![]() |
|
[10.08.72] Windermere. Bestie, które miały chronić (II) - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +---- Dział: Lake District (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=150) +---- Wątek: [10.08.72] Windermere. Bestie, które miały chronić (II) (/showthread.php?tid=3276) |
RE: [10.08.72] Windermere. Bestie, które miały chronić (II) - Geraldine Greengrass-Yaxley - 02.06.2024 Nie udało jej się wyswobodzić z uścisku trytonki, nie miała w sobie najwyraźniej wystarczająco siły, co kurewsko ją irytowało. Stworzenie ciągnęło ją w stronę tej dziwnej, podwodnej budowli. Miała w tym jednak trochę szczęścia - udało jej się wyczarować bańkę, dzięki której mogła oddychać pod wodą. Gdy jej głowa znalazła się w wyczarowanym bąblu, łapczywie zaczęła łapać powietrze. Po dłuższej chwili jednak udało jej się uspokoić oddech, musiała nad sobą panować, jeśli chciała jeszcze kiedykolwiek wypłynąć na powierzchnię, nie zamierzała zostać na tym dnie jeziora. Czuła ból po tym jak istota wygryzła się w jej ramię, jednak nie był on na tyle silny, żeby zaślepiał jej działania. To nie pierwsza rana jaka przydarzyła jej się podczas polowania, bywało zdecydowanie gorzej. Czuła, że Florence na pewno się ucieszy, kiedy ją znowu zobaczy, ostatnio bywała u niej coraz częściej, co nie do końca działo się po jej myśli. Przyjaciółka miała jednak wobec niej sporo cierpliwości i jeszcze nigdy nie wyrzuciła jej za drzwi, gdy ta potrzebowała pomocy. Trytonka zaciągnęła ją do wnętrza budynku, Gerry nie miała pojęcia po co, chociaż czuła, że raczej nie wróży to nic dobrego. Z drugiej strony, jeśli jednak chciała ją zabić mogła to zrobić od razu, może więc wcale nie było tak źle, jak jej się wydawało? Nie widziała zbyt wiele, mimo fluorescencyjnej roślinności, która oświetlała jej drogę, bo właściwie nic nie znajdowało się w tym tunelu przez który była ciągnięta. Musiało być to miejsce zamieszkania tych istot, albo tak jej się wydawało, z tego, co pamiętała trytony tworzyły pod wodą królestwa przypominające te ludzkie. Nigdy jednak jeszcze nie trafiła do żadnego z nich. Trytonka dociągnęła ją do większego pomieszczenia. Yaxley nie umknął widok unoszących się w wodzie sylwetek, nie miała pojęcia, czy to ludzie, czy czarodzieje, chyba jednak nie byli martwi. Dziwiło ją też to, że wśród uwięzionych znajdował się tryton, dlaczego więzili swoich? Może faktycznie trafili w środek jakiegoś konfliktu? Nie zauważyła Esmé do momentu, w którym istota cisnęła ją do celi, dopiero wtedy dostrzegła, że podpłynął do niej i ją zaatakował. Zmartwiło ją to nieco, bo nie powinien się tutaj znajdować, powinien być bezpieczny nad powierzchnią. Nie mógł się narażać. Nie chciałaby, żeby stała mu się krzywda przez jej nieudolność. Zaczynała się gotować, wypełniały ją najróżniejsze emocje, była na siebie zła, że doprowadziła do tego, że się tutaj znalazł, bo przecież go kochała i nie chciała, żeby stała mu się krzywda. Udało mu się ranić istotę, Yaxley czuła jednak, że nie jest to koniec, że trytonka może po raz kolejny pokazać zębiska. Oczywiście, że tak się stało. Seria wypuszczonych przez nią bąbelków mogła sugerować, że się wkurzyła. Skupiła się jednak na Esmé, nie na niej. Gerry nie zamierzała zwlekać, musiała ją zabić, żeby wreszcie dała im spokój, żeby mogli wypłynąć na powierzchnię, może przy okazji uratować tych wszystkich, którzy tkwili uwięzieni pod wodą. Nie zamierzała jednak tym razem tracić czasu na dopłynięcie do nich. Machnęła różdżką i mruknęła pod nosem zaklęcie. Chciała wyczarować strumień magii, który oderwie istocie głowę. Musiała to zrobić, żeby Esmé był bezpieczny. kształtowanie [roll=Z] [roll=Z] RE: [10.08.72] Windermere. Bestie, które miały chronić (II) - Esmé Rowle - 05.06.2024 Nie dało się być przygotowanym na wszystko. Każdy wybierał na co poświęca swój czas i swoje życie. Jedni trwonili wszystko dla przyjemności, inni kształtowali się artystycznie, jeszcze inni zdobywali umiejętności bardziej praktyczne. Esmé czerpał z każdego po trochu, świadomie zaniedbując swoje zwyczajne atrybuty fizyczne. Jego prostą, ludzką szybkość, siłę, zręczność. Teraz zaczynał tego żałować i, jak rzadko kiedy, czuł prawdziwą motywację, aby nad tym aspektem popracować. Bo gdyby tylko był nieco bardziej wysportowany, to mógłby oswobodzić Ger wcześniej, a teraz musiał gonić trytonkę, która ciągnęła jego towarzyszkę... Bóg trytony wiedzą gdzie. Właściwie, gdyby był sprawniejszy, to do tej sytuacji mogłoby w ogóle nie dojść. Banał, truizm - nie dało się być przygotowanym na wszystko. A jednak żałował. Budowla, jakkolwiek powiązana była z Windermere, najpewniej stanowiła siedlisko czy inne cholerstwo, w którym zamieszkiwały te podwodne "potwory". Jakkolwiek profesjonalnie nazywało się to miejsce, tak stanowiło niemałe zagrożenie. Tym bardziej dla rzemieślnika uzbrojonego w sztylet, którym nie potrafił nawet się posługiwać. Tak naprawdę jego największą bronią był spryt i... tyle. Nie musiał umieć walczyć, by wiedzieć jak się zachować, aby dać sobie największe szanse. Potrafił odnajdować się w nowych sytuacjach, potrafił improwizować, potrafił też zachować zimną krew, bo... właściwie całe swe życie próbował się jej pozbyć. Pewności siebie nie brakowało mu. A i ona była testowana, gdy dostrzegł ślady szponów w wąskim korytarzu. Czy na pewno żyły tutaj tylko trytony? Nie była to myśl na teraz, wolał nie rozpędzać swojej wyobraźni za bardzo, bo chociaż wykazywał się teraz odwagą i męstwem, tak na ogół raczej nie był, aż tak... bohaterski. Jego pokłady chwalebnej waleczności mogły się wkrótce skończyć, tak jak adrenalina, która teraz nakazywała mu więcej działać, a mniej myśleć. Im głębiej w budynek, tym większy czuł niepokój. Wchodził właśnie do paszczy... trytonów. Wpływał. Mniejsza z alegorią. Zmierzał ku zagrożeniu, licząc że pojedyncza trytonka pozostanie pojedynczą trytonką, a nie trytonką w duecie lub tercecie. Albo kwartecie. I tak dalej. Cała "misja" miała polegać na oswobodzeniu Geraldine i jak najszybszej ucieczce, zatem walka z zastępami podwodnych istot nie wchodziła w grę. A jednak była prawdopodobna, bo nie wiedział co czeka ich w środku. Więzienie, no tak. Nie ciągnęłaby jej tam z innego powodu. Nie miała być też pierwszym więźniem, bo łącznie była ich tam szóstka - głównie ludzi, jednak był i jeden, młody tryton. Zatem Selkie z wyspy nie kłamał i pewnie część trytonów zbuntowała się nowym rządom. Polityczne zagwozdki były teraz nieistotne, bo powoli zaczynały pojawiać się te filozoficzne. Rowle musiał zaatakować lada moment, ale... nigdy nie walczył aż tak bezpośrednio. Nigdy tak desperacko i brawurowo. Nigdy... w takim celu, w taki sposób. I nigdy wliczając w to śmierć swoją, czyjąś i przeciwnika. A przeciwnik, niestety, był humanoidalny. Przynajmniej do pewnego stopnia, ale i tak wystarczającego, by kaletnik czuł dyskomfort mentalny. Trytonka trochę za bardzo przypominała człowieka. Mimo wszystko - była potworem. Była też wrogiem. Nie mógł się wahać i tego nie zrobił - dźgnął tak, jak chciał, nie wiedząc nawet co dalej. Powinien dźgnąć raz jeszcze? Powinien uciekać? Dać sztylet Ger? W końcu teraz miała wyczarowaną bańkę na głowie, zatem znów to ona miała przewagę w wodzie... nad Esmé. Odsunął się, dobrze wiedząc, że skoro Geraldine przegrywała pod wodą z trytonką, to on tym bardziej nie ma szans. Uniki i ucieczka, w tym momencie, nie miały szansy wypalić, zatem trzeba było ruszyć głową. I to szybko, bo wkurzona oraz ranna istota nacierała. Szybko wpadł na to, co powinien zrobić - prawie nic. Zaślepiona agresją podwodna kreatura napierała prosto na niego, zatem wystarczyło nadziać ją na sztylet. Najlepiej celując w serce, o ile trytony miały je. I o ile miały je w tym samym miejscu. Jego rodzina była wielce zawiedziona jego brakiem wiedzy w dziedzinie magicznych istot, ale... to nie byłby pierwszy raz kiedy byliby nim zawiedzeni. Złapał pewniej sztylet, który przycisnął rękojeścią do siebie, by nieco go "ukryć". Trytonka na niego napierała, więc zamierzał dać jej zbliżyć się tak bardzo, aż będzie za późno, by mogła zrobić unik przed wystawionym w jej kierunku ostrzem. Nie zamierzał nawet wykonywać jakiegoś potężnego pchnięcia, bo pod wodą i tak było to trudne. Zamierzał wycelować broń w pierś trytonki, by sama się nadziała - jedynie pomagając orężowi w dotarciu do celu. Na razie musiał martwić się znów o siebie, chociaż zdecydowanie bardziej wolał sytuację, w której trytonka jest skupiona na nim, a Ger może działać swobodnie. W ten sposób czuł się... pewniej. Nieco mniej pewnie czuł się z myślą, że jest bogatszy o wiedzę o sześciu więźniach. Czy będzie w stanie uciec nie pomagając im? Oczywiście że tak. Czy będzie tego żałował? Naturalnie. Czy wiedział co zrobić? Nie. Ale wszystko po kolei. Najpierw trytonka, a później... zmartwienie czy w ogóle jest w stanie uratować tych ludzi, skoro są więzieni pod wodą w bańce powietrza - celi i jednocześnie jedynej metodzie, by mogli przetrwać tutaj pod wodą. Rzut na AF - dźgnięcie trytonki [roll=O] [roll=O] RE: [10.08.72] Windermere. Bestie, które miały chronić (II) - Norvel Twonk - 08.06.2024 Ostatecznie Geraldine widziała dużo więcej niż pochłonięty walką Esme. Dostrzegała innych więźniów, dryfujących w wodzie, nieprzytomnych, ale chronionych bąblami z powietrzem. Najwidoczniej trytony nie chciały ich zabijać. Ale po co w takim razie w ogóle ich tutaj przetrzymywali? Dla późniejszego posiłku? Czy z jakichś innych powodów? Może selkie, którą spotkali na wyspie, myliła się? Może plan był inny niż myślała? I wtedy łowczyni potworów dostrzegła w jednej z cel uderzająco znajomą sylwetkę. Rozpoznała znajomą twarz, bladą skórę, nawet ubranie. Rozpoznała brata. Owinięty bańką wodną (najwyraźniej trytony nie pojęły, że był wampirem), obijał się o wapienne ściany. Znajdował się w ostatniej z cel dostępnych w tym pomieszczeniu, ale w tej budowli mogły być przecież jeszcze inne pomieszczenia. Tymczasem Rowle toczył właśnie walkę z trytonką. Może chodziło o kask, który sobie wyczarował? Albo o zaskoczenie, tak wyraźnie malujące się w ciemnych, zbyt okrągłych oczach trytonki, by mogły wydawać się ludzkie, ale nie tylko nie udało jej się odpowiedzieć celnym atakiem, ale znowu oberwała nożem. Szpony chybiły. Rozorały wodę, budząc w niej drobny wir, ale nic poza tym. Otworzyła usta, ukazując szereg ostrych zębów i… trochę jakby oklapła. Esme znowu trafił. Woda dookoła ich dwójki zaczęła ciemnieć, zabarwiać się czerwienią. Trytonka rzuciła się do ucieczki, w stronę korytarza, z którego tylko co przypłynęli. Może chciała chciała szukać wsparcia? @Geraldine Yaxley @Esmé Rowle Czas na odpis do 10.06, godz. 21.00 W kolejnej turze dołączy do was Astaroth. RE: [10.08.72] Windermere. Bestie, które miały chronić (II) - Geraldine Greengrass-Yaxley - 08.06.2024 Syknęła wkurwiona, że nie udało jej się rzucić zaklęcia. Głupia różdżka, głupi sztylet, głupia Geraldine... Nie wiedzieć czemu dzisiaj nic się jej nie udawało, co okropnie ją złościło. Gdyby była sama, to pewnie mniej by się tym przejmowała, jednak chodziło też o życie Esmé, czuła się winna, że przez nią musiał walczyć z tą istotą. Powinna sobie poradzić z jedną trytonką bez większego problemu, ale to nie był jej dzień. Zdecydowanie. Nie wiedziała, jak mu spojrzy w oczy po tym wszystkim, bo przecież opowiadała mu o tym, że niezły z niej łowca, tymczasem dzisiaj pokazała się chyba z najgorszej możliwej strony. Miała ochotę coś kopnąć, albo kogoś, tyle, że nic nie nawinęło jej się pod nogi. Reagowała agresją na swoją bezsilność. Na całe szczęście Esmé w przeciwieństwie do niej radził sobie całkiem nieźle, jakby to nie był jego pierwszy raz, gdy przyszło mu walczyć z podobnymi stworzeniami. Ranił trytonkę nożem, widziała to, trochę jej ulżyło, bo nie zrobiła mu krzywdy. Nie wybaczyłaby sobie, gdyby coś mu się stało. Widziała, że woda wokół nich zrobiła się ciemniejsza, to by oznaczało, że Rowle jest bliski tego, żeby odebrać życie trytonce. Raniona kolejny raz nie powinna im dłużej sprawiać problemów. Tyle, że uciekła. Geraldine najchętniej rzuciłaby się za nią w pogoń, żeby przeszkodzić jej w tym, co chciała zrobić, tyle, że wtedy zamarła. Wpatrywała się w jedną z cel, w której zauważyła znajomą sylwetkę. Gdy przyglądała się jej dłużej zrozumiała, że to musi być jej brat. Astaroth, jej ukochany, młodszy braciszek. Musiała mu pomóc, musiała go uwolnić, nie mogła pozwolić, żeby coś mu się stało. To przez nią stał się wampirem, przez ich durne zawody, a teraz tkwił w jednej z podwodnych cel. Ruszyła prędko przed siebie. Nie miała pojęcia, co właściwie mu zrobili, ale musiała mu pomóc. Pokazała jeszcze Esmé dokąd płynie, nie miała teraz czasu na tłumaczenie mu kim był dla niej ten człowiek, mógł jednak zauważyć, że to ktoś na kim bardzo jej zależało. Nie zamierzała zwlekać, kiedy w końcu dopłynęła do celi, w której znajdował się jej brat machnęła różdżką, żeby zdjąć z niego ewentualne czary, które utrzymywały go w tej pozycji. Musiała go uwolnić, musiała go uratować, nie wybaczyłaby sobie, gdyby po raz kolejny go straciła. Sytuacja stawała się coraz bardziej skomplikowana, bo zależało jej na tym, żeby żadnemu z mężczyzn nie stało się nic złego, spanikowana więc też spoglądała w stronę Esmé, żeby mieć pewność, że nie dzieje mu się krzywda. [roll=Z] [roll=Z] rozproszenie - na próbę uwolnienia Astarotha RE: [10.08.72] Windermere. Bestie, które miały chronić (II) - Esmé Rowle - 09.06.2024 Nie miecz czynił wojownika, nie szata zdobiła człowieka i nie bycie człowiekiem, czyniło ludzkim. Niektórym było bliżej do potworów, niżeli ludzi - mordercy, gwałciciele, psychopaci. Często zwierzęta okazywały się bardziej ludzkie, niż ludzie. Częściej spełniały standardy, które to przecież człowiek wyznaczył człowiekowi, by móc mianować go rzeczywiście "człowiekiem". I czasami zapominano, że samo urodzenie nie wystarczało. I równie często zapominano, że nie trzeba było urodzić się człowiekiem, by być człowieczym. Rowle nigdy nie zabił człowieka. Nigdy też umyślnie nie zranił człowieka. Trytonka, chociaż zdecydowanie bardziej humanoidalna, niż kaletnik by wolał, to wciąż była potworem. Wciąż jej gęba roiła się od ostrych jak brzytwa zębów gotowych rozerwać jego ciało. Jej szpony pozostawały nieludzko długie, ostre i przygotowane do rozprucia gardła. Jej oczy okrągłe, skupione na celu, skupione na myśli by zabić. Nie czuł się komfortowo, stosując wobec niej przemoc, próbując wycelować sztyletem tym razem w jej serce, ale... wiedział że działa tak, jak powinien. Że robi to, co musi. I nie więcej. Broni się przed bestią, która próbowała ich zamordować. Adrenalina działała na jego korzyść, bo inaczej nie potrafił wyjaśnić swoich sukcesów w starciu z trytonką. Nie tylko ranił ją raz, ale teraz zdołał się obronić tak, jak planował - wykonując podstępny atak. Uniknął bolesnego spotkania z jej szponami, a sam zatopił ostrze broni w jej ciele, czując jak ciepła krew wypływa i muska jego dłoń. Ciepła, szkarłatna ciecz na tle chłodnej wody. To było... zbyt ludzkie. Krwawiła tak, jak i ludzie, a jej oczy wyrażały to samo zaskoczenie, co u ludzi. Niczym człowiek opadła z sił na moment, nim uderzyła w nią jakże ludzka świadomość końca - lęk przed śmiercią. Ruszyła ku ucieczce na co Czarodziej zareagował... otępieniem. Rozum wręcz krzyczał, by nie pozwolił jej uciec, by rzucił się za nią, zaszlachtował ją niczym zwierzę, którym przecież niby była, by dokończył to, co zaczął. Ale ciało nie drgnęło. Czuł jak węzeł ściska mu gardło na samą myśl, że miałby ją dobić. Że miałby zabić istotę, która... bała się tak bardzo. W tym momencie co ją różniło od człowieka? Szata. Powłoka. Ciało. Tylko tyle i aż tyle. Był prawie pewien, że czuje krew w powietrzu, które filtrował z tej mętnej wody. Metaliczny posmak gościł w jego ustach za każdym razem, gdy nabierał tlenu w płuca. Nie, nie był w stanie rzucić się za nią i zrobić to, co powinien. I wiedział, że przez swoje tchórzostwo, przez swoje miękkie serce zapłaci słoną cenę. Oby tylko on. Oby. Praktycznie odprowadził trytonkę wzrokiem, aż mu znikła. Najpewniej zwoła straż, w końcu znajdowali się w czymś na wzór strażnicy lub więzienia - ktoś musiał pilnować więźniów, ktoś musiał być w pobliżu. Nie mieli broni, oprócz tego sztyletu, ale mieli magię, zatem wciąż mieli szanse. I to spore szanse. Nawet mimo tego, że znajdowali się w nieswoim królestwie, bo wyeliminowali największy problem - brak powietrza. Teraz ograniczała ich najbardziej mobilność, ale... gdyby to miało tak wielkie znaczenie, to wszyscy kłanialibyśmy się gepardom. Bo ptaki już patrzyły na nas z góry. Spojrzał w kierunku Ger, bo to była najwyższa pora, aby uciekać. Trytonka miała wezwać wsparcie pewnie, a oni byli już wolni. Mogli jak najszybciej wypłynąć na powierzchnię, a później z pomocą magii dostać się na brzeg - możliwe, że wspomagając się transmutacją dryfujących szczątek ich poprzedniej "łajby". Ale Geraldine miała inne plany, których kaletnik w ogóle nie rozumiał. Wskazała mu celę i wtedy dopiero Esmé przypomniał sobie o innych. No tak, inni. Nie powinni ich tak tutaj zostawiać, ale... czy mieli możliwość uratować ich wszystkich, gdy ledwo sami uchodzili z życiem? Może lepiej byłoby opracować plan na brzegu? Przygotować się? Mógłby wymyślić szereg narzędzi, które by pomogły w całym przedsięwzięciu. Tylko czy na to wszystko był czas? Nie mogli teraz nawet komunikować się bez większych przeszkód, więc pozostało mu zaufać Gerry. Co przyszło mu z łatwością. Podpłynął bliżej niej, będąc jednak skierowanym twarzą do wyjścia, którym uciekła trytonka, by w razie czego być gotowym na nowych przeciwników. Jedynie pobieżnie rzucił okiem na tego jednego więźnia, którego akurat Yaxley chciała uwolnić. Mężczyzna, chyba dosyć młody. Znała go? Najpewniej, skoro to właśnie jego próbowała uwolnić. Obawiał się jednak, że ten poza bańką może mieć problemy z oddychaniem, więc w razie czego Esmé gotów był zdjąć swą maskę, by pozwolić nieznajomemu zaczerpnąć przez nią powietrza tak dużo, jak potrzebował. Najwyżej będą się nią wymieniać. Spojrzał też na inne cele - przyglądał się innym więźniom, starając się mniej-więcej zapamiętać ich wygląd, by w razie czego móc przekazać innym kogo widział, by możliwie dopasować ich do potencjalnie zaginionych osób. Przyjrzał się też trytonowi, bo ciekaw był jego reakcji na to, co się tutaj działo. Nie musiał być wrogiem, ale nie był też raczej sojusznikiem. Zatem... jak reagował? RE: [10.08.72] Windermere. Bestie, które miały chronić (II) - Norvel Twonk - 10.06.2024 Trytonka odpłynęła, pozostawiając za sobą ciemnobrunatny ślad krwi i drobne drgania poruszanej ogonem wody. Może pozostawienie jej przy życiu było oznaką głupoty, a może formą ocalonego człowieczeństwa, ale – przynajmniej na ten moment – pozostali tu sami i względnie bezpieczni. Fluorescencyjne rośliny rozmieszczono w strategicznych miejscach i tak dawały tylko tyle światła, by pomieszczenie pozostało pochłonięte w półmroku. Pewnie przez to, że pełniło funkcję więzienia, miało surowy charakter. Brakowało tu ozdób – choć stworzone z muszelek kraty sugerowały, że humanoidalne, wodne istoty potrafiły wytwarzać ozdoby. Tryton, na którym swoją uwagę skupił Esme, przyglądał się im z uwagą. Nie był największym przedstawicielem swojego gatunku, ale wydawał się być młody i raczej silny. Zaciskał ręce na kratach z muszli a wokół jego głowy falowały macki. Poruszył się niespokojnie, gdy zrozumiał, że Rowle puścił ranną wolno. Poza rasą, od pozostałych więźniów różniło go to, że pozostawał przytomny. Nie zachowywał się agresywnie. Geraldine podpłynęła ku Astarothowi. Brat był nieprzytomny, ale jednocześnie nie sprawiał wrażenia rannego lub pobitego. Właściwie żaden z więźniów, których tu dostrzegli – nie wyglądał jakby znajdował się w wyjątkowo złym stanie. Splecione przez Geraldine zaklęcie sprawiło, że odzyskał przytomność. Nieszczególnie pamiętał, jak się tutaj znalazł – jego wspomnienia kończyły się na rzucającej się na niego w jakiejś dziwnej próbie namiętnego pocałunku Daisy. Dostrzegł za to znajdującego w bańce, w sąsiedniej celi nieprzytomnego Foxa. Od siostry oddzielała go krata z muszli. - Uwolnić, walka, powstrzymać, Adria, powstrzymać, trucizna – więziony tryton odezwał się do Esme. Miał chropawy, nienawykły do mowy głos. Raczej słabo znał angielski. @Esmé Rowle @Astaroth Yaxley @Geraldine Yaxley Czas na odpis do 12.06 godz. 21.00
RE: [10.08.72] Windermere. Bestie, które miały chronić (II) - Astaroth Yaxley - 10.06.2024 Odzyskałem przytomność, a wraz z przytomnością odzyskałem wspomnienia ostatnich chwil oraz towarzyszącą mi wówczas panikę. Starszy stażem wampir, widząc moje poczynania, zapewne jęknąłby zażenowany z wysublimowanym facepalmem, bo zamiast odetchnąć... może bardziej tak metaforycznie niż praktycznie, to ja szamotałem się w wodzie, niby to panicznie próbując chwycić powietrze swoimi płucami i zawalczyć o każdy haust tego powietrza, którego na dobrą sprawę nie było. I którego - tak przede wszystkim - nie potrzebowałem. Chwilę to trwało, nim sobie uświadomiłem, że nic nie paliło mnie w płucach tak, jak to miało miejsce prawie rok temu. Miałem już za sobą incydent z ludzkim tonięciem, więc zaczynałem dostrzegać różnice. Nie było mi zimno, zachowywałem świadomość i żadna woda nigdzie mnie nie porywała. Był tylko półmrok, przerażony wzrok Geraldine i jej towarzysza próbującego bezpiecznie przekazać mi powietrze. Cholera, uspokoiłem się. Po prostu nie oddychałem, mając tę paskudną wodę w gębie. Nie potrzebowałem oddychać. Kolejny z plusów bycia martwym... Jak na złość, odnajdowałem ich coraz więcej. Zacisnąłem wargi i pokręciłem głową do Esme, że nie ma potrzeby. Pokazałem palcem, że jest OK. Bo było OK, ale tylko na tyle, że nie potrzebowałem powietrza, bo cała reszta to raczej nie miała racji bytu jako coś pozytywnego. Miałem nieopodal siebie nieprzytomnego Foxa, a co z Daisy? Zanim straciłem przytomność, próbowała mnie zmusić do pocałunku, wręcz się szaleńczo na mnie rzuciła...? Cóż, chętnie bym odwzajemnił może, ale gdybyśmy nie byli w niebezpieczeństwie i gdybym był żywy może. Takie warunki byłyby zdecydowanie bardziej komfortowe, bo jak miałbym jej powiedzieć, że ja już żadnej nie zadowolę seksualnie? Machnąłem ręką do Geraldine, żeby dała mi chwilę. Musiałem się rozejrzeć, czy nie było tu gdzieś Daisy. Byłem za nią odpowiedzialny. Nie mogłem jej zostawić samej sobie. Fox był mugolem. Nie znaliśmy się za długo, poza tym jego powinni wydostać stąd raczej specjaliści...? Nie chciałem być tym, co staje przed sądem, bo postanowił czarami ratować niemagicznego. - Daisy - wyrzuciłem z siebie do Geraldine, ale zapewne zostało to znacznie zniekształcone nie tylko przez wodę wokół, ale również tą zalegającą w mojej gębie. - DE. SI. - powtórzyłem próbę, mając nadzieję, że siostra ogarnie, że pytałem ją o to, czy może nie mijali gdzieś po drodze Daisy Lockhart, mojej przyjaciółki. Ruszyłem zaraz ku kolejnym celom, szukając tej znajomej twarzy. I cholera, musiałem przyznać, że pływało się wyśmienicie, kiedy nie trzeba było się przejmować poziomem tlenu w swoich płucach. Głupi! Na co była ta panika? Rzut na percepcję. Może zobaczę coś przydatnego, kiedy się tak rozglądam...? [roll=N] [roll=N] RE: [10.08.72] Windermere. Bestie, które miały chronić (II) - Geraldine Greengrass-Yaxley - 11.06.2024 To nie tak, że sama nie chciała stąd uciec. Tak naprawdę innych miała w głębokim poważaniu, liczyły się tylko dwie osoby - Esmé i jej brat. To na ich bezpieczeństwie jej zależało, to ich musiała chronić, na nich się skupić, cała reszta jej nie obchodziła. Może było to nieco egoistyczne, ale nigdy nie ukrywała tego, że jej moralność, mimo, że istniała była nieco wątpliwa, a podejście dosyć egoistyczne. Na osoby, które znajdowały się w innych celach pewnie też ktoś czekał, ale dla niej jej bliscy byli najważniejsi, to na nich zamierzała się skupić, nie była bohaterką, która chciała ocalić cały świat. Udało jej się uwolnić brata. Astaroth odzyskał przytomność. Wspaniale, był to dobry początek. Zważając na to, że nic się jej dzisiaj nie udawało traktowała to jako spory sukces. Spoglądała na brata nie do końca wiedząc, jak zachowa się w wodzie. Nie powinien mieć problemów z oddychaniem, bo właściwie, to przecież od jakiegoś czasu już w ogóle nie oddychał, to było spore ułatwienie, bo w przeciwieństwie do niej i do Esmé nie musiał się martwić powietrzem. Nie miała pojęcia skąd się tutaj wziął, nie wspominał nic o tym, że będzie gdzieś jechał. Trochę spanikowała, bo nie pamiętała, jaka pora dnia jest na zewnątrz. Czy jeśli wypłyną na powierzchnię będzie bezpieczny? Jeśli pojawią się promienie słońca to umrze. To wszystko nie było takie proste, jak mogło się wydawać. Zaczęła panikować, miała wrażenie, że sobie z tym nie poradzi. Nie polepszał ich sytuacji fakt, że ta trytonka im umknęła. Kto wie, czy właśnie nie organizowała całego oddziału trytonów, który miał ich zaatakować. Skoro mieli taki problem, żeby poradzić sobie z jedną osobniczką, co dopiero wydarzy się, jeśli będzie ich tutaj więcej? Astarotha nadal oddzielała od niej krata z muszli. Musiała ją rozwalić, aby mógł się z niej wydostać. Ponownie machnęła różdżką, chciała wykształtować siłę, która ją rozwali. Liczyła na to, że zaklęcie rzucone przed chwilą było początkiem jej dobrej passy. [roll=Z] [roll=Z] Kształtowanie siły, która rozwali kratę Astaroth chyba również kogoś szukał, bo próbował coś mówić. Kim była DE-SI? Chuj wie z kim się prowadzał, nie spowiadał się jej przecież ze wszystkiego, tak jak i ona nie opowiadała mu każdego szczegółu swojego życia. Wzruszyła więc jedynie ramionami, bo nie spotkała tu żadnej dziewczyny, którą kojarzyłaby chociaż z widzenia. Odwróciła się w stronę Esmé, wydawało jej się, że powinna mu nieco wyjaśnić, co przed chwilą się tutaj zadziało, nie miała jednak zbyt wiele możliwości, bo woda skutecznie im przeszkadzała. Nie do końca podobało jej się to, że nadal się w niej znajdują. Na lądzie byłoby zdecydowanie łatwiej. Pokazała jedynie na Astarotha, i kilka razu wypowiedziała bardzo wyraźnie słowo brat, aby mógł odczytać o co jej chodzi z samego ruchu warg. RE: [10.08.72] Windermere. Bestie, które miały chronić (II) - Esmé Rowle - 13.06.2024 Z każdą kolejną chwilą wypadu do Windermere lista rzeczy, których Esmé nie rozumiał rosła. Nie było to nic dziwnego, chociaż tempo w jakim nawarstwiały się pytania, a w jakim uzyskiwane były odpowiedzi... nie ułatwiało w rozeznaniu się w sytuacji. Coraz mniej elementów było logicznych, coraz więcej wykraczało poza rozumowanie kaletnika, a więc powoli też czuł, że ma nad tym wszystkim mniejszą kontrolę. Tak, jakby miał jakąkolwiek od początku. W tym przypadku zaskakującym faktem okazało się, że nieznajomy mężczyzna nie potrzebuje maski do tlenu. Nie potrzebuje też zaklęcia, tak jak Gerry, ani nie wygląda jak tryton. A jednak... jakoś funkcjonuje. I z jakiegoś powodu wciąż był zamknięty w bańce. Kolejna zagadka nie na teraz. Ale zagadką na teraz było to, co Geraldine próbuje przekazać. Rowle ze skupieniem przyglądał się jej ustom, może nawet nieco bardziej, niż na molu, rozszyfrowując słowo... G-grat? Że będzie tylko przeszkadzał? To po co go uwalniać? Spojrzał jeszcze raz na mężczyznę, który według niego nie wyglądał wcale podobnie do Gerry, chociaż... łączyło ich to, że wyglądał na człowieka silnego, a przynajmniej na to wskazywała jego sylwetka. Kolega po fachu? Inny łowca? Hm, inny łowca? Nie był to nazbyt popularny fach, a przodowali w nim Yaxleyowie więc może... Brat. Otworzył szerzej oczy, zaskoczony nie tyle tym, że wreszcie zrozumiał o co chodziło, a że... właśnie o tak, zupełnym przypadkiem, natrafili na brata łowczyni i właśnie go uwalniali. Skąd się tu wziął? Czy Ger wiedziała, że zaginął? Kolejne pytania, kolejne rzeczy których Esmé nie rozumiał. Jedynie kiwnął głową do swojej towarzyszki, że - cóż - rozumie. Przynajmniej tyle, że to brat. Dziwów nie było końca. Tryton się odezwał, na co Esmé poruszył się w wodzie niespokojnie, zaskoczony i nagłym dźwiękiem, i tym że to stworzenie potrafi mówić. Kolejny dowód na to jak bardzo ludzkie było. Wyrwane z kontekstu słowa, nieułożone nawet w logiczne zdanie wystarczyły, by kaletnik skojarzył co tryton ma na myśli - wciąż rozumiał to bardziej, niż popiskiwania Selkie. Obie wodne istoty mówiły jednak o tym samym - o Adrii i walce. Tutaj pojawiła się jeszcze "trucizna", która zdawała się grać kluczową rolę - o tym Selkie nie wspominał, o tym może nic nie wiedział, jako że przecież nie był trytonem. Tylko czym była trucizna? Wydawało się nielogicznym zatruć jezioro, w którym się żyło, ale ryby na brzegu wydawały się... no właśnie, martwe niczym od trucizny. Jakby zabiło ich coś, co było w wodzie. Może i Esmé rozwodził się nad swoim człowieczeństwem, a może po prostu zmagał się z nim, gdy życie wymagało od niego podejmowania szybkich oraz brutalnych decyzji, lecz było to zachowanie w sporej mierze egoistyczne z jego strony. Obawiał się o siebie, o swoje własne sumienie, a znacznie mniej o trytonkę. Równie mało obchodził go tryton w celi, problem Adrii i trucizny - był przecież tylko kaletnikiem, a to problemy... kogoś. Z pewnością kogoś, ale z pewnością nie jego. Rzemieślnik miał swoje problemy - wydostanie się na powierzchnie wraz z Geraldine i jej bratem. I tutaj tknęły Esmé dwie myśli - pierwsza z nich praktyczna, bo sugerowała pomysł z uwolnieniem trytona jako więźnia, by w razie czego spowolnił swoją ucieczką nadciągające tutaj wsparcie. O ile oczywiście trytonka je zawołała. Druga myśl wskazywała na to, że tryton może i wyglądał, cóż, mało przyjaźnie, ale mówił bardziej ludzko, niż Selkie. Selkie, któremu pomogli, o którego tak się zatroszczyli, a który zmagał się z identycznymi problemami, co zamknięty za kratami tryton. Ciemne oczy kaletnika wpatrywały się przez dłuższą chwilę w czarne, obce oczyska wodnej istoty. Nie odwracając od niego wzroku wyciągnął drugą dłonią różdżkę i wycelował nią w kraty, skupiając się, by zaraz spleść zaklęcie. Jak zrozumie to tryton? Odbierze to jako próbę zabicia go? Czy może wręcz przeciwnie - podejrzewa Esmé o próbę uwolnienia go? To też było ciekawe, bo po samym rzemieślniku nie dało się wyczytać co zamierza. Ukrywanie emocji przychodziło mu z nieskrywaną łatwością. Mniejsza z tym, że rzadko kiedy miał w ogóle co ukrywać. No dobrze, ale co zamierzał? Zabić? Uwolnić? Oczywiście, że uwolnić. Jakkolwiek egoistyczny czy nawet egocentryczny Rowle bywał, tak miał dobrą duszę. Zawsze to wychodziło na wierzch - prędzej czy później. Zaklęcie jakie splatał miało posłużyć do transmutacji krat w swoistą furtkę, którą można swobodnie otworzyć. Najpewniej istniał jakiś sposób, może nawet bardzo prosty, by te kraty otworzyć bez ingerencji magią transmutacji, ale ponownie - nie było na to czasu teraz. Nie wiedział jednak, i wiedzieć nie mógł, co zamierza tryton. Uciec? Rzucić się do walki? Z nimi? Z innymi trytonami? Dlatego w drugiej dłoni Esmé trzymał sztylet. Trzymał go baaardzo pewnie, by w razie potrzeby skorzystać z niego, aby wyperswadować napastnikowi wizję pojedynku. Rzut na transmutację, aby stworzyć "furtkę" w kratach i uwolnić trytona. [roll=Z] [roll=Z] RE: [10.08.72] Windermere. Bestie, które miały chronić (II) - Norvel Twonk - 16.06.2024 Zaklęcie Geraldine uwolniło Astarotha z celi. Wypływając z niej mógł jeszcze lepiej obejrzeć uwięzionych w innych celach ludzi, a wśród nich i nieprzytomnego Foxa. Mężczyzna unosił się w swojej bańce tlenowej i spał, kompletnie nieświadomy tego, że właśnie odkrył świat magii, którego tak poszukiwał. Daisy wśród więźniów nie było. Tryton, na którym uwagę skupił Esme, obserwował go uważnie, czekając aż ten podejmie jakieś działania. Zaciskał ręce na kratach i szarpał je, nawet wtedy, gdy w ręku czarodzieja pojawiła się różdżka. Chyba zawierzył, że Rowle spróbuje mu jakoś pomóc. - Uwolnić, walka, powstrzymać, Adria, powstrzymać, trucizna – powtórzył z uporem, gdy dotarło do niego, że zaklęcie nie przyniosło żadnego skutku. Wszyscy widzieli, że z pomieszczenia, w którym się znajdowali dało się przejść gdzieś dalej. Przejścia nie przypominały klasycznych drzwi. Były raczej wydrążonymi w wapieniu otworami. Jeden był trochę większy od pozostałych czterech, mogli spokojnie nim ruszyć, nie dotykając nawet nieforemnych ścian. Drugi wydawał się dość ciasny, ale pozostawał gęsto oświetlony fluorescencyjnymi roślinami. Trzeci prowadził do wyjścia z tego siedliska. Czwarty był szerszy od drugiego i słabo oświetlony. Każdy z nich prowadził gdzieś indziej. Póki co, pozostawali w tym miejscu sami. Nie czuli, by coś płynęło w ich stronę. Geraldine i Astaroth wyczuwali jednak, że trytony gdzieś tutaj się czaili. Całkiem niedaleko było przynajmniej kilku z nich. Nie wydawało się jednak, by w tej chwili zbliżały się do nich. Może nie zdawały sobie sprawy z obecności? @Geraldine Yaxley @Astaroth Yaxley @Esmé Rowle Czas na odpis do 19.06, godz. 21.00
|