Secrets of London
[05.68] Let me entertain you | Millie & Peregrinus - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [05.68] Let me entertain you | Millie & Peregrinus (/showthread.php?tid=3107)

Strony: 1 2


RE: [05.68] Let me entertain you | Millie & Peregrinus - Millie Moody - 09.05.2024

Parsknęła? Nie, ona zaczęła rżeć bez opamiętania do tego stopnia, że się aż wywaliła na podłogę. Nie była aż tak pijana bimbrem, co najwyborniejszym tarotowym żartem jaki przyszło jej w życiu swoim usłyszeć. Ludzie zwykle - w większości - obruszali się na to, jak Mildred wróżyła. Prymitywnie, ale uczciwie, zwięźle, dosadnie. Czasem jednak miała wrażenie, że jej duszę ktoś wziął i podzielił na dwa kawałki. Z jednego ulepił słodką Ambrosie, Dejmos boginię trwogi, och każdy kto spojrzał w jej wściekłe oczy wiedział jaką trwogę potrafiła w sercu zaszczepić, jak zmrozić i wbić w ziemię. Z drugiej zaś połowy powstał on, wielkooki Phobos, uosobienie strachu. Perigrinus śmiał się i dokazywał, ale nikt jak on nie potrafił nagle stężeć i spojrzeć tak, że Mildred zastanawiała się nie raz, czy nie jest on w stanie prześwietlić jej duszy i poznać najgłębsze sekrety, choćby miała milczeć do końca swoich dni. I tylko oni, krew z Trelawneyowey krwi, gdy zasiadali do kart z czarnopiórym krukiem wojny, nie brali jeńców.

– A skąd kurwa wiesz, sprawdzałeś? – jeansy Millie były obrzydliwie ciasne, jej nogi patykowane, no raczej kutasa by tam nie zmieściła. Jej stopy pokrywał kurz pracowni, podobnie jak ubranie zaczynało coraz chętniej przyjmować okoliczny brud. W jej równie zakurzonej broni pojawiła się kremowa koperta, a na niej dwa złociste skrzydła ze znakiem... rzeczywiście trójkąta wpisanego w kwadrat, tego samego, którego z taką dumą nosił Anioł Umiarkowania.

– Drąg od Ciebie to najcenniejszy dar. Perygrinus składam Ci solenną obietnicę ja Mildred Ursula Moody, że jeśli kiedyś będę mieć chuja, to zgłoszę się do Ciebie w pierwszej kolejności, żeby nikt nie powiedział, że mój ukochany krewniak rzuca puste słowa na wiatr! – zagrzmiała podnosząc się i układając dłoń z kopertą na piersi, a druga dłoń wznosząc ku niebiosom przesłoniętym lekko przeciekającym dachem.

– A to jest dla Ciebie. – Tanecznym krokiem powróciła do stoliczka i wsunęła mu w ręce vipowski bilet na autorskie spotkanie z samym Vakelem Dolohovem, którego Milie szalenie chciała spotkać, ale jeszcze bardziej szalenie chciała sprawić przyjemność siedzącemu w jej ciasnej pracowni mężczyźnie. Bilet był co prawda jej, ale wiedziała, że się pojara, potem zawiedzie, będzie beczeć wkurwiona, że przepierdoliła tyle hajsu, za który można było kupić jeszcze jedną puszkę wypełnioną przesłodką magentą. Wraz z kopertą dostał śmierdzący bimbrem całusek w czółko oraz dolewkę.

– Za wróżbiarskich chujków na szczycie! Kiedyś kurwa ich wygryziemy, Ty i ja. Mówię Ci. – wlała w siebie karmelóweczkę i z wielkim samozadowoleniem opadła na powrót na stołek. Jebać tego diabła, jebać nadchodzące zmartwienia. Ten dzień był wyjątkowo dobry i Millie nie zamierzała zwalniać. Zwłaszcza jeśli dzisiejsza trasa nie niosła w sobie złowróżbnego posmaku skręconego karku.

Czknęła.

– Mmmm.... mogę też namalować Ci portret jak kcesz. Tylko musisz zaakceptować, że moja sztuka jest ponad akademickie pierdololo. – machnęła lekceważąco ręką w kierunku płócien, zadając kłam temu zdaniu, ponieważ na kilku przynajmniej znajdowały się wnikliwe studia męskich dłoni. Bardzo detaliczne. Bardzo akademickie. – Anyway... co Ty na to? Jak myślisz, jakiego koloru jest Twoja aaaałra? Chyba taką powinnam tu mieć, złociście zajebistą? – obróciła się nieco zamaszyściej niż planowała w stronę zgromadzonych kubłów z farbą, choć prawda była taka, że one leżały wszędzie po trochu.


RE: [05.68] Let me entertain you | Millie & Peregrinus - Peregrinus Trelawney - 14.05.2024

Przewrócił teatralnie oczami, nieco speszony tekstem o tym, że miałby przekonywać się, co kuzynka ma między nogami, nawet jeśli było to widać na pierwszy rzut oka.
Nie. I wolałbym… wolałbym… — Zdanie rozpierzchało się raz po raz w zapijaczonej główce, nie pozwalając się złożyć do kupy. — Wolałbym… nie sprawdzać — wydusił w końcu nie bez trudu.
Zaciekawiony przyjął kopertę i rozpieczętował ją, aby obejrzeć zaproszenie na wydarzenie, na którym Vakel Dolohov miał mówić o swojej ostatniej książce. Peregrinus czytał ją oczywiście, jak wszystkie cieszące się popularnością, aktualne pozycje około-wróżbiarskie. Zwykle, aby wznieść oczy ku niebu i pomstować, jak to oni wszyscy spłycają temat, upraszczają oraz zostawiają niedopowiedzenia. Zupełnie pomijał fakt, że wcześniej wspomniane pozycje na ogół pisane były dla szerokiego grona, nie garstki pasjonatów. A przecież wszystko powinno być dla pasjonatów takich jak on. Powinno karmić ego młodego mężczyzny nie tak dawno wyrośniętego z chłopięctwa, który rozsmakował się w nowo odkrytej snobistycznej satysfakcji z rozumienia konceptów bardziej złożonych niż dodanie dwa do dwóch.
Podobnie lekceważąco podchodził do tego, co Dolohov pisywał do Czarownicy. Nie miał  wobec celebryty żadnego merytorycznego zarzutu, co to to nie. Bardzo cenił go w zasadzie, a jedynym, co mu przeszkadzało, było… no właśnie, celebryctwo. No bo ta prasa kolorowa? Dla kobiet? Szanujący się wróżbita winien pisywać jedynie do poważanych periodyków tematycznych, nie szmatławych żurnali. Przez to patrzą na nas potem jak na szarlatanów.
Być może właśnie tą zakamuflowaną w spokojnym, niekonfliktowym chłopaku arogancją i intelektualistycznym elitaryzmem tak dobrze dopasował się wtedy do Vakela. Nadmienić również należy, że w roku 1972 Peregrinus Trelawney nie myśli już w ten sposób o osobach czytających i współtworzących Czarownicę. Z tegoż chociażby względu, że znalazł w niej kiedyś przepis na wyborną babkę bananową.
Jesteś pewna? — zapytał Millie, patrząc na zaproszenie, które niewątpliwie trochę kosztowało.
Upewniony o jej decyzji całusem, objął dziewczynę i wsparł czoło na jej ramieniu, co absolutnie nie miało związku z tym, że świat lekko zawirował przed jego oczami. W innych okolicznościach być może nie przyjąłby tego prezentu — Moody na pewno o wiele bardziej cieszyłoby to spotkanie — lecz nie miał sił się wymówić. Wycieńczył go cały dzień szwendania się z nią, a alkohol wypłukał resztki inicjatywy. Poza tym… po prostu czuł, że powinien je wziąć.
Dziękuję — wymamrotał niewyraźnie w koszulkę Moody. Wypowiedział również myśl, która, jak wiele rzeczy mówionych po tylu kolejkach, nie bardzo trzymała się sensu i głównego wątku: — Też cię kiedyś do niego zabiorę.
Kiedyś będę lekką ręką wyrzucał do śmieci całe pakiety tych zaproszeń, bo wykonawca je krzywo zadrukował. Kiedyś będę układał ich program, będę rezerwował salki na te spotkania. Będę na każdym, będę za kulisami, będę jego cieniem.
Kiedyś? Niedługo.

Trelawney z ciężkim westchnieniem odkleił się od kuzynki. Czuł, że każdy kolejny kieliszek karmelówki będzie miał solidny potencjał do wepchnięcia go w objęcia kaca, ale — jak już zostało ustalone — jego asertywność nie była na tym etapie w najlepszej kondycji. Wzniósł więc wraz z nią toast, którego część popłynęła lepką stróżką po jego przedramieniu, i wyzerował go bez mrugnięcia okiem. Klapnięcie na krzesło wyszło mu równie malowniczo: trafił na niewielki taboret jednym tylko pośladkiem, ale poprawił się prędko.
Namaluj mnie — zachęcił, po czym powiódł w ślad za nią wzrokiem ku studiom anatomicznym. — Ręce — zauważył błyskotliwie i wyciągnął przed siebie własne dłonie, aby się im przyjrzeć. — Też mam. Na bezrobociu mogę ci pozować, ile chcesz.
Aura Peregrina rzeczywiście była wtedy jeszcze złotobrązowa. Mienił się jesienią, ale tą wczesną, pamiętającą jeszcze lato. Lśniły w nim pracowitość, ambicja, zadowolenie — złoty chłopiec Umiarkowania, który wkrótce zacznie gnić.
Złociście zajebistą — powtórzył jak echo, uśmiechając się błogo do tego określenia. — Właśnie. Mogę się u was przespać? Jak wejdę do kominka się teleportować, to któreś z nas będzie miało zaaarzygane palenisko.
Mógł iść piechotą, nie było tak daleko, ale nie chciało mu się po tak dobrym dniu wracać do domu, w którym atmosfera była od dłuższego czasu raczej smętna.


RE: [05.68] Let me entertain you | Millie & Peregrinus - Millie Moody - 15.05.2024

– Jestem pewna Grin – powiedziała cicho, odsuwając się od jego czoła i patrząc na niego tak, jak zwykle Millie nie patrzyła. Jej oczy zwykle pełne były rozkojarzenia, iskier, szybkości, złośliwości i gniewu. Był pełne fascynacji, krzyku, furii był pełne pełnością. Ale teraz, gdy w sumie oboje byli zmęczeni, zwłaszcza Peregrinus nienawykły do chodzenia, chodź i dla niej był to dzień pełen emocji, które też zjadały jej zasoby, teraz gdy byli zmęczeni i doprawieni, mógł na moment, na małą chwilę zobaczyć cichą serdeczność, radość, która nie skakała pod sufit, a delikatnie gładziła bliską osobę po policzku. – Karty mi powiedziały. – Stuknęła dwukrotnie w trójkąt wpisany w kwadrat, samospełniającą się przepowiednię. Ale przecież, nie ustawiłaby pod to kart, prawda?

Zaraz jednak skupiła się na płótnach i farbach, tonie artystycznego śmiecia.
– Ręce? Ręce co? – uniosła brwi zaskoczona i w zdziwieniu powędrowała wzrokiem za linią spojrzenia kuzyna. Nagle speszyła się obrzydliwie, rumieniec zalał jej zwyczajowo bladą twarz. – To m... stare dzieje wiesz? Bardzo stare. – pani mistrzyni kłamstwa motała się w zeznaniach, bo daty wcale nie były takie stare na obrazach, ale karmelóweczka zdecydowanie nie pomagała. Co pomogło to zwycięskie –A-HA! i wyciągnięcie jednego wiaderka, którego etykieta rzeczywiście mieniła się złociście.

– No kurwa, pytasz żula czy sra w zaułku, o f c że możesz zostać na spanko, mogę być czarnym kotem widzisz, moje dziwki od papy Morfiny nigdy nie kłamią! Ta zołza z drągiem i kotem to właśnie ja! – zaśmiała się rozbawiona, zrzucając ze sztalugi jakąs nieudolną próbę portretu i ustawiając czystą ramę z naciągniętym płótnem. Farba została otwarta, paliwo w formie kolejnych dwóch kieliszków bimbru zaaplikowane, stawy w palcach wystrzykane. A potem Mildred zapomniała o tym, że lepiej może byłoby to robić pędzlami i bezceremonialnie zanurzyła dłoń w złocie, by namalować portret swojego ulubionego kuzyna.

Swojej bratniej duszy.

Koniec sesji

trolololo zapytajmy kości jak beznadziejne to było malowidło

[roll=T]