![]() |
|
[12.12.1965] A Winter's Tale | Millie & Bard - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [12.12.1965] A Winter's Tale | Millie & Bard (/showthread.php?tid=3126) Strony:
1
2
|
RE: [12.12.1965] A Winter's Tale | Millie & Bard - Millie Moody - 26.04.2024 Było zimno, ciemno i mokro. Było beznadziejnie, a ona parła przed sobą tylko odmawianym różańcem nienawiści do Little Hangleton i wszystkiego co w nim ją spotkało. Ta nienawiść rozgrzewała ją lepiej niż porządnie najhacowany koksownik, przynajmniej tak jej się zdawało. Parła, miała coś załatwić w tej zaplutej, pozbawionej duszy mieścinie, ale co to było? Służba nie drużba, trzeba było się poświęcić, czy ziąb czy śnieg, jakby była jakimś jebanym listonoszem, który przemierzał mimo niepogody i złych okoliczności losu przestrzenie by dostarczyć paczkę. Może nie była listonoszem a brygadzistką, może... ...nagle w pamięci zadźwięczał jej skrzekliwy głos staruszki. Na skostniałych palcach policzyła widma śmierci, odrzucając wisielca, który naśmiewał się z niej wcześniej, ale i rzeka i potem ten piekielny wóz... Skuliła się czekając, aż grom spróbuje ją trafić po raz trzeci. Czy to było tak, że do trzech razy sztuka i teraz pewnikiem umrze? Mildred niczego się nie bała. Była samodzielną, mieszkającą z bratem, dorosłą kobietą. Była też chorobliwie przesądna, do czego nie zamierzała się nigdy nikomu przyznawać i nagle słowa wiedźmy spinały ją wewnątrz lodem z tą samą skutecznością z jaką prawdziwy lód zainfekował jej ubranie i skórę, powodując już pewnie jakieś odmrożenia. Co jeśli... co gdyby to były jej ostatnie chwile? Pomyślała o bracie, pojawiły się w jej sercu gorzkie pytania podlewane i nawożone tymi wszystkimi "twój brat to ma z Tobą utrapienie", albo "Alastorowi to ja nie zazdroszczę takiej wariatki w domu". Kiedy to słyszała to spływało po niej jak po kaczce, ale teraz... teraz nagle te wszystkie słowa, bolesne słowa powróciły i zakotłowały jej się w głowie. Czy Alikowi byłoby lepiej, gdyby umarła? Gdyby zwolniła pokój w ich małym mieszkanku, dla... dla nowej lokatorki, dla jakiejś panny, która chciałaby mu urodzić... dzieci? Czy Alastor w ogóle chciał mieć dzieci? W tej plątaninie myśli nie usłyszała nawet szczekania, dopiero krzyk wyrwał ją z zamyślenia. Upiór?! Gdzie? – obróciła się rozglądając za widmem, które miało odebrać jej ostatnie tchnienia, a potem zobaczyła czerwony promień nad głową i zrozumiała, że to o nią pewnie chodziło. – Pierdole to! – krzyknęła tylko, nawet nie do agresora, a do całego wrzechświata, który dzisiaj ją nienawidził. Najwyżej nakłamie w raportach, że jej się nie udało znaleźć podejrzanego w docelowym miejscu. Najwyżej dadzą jej naganę, zawiesza ją, miała to w dupie. Sięgnęła po różdżkę i z terkoczącymi zębami teleportowała się do Doliny przed Warownię Longbottomów. Przynajmniej tam nikt jej nie pomyli kurwa z upiorem. Widywali ją w gorszym stanie. RE: [12.12.1965] A Winter's Tale | Millie & Bard - Bard Beedle - 26.04.2024 Trzask. Millie aportowała się w samą porę - bo kolejne zaklęcie już ku niej mknęło. I chyba tylko swoim nadzwyczajnym umiejętnościom w dziedzinie translokacji zawdzięczała to, że mimo chłodu, który ją przenikał i odbierał siły, mimo trzęsącej się ręki, zawrotów głowy i presji, zdołała wykonać tę teleportację poprawnie. Nie rozszczepiając się i lądując dokładnie tam, gdzie chciała, a nie na jakimś pustkowiu. Pojawiła się tuż na samej granicy czarów ochronnych, które otaczały Warownię, zachwiała się i osłabła runęła kolanami w śnieg. Budynek jednak znajdował się przed nią, w kilku oknach płonęły światła. I może ktoś wyglądał akurat przez szybę i dostrzegł pojawienie się gościa, a może kogoś zaalarmowało pojawienie się kogoś przy barierach - bo ledwo minutę później drzwi domu rozwarły się. I nie upłynęło kilka sekund, a czyjeś usłużne ręce już pomagały Miles dźwignąć się i ciągnęły w stronę ciepłego wnętrza, ściągając z niej przemoczony, pokryty śniegiem i lodem płaszcz. Gdzieś pośród koron drzew sadu, o tej porze roku ginącego pod białym puchem, odezwał się ptak. Krzyknął trzy razy. Koniec sesji
|