![]() |
|
[10.08.72] Szaleństwo Windermere. Zatruta woda - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +---- Dział: Lake District (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=150) +---- Wątek: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Zatruta woda (/showthread.php?tid=3140) |
RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Zatruta woda - Geraldine Greengrass-Yaxley - 23.04.2024 Pojawił się i Esmé w całkiem dobrym nastroju, miała nadzieję, że szybko mu to nie minie. Nie do końca wiedziała, czego powinni się spodziewać po tej wyspie, na którą mieli dopłynąć. Poczuła, że serce mocniej jej załopotało, kiedy stanął tuż obok niej, nie opuszczało jej to uczucie, które objawiło się, kiedy znaleźli się w tym miejscu. Było to dziwne, a jednak całkiem przyjemne, świadomość, że jeszcze potrafi kochać, a nie tylko zatracać się w rzeczywistości, szukając jak najsilniejszych doznań, byle tylko nie myśleć o tym, co było. Całkiem niezła odmiana. - Mój najwspanialszy kaletniku, dobrze cię widzieć. - Posałała mu ciepły uśmiech, bo mimo tego, że sytuacja nie należała do tych bezpiecznych, to cieszyła się, że jest tuż obok. - Pewnie masz rację i one zdechły, nie sądzę, żeby miały więcej szczęścia od tych ryb. Może to i lepiej. - Nie poruszył jej wcale smród, czy widok śniętych zwierząt, nie zrobiło to na niej wrażenia - żadnego, bywała w zdecydowanie mniej atrakcyjnych miejscach, a i sama czasem taplała się w obrzydliwszych materiach. Taka praca. Yaxley przeniosła wzrok na Perseusa, gdy został wywołany do odpowiedzi. Nie zdawała sobie sprawy, że został pobłogosławiony dodatkowym zmysłem. Może to w ramach rekompensaty za to, że był nie do końca sprawny? W naturze musiała pozostawać równowaga, coś mu zabrano, coś dano? Nie miała pojęcia, ale historia, którą sobie do tego dopisała wydawała jej się mieć sens. Zmrużyła oczy, co świadczyło o tym, że słucha uważnie tego, co ma do powiedzenia, próbując znaleźć w tym jakieś wskazówki. Tyle, że aury, jakoś nigdy specjalnie jej nie interesowały, może świeżo upieczony małżonek widział świat na różowo? Kto go tam wiedział. Falowanie i spadanie, czerń, żywe trupy, może miało to ze sobą coś wspólnego. Po tym krótkim wprowadzeniu Black ruszył na łódkę, miała wrażenie, że prawie wylądował w jeziorze, jednak jakimś cudem udało mu się wejść do łajby. Szkoda by było, żeby tak szybko się zamoczył, więc dobrze się stało, że jednak udało mu się tam dotrzeć w jednym kawałku. Gerry nie obraziłaby się za wyciągniętą rękę, była nauczona tego, jak powinna zachowywać się panna z dobrego rodu, tyle, że sama jakoś nigdy specjalnie się tym nie kierowała, potrafiła jednak odwzajemnić gesty. Wbrew pozorom, jakie sprawiała. Na jej twarzy pojawił się szyderczy uśmiech, a oczy błysnęły podejrzliwie, kiedy Prewett wspomniał o tym, że wyznaczył sobie osobę decyzyjną. - Mhm. - Mruknęła jedynie cicho, żeby nie było, że tego nie zarejestrowała, jednak nie zamierzała brać sobie do serca jego słów. Jedyną osobą decyzyjną, jaką znała była ona sama. Nie zamierzała tego kwestionować (trudno by było po tylu latach pracy w pojedynkę), szczególnie, gdy wokół mogły czaić się żywe trupy. Nie chciała zostać ich obiadem, nie dzisiaj. Ugryzła się w język, żeby nie zapytać Victorii dlaczego więc ministerstwo nie zajęło się sprawą samo. Nie miała zamiaru się kłócić teraz o to, jak jej zdaniem było nieudolne. Autentycznie nienawidziła tej instytucji, czego zresztą nigdy nie ukrywała. Żwawym krokiem ruszyła do łódki, bo tylko ona została na pomoście. Wskoczyła na nią jednym, zwinnym ruchem. Mogli wypłynąć wreszcie ku nieznanemu. - No tak, lepiej użyć magii, bo nie daj Merlinie jeszcze ktoś się zmęczy krótkim wiosłowaniem. - Całkiem bawiło ją to, że większość z czarodziejów wyręczała się magią w najprostszych czynnościach. RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Zatruta woda - Esmé Rowle - 24.04.2024 Poznawszy kaletnika można było uznać, że jest "ponad" pewne zachowania. Że jego sposób na życie nie zakłada takich bzdurnych, prostych rzeczy, bo on wymaga czegoś... więcej. A jednak był tylko człowiekiem. W dodatku - na swój sposób żałosnym. Geraldine odpowiedziała pięknym za nadobne, a Rowle mimowolnie uśmiechnął się, czując wewnątrz siebie to przyjemne ciepło. Ich wymiana mogła u innych powodować przewroty oczyma, powodować mdłości od słodyczy zawieszonej w powietrzu albo nawet zażenowanie, ale dla Esmé była czymś ważnym. Bardzo ważnym. Tym, czego brakowało mu przez niemalże całe swoje życie - zwykłej bliskości serc, ciepła, świadomości że zależy mu podobnie, jak drugiej stronie. Niemniej, nieco zaskoczony był, że Gerry nie miała oporów przed jawnym prawieniem mu komplementów. Ciekawe, bo przecież miał być jedynie zapomnieniem. Jeśli zapomniałeś. Te słowa odbiły się echem w jego głowie, bo... rzeczywiście zapomniał. Victoria była jego przeciwieństwem od czasów szkoły - ambitna, pełna motywacji, otaczająca się aurą celowości w życiu. Jakby już wtedy, w młodych latach, wiedziała czego wymaga od życia. Tak, wymaga, a nie jedynie chce. Esmé odznaczał się zbyt wielką nonszalancją, by jego wpadka spowodowała w nim zawstydzenie czy chociażby zmieszanie. Nawet jeżeli o samej aurorce ostatnimi czasy było głośno. Bardzo głośno. Szczególnie o jej powrocie z Limbo, o którym to czytał od niechcenia z gazety. Historia fascynująca... gdyby opowiedziana bezpośrednio przez samą bohaterkę. Ta z gazety wydawała się zbyt, jakby to ująć, sterylna. Pozbawiona emocji, których wtedy Victoria musiała przeżywać wiele. Nawet jeżeli nazywana teraz Zimną, tak wtedy musiała płonąć od uczuć kłębiących się w niej. W końcu Limbo i powrót z niego, to nie jest coś, czego dokonać może byle czarodziej i byle czarownica. Trzeba było być unikatowym, posiadać odpowiedni zestaw umiejętności, ale Esmé podejrzewał, że zdecydowanie ważniejszy był zestaw cech charakteru. - Wybacz, gazety opisały twe dokonania, ale... - uśmiechnął się nieznacznie, wpatrując się w jej brązowe oczy. - ...nie były w stanie oddać twego piękna. - czy teraz próbował załagodzić swoją wpadkę? Oczywiście. Czy było to tylko tym? W żadnym wypadku. Rzemieślnik doceniał urodę innych i nie uważał, że za tym stoi coś więcej. Nie czuł, że nie powinien tego mówić, nawet jeżeli czuł tak wielkie uwielbienie wobec Geraldine, która przecież stała zaraz obok. Nie czuł też, że jego słowa stracą na wartości, wobec tego co wiedział o nim Laurent. Victoria niezaprzeczalnie była piękna, Esmé to widział, wiedział i nie miał zamiaru powstrzymywać się przed wyjawieniem swojej opinii. Absurdalnym wydawało mu się powstrzymywanie się od takich słów, bo... nie wypada? Piękno było wspaniałą wartością, którą należało doceniać. Znajdując piękno, należało je podkreślić, śmiało nazwać pięknem - bez zawahania. I wynieść na piedestał, ale to... to mogłoby się stać, gdyby prześliczna Victoria znalazła się w jego pracowni.Tłumaczenia, jak się okazało, Perseusa należały do naprawdę fascynujących. Pomijając samą moc, która zdecydowanie stanowiła jedną z tych nietuzinkowych. Słowo "miłość" sprawiło, że po skórze Esmé przebiegły ciarki. Uczucie, które go stworzyło. Uczucie, które go zniszczyło. Zupełnie jak jeden taki kaletnik, który najpierw stworzył pas ze skóry, a później przeciął go w pół nożycami. Rowle nie zakładał jednak, że miłość dotyczyła jego samego. Wiedział jak reaguje na same podejrzenia tego uczucia w sobie - jak zwierzę, które było bite, a teraz wystawiano do niego rękę, by je pogłaskać. Odsuwał się, drżał ze strachu, czuł przytłaczającą niepewność intencji. Ale nie teraz. Teraz sytuacja była jasna. Niejasne jednak było to, o co chodziło z Laurentem, na którego przeniósł wzrok, gdy mowa była o ciemnych smugach i mackach. "Zachwycający jak zawsze i wyjątkowy jak zawsze" - cisnęło się na usta, lecz Esmé przemilczał, bo nie chciał rozwadniać pustymi myślami bardzo rzeczowych informacji, które otrzymali od Perseusa. Znalazł się na łódce z wystawioną ręką, by pomóc komukolwiek. Nie miał na myśli Trzeciego Oka - jak sam siebie nazwał, ale zrobił to z tego samego powodu, z którego lekko się skłonił, gdy przedstawiał się - karykatura kultury osobistej. Maska balowa, którą lubił zakładać nie po to, by go nie poznano, a po to, by tak po prostu było ciekawiej. Barwniej. I tylko wtedy, gdy była ku temu dobra okazja. Jego wystawiona dłoń została jednak zignorowana. Laska, jakkolwiek stabilnym oparciem była na lądzie, tak na chybotliwej łódce stanowiła bardziej przeszkodę, niż ułatwienie. Rowle z wciąż wystawioną ręką przyglądał się, jak Perseus wsiada i niemalże traci zupełnie równowagę. Nawet nie drgnął. Opuścił dłoń, spoglądając na mężczyznę, lecz zaraz na jego laskę, uśmiechająć się pod nosem. Wrócił wzrokiem do niego, rozchylił usta i... nie, jeszcze było za wcześnie na pewne słowa i stwierdzenia. Może później, gdy będzie mu dane poobserwować go trochę więcej. Laurent słusznie zwrócił uwagę, że ich wesoła gromada jest zupełnie niezgranym ze sobą zbiorowiskiem jednostek i pozwolił sobie wyznaczyć osobę decyzyjną, która... miała najwięcej sensu. I miała najwięcej powodu, by nią być - w końcu to była jej praca. Esmé był tutaj w ramach atrakcji. Atrakcji, która mogła przynieść pożytek. A może nie. Niezależnie, było to ciekawe przeżycie, którego nie miał zamiaru odpuszczać. Nie potrafił też przyczepić do tego jakichś poważniejszych emocji, toteż całe poszukiwania Bagshota, koniec końców, pozostawały tylko i wyłącznie atrakcją. Zabawą w detektywa i tropiciela. Nie miał problemów z pracą w drużynie i podporządkowaniu się innym. Miał za sobą kilka solidnych lat współpracy z dawnym właścicielem jego pracowni, który należał do nadzwyczaj nieprzyjemnych, zgryźliwych i, tak po prostu, wrednych osób. Jednak Esmé doceniał rzemiosło, doceniał pasję, którą ludzie wkładali w swoje zajęcia, doceniał profesjonalizm. O ile Victoria będzie tym wszystkim emanować, o tyle Rowle nie sprzeciwi się. Jako że do łódki wsiadł pierwszy, to jego miejsce było na jej tyle. Z błyskiem w oku patrzył na Gerry, która chyba po raz pierwszy popisała się swoją zręcznością przed nim. Może nawet nie popisała, a po prostu... wykazała. Było to tak naturalne, że Esmé nawet nie podejrzewał, że miało to służyć czemukolwiek innemu. Zresztą, nie uważał Ger za osobę, która potrzebuje oklasków. Szczególnie, że polowała samotnie. Z mniejszym zadowoleniem słuchał propozycji Victorii i samej Geraldine. Obie panie wyraziły nieco sprzeczne opinie, ale. No właśnie, ale. - Czyny, nie słowa. - i chociaż różdżka Victorii była w gotowości, to zaklęcie jeszcze nie zostało rzucone. I chociaż Łowczyni była gotowa wiosłować, tak nie podjęła się tego zadania. Zamiast tego Esmé chwycił w ręce wiosła i najpierw powoli odepchnął ich od molo, nim zaczął wiosłować. Nieśpiesznie, ale skutecznie, całkiem wprawnie jak na kogoś, kto właściwie nigdy tego nie robił. - Wspaniałe propozycje. - rzucił nieco uszczypliwie, chociaż ciężko było brać go za osobę, która brałaby takie rzeczy do siebie. - Skoro mamy współpracować, to oto pierwsze wyzwanie. - patrzył na znajdującą się w oddali wyspę, starając się nie zwracać uwagi na smród i zdechłe ryby. Specjalnie nie poświęcał im czasu, bo nie było to nic przyjemnego, a jego obserwacje zdecydowanie prowadziłyby do niczego. Nie miał doświadczenia w takich tematach, nie miał wiedzy, nie miał zapewne umiejętności. - Jest nas piątka, więc niech każdy z nas wykaże się pomocą z dotarciem na wyspę wedle własnych preferencji. Czy magią, czy siłą. - i podzielił w umyśle dystans między molo a wyspą na pięć, mając zamiar przestać wiosłować, gdy tylko dotrze do wyimaginowanej mety "jego tury". Właściwie to daleko gdzieś miał czy przystaną na jego "wyzwanie", ale niezależnie od tego jak to odbiorą - on dalej niż ta jedna piąta trasy nie miał zamiaru wiosłować. Nie miał do tego też warunków fizycznych, by zwyczajnie nie wycieńczyć się. I tak, Perseusa również brał pod uwagę jako uczestnika tego wyzwania. W końcu nie potrzebował litości, prawda?RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Zatruta woda - Victoria Lestrange - 24.04.2024 Patrzyła na Geraldine i Esme z kamiennym wyrazem twarzy, ale prawdę mówiąc, to miała nadzieję, że ogarną się szybciej niż później, bo jak całą drogę na wyspę i z powrotem będą tak gruchać do siebie, to chyba nie wytrzyma. Nie to, żeby miała coś przeciwko publicznemu okazywaniu uczuć, ale było na to miejsce i czas, a obecny anturaż zupełnie się w to nie wpasowywał, a ponadto generowało to brak uwagi, na który nie mogli sobie pozwolić. Czy naprawdę tak się jawiła ludziom, jakby od zawsze wiedziała czego chce od życia? Może tak właśnie było, prymuska z dobrego domu, która nie raz i nie dwa nosząc już odznakę prefekta przyłapała kolegów z własnego domu na cichym knuciu, pytająca wtedy, czy zadanie domowe odrobione. Ale prawda nie mogła być inna, o czym Laurent przekonał się kiedyś, gdy o tym rozmawiali; Victoria długo nie wiedziała, w którą stronę pójść, nie potrafiła zadecydować aż do ostatniego roku nauki, a i ten wybór był teraz o kant dupy rozbić, bo nie miała już nic wspólnego z amnezjatorami. Teraz rzeczywiście wiedziała, czego od tego życia chce, ale na to potrzeba było jednak trochę lat. Nie tylko czego chce – czego wymaga również. Uniosła wyżej brwi, nawet nie w zaskoczeniu, ale raczej niedowierzaniu, że można takie tanie teksty, jak jej tu teraz sprzedawał Esme, mówić w takiej chwili i takim miejscu. – Dziękuję, ale proszę o zachowanie minimalnej chociaż powagi, to nie jest spotkanie towarzyskie – lubiła komplementy, jak chyba każda kobieta i nie czuła się niezręcznie, po prostu wolała zarysować granicę już teraz. Dla niej to nie była zabawa w żadnym razie, a mając w pamięci jak jej partner zareagował na aurę tego miejsca – tym bardziej poważnie do tego podchodziła. Odgłos, jaki Geraldine wydała z siebie pod nosem, nie uszedł jej uwadze, ale choć go zanotowała, to póki co postanowiła to zignorować, raz jeszcze topiąc się w chłodnych wodach oklumencji, które obmywały ją z wszelkich emocji, chcąc na dłużej zachować swoją już i tak nadszarpniętą cierpliwość – nawet jeśli była to tylko maska i pomagało na krótko, to i tak wolała się w tym zatopić, niż niczym pięciolatka robić tutaj scenę. Nie wiedziała na ile wystarczy jej na to sił, ale póki co musiała sobie jakoś radzić, skoro każdy na razie usadawiał się w łódce. Pierwsza próba nastąpiła bardzo szybko, a Victoria w pierwszej chwili wzięła głębszy oddech, a potem skierowała ciemne spojrzenie na Yaxley. – Jak chcesz wiosłować, to proszę bardzo, wiosła są twoje – wskazała na nie, odpowiadając na zaczepkę Geraldine i było widać, że jej spokój to tylko fasada, może i piękna, ale niedoskonała. Mogła być zimna, ale było to widać w oczach: ten ogień, który ją napędzał i wciąż się w niej tlił. Nie zamierzała się z nikim wykłócać, ani przede wszystkim licytować, ona jednak jeśli nie musiała, to wolała zachować swoje siły na później. – Może dla was to zabawa i bawcie się dowoli, tam jest więcej łódek – wskazała głową na inne łódki, które były przywiązane do molo, gdy tym razem swoje pięć groszy do tego dorzucił Esme. Nie. Nie zamierzała się bawić z nimi w kotka i myszkę. Esme już zresztą odbił ich łódź od molo i przepływali właśnie obok tych śniętych ryb, obok smrodu, które z siebie wydzielały i wręcz odruchowo zmarszczyła nos i wstrzymała oddech. Skoro Gerry tak się pchała do wiosłowania, to mogła odebrać je od Esme i zrobić co chciała, nie będą musieli się bawić w transmutacje i wytwarzanie ciśnienia powietrza. – Co wy tu właściwie robicie? – zwróciła się do tych przymusowych towarzyszy gdzieś w trakcie podróży. Ona była tu w pracy, a oni…? Laurent nie chwalił jej się, że wybiera się na wakacje do tego pożal się Merlinie ośrodka, a Perseus… sądziła, że świeżo upieczony mąż będzie na miesiącu miodowym. Chyba, że właśnie był – to straszny pech. – Myślałam, że po weselu udajecie się w podróż poślubną – tu zwróciła się już do Blacka. – Vespera była tu z tobą? Odesłałeś ją do domu? – może został ze względu na wydarzenia… a Geraldine i Esme? Raczej nie byli tutaj w… pracy? !2zatrutawoda RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Zatruta woda - Pan Losu - 24.04.2024 Woda wydaje się bardzo czysta. Trzy, cztery, pięć metrów i wyglądając z łodzi, ciągle można dostrzec jej piaszczysto-kamieniste dno. Królują tam okrągłe, pozieleniałe kamienie i piach, ale sporo jest także mchu wodnego, moczarek kanadyjskich i rzęsy wodnej. Między florą pływają małe rybki, wreszcie nie niepokojone przez nurkujących, przy kamieniach gnieżdżą się małże. Jest też trochę muszli. Wszystko wygląda tak, jak powinno. I wtedy woda traci swoją przejrzystość. Staje się mętna, brudna, jakby w głębinach jeziora rozlało się coś ciemnego. To czerń? Czy czerwień? Wytężając wzrok wydaje ci się, że coś długiego przepłynęło nieopodal waszej łodzi. RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Zatruta woda - Laurent Prewett - 24.04.2024 Laurent kompletnie nie dowierzał temu, co widzi. Nie, jednak Geraldine też nie pozostała normalna. Albo była normalna właśnie? Nigdy jej nie widział w obecności... ukochanej osoby, ale jakoś taka wylewność pasowała do niej tak samo, jak solne jezioro do różanego ogrodu. Bo Esme... Esme był przecież szalony, tak? To było jakieś usprawiedliwienie? Nie? Tak? Wszyscy tutaj jesteśmy trochę szaleni. Wpatrywał się przez moment z niedowierzaniem w Esme i Geraldine, ale szybko się zorientował i odwrócił spojrzenie na wodę. To nie była zazdrość. Nie było o co być zazdrosnym. To było ledwo pokłosie tego, przed czym kiedyś ostrzegała go Victoria, albo... nie. To było ledwo zderzenie z rzeczywistością, w której nie było się wcale wyjątkowym. To, co niby zawsze wiesz, ale kiedy patrzysz prosto na ten obrazek to zaczyna przełazić z wiedzy w uczucia. Jeszcze niezdrowe spojrzenie Perseusa, zupełnie dziwna i obca Victoria, która tylko przez moment uśmiechu była tą osobą, którą znał... Woda, w który się wpatrywał, mimo potencjalnej trucizny, jaką w sobie nosiła, zdawała się najbardziej realną rzeczą. Szkoda tylko, że i ona była obca. Nawet jego odbicie, rozbijane przez wiosłowanie Esme, było ledwo rozmytą plamą. - Wybacz, Geraldine. - Spojrzał na Geraldine dopiero po jej mruknięciu i uśmiechnął się przepraszająco. To była jedna z tych min, która wyrażała więcej niż tysiąc słów. Tego się spodziewał, więc dobrze, że to wyniknęło teraz a nie później. O to chodziło. Przynajmniej dawało klarowny pogląd na sytuacje. A może po prostu kobieta miała gorszy nastrój bo była bardziej sarkastyczna niż rzeczowa. Tak... musiała mieć gorszy nastrój. Zawsze go miała przed stróżami prawa. A może przed przedstawicielami każdej osoby z Ministerstwa Magii? Płynnie przeszedł spojrzeniem do Esme, nie bardzo wiedząc, czy mówi poważnie, czy to była jedna z gier - zaczynając od jego pytania odnośnie nierozpoznania Victorii. Mimo tego, że miał poczucie, że powinien obserwować wszystkich, to wcale nie miał ochoty. Poczucie, że to dobrze, że są tu wszystkie znajome osoby zaczęło się przeradzać w poczucie, że ta znajomość była bardzo ułudna. Maski, które znasz, maski, których nie znasz... Właściwie uważał pomysł Esme za pomysł bardzo dobry, szczególnie w tak niezgranej drużynie. Bardzo sprytny pomysł. Chociaż Laurent równie sprytnie szukałby swojego wybawiciela do tego zadania. Oparł dłoń na podbródku już widząc wynik, że Victoria nie była dobrym liderem do takiego zadania, ale ona nim chyba nigdy nie była. Nie o to chodziło i w gruncie rzeczy to mu się nie podobało. Victoria nie miała być liderem, miała po prostu w kryzysowej sytuacji powiedzieć, czy to czas, żeby uciekać, a może czas, żeby rzucić kulę ognia przed siebie. Laurent jednak nie chciał wchodzić w tę rozwojową sytuację. Położył uspakajająco dłoń na ramieniu Victorii i obrócił głowę z powrotem do jeziora. Myślał. Myślał nad swoimi towarzyszami, a kiedy Esme puścił wiosła to podjął się rzuconego wyzwania i transmutował wiosła w dwa delfiny przyczepione do łodzi, które plusnęły do wody i pociągnęły ich łódź do przodu. Ale zgodnie z umową - po przepłynięciu odpowiedniego dystansu stały się znów wiosłami. Prosto do rączek Geraldine. - Jak to bywa przyciągnęły mnie magiczne istoty. Których akurat nie powinno w okolicy być. - Laurent kochał pieniądze i cóż skoro można było zarobić dodatkowy stos galeonów za coś, co lubił robić z pretekstem podróży? Och tak, poproszę! I chociaż mógł mówić dalej to zamilkł widząc brud wody i cień pod ich łodzią. To dawajcie tę krytyczną porażkę na transmutację [roll=Z] [roll=Z] RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Zatruta woda - Geraldine Greengrass-Yaxley - 25.04.2024 Nie widziała nic dziwnego w swoim zachowaniu, wbrew temu, co mogło wydawać się innym. Gdy Ger darzyła kogoś sympatią - wcale się z tym nie kryła, ani trochę. Większość zgromadzonych tutaj osób znała ją tyle, co właściwie wcale. Tak, ich drogi spotykały się zawodowo, czy na jakichś spędach czystokrwistych czarodziejów, nikt jednak nie przekroczył tej granicy, kiedy panna Yaxley stawała się kimś więcej niż łowcą magicznych stworzeń. Zabawne, że Esmé z którym znała się najkrócej miał szansę wiedzieć o niej najwięcej, bo pozwoliła mu na to, przez to, że widziała między nimi dosyć dużą dozę podobieństwa. Spojrzała na swoje buty i powstrzymywała uśmiech, który wpełzał na jej twarz, kiedy Rowle wspomniał o pięknie Victorii. Całkiem nieźle wybrnął z zaistniałej sytuacji, wcale nie dziwiło jej to, że mógł ją zapomnieć, zresztą praktycznie wcale nie wychodził z tej swojej jaskini, pewnie nie śledził prasy, a przynajmniej tak się jej wydawało. Skoro już wskoczyła do tej łajby, rozsiadła się wygodnie, wcale nie ruszało jej spojrzenie Victorii, jej szare i zimnie niczym lód spojrzenie nie pokazywało żadnych emocji. - Co my tutaj robimy? No, płyniemy łódką. - Odpowiedziała na pytanie Lestrange - Właściwie to póki co próbujemy płynąć. - Nie uważała, że powinna się jej w jakikolwiek tłumaczyć ze swojej obecności w tym miejscu, bo po co? Nie byli przyjaciółmi, nie musieli wiedzieć, co robi w wolnym czasie. Przeniosła swoje spojrzenie na Blacka, bo po raz kolejny został wywołany imiennie do odpowiedzi, nie żeby ją specjalnie obchodziło, w jaki sposób spędza swój miesiąc miodowy, nie była specjalistką, aczkolwiek, jeśli to był któryś ślub z kolei w przypadku dwójki małżonków, może nie zamierzali go jakoś specjalnie świętować? Pewnie z czasem, kolejne śluby zaczynały znaczyć coraz mniej. Esmé zaczął wiosłować, całkiem niezły początek. Nie trwało to jednak długo, bo Laurent postanowił się popisać swoimi umiejętnościami związanymi z transmutacją. Delfiny, niby słodkie stworzenia, jednak były bardzo zdradliwe. - Wiecie, że delfiny tworzą gangi, niczym ludzie i atakują inne, często się zdradzają, a czasem nawet dopuszczają gwałtów dla rozrywki? - Nie wiedzieć czemu postanowiła wspomnieć o tej ciekawostce. Oczywiście przejęła wiosła, z uśmiechem na twarzy. Lekka rozgrzewka to sama przyjemność. Ścisnęła je mocno w dłoniach, a później poczęła nimi machać, całkiem szybko i równo, chociaż to, że znajdowała się na przedzie łódki nie pomagało. Kiedy odpłynęli od brzegu, ogarnęło ją to uczucie. Bardzo dobrze jej znane. Niepokój, świadomość, że w jeziorze czai się coś. - Radziłabym nie wpadać do jeziora. - Skoro już byli grupą, mniej, czy bardziej zadowoleni z tego powodu, że mieli współpracować, to powinna dzielić się informacjami. - W jeziorze, coś mieszka. Nie jestem pewna co, jednak jest to jakiś potwór. - Zaczęła się zastanawiać nad ewentualnościami, zmrużyła przy tym oczy, ale nie przestała wiosłować, bo musieli dopłynąć do tej wyspy. - Może to być kelpie, która przybiera różne kształty, najczęściej jednak wybiera końskie wcielenie, strasznie trudno je złapać, żywią się ludźmi, w sensie, wabią swoim pięknym wyglądem, a później zaciągają na dno jeziora, gdzie robią sobie z nich posiłek. - To była jedna z możliwości. Sama miała uraz do tych stworzeń, wszak przez to miała do dzisiaj bliznę, która ciągnęła jej się przez całe plecy. - Mogą to być też wodniki, które wyglądają jak małpy pokryte rybią łuską, ich łapy to wielkie płetwy, które służą do duszenia ofiary, bardzo lubią pić ludzką krew. - Możliwości było wiele. - Jest jeszcze opcja, że to tylko żabnice, je się stosunkowo łatwo zabija, więc byłoby to chyba najprostsze do pokonania. - Nadal błądziła gdzieś myślami, o potworach mogła opowiadać godzinami, strasznie ją to uspokajało. Wiosłowała równo, bez mniejszego problemu, zresztą nie było to wcale takie trudne zadanie dla osoby, która była tak sprawna jak ona. Co najważniejsze wszystkie negatywne emocje z niej opadły, w ogóle nie przejmowała się wcześniejszą próbą dominacji, czy wypytywanie o sprawy, które nie powinny ich obchodzić. Wystarczyło trochę ruchu, aby Yaxley ponownie miała wyśmienity humor. RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Zatruta woda - Perseus Black - 25.04.2024 Współpracować? Ależ oczywiście, że umiał współpracować. Współ-PRACOWAĆ. Wolałby już wypić całe wiadro wody z Windermere niż pozwolić, by inni obchodzili się z nim jak z... jakimś ciężarem. Dlatego kiedy Laurent wykonał ten krok w jego kierunku, jego oczy zapłonęły ostrzegawczym jadeitem, jakby chciał powiedzieć "nawet nie próbuj". Sam nie wiedział, dlaczego wezbrała w nim taka duma i agresja - chyba bardziej niż wściekły, był zrozpaczony przez to wszystko, co w ostatnich dniach działo się wokół niego. Z ulgą wyraźnie malującą się na jego twarzy przyjął rolę Victorii jako osoby decyzyjnej, ale poza tym z każdą kolejną sekundą spędzoną na łodzi, Perseus czuł się coraz bardziej zagubiony. Siedział z boku i wsłuchiwał się w ich rozmowy, sam odpowiadając tylko wtedy, gdy ktoś bezpośrednio zwróci się do niego. Właściwie, to czuł się dobrze z tym, że został zepchnięty do rangi milczącego obserwatora. Nie do końca pojmował dynamikę relacji pomiędzy pozostałą czwórką; domyślał się, że panie za sobą nie przepadają, że Geraldine i Esme chyba mają się ku sobie oraz że Laurent zna ich wszystkich i z każdym z nich łączy go inny stopień zażyłości (jaki? na to nie umiał jeszcze znaleźć odpowiedzi), ale to było za mało, dlatego korzystając z małego zamieszania przy zamienianiu osoby przy wiosłach, Perseus postanowił zmienić swoje postanowienie, zatem z całych sił skupił się, by otworzyć Trzecie Oko. Miał nadzieję, że nie będzie tak źle, jak poprzednio. Na wszelki wypadek sięgnął do kieszeni marynarki i wyjął z niej czarną chusteczkę. Uśmiechnął się pod nosem, słysząc odpowiedź Gerry na pytanie Victorii, ale kiedy aurorka zwróciła się do niego, natychmiast spoważniał i się wyprostował. — Teoretycznie powinniśmy być właśnie gdzieś na Atlantyku, w drodze do Brazylii, ale statek, którym mieliśmy wypłynąć, miał jakieś problemy w porcie i rejs opóźnił się o tydzień — odpowiedział zgodnie z prawdą — Przyjechałem tutaj sam. Do pacjenta, którego matka bardzo mnie o to prosiła, ale wyjechali zanim dotarłem na miejsce. Napisała mi w liście, że gdy tylko opuścili te przeklęte okolice, jego stan natychmiast się poprawił. Zastanawiające, prawda? Zmienił temat, próbując odwrócić uwagę Lestrange od tematu Vespery. Ale wtedy panna Yaxley postanowiła uraczyć ich ciekawostkami o delfinach. Nie wierzył jej. Nie wierzył w ani jedno jej słowo - delfiny były słodkie i miłe. To, o czym mówiła, było jakąś abominacją. — Geraldine, co do chu... — urwał, wpatrując się w kobietę z narastającym zdumieniem, które prędko zamieniło się w wyrzut — Proszę, nie mów nic o morświnach, fokach i orkach, zanim całkowicie zniszczysz mi ich urok. To miał być żart, ale kiedy zdał sobie sprawę z tego, że nazywa foki uroczymi, mając przed sobą prawdziwą selkie (a przecież nie chciał, żeby Laurent czuł się niezręcznie pod wpływem jego żarliwych wyznań), zmieszany odwrócił się do nich wszystkich profilem i wpatrywał się w krystalicznie czystą toń jeziora, z każdą chwilą coraz bardziej zafascynowany tym, co działo się pod powierzchnią. Pochylił się nawet lekko w kierunku burty, by lepiej widzieć dno jeziora - dla Perseusa, który nie umiał pływać, a tym bardziej nurkować, była to pierwsza i być może jedyna okazja, by zobaczyć podwodną florę i faunę w naturalnym środowisku. — Ale z ciekawości, z inii amazońskich też takie szelmy? — dopytał z udawanym niepokojem, bo przecież w planach małżeńskiej wycieczki był rejs po Królowej Rzek. Wyciągnął dłoń ponad burtę i zawiesił ją kilka cali nad wodą, jakby chciał jej dotknąć, jednak kiedy zrobiła się mętna, natychmiast się wycofał. Zaraz potem przez jego plecy przeszedł dreszcz, gdy jakiś kształt przepłynął nieopodal łodzi. Wydawało mu się? Spojrzał na Geraldine, która tylko potwierdziła jego obawy. Kelpie? Prawie jak selkie - za jedną z nich, mógłby pójść nawet i na samo dno piaszczystego morza. Wodnik? Poświęciłby się - krew Blacków jest przecież trująca. Żabnice? Wtedy Geraldine wkroczy do akcji. — Najwyżej Vespera zostanie wdową po raz trzeci — znów próbował żartować, ale minę miał nietęgą. Obejrzał się za siebie; wyspa zdawała się być wciąż boleśnie daleko. Rzucam na percepcję i podglądam aury ![]() [roll=PO] [roll=PO] RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Zatruta woda - Norvel Twonk - 25.04.2024 Chwilę jeszcze Perseus widział świat w taki sposób, w jaki widzieli go wszyscy inni. A potem jego talent dał o sobie znać: i znowu mocniej niż zazwyczaj, dużo mocniej, bo przecież normalnie widział tylko aury ludzi a tutaj… tutaj było inaczej. Dużo bardziej przerażająco niż wtedy, gdy siedział w restauracji. Głosy siedzących z nim w jednej łódce ludzi umilkły i uderzyła w niego głucha cisza. A potem dostrzegł czerń, całe jezioro pełne czerni. Już nie słabej, nie delikatnej, nie przypominającej uschnięte gałązki, ale silnej, pulsującej jak żywy organizm. Łódka którą płynęli nurzała się w niej, grube wstęgi łapały się burty, jakby próbowały dostać się na pokład. Na jej tle to fiolet, tak wyraźny na lądzie, zamienił się w nici: słabe i unoszące się bezładnie. Na szczęście nie wszędzie tak było. Geraldine i Esme promienieli bezpiecznym fioletem. Otulał ich ciasno, prawie jakby chronił. I może coś w tym było, bo gdy magipsychiatra spojrzał na swoją dłoń odkrył, że on również ciągle był otulony tą barwą. Niby bezpieczną i łagodną, ale gdy spróbowała sięgnąć ku niemu jedna z czarnych wstęg zza burty, reagującą niezwykle szybko, odpychając wstęgę niby przeciwnika. Victoria również jaśniała fioletem, może nie tak intensywnym jak on lub Esme czy Geraldine, ale wciąż ciasno oplecionym wokół jej sylwetki. Tylko wokół Laurenta brakowało tego koloru. Niewidzialne, czarne wstęgi unosiły się nad nim, niemal gotowe do tego, by utkać wokół Prewetta kokon. Tu na pochłoniętym czernią jeziorze łatwiej im było nabrać mocy. Dźwięki wróciły. A po mrugnięciu zniknęły również aury. Znowu wszystko wyglądało tak, jak zazwyczaj. Gdy Perseus doszedł do siebie, w ustach miał metaliczny posmak krwi. Przygryzł sobie policzek? RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Zatruta woda - Esmé Rowle - 25.04.2024 Był poważny. Jego wypowiedź, niezależnie jak wybrzmiała, tak była wypowiadana z powagą. Czy Victoria naprawdę uważała wszystkich chwalących jej urodę za niepoważnych? Jakże smutne. Esmé zawsze jawił się jako indywidualista, który mówi i robi to co chce. Można było go podejrzewać, że zaraz uraczy słynną Zimną jakimś ciętym tekstem albo... zwyczajnie oznajmi, że wcale nie był niepoważny. Nie. Nie zamierzał tego komplikować, bo kobieta jasno wyraziła, że jest w pracy. Rowle szanował profesjonalizm i rozumiał, że Victoria chce skupić się na rzeczach ważnych, poważnych dla niej. Kaletnik jedynie uśmiechnął się nieznacznie, by zaraz kiwnąć głową krótko, porozumiewawczo. "Zgoda". Nie będzie utrudniał jej pracy, ale... on nie był w pracy. Nie zamierzał przestawać bawić się sytuacją, w której się znalazł. Zaskakująco ciekawym zajęciem była obserwacja iskier strzelających od, raczej, obopólnej niechęci pań. Znał aurorkę głównie z opowieści, z historii, w czasach szkolnych nawet nie pamiętał czy rozmawiał z nią... tak normalnie. Jawiła się jednak jako osoba zupełnie różna od Geraldine, chociaż tym zabawniejsze było spostrzeżenie, że obie panie są, tak naprawdę, do siebie podobne. Może nie potrafiły znaleźć wspólnego języka, może preferowały inne metody, ale koniec końców - cel był ten sam. Gerry również bardzo poważnie traktowała polowania, co zresztą Esmé zrozumiał już podczas ich pierwszego spotkania. Czy Victoria, na swój sposób, również nie była łowcą? Jak dla rzemieślnika - była. Jedynie ofiary diametralnie się różniły od siebie. Uniósł brew wyżej, przypatrując się Lestrange z jawnym niezrozumieniem, gdy kolejny raz okazał się zadziałać na nerwy aurorki. Jasne, bawił się, ale czy jego propozycja była naprawdę tak nielogiczna? To było raptem proste ćwiczenie mające zaangażować każdego w akcję. Ćwiczenie, które miało również pokazać preferencje, powiedzieć więcej o samych osobach i ich rozwiązywaniu problemów, by w przyszłości wiedzieć czego można się po nich spodziewać. Victoria widziała w tym jedynie zabawę. Bardzo... rozczarowujące. - Ups, chyba jesteś na nas skazana. - rzucił, bo niefortunnie właśnie ich odepchnął od molo i ruszyli w podróż. Zaraz Victoria zaczęła dopytywać o... tematy towarzyskie? Esmé uśmiechnął się pod nosem, bo to był doskonały moment, aby wypomnieć jej, że to nie jest spotkanie towarzyskie, a jeżeli jest to pytanie związane z pracą, to Rowle nie zamierza odpowiadać na nic bez swojego adwokata. W końcu wtedy to byłoby przesłuchanie. Nie odezwał się jednak nie tylko dlatego, że postanowił szanować to, że aurorka jest właśnie w pracy, ale też dlatego, że inni zaczęli odpowiadać, nim ten cokolwiek postanowił.Rozbawiła go jednak odpowiedź Geraldine, prychnął cicho, rzucając jej krótkie spojrzenie. Była urzekająco szczerą osobą, niekiedy tak prostą, że aż trudną do zrozumienia. Rowle uważał to za same plusy. Uwielbiał właśnie to w Geraldine. To i wiele więcej. Znacznie więcej. - Odpowiedziałaś sobie na to pytanie, pani detektyw. - to, że ona była w pracy nie oznaczało, że on nie był na wczasach. - Jestem tutaj dla zabawy, a przy okazji mogę Ci pomóc. - o ile będziesz w stanie mnie wykorzystać. I nie chodziło tutaj o jego charakterność, a zwyczajny fakt, że jego zdolności były... nijak nadające się do śledztwa. Jego zdolności prawie wyłącznie przydawały się w jego pracowni i nigdzie więcej. Odpowiedział jednak zgodnie z prawdą - i na wczasach, i na tych poszukiwaniach był dla frajdy. Teraz miał okazję zrobić coś pożytecznego, przydać się, bawiąc się w detektywa. Bo przecież nim nie był na prawdę, a właśnie towarzyszył w śledztwie. Zatem... musiał go udawać, musiał się bawić droga Victorio.Widocznie chociaż Victoria była decyzyjna, to "zabawa" jaką wymyślił Rowle nie została zignorowana przez resztę. Zakończył wiosłowanie - tak jak zakładał i... Laurent przejął pałeczkę, wykorzystując transmutację. Delfiny. Niewiele o nich wiedział... do czasu. Nie spodziewał się jednak uzyskać takich informacji o nich. - Aż dziwne, że mieszkają w morzu, a nie na Nokturnie... - no bo, przecież, wszystko co najgorsze, to przecież Nokturn, prawda? Tak lubiano myśleć i Esmé bardzo lubił korzystać z tej myśli, bo był osobnikiem dalekim od wizerunku kogoś, kto doskonale czuje się w mrokach tych niezbyt przychylnych ulic. A jednak.Z jawnym zaciekawieniem przysłuchiwał się Gerry, która uświadomiła ich o zdecydowanie niepokojącym fakcie. Przyglądał się Łowczyni, zupełnie pochłonięty jej osobą, a gdy zakończyła, to przeniósł spojrzenie na wodę. Już odkąd oddał wiosła, to wygodnie rozsiadł się, wychylając nawet nieco do tyłu, ale obserwował zebrane na łódce, tak różne, a jednak splątane losem duszyczki. Teraz głębiny jeziora wydawały się bardzo ciekawe. Oparł się bokiem, wychylając się nawet nieco poza łódkę, zwisając nieco nad wodą, dostrzegając, że... ta jest szalenie czysta. Absurdalnie jak na to, że przy brzegu były zdechłe ryby. Nie tego się spodziewał. I nie spodziewał się też czerni, która rozpływała się po dnie. Czerni, której przyglądał się w milczeniu, w skupieniu i powadze. Czerni, która wręcz go zahipnotyzowała. Płynęli całkiem szybko. Geraldine nie tylko błyszczała wiedzą na temat wodnych istot, ale zwykłą siłą. Obie te cechy sprawiały, że Esmé patrzył na nią z... fascynacją. Że jego oczy iskrzyły za każdym razem, gdy rzucał jej spojrzenie, nawet krótkie. Szybkość ich łódki, niestety, pewnie nijak się miała do szybkości potworów, które żyły pod nią. Gerry spekulowała, że mogą to być kelpie, wodniki albo żabnice, lecz zupełnie niedoświadczony Rowle jakoś uważał, że cokolwiek tutaj żyje, to nie jest to coś, z czym jego Bogini Łowów kiedykolwiek się mierzyła. Nie czuł jednak obawy. Pomijając to jaką był osobą, to nie potrafił czuć strachu, będąc u jej boku. Piękna, mądra, silna. Scenariusz, w którym umierają nawet nie przychodził mu do głowy. Wszystko przez wspaniałość Geraldine, którą zrozumiał od niedawna bardziej. Dosadniej. Widocznie ten wyjazd zbliżył ich mocniej, niż mógł tego się spodziewać. RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Zatruta woda - Victoria Lestrange - 26.04.2024 Lider… Liderem można było być wtedy, gdy inni chcieli cię słuchać, a prawda była taka, że nie zamierzała się kopać z koniem. Znała się z Geraldine nie od dzisiaj i pomimo wniosków Perseusa czy Esme – wcale nie było tak, że się nie lubiły. Ba, Geraldine zdobywała dla niej składniki do eliksirów, nie za darmo oczywiście, a czasami prosiła Victorię o eliksiry dla siebie, to była relacja biznesowa. Zresztą – rzuciła tylko propozycją, którą Gerry zbyła, i jaki był sens się tutaj o to wykłócać? Bo miała być osobą decyzyjną? Żaden był to powód. Chciała wiosłować, to mogła wiosłować, nie było powodu robić o to cyrków, dostała do tego wolną rękę, ot i to wszystko. Nie była to sprawa, przy której jej „decyzja” byłaby niezbędna, nie teraz i nie tutaj. Nie podobały jej się te zuchwałe i bezczelne odzywki i uszczypliwości, ale potrafiła się ugryźć w język kiedy chciała, nie miała pięciu lat. Dlatego milczała. Nie podobało jej się to, ale milczała. Odwróciła spojrzenie na Laurenta, gdy położył dłoń na jej ramieniu, a ona po sekundzie czy dwóch uniosła własną dłoń, by położyć ją na tej Laurenta i pogładzić go w uspokajającym geście, że nic się nie dzieje. Otworzyła usta, by bezdźwięcznie powiedzieć mu „dziękuję”. – Czyli też praca – westchnęła na odpowiedź Laurenta i sama przeniosła spojrzenie na wodę, ale tylko na chwilę, bo zaraz odezwał się Perseus. – Tak, zastanawiające – przyznała mu. – I bardzo niepokojące. Coś dziwnego dzieje się w Windermere – i to od lat, wierząc tym dziwacznym zaginięciom i śmierciom, o których nie zamierzała mówić towarzyszom, żeby ich nie straszyć niepotrzebnie. To nie tak, że Perseus odwrócił jej uwagę, bo sam fakt, że dotarł tutaj, gdy już nie było pacjenta i zdążył odebrać od niego list, i nie wyjechał – było zastanawiające tylko w trochę mniejszym stopniu niż sprawa samego Windermere, ale przemyślenia zachowała dla siebie. Była pewna różnica pomiędzy komplementowaniem kogoś i wysławianiem jego urody, gdy był w pracy, a zagajeniem rozmowy na neutralny temat, gdy akurat mieli do przepłynięcia pięć kilometrów w swoim towarzystwie. Nikt nie kazał im odpowiadać, nie musieli ze sobą w ogóle rozmawiać, jeśli preferowali płynąć w ciszy w atmosferze, którą można było kroić nożem. Wywróciła oczami, kiedy odezwała się Geraldine. Mowa była srebrem, to się zgadzało, ale czasami milczenie było złotem i miała taką myśl – że to złoto przydałoby się teraz Geraldine, bo nie robiła na niej wrażenia swoimi odzywkami. Prawdę mówiąc, to czuła się, jakby jej rozmówczyni cofnęła się gdzieś do początku szkoły, mniej-więcej taki był to poziom tej rozmowy. Jej jedyną odpowiedzią było wypuszczenie powietrza przez nos, co pewnie mógł usłyszeć siedzący obok niej Laurent, lekko pokręciła głową, ale nic nie powiedziała. Milczenie jest złotem – i zamierzała z własnej myśli skorzystać. – Nie jestem panią detektyw, Rowle. Nie pracuję w BUMie – nie była pewna, czy to ignorancja czy kolejna zaczepka Esme, ale odpowiedziała mu na to spokojnie. Nie, nie była detektywem, specjalizowała się w walce z czarnoksiężnikami, więc dość łatwo było sobie dodać dwa do dwóch, co oznaczała jej obecność tutaj. Mimo uszu puściła opowieści o delfinach, niezbyt ją to interesowało… I wtedy zauważyła kątem rucha ruch na wodzie, aż się poderwała z miejsca i stanęła wyprostowana, ściskając swoją różdżkę, zerkając w ciemną, brudną wręcz toń. Toń, która jeszcze niedawno była wręcz krystalicznie czysta. I odezwała się Geraldine – akurat w jej zmysły i zdolności nie wątpiła; zresztą udowodniła jej to na Perle Morza. – O zdecydowanie coś tutaj mieszka – mruknęła, śledząc ruch czegoś, co było długie i zaraz zniknęło w ciemnej wodzie. – A może to być jakiś… przerośnięty wąż wodny? Albo coś w tym rodzaju? – miała tutaj dwóch ekspertów od magicznych bestii, może Laurent albo Geraldine mieliby jakieś kolejne pomysły, co to może być. – Tam – wskazała palcem w miejsce, gdzie widziała kształt. Chyba jej się nie przywidziało…? Wtedy to poczuła. Otarcie się o jej jaźń, jestestwo, intruza, przed którym się broniła, a nastąpiło to z zaskoczenia i najwyraźniej nie była zbyt ostrożna, opuściła gardę, a Perseus mógł dostrzec to, czym była; żółtą aurę, która zalewała jej osobę jak słońce oraz barwy wskazujące na to, że była naprawdę bardzo zmartwiona i lekko poddenerwowana i zirytowana. Spojrzała na niego gwałtownie, ostro. – Czy koncept czegoś takiego jak prywatność jest dla ciebie obcy, Perseusie? – Victorię rzadko można było zobaczyć naprawdę zdenerwowaną, a dzisiaj jej cierpliwość była wystawiana na próbę jeszcze zanim odbili od tego brzegu i tak naprawdę nie była to wina jej towarzyszy. Teraz jednak jej spokój prysł, gdy ze złością patrzyła na mężczyznę. – Nikt wcześniej nigdy nie powiedział ci, że to niegrzeczne bez pytania kogoś czytać? – jakby zapytał, to przynajmniej dostałby jasną odpowiedź, że się nie zgadza, a tak wtargnął w jej prywatność bez zgody, wykorzystując moment słabości. Została oklumentką z jakiegoś powodu. – Nie rób tego więcej – czuła jak zaciskają się jej szczęki i musiała wziąć głębszy oddech. |