Secrets of London
[06.08.1972] Szaleństwo Windermere. Kiedy słońce było bogiem. - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+---- Dział: Lake District (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=150)
+---- Wątek: [06.08.1972] Szaleństwo Windermere. Kiedy słońce było bogiem. (/showthread.php?tid=3068)

Strony: 1 2


RE: [06.08.1972] Szaleństwo Windermere. Kiedy słońce było bogiem. - Alexander Mulciber - 10.04.2024

- ...Muszę na to zapracować? - roześmiał się nagle, pełną piersią, a reakcja jego ciała zaskoczyła Mulcibera równie przyjemnie, co ta Ósemka Denarów; przez jeden dzień w towarzystwie McKinnon zdażył uśmiechnąć się więcej razy niż przez ostatnie pół roku.

Czasem, Alexander czytał karty bardzo dosłownie - uwielbiał, co prawda, wnikać w meandry ich znaczeń i rozmyślać o ich zawiłej symbolice, w nieskończoność analizując potencjalne znaczenie rozkładu - ale czasem, to pierwsze wrażenie było dlań najważniejsze; ten pierwszy rzut oka na kartę, pierwsza myśl, niczym boska premonicja, objawienie, które spychało na bok inne znaczenia. Czasem to było słowo, frazes, całe zdanie, tak jak teraz; czasem to był obraz, czasem dźwięk, zapach, a czasem konkretne wspomnienie. - Rozumiem, że to znaczy "tak"... Dobrze, Rosie - dodał, oddając jej kuksańca w bok. - Następnym razem nie każę ci prosić - gdy tak obiecał, cwany uśmieszek nie schodził mu z twarzy.

Zawsze była taka elokwentna - dlaczego teraz się wstydziła i odpowiadała mu półsłówkami? Nie zamierzał jej darować tak łatwo, musiała użyć słów, tak jak on musiał... Zapracować.

Żyjąc, a nie umierając.

Gdy zobaczył następną kartę, poczuł, jak uśmiech znika z jego twarzy.

Ten jebany Cesarz.

Bardzo chciał myśleć o pozytywnych rzeczach, które kojarzyły mu się z tą kartą. O Morpheusie, który uosabiał wszystkie najlepsze cechy nobliwego władcy; o dumnym uśmiechu ojca; o tym szczególnym uczuciu, kiedy uniesiona w palce pięść trafiała w ciało przeciwnika, a choć adrenalina paliła jego żyły niczym ogień, był opanowany i skupiony, bo w piersi czuł tylko zimną satysfakcję.

Niestety, zbyt często Cesarz przypominał Alexandrowi o tym, jakim mężczyzną mógłby być - jakim powinien być - ale w przeciwieństwie do optymistycznej Ósemki Denarów, w ostrym spojrzeniu władcy nie było miejsca na popełnianie w nieskończoność tych samych błędów; Cesarz wymagał perfekcji, zdecydowania, porządku i stabilności.

Alexander był ostatnim człowiekiem, którego można by było nazwać stabilnym, a jednak... Jego zainteresowania, poglądy, towarzystwo pozostały niezmienne od lat. Wbrew temu, co sam o sobie mówił, lubił też rutynę. Rutynę z gatunku tych niekrępujących: uwielbiał swoją pracę, bo codziennie mógł zajmować się tym, co kochał najbardziej - czyli jasnowidzeniem - nie była to nużąca urzędnicza robota, jak zwykł myśleć, tylko nieustanny pęd do wiedzy; jego najpiękniejsze wspomnienia związane były z podróżami, gdy w młodości zajmował się poszukiwaniem artefaktów, a później studiował pod okiem słynnych wróżbitów, bo każdego dnia mógł zobaczyć coś nowego; wreszcie, kochał Ambrosię, bo inspirowała go jak ta Ósemka Denarów; ciągle chciał jej imponować, czuł, że sama jej obecność zmusza go do bycia lepszym.

Mógł robić to samo w nieskończoność, jeżeli tylko wiązało się w nieskończoność z nowymi doznaniami.

Nieważne, czy dobrymi, czy złymi.

Może dlatego jego związek z Lorettą funkcjonował tak dobrze: ciągnęli się wzajemnie w dół, ciągle wynajdując coraz to nowe sposoby na rozpierdalanie sobie życia, bo skoro Mulciber musiał się zadowolić gorszą opcją, to postanowił przynajmniej wybrać taką, która nie będzie mu zanadto przeszkadzać w kontemplacji widoku kolejnych kręgów piekła, kiedy spadał na same jego dno.

Może dlatego po tym ślubie wszystko zaczęło im się sypać. Miał ją - swoją osobistą, mroczną kurewkę, obsydianową wiedźmę z oczami przypominającymi otchłanie ciemności - na każde skinienie... Ale nagle założył jej na palec pierścionek, wszystko się zmieniło.

Może to nie tyle ślub, co samo użycie słowa "żona" obudziło jego naturę konserwatysty. Tego jebanego Cesarza, który u Alexandra zawsze objawiał się w swoim najgorszym aspekcie dogmatycznego tyrana, oczekującego posłuszeństwa i porządku od wszystkich dookoła, tylko nie od samego siebie. Słowo "Loretta" mogło być synonimem do "heroina" - a kiedy się bardzo postarał, może i nawet do słowa "miłość" - stało jednak w kompletnej antytezie do słowa "żona".

Była teraz jego żoną, nie jakąś tam kurwą na boku, do której obsesyjnie wracał, by usłyszeć magiczne "kocham cię", jak do ulubionego dilera, by wręczył mu kolejną działkę, która uśmierzy prymitywny głód.

Była teraz jego żoną, więc nie powinien zachowywać się w stosunku do niej w taki sposób, w jaki zachowywał się do tej pory.
Nie był dumny z rzeczy, które jej mówił - a jeszcze bardziej z tych, które jej robił.

Gdy myślał o małżeństwie, widział w głowie ładny obrazek pełen harmonii i szczęścia: myślał o tym, że żona powinna czcić męża, a mąż szanować żonę i stawiać ją na piedestale... Cóż.
Jedynym, co mogła czcić Loretta, był jego chuj - bo, raz, był to jedyny piedestał jaki mógł jej postawić (zazwyczaj), dwa, tylko to w nim lubiła (wcale się temu nie dziwił) - zaś sam Alexander nie miał do niej choćby krzty szacunku.

Bo skoro była teraz jego żoną, logicznym było, że powinna zachowywać się tak, jak na jego żonę przystało, to jest odrzucić kompletnie swoją prawdziwą naturę i stać się porządną, godną szacunku i podziwu kobietą, która wiernie stałaby u jego boku. Powinna stać się ideałem. Powinna stać się Ambrosią.

Zamrugał gwałtownie. Posłał kobiecie, która wciąż tkwiła w jego objęciach, nieco zmęczony, przepraszający uśmiech, gładząc jej ramię w uspokajającym geście.

Chciał ją widzieć właśnie taką - z szelmowskim uśmieszkiem na twarzy i iskierkami w oczach - ale nie dlatego, że przypominało mu to dawne czasy, kiedy łączyło ich coś więcej niż przyjaźń. Alex po prostu chciał, by Rosie była szczęśliwa - by jej życie oświetlał blask tysięcy Słońc, które to wyciągał dla niej z talii.

- Pamiętam. - Jakże mógłby zapomnieć? Pokręcił głową, jakby w niedowierzaniu, że w ogóle pyta go o coś takiego, i wrócił do tasowania kart. Jego dłonie poruszały się w dobrze wyćwiczonych ruchach, a on sam wszedł w dobrze wyćwiczoną rolę mężczyzny, którym był u boku Ambrosii. - Ładnemu we wszystkim ładnie - stwierdził lekko. - Zrób mi tę przyjemność, i załóż ją, jak będziemy wychodzić, dobrze?

Oddał jej potasowaną talię, z jego Głupcem na wierzchu i Kochankami na samym spodzie.


RE: [06.08.1972] Szaleństwo Windermere. Kiedy słońce było bogiem. - Ambrosia McKinnon - 11.04.2024

Parsknęła, również wyraźnie rozbawiona tym, że w odpowiedzi na pierwsze jego pytanie talia pokazała im właśnie Ósemkę Denarów.
- A co, myślałeś że będzie łatwo? - uśmiechnęła się do niego zaczepnie, spoglądając w jego roześmianą przez moment twarz, jakby właśnie opromieniało ją Słońce w najpiękniejszym swoim wydaniu.

Ona nigdy nie prosiła, a przynajmniej lubiła myśleć, że tego nie robiła. Jeśli już, to nigdy wprost i nie w ten obcesowy, upodlający wręcz sposób, jakby zdesperowana była po nawet najdrobniejszy gest czułości. Kochaj mnie, żądała wręcz często, dając mu do zrozumienia że tego właśnie od niego potrzebuje - jednak w jaki sposób, to zależało tylko od niego. Była zbyt dumna na to, by poddać się najgorszym swoim słabościom i paść przed nim na kolana, niby wznosząc ku niemu najgorętsze modły. Przewrotna była w swojej potrzebie, by obdarzał ją uczuciem, swoje ofiary i prośby składając raczej w kapliczce skrytej głęboko w jej sercu i przed jego bezpośrednim spojrzeniem.  Jej błagalne spojrzenie mogły oglądać co najwyżej jego plecy, kiedy odwracał się wreszcie od niej; Proszę, nie zostawiaj mnie. Nie pozwól mi być samą. Nie na zawsze. Bo bez Ciebie nie dam sobie rady. Ale kiedy tylko znowu natrafiała na jego wzrok, prostowała się i zadzierała podbródek, rzucając wyzwanie swojemu Bogu.

Zachichotała, spoglądając na sylwetkę Cesarza, którą zaprezentowały im karty. Podobnie jak Alexander, myślała o Morpheusie, kiedy na nią patrzyła. Ale w tym momencie nie ciągnęło ją do tego, by rozwijać tę kartę dalej. Z przekorą tylko przemknęło jej przez głowę, czy znaczyło to, że jakimś pokrętnym cudem faktycznie tutaj, w Windermere przyjdzie im spotkać Longbottoma. To by dopiero było zabawne.

Podczas gdy Alexander rozkładał w myślach na części pierwsze Cesarza, to jak bardzo chciał nim być i wszystkie kwestie składające się na jego relację z Lorettą, Ambrosia z pełnym zadowoleniem przyglądała się jemu i splatającym się dookoła niemu promieniom słońca. I przez moment, bardzo krótką chwilę pomyślała, jak tożsame z nim mogąc być słowa, które z przekorą rzuciła do Morpheusa, kiedy w czerwcu zawitał do Ataraxii. Słońce jest zbyt jasne. Często oślepia i parzy, kiedy pozwolić sobie na zbyt długie pławienie się w jego promieniach. I w tym momencie McKinnon czuła się zwyczajnie ślepa, chociaż nie mogła powiedzieć, że specjalnie jej to przeszkadzało. Słońce, jakie tkwiło głęboko w Alexandrze i która zdawała się dostrzegać jako jedyna, trwale wypalało na jej siatkówce jego sylwetkę i gdzie nie spojrzała, zawsze go widziała. A teraz, kiedy był tak blisko, nie mogła patrzeć gdziekolwiek indziej przez dłużej jak kilka chwil.

Patrzyła na niego, nagle mając wrażenie że nie ma niczego innego na świecie. Byli sami. Zupełnie sami, otuleni miękką zasłoną zrozumienia. Szukała; jakiejś nieprawidłowości, skazy na obrazie człowieka, w którego właśnie się wpatrywała, ale nie była w stanie znaleźć niczego takiego. Widziała tylko mężczyznę, który kiedy na nią patrzył, robił to naprawdę, zaglądając tymi błękitnymi oczami gdzieś do środka, jakby było tam coś na co warto było spoglądać.

Uśmiechnęła się do niego, chociaż po prawdzie to do tej pory, nawet kiedy głębszy wyraz znikał z jej twarzy, w kącikach ust wciąż pozostawała rozanielona nuta.
- Dobrze. Byłabym niezmiernie rozczarowana, gdyby było inaczej - skonstatowała, przyglądając się jak zręcznie tasuje jej karty, na koniec jednak układając je w charakterystyczny dla siebie sposób. - Hm, pochyl się - rzuciła, przyjmując do dłoni potasowaną talię i wyrównując ją, zanim sięgnęła do jego twarzy. Nakryła dłonią jego policzek, a potem pocałowała dokładnie tak samo, jak zdarzyło się jej jeszcze we Francji. Pocałunek, który jednocześnie był tylko ich, a z drugiej strony nie byli w stanie poczuć na sobie swoich oddechów czy smaku i miękkości ust. Pocałunek który istniał tylko, jeśli naprawdę by tego chcieli. Czuła, jak serce znowu gubi rytm i robi jej się słodko. Chciała pocałować go naprawdę, ale mogła pomyśleć o tysiącu powodów dla których zrobienie tego było bardzo złym pomysłem. Pierwszym z nich był fakt, że w gruncie rzeczy niczego bardziej teraz nie chciała.

Westchnęła, przez moment patrząc na swoje palce, dotykające delikatnie jego skóry, w geście w którym pomimo prostoty, kryło się tak wiele czułości. Ale zaraz cofnęła się, zaraz też odwracając do niego plecami i przyglądając się Głupcowi, który znajdował się na samym wierzchu talii. Pokręciła głową i przełożyła karty, bo przecież wiedziała, gdzie szukać włożonych przez niego Kochanków, umieszczając ich na samej górze.

- Wiesz, tak sobie myślę, że moglibyśmy się przejść nawet zaraz, co ty na to? - zapytała, przez moment jeszcze patrząc na trzymaną w rękach talię i kartę na samej jej górze, zanim powoli zawinęła ją w jedwabną chusteczkę. - Jako, że wylosowały nam się same proste Księżyce, jak wcześniej przepowiedziałeś, to nie możemy pozwolić za długo czekać i tej wizji, prawda? - sięgnęła dłonią, wskazując na plecy i znajdujące się tam zapięcie sukienki, którą miała teraz na sobie. Ale nie spojrzała na niego, w jakiś sposób zwyczajnie bojąc się, a może zanadto czując cały czas jak ta głupia dziewczyna, którą była kiedyś.


RE: [06.08.1972] Szaleństwo Windermere. Kiedy słońce było bogiem. - Alexander Mulciber - 12.04.2024

Znasz mnie. Nie lubię, jak jest łatwo.

Jedynym, czego Alexander nie potrafił znieść w swoim życiu była nuda.

Nie było niczego gorszego od nudy.

Z braku innych środków, długi czas leczył nudę heroiną, ale to był tylko doraźny środek zaradczy. Umysł mężczyzny popadał w depresyjną stagnację, kiedy ten nie miał na podorędziu niczego, czym mógłby zająć myśli – żadnego problemu do rozwiązania, żadnego projektu do zrealizowania, żadnej stymulacji z zewnątrz – żadnego wyzwania, które inspirowałoby do wyrwania się z rekurencji bezczynności.

Ambrosia McKinnon była z kolei niewyczerpanym źródłem inspiracji i jego ulubionym wyzwaniem.

Cieszył się, że stoi do niego odwrócona plecami: tak nie mogła widzieć, jak Alex przewraca oczami na jej pełne słodkiej przekory słowa. Wylosowały się nam same PROSTE KSIĘŻYCE, tak jak wcześniej PRZEPOWIEDZIAŁEŚ… Jakże on uwielbiał, kiedy zgrywała się z nim w ten wyjątkowy sposób – najpierw prowokowała, złośliwie wytykając mu jakieś drobne uchybienia, tylko po to, by za chwilę móc zatrzepotać niewinnie rzęsami i bezczelnie przymilić – kompletnie wytrącała tym Alexa z równowagi, choć przecież nie mógł jej mieć tego za złe, bo jej zachowanie mocno podbudowywało mu ego.

Przygryzł wargi, próbując powstrzymać uśmiech, bo nagle naszła go zabawna myśl. Czy gdyby powiedział teraz Rosie: “jakże pięknie nam dzisiaj księżyc świeci!”, i pokazał palcem na słońce, to czy ta przytaknęłaby mu z równym entuzjazmem, wpatrując się z tęskną rozkoszą w jego twarz, zamiast w niebo?

Spuścił wzrok, jakby zawstydzony swymi myślami – tak samo jak kilka chwil temu, kiedy poczuł się nienaturalnie speszony widokiem Kochanków na wierzchu talii – a dziwne ciepło, które rozlało się w jego piersi w momencie, kiedy zobaczył jak Rosie przekłada karty po swojemu, powoli obejmowało całe jego ciało, jak gdyby Alex odpoczywał na jednej z leżanek rozstawionych przed domkami letniskowymi, drzemiąc w pełnym słońcu.

Wiesz – delikatnie odgarnął na bok blond włosy, które prawie że sięgały już szczupłych ramion stojącej przed nim kobiety: były dłuższe niż we Francji, i falowały się lekko na końcach, tak, jakby już poczuły wilgoć pobliskiego jeziora; nie dlatego, że mu specjalnie w czymkolwiek przeszkadzały, ale dlatego, że miło było zaplątać w nie palce – Tak sobie myślę – ciepły oddech Alexandra owiał kark Ambrosii, kiedy rozsuwał powoli zamek sukienki, schowany pod drobnymi haftkami – że zapomniałem jeszcze wylosować kartę dnia. – Palce Mulcibera przesunęły się wzdłuż kręgosłupa kobiety, kiedy już miał się od niej odsunąć, w geście równie subtelnym, bo ledwie musnął jej skórę, co zapamiętałym.

Ale kiedy tak rozmawiamy, jestem prawie pewny, że mam dzień pod znakiem Asa różdżek – rzucił, zanim jeszcze zdążyła się odwrócić; a choć zniżył głos, słychać w nim było śmiech: głupi, szczeniacki żart, taki w jego stylu, bo skoro Ambrosia uderzyła w lekko żartobliwe tony, on przecież nie mógł być gorszy. W końcu kazała mu zapracować na swoją uwagę. Parsknął cicho pod nosem – jakby sam nie dowierzał, że powiedział to głośno – i odsunął się od kobiety, ucałowawszy ją mimochodem w czubek głowy. – Idę zapalić. Zaczekam na zewnątrz – rzucił niedbale Alex, oklepując się po kieszeniach w poszukiwaniu papierośnicy. Dopiero w drzwiach zatrzymał się na chwilę, jak gdyby nad czymś się zastanawiał. W jego głosie nie słychać było jednak zawahania. – Jak długo będzie trzeba – dodał.

Nie zaryzykował spojrzenia przez ramię. Wyszedł.

Nie wziął ze sobą okularów przeciwsłonecznych, więc słońce oślepiło go ledwie przestąpił próg domku letniskowego. Nie przeszkadzało mu to. Kiedy stał oparty o ścianę i ćmił papierosa, i tak miał zamknięte oczy, zbyt zajęty rozpamiętywaniem marzeń, wizji i wspomnień, które kłębiły się w jego głowie, by zwracać uwagę na świat dookoła.

Otworzył oczy dopiero, gdy usłyszał skrzypnięcie drzwi.

A już myślał, że to był tylko sen.

Koniec sesji