako coś złego. Niektórzy bowiem mieli problem z akceptacją tego, co ona uważała za prawdę, potrafili się obrazić, w tym przypadku zakładała, że nie ma takiej możliwości, bo nawet jeśli się w czymś nie zgadzali, to doprowadzało to do dyskusji, z której każdy mógł wziąć coś dla siebie, skorzystać z tej szczerości. Było to naprawdę wspaniale, bo dzięki temu mogli się czegoś nauczyć, zobaczyć inne podejście, kogoś kto myśli w ten sam sposób, albo bardzo zbliżony. Yaxley od zawsze szukała aprobaty i akceptacji, robiła wszystko co mogła, aby dorównać osobom w swoim otoczeniu, a może nawet bardziej, aby stać się lepszą od nich. W zawodzie, który sobie wybrała było to niezbędne, otoczona była bowiem mężczyznami, którzy od samego początku mieli łatwiejszy start, nie ma się, co oszukiwać, że fizycznie po prostu mieli przewagę. Nie dołowało jej to jednak, a zachęcało do pracy nad sobą, mało kto wiedział, jak wielu wyrzeczeń kosztowało ją to, żeby im dorównać, gotowała była poświęcić wiele, aby stać się istotną, aby być numerem jeden. Nie było to proste, bracia mieli łatwiej, od zawsze to oni byli tymi najważniejszymi w rodzinie, ona miała zajmować się czym innym, przynajmniej tak widziała to matka, która próbowała ją ukierunkować, gdyby nie jej zawzięty charakter, pewnie by się jej to udało, z czasem jednak zyskała aprobatę ojca, który zaczął ją wspierać, chociaż nadal to męska część rodzeństwa była jego większą nadzieją, dlatego też tak okropnie angażowała się w swoją pracę, bo chciała stać się tą najbardziej istotną, dostawać pochwały, czuć dumę z tego, co osiągnęła, bo pracowała na to od lat i nie osiadała na laurach, udało jej się dorobić nawet pewnej renomy, jednak ciągle to było za mało, chciała więcej, zawsze więcej, nie tylko w tej dziedzinie swojego życia. - Nie mylę, naprawdę. - Może i dążyła do perfekcji, wydawało jej się jednak, że potrafi to odróżnić, przynajmniej na swój sposób perfekcję od wspaniałości. Perfekcja była czymś do czego nieustannie dążyła i wydawało jej się, że zawsze może być jeszcze lepsza, że nigdy nie będzie w pełni zadowolona z tego, co osiągnęła i było to dobre, bo pokazywało, że nadal ma nad czym pracować, że zawsze znajdzie się kolejny cel, do którego uda się jej zmierzać. Co do wspaniałości, to cóż, przez to, jak aktualnie wyglądało jej życie wydawało jej się, że zaczęła zmierzać w zupełnie innym kierunku, bo upadała i zdecydowanie była już w lepszym miejscu w swoim życiu i nie czuła się wspaniała, w żadnym stopniu, przynajmniej na ten moment. - Wiem, że nikt nie jest, ale dążenie do perfekcji to całkiem dobra cecha, przynajmniej moim zdaniem. - Postanowiła to jeszcze podkreślić. - Zauważyłam. - Odparła uśmiechając się przy tym, bo mało kto umiał w komplementy tak jak on, uważała je za dużo bardziej wartościowe od tych zwyczajnych. Widać było, że pokusza się na rozmyślenia, które nie był sztampowe, i to jej imponowało, mogłaby spijać te słowa padające z jego ust ciągle. Może i nie przywykła do komplementów, ale w większości miała wrażenie, że są po prostu grzecznościowe, te jego zdecydowanie należały do tych szczerych, prawdziwych. Znowu pojawiała się prawda, której się nie bali, jak mało kto. Prawda, której zabrakło w jej odpowiedzi na jego pytanie, bo akurat tej się bała, jak niczego innego. Nawet potężna łowczyni mogła się czegoś lękać, zabawne, że była to tak ludzka rzecz, czyli emocje, które się pojawiły. Wolała o nich nie mówić, bo wyjątkowo bała się odrzucenia, bała się, że może go stracić, a zdecydowanie potrzebowała Esmé w swoim życiu. Szczególnie teraz, kiedy uświadomiła sobie, że doszły do tego uczucia, a była tak bardzo zdesperowana, że wystarczało jej po prostu, że był obok, że wykazywał swoje zainteresowanie, nie potrzebowała z jego strony odwzajemnienia, najważniejsze, że jej nie odrzucił, że dał jej to, czego chciała. To i tak było wiele. Postanowiła nie myśleć o konsekwencjach, bo po co? Nigdy o tym nie myślała, zawsze brała to, co los jej proponował, chociaż później zastanawiała się, czy warto było to robić, nie była to jednak odpowiednia chwila na to, żeby się teraz zastanawiać, nie kiedy miała go tutaj przed sobą, chętnego do tego, żeby również skorzystać z okazji, która się nadarzyła. Nie spodziewała się, że krótki wyjazd może przynieść jej, aż tyle zmian, że otworzy jej oczy, że dostrzeże coś więcej, bo miała przecież złapać oddech, a wszystko wskazywało na to, że przyniesie kolejne komplikacje. Nie było to jednak istotne, bo te motyle w brzuchu przysłaniały jej wszystko, nie myślała racjonalnie, wcale i nie czuła, że robi coś złego. Nie chciała go skrzywdzić, mimo, że kierowała się jedynie swoimi zachciankami. Ostatnio robiła się okropnie egoistyczna, a wszystko przez to, żeby chociaż trochę zagłuszyć ból, który pojawił się w jej sercu. Zabawne, że teraz w ogóle o tym zapomniała, że nie czuła już tej pustki, bo Rowle bardzo skutecznie ją wypełnił. Przystał na jej prośbę, nie miał mniejszego oporu, aby się do niej zbliżyć, więc może to wcale nie było egoistyczne, może on również mógł wziąć z tego coś dla siebie. Nie zakładała nawet, że będzie to dla niej wstydliwe, bo nie bała się mówić o rzeczach, które się wydarzyły. Tak jak inni była tylko człowiekiem, tak jak inni miała prawo do słabości, tak jak inni czasem nie była w stanie zapanować nad swoim ciałem, które dążyło do spełnienia tych pierwotnych potrzeb. Bardziej pewnie obawiała się tego, że ich kontakty mogą się nieco ochłodzić, do tego nie chciała doprowadzić, ale byli dorośli, powinni to dźwignąć, bez mniejszego problemu. Może się trochę oszukiwała w tym wszystkim, bo kiedy w grę wchodziły uczucia, jak to, które ją zawładnęło bywało ciężko, nie chciała jednak tego popsuć, nie gdy miała go obok siebie gotowego do tego, żeby się z nią w tym zatracić. Wiedziała, że gdy wspomni o zapomnieniu, to na to przystanie, bo nie wiązało się to z niczym trwałym, nie niosło za sobą odpowiedzialności, byli do siebie tak bardzo podobni, że potrafiła odgadnąć, jak na to zareaguje. Zapomnienie wydawało się być idealnym powodem do tego, żeby zbliżyć się do siebie na chwilę, chociaż wcale nie chciała, żeby to była tylko chwila. Jednak na ten moment było to wystarczające, być może później po raz kolejny skorzysta z tej karty, chociaż nie sądziła, że uda jej się przed nim zbyt długo ukrywać to, że przepadła, że zakochała się w nim, kaletniku z którym nie miało ją łączyć nic więcej niż relacje biznesowe okraszone sporą sympatią. Czyż jednak samo to, że wybrali się razem w to miejsce nie świadczyło już o tym, że łączyło ich zdecydowanie więcej? Jak widać nie umiała się powstrzymać, nie potrafiła się opanować, jej serce zadecydowało, i nie zamierzała z tym walczyć. Jej życie było nieustającą walką i chyba powoli stawała się tym zmęczona, i chociaż rozum próbował interweniować, to zdecydowanie nie chciała teraz go słuchać. Było za późno, po przepadła w chwili, w której poznała smak ust Esmé. Czekała nieco spanikowana na to, czy ta odpowiedź mu wystarczy, czy będzie tym, czego oczekiwał. Czy w to pójdzie, bo zależało jej na tym, żeby móc zbliżyć się do niego jeszcze bardziej, bo przecież to był dopiero początek, jeden nic nie znaczący pocałunek, który mógł rozpocząć coś nowego, albo wszystko zaprzepaścić. Ulżyło jej, kiedy się odezwał, chociaż dosyć śmiało może nawet zbyt śmiało założyła, że zna go na tyle, żeby wiedzieć, że dokładnie tak się stanie. Nie dało się ukryć, że potrafiła się dostosować, mogła udawać, że to tylko zapomnienie, kiedy w zamian mogła dostać to, czego tak bardzo pragnęła. Szczególnie, że nie miał problemu, aby dać jej ten pierwszy pocałunek, który miał się okazać jednak jej drogą ku zatraceniu, a w zasadzie to nie tylko jej drogą, a ich wspólną. Nie zwlekał, mimo, że mieli spędzić tutaj jeszcze trochę czasu dosyć szybko znalazł się tuż obok niej. Wstrzymała oddech, kiedy dotknął jej ramienia, kiedy jego palce znalazły się pod ramiączkiem jej sukienki. Tego chciała, miał spełnić jej chwilowe marzenie, co niesamowicie ją satysfakcjonowało, bo po raz kolejny udało się jej dostać wszystko na co miała ochotę. Może i było to złudne i fałszywe, bo przecież nie powiedziała mu o swoich uczuciach, to przecież w ten sposób mogła dostać od niego chociaż namiastkę miłości, przynajmniej tej fizycznej. Czuła, że skóra ją pali w miejscu, w którym chwilę wcześniej pozostawiał na niej pocałunki, przesunęła głowę, aby dać mu więcej przestrzeni, by mógł dotknąć każdego centymetra jej ciała, bo chciała aby to przyjemne ciepło wypełniło ją całą. Był przy tym strasznie delikatny, w przeciwieństwie do tego, co znała. Nie miała pojęcia, co nim kierowało, ale nie obchodziło jej to specjalnie, bo była zaślepiona miłością, liczyło się tylko to, aby poczuć ją w pełni. Zaspokoić te przyziemne potrzeby, które się pojawiły. Wzniecić ogień, który spali ją zapewne do cna. Oddychała powoli, jakby chciała się nacieszyć każdą krótką chwilą, którą jej dawał, chciała, żeby to trwało wiecznie, żeby nie przestawał jej dotykać, bo to w jaki sposób to robił sprawiało jej ogromną przyjemność, jakby faktycznie też tego chciał, jakby może faktycznie był w stanie obudzić w sobie jakieś uczucia, ku jej osobie. Ta krótka myśl jej wystarczała, mimo, że miała świadomość, że się oszukuje, że zapewne nie zechce przyjąć tego, co miała mu do zaoferowania, ale to nie było istotne, liczyły się tylko jego usta, które teraz błądziły po jej obojczyku, później szyi, aż wreszcie mogły złączyć się z jej ustami. Było to zwieńczeniem jej oczekiwań, których podobno nie miała. W przeciwieństwie do mężczyzny, Ger brakowało delikatności, łapczywie oddawała się temu pocałunkowi, jakby od razu chciała dostać od niego wszystko, jakby bała się, że za chwilę może zmienić zdanie, że może przestać chcieć tego samego, chociaż to, że chwycił ją w talii wydawało się mówić o tym, że też nie chce przestać, że też tego pragnie. Zarzuciła swoje dłonie, na jego szyję, żeby zbliżyć się do niego bardziej, jakby chciała potwierdzić to, że teraz nie ma już odwrotu, że w tej chwili należy do niej, że są w tym razem. Gdy oderwał swoje usta od jej, złapała głęboki oddech, mógł zauważyć, że jej policzki zrobiły się rumiane, w oczach nadal tkwiły iskry spowodowane takim przebiegiem sytuacji, miała wrażenie, że serce za chwilę wyskoczy jej z piersi, bo biło w bardzo szybkim rytmie. - Nie ma lepszej metody, a z zapomnienia można zawsze przejść do przypomnienia. - Powiedziała cicho, bo nie chciała, żeby to było jednorazowe, jeśli trzeba będzie będzie trzymała się tej tezy, że to tylko zapomnienie, była to przecież chociaż chwilowa pewność, że znowu będzie chciał jej w tym pomóc, bo miała wrażenie, że dla niego nie jest to nic więcej. Skorzystał z okazji, która się nadarzyła, może jak takie okazje będą pojawiać się częściej, to również ich nie odrzuci, może była to jej szansa, że kiedyś poczuje do niej coś więcej. Jeśli nie, to ciekawe, co zrobi, kiedy to on zniknie z jej życia, w jaki sposób wtedy będzie próbowała zapomnieć, ale odsunęła od siebie te myśli, szczególnie, że ponownie ją pocałował. To wystarczyło, żeby przestała się zastanawiać. Drgnęła niepewnie, kiedy dotknął jej blizny, nie przywykła do tego, żeby ktokolwiek jej dotykał, bo blizny były skazą, ale powiedział jej wcześniej przecież o tym, że nie dla niego, może faktycznie był inny od wszystkich innych, musiał być, przecież inaczej by się w nim nie zakochała. Pozwoliła mu na to, bo chciała, żeby poznał każdy skrawek jej ciała. Zachłanne pocałunki tylko rozbudzały jej zmysły, chciała więcej, nie licząc się z konsekwencjami, chciała zaspokoić to uczucie, które się pojawiło, bo poza tym, że uczucia mówiły swoje, to ciało też pragnęło zaspokoić swoje wszystkie potrzeby. Kiedy ponownie wspomniał o jej wyjątkowości, coś w niej drgnęło. Nie mówiłby tego, gdyby chociaż trochę nie uważał jej za wartą tych wszystkich komplementów, nie dotykałby jej w ten sposób, nie byłby tak blisko, może faktycznie była jeszcze nadzieja? Może się oszukiwała, doszukiwała się w tym drugiego dna, ale trudno, przepadła. Przyjmowanie komplementów nie należało do najprostszych czynności, nie umiała tego robić, nie wiedziała, co powinna mu odpowiedzieć, za to pewna była tego, że ich usta powinny ponownie się spotkać, czasem słowa mogą jedynie psuć moment, wolała więc nie mówić nic, a na komplement odpowiedziała pocałunkiem, bardzo delikatnym, który zupełnie nie pasował do jej osoby, bo przecież była potężną łowczynią. Nie zamierzała przestawać, nie kiedy jej całe ciało domagało się zaspokojenia pragnienia, które w niej obudził. Lewą dłonią złapała go za dłoń, aby spleść swoje palce z jego palcami, zależało jej na tym, żeby połączyli się w jedność, aby zaznać czegoś głębszego, nie odrywała swoich ust od jego, jednak nadal ten pocałunek był zdecydowanie bardziej delikatny od tego wcześniejszego, jakby chciała, żeby w tym trwali jak najdłużej, jakby nie chciała, żeby to, co właśnie działo się między nimi się zbyt szybko skończyło. Była gotowa w każdej chwili ściągnąć z siebie tą sukienką, żeby dać mu całą siebie, żeby w pełni cieszyć się bliskością, dzięki okazji która się nadarzyła. Najwyraźniej miała zupełnie gdzieś to, że znajdowali się na pomoście, w końcu sami zauważyli, że to miejsce jest opuszczone, nawet jeśli nie, to co z tego? RE: [09.08.72] Szaleństwo Windermere. Otumanienie. | Geraldine & Esmé - Esmé Rowle - 13.04.2024 Ludzie lubili nazywać innych dziwakami, ekscentrykami, świrami. Często po cichu, za plecami, nie chcąc, by to wyszło na jaw - ta ich prosta myśl, że dany osobnik nie pasuje do reszty. Zabawne i naiwne. Nietypowi ludzie często wiedzieli, że są nietypowi. Zauważali to w reakcjach innych, w niezrozumieniu wobec innych, bo przecież... to działało w dwie strony. Normalność dla ogółu definiowana była przez większość, a dla dziwaków? Przez ich własne rozumowanie świata. Pojęcie normalności wpisywało się w rozumowanie świata przez Esmé. Wiedział, że nie jest normalny. Nie zawsze jednak wiedział dlaczego. Nie zawsze też wiedział, które jego elementy sprawiały, że był aż tak odmienny. Jednym z tematów pozostawionych w nieświadomości kaletnika, były jego preferencje wobec ludzi. Jak każdy inny - miał swój ideał oparty na cechach, które uważał za najbardziej wartościowe, pociągające czy interesujące, lecz nie to było najważniejsze. Najważniejsza była, po raz tysięczny, Prawda. Kim byli naprawdę? Ponad to, co preferował Esmé, było to co przedstawiali ludzie sobą. Tak naturalnie. Doprowadzało to do absurdów, w których Rowle potrafił cenić oprycha bardziej, niż filantropa. Wszystko tylko dlatego, że oprych był sobą, tak po prostu, bezkompromisowo sobą. Nie udawał nikogo. A filantrop, jeżeli jedynie udawał, był dla rzemieślnika nikim. Powtarzano - nie ma dwóch takich samych ludzi. A jednak wielu dążyło do tego, by być tą samą osobą, którą społeczeństwo wykształciło jako ideał. Efekt czasów, efekt potrzeb, efekt świata, w którym żyli. Produkt. Jak na rzemieślnika, to zaskakująco brzydził się tym słowem. Produkt. Według niego określało to coś, co zostało stworzone bez duszy. Jako efekt zamówienia, potrzeb, otoczenia, ale nigdy... pasji. Nigdy czegoś więcej. Dlatego swoje "produkty" nazywał dziełami. To stawiało linię. Laurent lubił zwracać uwagę na to, że Esmé wypowiadał niemal tę samą myśl co on, ale z wykorzystaniem synonimów. Tutaj było podobnie - produkt i dzieło, były blisko siebie. Ale dla kaletnika - te słowa nie mogły być od siebie dalej. Nie być produktem. To było dla Rowle piękne. Przepiękne nawet. Wyrwać się ze schematów, stać się jednostką, a nie elementem. Zostać dziełem własnych wizji, pragnień, problemów. Nie odpowiedzią na potrzeby i problemy świata, w którym się żyło. Społeczeństwa, w którym zajmowano miejsce. Którego było się ów elementem. To było podążanie za własną Prawdą. Bo, po raz tysięczny i pierwszy, nie było uniwersalnej Prawdy. Każdy miał swoją własną, a Esmé... kochał je poznawać. Dlatego też nie zamierzał prostować swoich myśli, gdy Geraldine nie do końca go zrozumiała. Wyciągnęła z tego swoją własną Prawdę, którą Rowle szanował. Nie miał zamiaru zmieniać w niej niczego. Nawet jeżeli arogancko uważał, że jego Prawda jest najprawdziwsza. Typowo. W gruncie rzeczy - wydawało mu się, że mają na ten temat to samo zdanie, ale przyczepiali do tego nieco różne wartości. Widzieli w tym nieco inne rzeczy. Rzemieślnik również uważał, że dążenie do perfekcji jest czymś nadobnym, jednak nie zapominał, że porażki są ważnym etapem tego procesu. Dla niego - nawet najważniejszym. Mówił już o tym, ale nic nie uczyło tak, jak cierpienie. Nic nie pozwalało zapamiętać lekcji, jak ten ból. Po porażce, po złej decyzji, po całej passie złych decyzji nawet. Wszystko to było elementem procesu. Sukcesy były zdanymi testami, zaś nauka zawsze była ciężka. Podążając za tą logiką - w ciemnych oczach Esmé wszystkie "nie-wspaniałości" Geraldine, przez to że właściwie je rozpoznawała i czuła to, co czuła, były wielkimi symbolami progresu jej osoby. Wręcz kamieniami milowymi. Paradoksalnie - dowodem jej wspaniałości. Perfekcji nie dało się osiągnąć, a jeżeli coś leżało poza nasza mocą, to dlaczego mielibyśmy się tym przejmować? Porażki w drodze do perfekcji były nieuniknione. W tym celu nie było niczego, poza porażkami. Sukcesy były zdanymi testami, ale prawdziwego sukcesu w tym celu nie było. Przegrana była nieunikniona - prędzej czy później. Liczył się tylko wynik końcowy. Jak daleko zaszliśmy w tej drodze? Podcinanie sobie skrzydeł porażkami nie pomagało w tej drodze. Należało się szybko podnieść, wyciągnąć lekcje z upadku i brnąć dalej. To była wspaniałość. Wspaniałość w dążeniu do perfekcji. I chociaż prawił, że perfekcji nie ma, tak czuł, że właśnie ona biła od Geraldine. Czuł. Jakże naturalnie przychodziło mu to uczucie jak na człowieka, który zawsze z nimi miał problemy. Zawsze musiał je z siebie wysilić, wyrzucić, jakby na siłę próbował nimi zwymiotować. Teraz uczucia po prostu... czuł. Cóż za przyjemne... uczucie. Ale czy przyjemniejsze, niż pocałunek jaki ich teraz łączył? Nie, zdecydowanie nie. Serce Esmé, chociaż pochłonięte emocjami i pragnieniami, tak było znacznie spokojniejsze, niż to Geraldine. Nie zastanawiał się bardzo nad sytuacją, w której się znaleźli. Nie myślał nad tym czy jego Łowczyni go kocha, pragnie czy może po prostu jest nim zainteresowana albo znudzona wszystkim innym. Nie grało roli to czy był obiektem uczuć, czy jedynie narzędziem lub może inaczej - używką, której Ger chciała zażyć, by odsunąć umysł od bolesnych tematów. Ale chciał, żeby kochała go ponad życie, żeby korzystała z niego jak najczęściej i żeby uzależniła się od niego tak, by bez niego nie mogła funkcjonować. Jednocześnie, zupełnie absurdalnie, nie chciał dla niej tego wszystkiego. Uwielbiał ją, nie chciał by jego osoba jakkolwiek ograniczała jej wspaniałość. Szczerze. Równie szczerze był człowiekiem, który pragnął. Pragnął, by posiadać. By ta wspaniałość była jego. By Bogini Łowów skupiała się tylko i wyłącznie na nim. Teraz nie myślał też o konsekwencjach. Dlaczego miałby? Byli szczerzy ze sobą. Arogancko uważał, że wie, iż Ger jest wobec niego szczera. Że go nie okłamuje. I poniekąd tak było - poniekąd nie był okłamywany, bo jej pragnienie czuł na własnych ustach. Było prawdziwe, ale czy spowodowane chęcią zapomnienia? Nie miał powodów, aby uważać inaczej. Ufał jej, tak po prostu. Nie wiedząc nawet jak specyficznie się mylił. Sam od początku wykazywał fascynację jej osobą. Nawet wtedy, w jego pracowni, było to już jasne, a teraz było to wręcz oczywiste, chociaż bardziej dostrzegalne w czynach, niż słowach. Jego słowa się nie zmieniły, zaś czyny... te były niby na życzenie. Niby jedynie wedle jej pragnienia - ku zapomnieniu. A jednak Geraldine musiała poczuć, że Esmé brał też dla siebie. Jego pocałunki nie były tylko metodą, aby spełnić jej prośbę, bo było w nich znacznie więcej. Było to też w jego podejściu do całej tej zaistniałej sytuacji. Wielbił ją, a teraz, przede wszystkim, wielbił jej ciało. Uśmiechnął się krótko, lecz zadziornie, cwaniacko, gdy mówiła o "przypomnieniu". Oh, zdecydowanie. Chętnie będzie przypominał tak często, jak trzeba. Chętnie i częściej. Tak samo chętnie mógłby służyć zapomnieniu. Każdy znajdował w tym coś dla siebie, coś czego potrzebował i pragnął. Złączył ich usta raz jeszcze, teraz zmotywowany jej słowami jeszcze bardziej. Mężczyźni byli prostymi istotami. Nawet jeżeli był to tak skomplikowany człowiek jak Esmé, to koniec końców - opierał się na prostych mechanizmach. Jedynie bardzo poplątanych. Schlebiało mu pożądanie, schlebiało mu oddanie. Chciał być świadom tego, że ktoś go pragnie i chciał cieszyć się widokiem wrażeń, które wywoływał. Nie potrafił się tym nasycić, zresztą tak, jak smakiem ust Geraldine. Zamarł na moment w bezruchu, kiedy ich palce zostały splecione. Pocałunek, który ich połączył tym razem, był inny. Rowle zmrużył oczy, próbując wyciszyć w sobie tę pierwotną bestię, aby potrafiła również zasmakować tej unikatowej chwili. Tej namiastki wieczności, trwania w momencie, który normalnie był ulotny. Ale coś w nim drgnęło. Najpierw poruszyło się lekko, by zaraz szarpnąć. Namiętność. Pasja. Tak, pasja. Uczucie, które wypełniało go najczęściej. Uczucie, które znał tak dobrze, a teraz odkrywał z zupełnie innej strony. Słowa były już zbędne, zresztą... nie znał takich słów, które ujęłyby w ramach języka jego emocje. Nie pierwszy raz. Teraz potrafił jedynie czynami przekazywać to, co w nim tkwiło. Prawdziwe uwielbienie. Wręcz fanatyczne uwielbienie, któremu chciał się oddać niczym w jakimś rytuale. Pradawnym i pierwotnym. Przysunął ją bliżej siebie. Nie musiał być silniejszy, by zwyczajnie być w stanie tego dokonać. Geraldine była wyższa, silniejsza, szybsza, lepiej zbudowana, ale... była też bardzo zgrabna, wysportowana. W jej sylwetce brakowało zbędnych kilogramów, bo te jedynie spowalniałyby ją podczas polowań. Siła Esmé była bardziej niż wystarczająca, by móc trochę nią władać. Władać... na tyle, na ile zostało mu to pozwolone. Zatem przysunął ją bliżej siebie, obejmując ją wciąż jedną ręką na wysokości talii. Drugą dłoń trzymał wciąż splecioną, teraz nawet zaciskając nieco palce, jakby za nic w świecie nie chciał się rozstać z ciałem Ger. W tym samym momencie zaczął nieco na nią napierać, próbując położyć ją na kładce, na której dotychczas siedzieli. Nie rozrywając splotu dłoni, ani pocałunku. Mogła stawiać opór i bez problemu wygrałaby tę mizerną próbę sił... gdyby tylko chciała. A czy chciała? Jeżeli nie, to Rowle nie tracił ani chwili. Dzień był jeszcze, stosunkowo, młody, ale to nie oznaczało, że powinien zwolnić. Nie dla niego. Chciał więcej, chciał... jej. Nienasycony, spragniony, oszołomiony uwielbieniem. W końcu oderwał się od niej na chwilę, by przyjrzeć się jej lepiej - leżącej na molo, z rozmarzonymi oczyma, głęboko oddychającą, zarumienioną. Chciał odcisnąć ten widok w pamięci, bo wyglądała tak... wspaniale, tak pociągająco. Opadnięte ramiączko jej sukienki, odsłaniające nieco więcej piersi, ale wciąż nie na tyle, by wyobraźnia Esmé musiała przestać pracować. Jej nieco zszargana fryzura i usta zaczerwienione od łapczywych pocałunków. Wymieniać, tak na prawdę, mógł długo. Ale nie miał na to czasu. Uśmiechnął się sam do siebie, napotkawszy myśl, że... - Jestem prawdziwym szczęściarzem. - mruknął na tyle cicho, że Ger bardziej musiała zgadywać co mówił, niż rzeczywiście byłaby w stanie usłyszeć tę jego nieświadomie wymamrotaną myśl. Mogła nawet nie mieć czasu, by te słowa do niej dotarły, bo zaraz Rowle dopadł do niej znów, tym razem wpił się w jej szyję, zaś jego ręka wędrowała gdzieś w górę łydki, po kolanie, aż przesunęła się delikatnie po udzie, nim zacisnęła na pośladku. Od tego momentu... logika przestała istnieć. Przynajmniej dla rzemieślnika. Podążał jedynie za pragnieniami.Jego dłonie okazywały się coraz śmielsze, odkrywając nowe rejony jej ciała. Usta również teraz rzadziej trafiały na inne usta, ale regularnie do nich wracały jakby... nic nie mogło się im równać. Ubrania zaczynały znikać - najpierw z niego, bo koszula została szybko zrzucona i rzucona na bok. Rozległa blizna na plecach nie miała teraz znaczenia. Nawet o niej nie pomyślał, zapominając zupełnie o wszelakiej krzywdzie, jaką zaznał. A to on miał pomagać w zapomnieniu. Ironiczne, bo to właśnie on zapominał. O krzywdzie, ale przede wszystkim - o pustce jaka w nim tkwiła. Kolejna była sukienka, bo bielizny... jakże wygodnie, ale Ger nie nosiła. Mało ekspresywna twarz Esmé teraz wydawała się błyszczeć czystą przyjemnością i satysfakcją. Rozmiłowaniem w tym, co robił i czego był świadkiem. Uwielbieniem tak dla niej, jak i dla tego wszystkiego, co tutaj się działo. To zabawne, że aktualnie oddawali się sobie tak, jak pewnie byłoby to w wyobraźni ludzi, gdy dowiedzieliby się, że ta dwójka wybrała się na wczasy razem. A przecież nic takiego nie było w planach, o niczym takim Rowle nie myślał. Ekhem, no dobra, myślał, ale nie zamierzał. A teraz? Teraz pewnie spełniały się najśmielsze wyobrażenia ludzi, którzy podejrzewaliby ich mały wyjazd jako pretekst na namiętny romans. Rzemieślnik z krwi i kości. Ze Skóry i Kości, chciałoby się rzec. Esmé nawet w akcie pożądania starał się, dawał z siebie wszystko, ale też dążył do tego, by samemu być zadowolonym. Składał pocałunki raz za razem na jej ciele, pieścił je ustami i nie tylko. Miał też swoje cele, które jeszcze chwile temu były abstrakcją, a teraz... mógł je spełniać. Jego obnażona Bogini Łowów prezentowała się... iście bosko, nie kryjąc teraz przed nim żadnych sekretów i nie pozostawiając wyobraźni wielkiego pola do popisu. Nic nie szkodziło. Mężczyzna z zaskakującym skupieniem odkrywał na jej ciele blizny, nawet najdrobniejsze, najbardziej błahe i niewidoczne, by zaraz je dotknąć i ucałować - tak, jak pragnął tego już wcześniej. I dokonał swego, żadna blizna, którą dane mu było ujrzeć, nie pozostała bez pocałunku. Każdą jedną starał się załagodzić, ale nie usunąć. Nie chciał nawet usuwać cierpienia, jakie za sobą niosły. Przecież... nic nie uczyło tak, jak cierpienie, prawda? Pozbawienie ich Geraldine wystawiało ją na ryzyko powtórzenia błędów, a tego Esmé bardzo, ale to bardzo nie chciał. Nie chciał dla niej niczego, co miałoby ją zasmucić. Niczego, co mogłoby ją wprowadzić w zły nastrój. Teraz był gotów ugasić słońce, które chociażby ją raziło i zniszczyć księżyc, jeżeliby nie dawał jej spać. Gotów był... umrzeć, byleby była szczęśliwa. Byleby zrozumiała to, jak wspaniała była. I jak bardzo ją wielbił. Czy to była miłość? Oby, oby nie. Esmé chciał kochać świadomie, a to co teraz tutaj działo się... było ponad jego świadomość. Fanatyczne oddanie i zatracenie dla niej, dla najwspanialszej, dla najpiękniejszej, dla najmądrzejszej, dla Geraldine. Dla jego Bogini Łowów. Czy mieli świadków? Nawet jeżeli, to Rowle nie zauważyłby ich. Nie potrafił się nacieszyć Gerry, chociaż teraz nabrał w tym... ładu. Mniej było uczucia zaślepienia podążaniem za pragnieniem, a więcej metodyki. Jego usta pieściły nieprzypadkowe miejsca, tak samo dłonie. Jego ruchy były nastawione na to, by Ona poczuła się lepiej. By razem było im lepiej. Z iście profesjonalnym skupieniem, ale też zamiłowaniem. Z pasją, jakby oddawał się kaletnictwu, a nie uprawiał seks. Bo seks, dla niego, również był rzemiosłem. Również wkładał w to pasję, wkładał w to swoją duszę i uczucia, które potrafił w sobie wykrzesać. Teraz nie musiał robić tego na siłę. Starał się, by efekty jego starań były jak najznakomitsze, by Ger oddychała głębiej, wydawała z siebie głośniejsze jęki, by zaciskała palce na jego skórze bardziej, mocniej. Namiętność i pasja. Krócej nie dało się tego opisać, chociaż należało dodać do tego totalne zatracenie. W przyjemności, w uczuciach, w tej chwili. Jednak w końcu Esmé zaczął osiągać swe proste, ludzkie limity. Męskie limity. Najpierw władzy nad sobą, by zacząć być w końcu nieco... gwałtowniejszy. Impulsywniejszy. Chcąc więcej i więcej dla siebie, i dla niej. Chcąc to osiągnąć w prostsze, a silniejsze sposoby. Aż w końcu nastała cisza, przerywana jego głośnym oddechem. Koniec końców - miał gorszą kondycję od niej, a starał się teraz... za wszystkie czasy. Za wszystkie czasy, odkąd jego serce wypełniała pustka. Ostatni raz zaznał tej przyjemności, niewymuszonej, ponad 4 lata temu. To był ostatni raz kiedy kochał się z kobietą z prawdziwego uczucia, a nie dla uczucia. Z westchnięciem ułożył się na plecach, na molo. Nagi. Nie odzywał się, ale na jego twarzy widniał uśmiech, który jedynie się poszerzał, gdy emocje stygły, a on bardziej świadomie uwielbiał Ger, niż kilka chwil temu, zatracony w pożądaniu. Modlitwa została zakończona, ale czy Bogini ją zignorowała, czy jej zaimponowała? Istotne i... nie. Osiągnął swoje. Pokazał to, jak wspaniała była dla niego. Jak bardzo ubóstwiał jej osobę. Nagle prychnął, rozbawiony czymś, przekręcił głowę na bok, by spojrzeć na Gerry. - To co, mogę liczyć na jakieś materiały ekstra? - durny żart, który bagatelizował całą zaistniałą sytuację. Ale bardzo go bawiło to, że przecież jeszcze... trochę temu naprawdę łączyła ich tylko sympatia i interesy. Aż ciężko mu było podejrzewać samego siebie, że uprawiał z nią seks. Było to w jakiś sposób ciężkie do uwierzenia. A jednak było prawdą. Jednak stały za tym uczucia. Żaden interes, żadna korzyść oprócz tej mentalnej. Nie pamiętał ostatniego razu kiedy czuł się tak szczęśliwy. Podniósł się do siadu i sięgnął po butelkę piwa, którą wcześniej omal nie zrzucili do wody. Pociągnął z niej kilka porządnych łyków, właściwie niemalże opróżniając zawartość. Skrzywił się lekko i odstawił szkło na bok. - Ciepłe. - i prawie wygazowane. Rzucił to słowo, spoglądając na Łowczynię i automatycznie, niczym uruchomiłby się w nim jakiś mechanizm na jej widok lub zostało na niego rzucone zaklęcie - zaczął się uśmiechać. Nie mógł się powstrzymać, by jego ręce nie przesunęły się po jej ciele raz jeszcze i by jego usta nie dotknęły kilku punktów, nim w końcu pocałował ją jeszcze raz - długo i namiętnie.- Nawet nie wyobrażasz sobie jak wiele dla mnie znaczysz. - szepnął, opierając czoło na jej barku, pozwalając sobie na chwilę... delikatności i bycia wrażliwym. Bycia nieco bardziej wrażliwym oraz otwartym, niż zazwyczaj. - Naprawdę. - mruknął. Bo wcale nie musiał jej kochać, by była dla niego najważniejsza na świecie. Wystarczyło, że wywoływała w nim tyle emocji, że potrafił zaznać tego wszystkiego tak łatwo, tak naturalnie. Jakby wcale nie był zniszczonym człowiekiem, jakby wcale ta pustka w nim nie istniała. Jakby nie doznał przez okrutny Los żadnych krzywd. Było warto. Nawet jeżeli to wszystko miało zaraz okazać się jednorazowym wydarzeniem, które już nigdy, przenigdy się nie powtórzy chociażby w delikatnym stopniu, to było warto. Jeszcze chwilę tkwił tak w bezruchu, obejmując ją, nieśmiało wtulając się w nią, próbując zaznać tego ciepła tak dużo, jak mógł. Tak, jakby zaraz to miało się skończyć. Tak, jakby jego bilet na szczęście wygasał za kilka sekund. Ostatnie rozkosze. RE: [09.08.72] Szaleństwo Windermere. Otumanienie. | Geraldine & Esmé - Geraldine Greengrass-Yaxley - 15.04.2024 To można było wyczuć, niemalże od razu. Wzrok skierowany w twoim kierunku, albo wręcz przeciwnie, odwracanie wzroku, gdy pojawiałeś się obok. Ciche komentarze, kończące się milczeniem, gdy znajdowałeś się odpowiednio blisko. Można było do tego przywyknąć. Z czasem na pewno, na początku może pojawiała się myśl, dawno temu, czy tak powinno być, próba bycia normalnym, tylko po co. Zawsze przecież mógł się znaleźć ktoś, komu coś nie pasowało, jaki był sens w dążeniu do tej silnej akceptacji, która i tak nie miała sensu, bo nie była prawdziwa. Zresztą maski, większość z tych osób ubierała maski, żeby inni ich lubili, a to wiązało się z kłamstwem. Udawanie łączyło się z fałszem, warto było sobie zadać pytanie, czy możesz sobie spojrzeć w oczy na koniec dnia, czy czułeś, że zatraciłeś w tym wszystkim siebie, czy warto? Zdaniem Ger, nie było warto, czuła, że Esmé ma podobnie. Jej zajęło trochę czasu, aby zrozumieć to, że tak jest lepiej, w szkole miewała z tym problemy, przejmowała się, jednak teraz to prawda była ważniejsza, samoświadomość i właśnie ta możliwość spojrzenia sobie w oczy na koniec dnia, że nie robi nic przeciwko sobie, bo przecież wiązało się to z tym, co było dla niej najważniejsze, z wolnością, najważniejszą dla niej wartością. Nie chciała być zniewolona w żaden możliwy sposób, istotne było to, żeby robić zawsze wszystko na co miała ochotę, nie wbrew sobie, bez względu na to, czy dostanie akceptację, przestała jej już potrzebować, zaczęła stawiać swoje potrzeby ponad te innych. Dzięki temu wokół niej zostały już tylko te osoby, które faktycznie nie miały problemu z tym, jaką ścieżką podąża. Florence, która była zupełnie inna od niej, ale zawsze gotowa ją wesprzeć, mimo tego, że nie do końca uważała, że to, co robi Gerry jest właściwe. Nie próbowała na nią wpływać, nie zwracała uwagi na jej kolejne wybryki, po prostu była obok, kiedy Yaxley po raz kolejny ładowała się w kłopoty, bezinteresownie dostawała od niej pomoc. Tym chyba była prawdziwa przyjaźń. Miała szczęście, że miała wokół siebie grupę osób, które zaakceptowały ją taką, jaką była, że nie musiała sięgać po maski, nie wszyscy mieli taką możliwość, niektórzy usilnie próbowali trzymać wokół siebie ludzi, przez co gubili w tym wszystkim siebie. Nie potrafiła tego zrozumieć. Okropnie ceniła sobie tę więź, którą udało jej się zawrzeć z Esmé, nie wiedzieć czemu, on potrafił konfrontować z nią swoje myśli, ba nawet zmusić ją do tego, żeby otworzyła się na racje innych. Nie miała z tym problemu, najmniejszego, zachwycał ją swoją bezczelnością, i tym, że biła od niego właśnie prawda, jego prawda, którą chciał się z nią podzielić. Niewiele osób, było skłonnych to zrobić. Mimo tego, że znali się przecież ledwie chwilę, wydawało jej się, że ta znajomość może jej dać dużo więcej, niż wszystkie inne. Szczególnie teraz, kiedy dotarło do niej, że go kocha. Z racji na to, że trochę byli od siebie zależni zawodowo nie będzie mógł jej zostawić po tym wszystkim, nie ucieknie, przecież potrzebował jej do czegoś więcej niż tylko jednorazowego zbliżenia, napawało ją to optymizmem, nie zostanie po raz kolejny porzucona, a przynajmniej ślepo w to wierzyła, że on jej nie zostawi. Nie chciałaby go stracić, bo zaczął dla niej znaczyć zbyt wiele. Może niepotrzebnie sobie pozwoliła na odczuwanie tych emocji, może powinna postawić mur, jak miała to w zwyczaju, ale nie potrafiła mu się oprzeć. Przepadła i będzie musiała sobie jakoś z tym poradzić, bez względu na konsekwencje, bez względu na to, co przyniesie los. Już było za późno na to, żeby z tym walczyć, dobrze, że miała tego świadomość. Postara się dać mu tego, czego potrzebuje, nawet jeśli jego potrzeby będą zupełnie inne od tych jej, zrobi wszystko, byleby tylko jej nie opuścił, bo mogłaby nie przeboleć tej straty, mogła zatracić dla niego siebie, przynajmniej tak jej się w tej chwili wydawało, zaślepionej tym silnym uczuciem miłości, które ją opętało. Przestała się przejmować tym, że jej prośba mogła zabrzmieć jak lekka desperacja, zupełnie jej to nie obchodziło, bo przyniosła to, czego potrzebowała. Esmé spełnił jej życzenie, nie obchodziło ją z jakiego powodu, bo nie było to dla niej szczególnie istotne, nie uciekł, nie zostawił jej z brzmiącym w powietrzu echem tych słów, które wypowiedziała, tylko zrobił to, na co miała ochotę, a raczej mieli, bo przecież on też musiał tego chcieć. Tylko to było ważne, nie więcej, nic więcej. Nie zamierzała się rozwodzić już nad niczym. Liczyły się tylko te pocałunki, które ich połączyły na moment, chwilę, która właśnie trwała, splecione ręce, dwa ciała, które chciały czegoś więcej, pragnienie, które miało zostać ugaszone. Wyjątkowo nie musiała się martwić o to, czy faktycznie da mu to, czego potrzebował, miała wrażenie, że idealnie współgrają, że chcą tego samego. Zazwyczaj skupiała się na tym, żeby głownie dawać od siebie wszystko, co mogła, żeby druga osoba pragnęła przy niej zostać, żeby nie szukała alternatyw, nigdy jednak to nie wystarczało, zawsze znajdowało się coś, albo ktoś, ponad nią. Ona bywała tylko nic nie znaczącym dodatkiem, krótkim błędem, lub nie, który pozwalał zaspokoić nagłą potrzebę poczucia bliskości. Tym razem to ona zachowała się w ten sposób, to ona potrzebowała ugasznia żaru, który się w niej pojawił, tyle, że nie czuła poczucia winy, bo przecież Rowle chciał tego samego, nie wspominał o żadych oczekiwaniach, których nie mogła spełnić, zresztą w tej chwili była skłonna dać mu wszystko, nie ważne ile by to ją kosztowało, mogła mu oddać całą siebie, dla samej świadomości, że nie skończy się to szybko, miała wrażenie jednak, może złudne, że nie chce tylko brać, że również chce jej dać część siebie. Mogli więc zaspokoić tę obustronną palącą potrzebę, która się pojawiła. Ale czyż miłość to nie jest właśnie: dwoje zwierząt, które się pożądają do utraty zmysłów? W rozumowaniu Geraldine dokładnie tak było, nie liczyło się nic, tylko to żeby w pełni się do niego zbliżyć, żeby poczuć tę miłość, która ich połączyła, przynajmniej w oczach Yaxley. Nie czuła się źle z tym, że on nie wiedział, co do niego czuje, nie musiał wiedzieć, nie było to mu do niczego potrzebne, wygodniej było jej udawać, że to tylko chwilowe, zresztą skoro zaczęło się dziać pierwszy raz, to mogło zdarzyć się ponownie, musiało zdarzyć się ponownie, już ona się o to postara. Zawsze dostawała to, czego chciała, tym razem nie mogło być inaczej. I może z początku uważała to za niewłaściwe, i chciała stłumić ten pierwszy dreszcz pożądania, broniła się przed nim, na szczęście bardzo krótko, bo coś ich do siebie przyciągało i trudno się temu było oprzeć. Jakaś siła wyższa, ponad to, co była w stanie pojąć. Uśmiech, który pojawił się na jego twarzy, kiedy wspomniała o powtórzeniu tylko ją w tym upewnił, że może faktycznie była jakaś nadzieja, że nie było to przypadkowe, że może kiedyś będzie mogła się z nim podzielić tym, co czuła, bo teraz nie chciała go spłoszyć, nie chciała, żeby czuł się jej w jakikolwiek sposób zobowiązany, nie o to jej chodziło. Miała nadzieję, że z czasem, ogarną go podobne emocje, że też nie będzie sobie potrafił wyobrazić siebie bez niej obok, tak jak ona czuła w tej chwili. Mieli dużo czasu, ale najwyraźniej, żadne z nich nie chciało go tracić, idealnie, przecież grunt to dążyć do tego samego, patrzeć na to wszystko w ten sam sposób. Kolejne pocałunki, słodkie pocałunki, przez które płonęły jej usta, ale nie tylko, całe jej ciało wydawało się mówić o tym, jak bardzo pragnie kolejnych, jak bardzo chciała wreszcie poczuć jego bliskość w pełni. Miała dostać wszystko, wszystko, czego potrzebowała. Zobaczyć, jak wygląda ta jej miłość w pełni. Serce nie było już tylko pompą do krwi, a czymś więcej; miejscem wypełnionym bardzo silnym uczuciem, które może i ją zaskoczyło, ale się go nie bała, nie tym razem. Splecenie palców mogło zostać odebrane symbolicznie, bo gdzieś w tej całej gonitwie chciała mieć poczucie, że jest w tym coś stałego, że nie są to tylko błądzące dłonie po dwóch obcych sobie ciałach, dawało jej to poczucie bezpieczeństwa, świadomość, że nie wymknie jej się z dłoni, przynajmniej nie teraz, nie jeszcze. Z początku delikatny pocałunek, którym go obdarzyła bardzo szybko zmienił się w kolejny, łapczywy, który dążył do zaspokojenia coraz to mocniej rozbudzonych pragnień i nie przeszkadzała jej ta chciwość, zresztą sama chciała w tej chwili poczuć jeszcze więcej, i podobało jej się to, że on dążył do tego samego, czuła to w jego gestach. Wreszcie przesunął ją bliżej siebie, nie było już odwrotu, oczywiście, że nie miała z tym najmniejszego problemu, bo mogła by bez trudu sobie z nim poradzić, gdyby tylko chciała, ale w tym momencie dążyła do czegoś zupełnie innego. Uległa mu we wszystkim, chociaż, czy właściwie można to było nazwać uleganiem, skoro mieli w tym wspólny cel? Chyba nie do końca. Wystarczyło jej to, że ją obejmował, jakby faktycznie czuł to samo, jakby ona również była w tej chwili całym jego światem, zaangażował się w tę chwilową przyjemność równie mocno, co ona. Najwyraźniej dopełniali się również i w tej dziedzinie, dobrze, że było im dane to przeżyć, dobrze, że wydusiła z siebie te wszystkie słowa, które wydawały się teraz nie mieć znaczenia, bo przestali już mówić, teraz liczyły się tylko i wyłącznie czyny i te drobne gesty, które potwierdzały to, co zostało wypowiedziane. Wcale nie potrzebował dużo siły, żeby naprzeć na nią na tyle, by położyła się na kładce, jej ciało pozwalało mu na wszystko, zdecydowanie chciało tej bliskości, bez żadnego praktycznie zawahania. Zatonęła już zupełnie w tych pocałunkach i przyspieszonych oddechach, nie liczyło się nic, ani nikt, tylko Esmé. Sama świadomość tego, że jest tutaj z nią, nie mogła przestać o nim myśleć; o tym jego bezczelnym uśmiechu, który pojawiał się na jego twarzy, nieco szorstkich palcach, których dotyk sprawiał jej ogromną przyjemność i sercu, które biło w ten sam rytm. Odsunął się od niej na moment, spoglądał na nią, nie wiedzieć czemu, jedyne na co było ją stać to uśmiech, jednak zupełnie inny niż zazwyczaj, jakby mówił o tym, że była po prostu szczęśliwa, nie słyszała tego, co do niej mówił, bo chyba mruknął jedynie coś do siebie, jednak nie obchodziły jej te słowa, liczyło się jedynie to, że chwilę później znalazł się znowu nad nią, a jego usta nadal pragnęły tych jej. Nic więcej. Wnętrze coraz bardziej ją paliło, powoli zaczynało jej brakować oddechu, bo wszystko działo się szybko, dłonie spragnione bliskości wydawały się gubić na jej ciele, jakby szukały czegoś konkretnego, ale nie były w stanie tego znaleźć. Nie była mu obojętna, sama również chciała poznać go jak najbardziej, zapamiętać każdy, najdrobniejszy szczegół. W końcu pozbyli się i ubrań, które tylko im przeszkadzały w dążeniu do tej bliskości. Wtedy po raz pierwszy poczuła pod palcami jego bliznę na plecach, kiedy zacisnęła na nich mocniej swoje dłonie. Nie pytała i pewnie nie zapyta o to, aczkolwiek nie umknęło jej to, że była to kolejna rzecz, która ich łączyła. Postanowił docenić każdą jej niedoskonałość i było w tym coś zupełnie nietypowego, nie zdarzyło jej się dotąd, aby ktoś z taką pasją szukał w jej ciele tego wszystkiego, co wydawało się być skazą. Miała wrażenie, że dla niego jest to coś zupełnie innego, jakby wręcz usilnie chciał jej udowodnić, że nie jest tak, jak jej się wydaje. Może faktycznie tym była miłość? Ciągle jej się w tym akcie doszukiwała, bo przecież nikt dotąd się na to nie pokusił, dlaczego więc on postępował tak, a nie inaczej. Nie było w niej ani grama wstydu, wręcz przeciwnie, była skłonna się przed nim całkowicie otworzyć, pokazać mu wszystko to, co zwyczajowo chowała przed światem. Czuła, że tak powinna, że przecież w ten sposób postępuje się, jeśli się kogoś kocha, nie ma się przed nim najmniejszych tajemnic, zresztą w świetle dziennym raczej trudno było ukryć cokolwiek przed bystrymi oczami Kaletnika. Co do oczu, to w tych Geraldine ciągle można było zauważyć błysk, jakby działo się coś niesamowitego, czego faktycznie bardzo mocno pragnęła, potwierdzeniem tego były jej gesty, palce, które powoli przemierzały po ciele Esmé, aż wreszcie zakończyły swoją wędrówkę na jego karku, gdzie może nieco zbyt mocno pozwoliły sobie go złapać, żeby zatrzymać go przy sobie, by mieć pewność, że nie wymknie się z tego uścisku. Szczególnie, że czuła, że zbliżają się do końca tej wędrówki. By wreszcie oddechy mogły przyspieszyć, jakby świat przestał istnieć, a oni mogli poczuć spełnienie, do którego dążyły ich ciała. Wszystko przecież miało swoje granice, w końcu musieli poczuć spełnienie, do którego zmierzali, przecież była to tylko ulotna chwila, zakończona błogim spokojem, do którego nic innego nie mogło się równać. Dostała to, czego chciała. Szczęście wypełniało całe jej ciało, jakby cała się nim stała. Dostała miłość, której potrzebowała, której pragnęła. Czuła się kochana, zupełnie bezinteresownie. Leżała więc teraz na tym molo, zupełnie bezsilna, ale przy tym bardzo spokojna, oddech powoli zaczynał się uspokajać, a świat przestał wirować. Odezwał się wreszcie, nareszcie, bo nie miała pojęcia, jak przerwać tę ciszę, która się między nimi pojawiła po tym wszystkim, i zrobił to bezczelnie, jak zawsze. Wpatrywała się w niego dłuższą chwilę, a na jej twarzy nadal gościł uśmiech, najwyraźniej te słowa zupełnie jej nie uraziły. - Chyba na nie zasłużyłeś, materiały, a może i coś jeszcze. - Tutaj pozwoliła mu się domyślić, co poza tymi oczywistymi rzeczami mogła mu dać. Już miała się podnieść, wyruszyć na poszukiwanie swoich fajek, ale ubiegł ją znowu. Pojawił się tuż obok, a jej bardzo szybko przestała ciążyć ochota na zaspokojenie swojego tytoniowego nałogu, bo znowu to zrobił. Po raz kolejny pocałował ją tak, jakby była najważniejsza na świecie, nawet jej uzależnienie, ta ludzka niedoskonałość, nie miała szans z tym, co jej dawał, bo było to silniejsze od wszystkiego innego. Spoglądała na niego w milczeniu, bo chciała zapamiętać ten widok, bo dawno nie czuła się taka spokojna. Zupełnie zniknęły te wszystkie myśli o jej ostatnich niepowodzeniach, przy nim czuła się po prostu szczęśliwa, i najwyraźniej nie tylko ona, co właściwie przynosiło jej satysfakcję, bo nie mogło to być jednostronne, a na tym też jej zależało, nie gdy mówił do niej w ten sposób. - Cieszę się, że tu razem przyjechaliśmy... Że to się stało. - Dodała jedynie, bo nie chciała mu teraz wyskoczyć z tym, że go pokochała, bo nie był to odpowiedni moment i nie czuła, że powinna robić to teraz, bo kurwesko bała się mówić o swoich uczuciach, bo zawsze to psuło wszystko, co udało jej się osiągnąć, a tego nie chciała spieprzyć, za bardzo zależało jej na tym, aby kontynuować tę znajomość, może teraz nieco inną, bo nie sądziła, że będą po tym tylko przyjaciółmi, a może po prostu ona nie chciała, żeby byli przyjaciółmi, chciała czegoś więcej. Tkwili więc jeszcze w tych objęciach, nigdzie im się przecież nie spieszyło, a każde z nich mogło wziąć z tego dokładnie to, czego potrzebowało. Koniec sesji
|