![]() |
|
[30.07.1972] Daylight | Laurent & The Edge - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [30.07.1972] Daylight | Laurent & The Edge (/showthread.php?tid=3281) |
RE: [30.07.1972] Daylight | Laurent & The Edge - Laurent Prewett - 18.05.2024 Dopiero teraz poczuł zimno. Chłód tego wiatru, który przyniósł ze sobą zwiastun deszczu. Mały, niewielki teaser tego, co mogło nadejść. Tego, co mogło ich całkowicie ominąć. Laurent uwielbiał burzę. Sztorm. Nieokiełznany żywioł - jedna z tych form, jakie chciałby osiągnąć, ale zostawało mu bycie zwykłym, podłym padalcem. Samolubną żmiją zasłaniającą swoje manipulacje chęcią dobrych uczynków, żeby sobie samemu robić dobrze. Tak zaczynał na to wszystko patrzeć, jak na zmarnowane lata i bezsensowne próby sprawienia, żeby było w tym życiu innym łatwiej. Niekiedy przychodzili do niego ludzie i dziękowali mu. Zjawiali się po latach, żeby mu powiedzieć, że doceniają to, co im pokazał i że dzięki niemu osiągnęli coś więcej. A czasem taki Atreus przekonywał się, jak łatwo mu złamać nos, bo on zmian nie chciał i nie życzył sobie, żeby ktokolwiek je próbował wprowadzić. Laurent chciał, żeby ktoś zmienił jego życie. Stał się częścią tego świata. Chciał tego, a jednocześnie odsuwał od siebie coraz bardziej ludzi. Albo oni sami się odsuwali. - Szkoda... tak. Oczywiście: szkoda. - Wybrzmiała w jego słowach ta gorycz. Objął się ramionami, bo przeszedł go nieprzyjemny dreszcz, chociaż nie pomyślał o tym, że powinien założyć na siebie coś cieplejszego. Potarł dłońmi raz i dwa te ramiona i opuścił ręce wzdłuż ciała. - Jak każdemu. - To były zawsze kwestie wyborów. Rozumiał doskonale, jak to działało. Ludzie ustawiali swoje najważniejsze priorytety i decydowali. Wyciągali białe króliki z kapeluszy tam, gdzie kłaść miało się ich wielkie szczęście. - Jesteś częścią tego świata. Tylko z wyboru trzymasz się z daleka. - Gdyby nie był częścią tego świata nie stałby teraz na jego tarasie i nie wypalał papierosa. Nie robiłby tej dziwnej miny zastanawiając się nad rzuceniem niedopałka do kwiatów. Nie szkicowałby planów domu w zeszycie. Nie myślałby tyle, nie krążył jak wariat z bukietem kwiatów. Zapach odległego jeszcze deszczu mieszał się z zapachem róż. Drgnął, bo wszystko w jego wnętrzu drżało, wyginało się i brzydziło. Swoją samolubnością i tym, że chciał być samolubny. Tym, że bał się tego, że jeśli tylko zrobi krok to właśnie stanie się tym Bogiem, o którym sam wspominał. Przecież miał do niego aż za dobre predyspozycje. Przecież chciał nim być. Mógłby założyć własny kult i może wtedy byłby szczęśliwy - gdyby w końcu każdy był dobrowolnie częścią jego świata i nie przychodził mówiąc: no szkoda, Laurent, ALE... Nie chciał mieć wątpliwości, czy Dante powinien zginąć i nie chciał być przekonany, że nie. Prościej byłoby się go pozbyć. Tak jak Śmierciożerców. Tak jak każdej zakały tego świata, która czerpała z cierpienia i śmierci przyjemność. Geraldine mu powiedziała rzecz, którą dobrze wiedział: żaden był z niego rycerz. Nawet jakby ubrał lśniącą zbroję i złapał ten piękny miecz wykuty dla Brenny. Obrócił się i spojrzał w górę - na Fleamonta. Zadrżał mu głos. Jak miał nazywać tego człowieka było jego największym pytaniem, największą niewiadomą. Crow? Czy to jeszcze był ten Crow, to przeklęte "imię" zagubione na Nokturnie? Może już Edge, który występował w cyrku, albo Flynn, jak go nazywała Elaine? To było imię, czy kolejna ksywa? Wszedł po tych stopniach z powrotem i stanął obok czarnowłosego. Wyciągnął w kierunku Flynna dłoń., ujął tą jego, której nie miał zajętej papierosem i lekko go pociągnął w dół. Do tego ogrodu. - Chodź, istot-nie-z-mojego-świata. - Przybyszu z innych krain, twórco nieba i gwiazd. Architekcie Miasta. - Taak... może oni mają więcej. - Uśmiechnął się nawet delikatnie pod nosem. - Były tu rzucane czary ochronne, ale najwyraźniej niewystarczające. - Edward wpadł w panikę, Florence już montowała przekładnię, Brenna chyba rzucała jakieś czary, siedział tutaj tabun aurorów, Pandora jakieś metalowe ptaszki montowała... a może właśnie nie za mało, skoro jak dotąd każdy atak na to miejsce nie był zbyt udany? - Jak właściwie powinienem się do ciebie zwracać? Bo sam nie jestem pewny. - Nie chciał rozmawiać na te ponure tematy, bo po co? Przecież to nie był interes Crowa, tak? - Dziękuję. - Dodał mimo wszystko cicho. Nie mógł z nikim o tym porozmawiać w ten sposób, nikt go tak nie poruszał, nikt tak dogłębnie nie rozumiał tematu, jak Flynn. RE: [30.07.1972] Daylight | Laurent & The Edge - The Edge - 18.05.2024 Flynn zmarszczył brwi, spoglądając na niego z góry. - O co ci teraz chodzi? - Jak każdemu? Był w stanie domyślić się, że to jakiś wylew frustracji niekoniecznie z nim związanej, ale jednak ostatnie zdanie dodało go do tego najwyraźniej zacnego grona wywołującego w Laurencie zimne dreszcze. Ale co on takiego zrobił, żeby zostać porównanym do kogokolwiek? Nie traktował go przecież źle na Ścieżkach (no... na pewno nie gorzej niż on sam siebie), nie nawiązali tam nigdy głębszego kontaktu, a później spotkali się w okolicznościach, w których miał prawo podejrzewać niebezpieczeństwo swojej rodziny, tak? Sny i fantazje nie sprawiały przecież, że byli sobie cokolwiek winni. Tak? Tak? To dlaczego było mu tak źle w środku, kiedy Laurent obejmował się ramionami? Ten gest był mu tak cholernie znajomy, chociaż u niego zwiastował zwykle najgorsze - wybuch agresji lub płaczu, albo kolejna dawka zabijającego go narkotyku. Bo przecież po heroinie zawsze było ciepło, nawet w najgorszych, najbardziej upadlających człowieka chwilach. Ciepło i szczęśliwie. Co to znaczyło u Laurenta? Wyraz twarzy Flynna się nie zmienił, ale ewidentnie nie wiedział, co zrobić z rękoma nawet mimo trzymania w dłoni papierosa. Wyglądał niezręcznie i chyba tylko z tego powodu zdecydował się związać włosy - próbował jakość tę niezręczność zabić, bezskutecznie. Może i udałoby mu się to, gdyby chłopak nie wspiął się po tych schodach i nie zabrał go na dół, a on nie zrobił się czerwony na twarzy, mimo tego, że robiło się coraz chłodniej. Pospieszenie wrzucił tego papierosa do popielniczki i poszedł za nim, bo tyle mu w gruncie rzeczy wystarczyło - złapać go za rękę - wcale nie musiał mówić mu chodź. - Nie rozumiem? Przecież wiesz, jak się nazwałem. - Nazwał się Crow. To było imię, które nadał sobie sam. To znane przez Laurenta. Rodzina mówiła do niego imieniem, które nadali mu bez jego zgody, nawiązując do znienawidzonego imienia nadanego mu przez matkę, która go porzuciła. Nie lubił go, ale nie zamierzał się o to kłócić. Alexander i Cain... znajdowali się tu poza schematem. - Nie lubisz mówić do mnie Crow? Nawet kurwa nie próbuj z tą Fantazją - zaprotestował od razu, przypominając sobie ich wcześniejsze rozmowy. - I za co mi dziękujesz? - Zadał trzecie pod rząd pytanie i ugh, od razu to zauważył. - Teraz ja zadałem trzy pytania i cholernie mnie to wk... - Chciał wykonać gest wynikający ze zdenerwowania, ale zamiast tego szarpnął trzymaną przez niego dłonią. Nie rozdzielił ich tym. Nie udało mu się to, bo bezwiednie splótł ich palce po zejściu na dół i teraz kiedy urwał w pół przekleństwa, otoczony tym jego pięknym ogrodem, stał tak kompletnie zbity z tropu, z lekko rozchylonymi wargami i milczał. Kolejny podmuch wiatru nie rozwiał już jego włosów, a jedynie pozwolił zatańczyć na sobie kilku pojedynczym lokom, zbyt krótkim, żeby dało się zebrać je frotką. RE: [30.07.1972] Daylight | Laurent & The Edge - Laurent Prewett - 18.05.2024 Te fantazje nikogo do niczego nie zobowiązywały. Gra miała swoje zasady, chociaż nie dla wszystkich były one oczywiste. Gracze przychodzili i odchodzili od stolika - jedni doświadczeni, inni mądrzy życiowo. Jeszcze inni byli niewinni i jak na niewinnych przystało - odcisk ich palca trafiał na diabli cyrograf. Sprzedajesz swoją duszę, lecz spokojnie - to tylko zastaw. Powierzasz ją na chwil w anielskie palce - zaraz zostanie ci oddana, tylko ją dotkniemy, ugniemy, sprawimy, że stanie się miękka... Zmieniała się? Musiała się zmienić. Niektóre rozpuszczały się jak plastelina i już niewiele dało się z nimi zrobić - jedynym wyjściem tych snów było zostawienie ich samym sobie, żeby ostygły. Wrócimy do nich jutro, za trzy tygdnie, za trzy lata, nigdy. Kto cyrograf trzymał, kto diabłem był, a kto rozdawał karty? Zręczne palce Edga poradziłyby sobie sprawnie z tasowaniem i rozdaniem tak, żeby zachować Asa w rękawie. Czy może jednak grał uczciwie? Podział ról był płynny. Tak samo jak przelewające się emocje i tak przedziwnie normalne rozmowy w całej nienormalności tego spotkania, że Laurent był gotów uwierzyć, że dopiero to spotkanie to sen. Koszmar albo Fantazja. Cokolwiek - bo nikt nikogo do niczego nie zobowiązywał. - Już mam dość słuchania "przykro mi, Laurent, to się nie uda". Nie muszą tego widzieć. Widzę to w ich oczach. - Wyciągnął drugą rękę i przejechał opuszkiem po policzku Edga. Nie płynęła tamtędy żadna łza tego dnia, ale mogła spłynąć struga deszczu. - Każdemu przykro, że wyrwał wszystkie kwiaty z ogrodu i zostawił go pustego. - Spojrzał na róże - minął słoneczniki, skoro mu się nie podobały i zatrzymał przy ich krzewach. - Aktualnie znam trzy wersje i nie wiem, czy jest jakaś poprawna, a inna zakazana? - Zerknął na niego i zaraz zaśmiał perliście, kiedy powiedział o tej Fantazji. - Zostawię swoje zboczone sny samemu sobie, dziękuję... chociaż mógłbym nie. - Uśmiechnął się zalotnie. - Crow to pseudonim wyniesiony ze Ścieżek. Może chciałby o nim zapomnieć? The Edge - pseudonim stworzony na potrzeby cyrkowych występów, a może jeszcze z jakiegoś innego powodu? Brzmi obco. Flynn? Tak nazwała go Elaine, ale czy to nie jest zbyt personalne? Może sobie tego nie życzy. - A to ledwo podsumowanie całego zalewu myśli, które miał z tym związane. Imię, pseudonim - one nie zawsze miały głęboki sens. Czasami istniały dlatego, że dobrze brzmiały, albo z przypadku i głupich wydarzeń. Ale Flynn nie wydawał się osobą, która by tak z przypadku dobrała sobie... imię. - Więc zastanawiam się, czy któreś jest dla ciebie wygodne. Albo dowiem się, że tak naprawdę nazywasz się George. - Czy jakiekolwiek inne imię... Chciał więc odpowiadać na te pytania - to i jakiekolwiek inne, które byłyby do zadania, ale Flynn machnął tą ręką i... nie trzeba chyba geniuszu żeby wiedzieć, że Laurenta równowaga od razu się zachwiała i pojawiło się zdziwienie na jego twarzy. Instynktownie złapał się drugą ręką Crowa, żeby nie polecieć w te róże. To naprawdę nie byłoby dobre lądowanie. Cisza jakoś znowu zagościła między nimi przez chwilę. - Jesteś piękny, Crow. - Odezwał się w końcu. Dopiero po chwili - bo zapatrzył się na ten widok. Głupie serce... naprawdę nie chcę tego czuć. Uśmiechnął się do niego ciepło. Choć smutno. Dotknął palcami jego twarzy, ale po to, by ułatwić mu zamknięcie tych usteczek i odsunął tylko trochę, by sięgnąć po jedną z róż i urwać ją. Wręczyć jemu. - Żebyś już nie machał rękoma zajmij i drugą czymś. Mamy jeszcze trochę kwiatów do zebrania w tym ogrodzie... RE: [30.07.1972] Daylight | Laurent & The Edge - The Edge - 19.05.2024 Naprawdę próbował skupić się na tym, co Laurent do niego mówił, ale to wcale nie było takie proste, kiedy ktoś dotykał jego twarzy. On się do tych delikatnych muśnięć palcami przymilał jak kot. Ze słowami natomiast... Cóż, nie radził sobie zbyt dobrze. - Jestem kiepski w te poetyckie teksty - przyznał, mając wrażenie, że się powtarza. Na pewno zaznaczył to już kiedyś w rozmowie. Kwieciste metafory zawsze brzmiały pięknie, ale dla człowieka dopowiadającego sobie historie do rzeczy powiedzianych wprost, stanowiły wręcz idealną pułapkę na własny umysł. Obwieszczał więc wszem i wobec, że takich wyniosłych określeń nie lubił, nawet jeżeli wychodził przy tym na kogoś wybitnie słabo oczytanego. Na szczęście w środowisku w jakim żył samo nauczenie się poprawnego czytania liter uchodziło już za niebywały sukces. - Nie wydaje mi się, żebym miał prawdziwe imię. Może jestem bezimienny? - Na pewno nie przyznałby się do imienia George. Nie brzmiało dźwięcznie. - Nazwałeś mnie już każdym z nich przynajmniej raz. Któreś musiało najlepiej leżeć ci w ustach. Laurent nie musiał się go łapać, bo Flynn zareagował bardzo szybko. Widząc jego zachwianie, pełen nagłego poczucia winy złapał go i przycisnął do siebie, nie pozwalając mu upaść. Mógł być wysoki, ale wciąż pozostawał zbyt drobny aby przeciążyć kogoś dźwigającego umięśnione akrobatki. Zdecydowanie przeciążał za to jego serce. Mężczyzna znowu zamarł, nie wypuścił go z tego uścisku i chwytając podany mu kwiat od razu wrócił ręką za plecy blondyna. Powinien teraz żałować, że nie dał mu tego bukietu? Czy cieszyć się, że nie przyniósł ciętych kwiatów komuś z całym, wielkim ogrodem? Istniało cokolwiek, co mógłby mu dać, coś nie będącego jedną z setek powtórek, rzeczy osiągalnych na wyciągnięcie ręki? Nie znalazł na to rozwiązania. Nie potrafił już też udawać, że nie czerwienił się na policzkach. Oparł czoło o jego ramię, chowając się w ten sposób, nawet jeżeli nic mu to już nie przyniesie. Kłamstwo byłoby przydatną umiejętnością w świecie manipulantów takich jak on, ale nigdy nie udało mu się opanować oszukiwania do perfekcji. Zatrzymał się na etapie wymuszania i grania na emocjach. - Co jeżeli cię nie wypuszczę? - Z tego uścisku i z narastającej wewnątrz obsesji. Ale jego obsesje miały to do siebie, że bardzo szybko doszukiwał się w nich potencjalnego końca. Wszystko się kończyło, szczególnie to na czym mu zależało. - Nie rozumiem... Nie rozumiem ile dajesz mi czasu. - Czasu na to żeby się nim nacieszyć. Nie postrzegał przecież siebie jako kogoś, kto miałby go wykorzystać i porzucić (przecież wcale tak nie robił... ostatnio), tylko jego jako kogoś, kto da mu swoją uwagę aż się nim nie znudzi. Aż nie znajdzie się ktoś lepszy, piękniejszy, na podobnym poziomie. Ktoś kto potrafił zaangażować się tylko w niego i docenić go w całości, a nie przychodził tutaj rzucając dziecinne zaczepki i szorstko komentując wszystko to, co mu nie pasowało. Nikt nie chciał być jednym z wielu w życiu Crowa, jednocześnie każdy chciał być jednym z wielu w życiu Lukrecji. Przynajmniej on tego chciał. I wcale się temu wszystkiemu nie dziwił - gdyby miał wybrać pomiędzy nim, a sobą, to też wybrałby jego. RE: [30.07.1972] Daylight | Laurent & The Edge - Laurent Prewett - 19.05.2024 Jego wrażliwość na dotyk była niezwykła. Reagował tak na każdego? Absolutnie każdego? Ktokolwiek chciałby dotknąć jego twarzy, jego ciała - niech dotyka, byle robił to niosąc ze sobą przyjemność? Zastanawiał się, czy był wręcz wrażliwszy od niego samego - nie potrafił tego stwierdzić, ale odważył się postawić teorię, że był jeszcze bardziej na ten dotyk łasy. Wypełnianie tej potrzeby było nie tylko przyjemne, ale i uzupełniało się wzajemnie - zabawna robiła się wizja, w której nie chcesz schodzić z czyichś kolan i czyjeś ramiona wcale nie chcą cię z tych kolan wypuścić. Byłaby zabawna, gdyby tylko była zdrowa. Łapczywość wybierania chwil, w których znaczyć coś tylko wtedy, kiedy znajdujesz się w czyichś ramionach powinna opadać z czasem. Zdrowo blednąć przy świadomości, że ta osoba ciągle jest przy tobie, ciągle jest w zasięgu wzroku, że pragnie cię ciągle tak samo jak pragnęła kiedyś. Teraz możecie iść za dłoń przez różany las i nie myśleć o tym, że każda ścieżka ma swój koniec. - Ludzie lubią eksploatować drugiego człowieka. Brać, czego chcą i znikać. Seks i powrót do codzienności. - Nie był święty, ale niewiele osób myślało, że bliżej mu do diabła w przebraniu. Nie był wyjątkiem na tle wszystkich ludzi, którzy również chcieli wyciągnąć ręce i cofnąć je z pełnymi garściami. Mimo to był wariatem, że starał się tak bardzo sprostać oczekiwaniom i stać się dokładnie takim, jakim chcieli go widzieć, żeby tylko zebrać trochę atencji i kilka groszy wdzięczności. Był głupcem, że rozdawał, zamiast zdrowo starać się brać. Głupcem, że doprowadzał do eksploatacji. Jak z tą studnią, którą opisywał mu Esme - stoisz nad nią, ale nie jest straszne to, że do niej wpadniesz. Straszne jest to, że jej pustka cię przyciąga, bo otchłań odpowiada ci spojrzeniem. W końcu sam się przychylisz - Laurent wpadł do niej dobrowolnie. Najwyższy czas chociaż spróbować się z niej wydostać. Próba była tutaj bardzo dobrym słowem. - Prawdziwym imieniem jest to, które uważasz za swoje. - Odpowiedział po chwili zapatrzenia się na niego i zastanowienia. Człowiek, który nie ma imienia. Któremu rodzice żadnego nie nadali, bo ich nie miał? Och, nonsens, każdy miał jakichś rodziców. Nie każdy miał okazję ich poznać, zobaczyć, spotkać. Wypełnili rolę rozpłodową - na tym się skończyło. Nie powinno go dziwić, że ktoś taki jak Flynn... - Nie pytałem, które jest dla mnie wygodne. Pytałem, które ty najbardziej lubisz. - Drgnęły mu kąciki warg ku górze. - Proszę nie być taki sprytny. - Śmiech pobrzmiał w jego głosie. Wyciągnął dłonie znów do jego twarzy, teraz czerwoniutkiej. Przez to tak żywej, kiedy błyszczały mu oczy, a sposób, w jaki błyszczały, potrafiły podgrzewać i tak ciepłą atmosferę. Parno, duszno, będzie burza, będzie padać. Parno i duszno, na pewno to dobry czas, żeby znaleźć się przy sobie. Czego właściwie Fleamont tutaj szukał i czego chciał? Szukanie grzesznego doznania nie miotałoby w ten sposób tym człowiekiem i nie prowadziłoby go do takich pytań. Być może chciał upewnić się, że nic nie zostało powiedziane, co naraziłoby jego albo jego rodzinę? Też do końca nie pasowało. Głaskał te zaczerwienione policzki, przesunął palcami po skroniach, zagarnął te pojedyncze, urocze loczki. Ten człowiek był postrachem Głębokich Ścieżek. Ten słodki, wydający się teraz nieporadny i zagubiony człowiek. Nawet widząc go takiego czuł respekt przed tym, co widział kiedyś i co pamiętał, ale to już nie był strach. Jak idiotycznie... To, że tygrys się do ciebie łasi i przymila nie znaczy, że przestał być tygrysem gotowym rozerwać cały świat na strzępy. Na pewno byłby sam zdrowszym człowiekiem, gdyby tego nie romantyzował. - Wtedy trudno będzie mi pokazać ci kawałek tego świata i zebrać kwiaty. - Ta łagodność, poczucie słodyczy i rozczulenie malowały uśmiech Laurenta jak szminka usta damy szykującej się na bal. Ciepło aż rozlewało się po nim całym i mógł powiedzieć, że nie miał go dość - że chciałby go więcej... tylko nie powinien. Flynn wróci do swoich zajęć, pójdzie stąd i wszystko się skończy, tak po prostu. Bez żadnego sensu. Bez żadnego znaczenia. Nie będzie żadnej szansy na budowanie czegoś i poznawanie go dalej. - Cóż ja wtedy uczynię, biedny i zdany na łaskę takich silnych ramion, ojooj... - Zatrzymał ręce za jego karkiem, krzyżując je ze sobą. Wtedy na jego twarzy pojawiło się zaskoczenie i doza niezrozumienia. Nie rozumiał Crow, nie rozumiał też on sam zadanego pytania, czy raczej - postawionego przed nim zdania. - Czasu... na co? - Owszem, nosił na nadgarstku zegarek, bo czas to pieniądz. Od pieniądza bardziej jednak cenił ludzi. RE: [30.07.1972] Daylight | Laurent & The Edge - The Edge - 19.05.2024 Nie chciał być sprytny. Chciał być prawdziwy. Bardzo szybko poddał się, kiedy tylko dotarło do niego jak ciężko mu było przekazać tę myśl, bo Prewett najwyraźniej tego nie łapał, tak? - Po prostu mów do mnie jak zawsze. - Wszystkie uważał za swoje, ale to przecież nie znaczyło, że musiał lubić albo preferować którekolwiek. Strasznie go to zmieszało, ale i tak wpatrywał się w niego maniakalnie, w ten delikatny uśmiech, jasnoszare oczy. Chłopak tak piękny i delikatny, że rozmywał mu się w oczach. Jakby wszechświat tworząc go zapomniał o tym, czym jest kontrast, żeby uczynić z niego pułapkę dla wzroku Crowa, ledwo dostrzegającego granicę pomiędzy skórą i materiałem koszuli. Skryty, z głową opuszczoną w dół, słysząc jego śmiech wciąż widział w głowie to jak wyglądał. Zapamiętał każdy detal jego twarzy i nie potrafił sie od tego uwolnić, ale... Przecież to co do niego mówił było gorzkie. Zachęty do kontynuowania sprośnych żartów przeplatane wyraźnymi jak czarne litery na białym tle znakami, że on wcale tego nie chciał, że tego nie lubił, że czuł się wykorzystany. Oderwał więc czoło od miękkiej tkaniny i uciekł spojrzeniem gdzieś w bok, bo najzwyczajniej w świecie nie wiedział co robić. Poetyckie opisy ogrodu mogły być piękne, mogło się tego dobrze słuchać, kiedy ktoś przekazywał je tak dźwięcznym głosem, ale wyszli tutaj od głębokiego oburzenia jakie zapłonęło w Flynnie, kiedy Laurent powiedział mu, że jest jak każdy, trzymając się za ramiona i drgając od ogarniającej go fali zimna. Oczywiście, że zgasił tym go tak, jak Flynn zgasił tego peta. Bo ta bliskość była dobra tylko wtedy, kiedy druga strona też tego chciała, kiedy czuł się kochany, kiedy mógł przynieść komuś spełnienie i satysfakcję. - Pytałem cię o czas jaki mi dajesz, żebym mógł tu być, a ty mi mówiłeś jakąś okrężną ścieżką, że skrzywdziłem cię kiedy tutaj zostałem... - Ukrył tę zaczerwienioną twarz w dłoniach powstrzymując się od przekleństwa. Chciał go też skrzywdzić po pijaku na tej cholernej plaży, ale wtedy miał przynajmniej dla siebie jakąś wymówkę - czuł się bardziej tym głosem mówiącym mu żeby przestał, niż zwierzęcym pragnieniem lub agresją kuszącą do zaatakowania kogoś na kim mu zależało. Na brak wyczucia sytuacji wymówki nie miał. Wydawało mu się, że Prewett też tego chciał. Było mu duszno. Od tej wilgoci, od dymu, od emocji. Puścił więc jego plecy, z wielkim żalem i trudem. Mógł oszukiwać się całą drogę, ale przyszedł tu przecież po coś więcej niż opowieść o jednym z królów Podziemi - po ten pocałunek przy popielniczce, po objęcie go na tarasie, może po jakieś wyznanie wśród tych róż, których w gruncie rzeczy wcale nie widział, bo patrzył tylko na niego. Jedną z nich wciąż trzymał w dłoni, zaciskał na niej palce i jeszcze do niego nie dotarło, że w ogóle dostał coś do trzymania, przecież był zajęty myśleniem o nim i o niedoskonałości własnego jestestwa. Mimo ułożenia tego w głowie nie rozumiał tylko jednego - jak to było możliwe, że robiło mu tak więcej osób? Nie był w stanie w to uwierzyć - w to, że nie istniały osoby chcące zostać z nim na zawsze, z nim i tylko z nim - to on musiał ich odtrącać, świadomie lub nie. Albo Crow zrobił się już kompletnie ślepy. Niechęć do zostania z nim na zawsze wydawała mu się być surrealna, zwłaszcza że sam rozważył to wpierw, nim pokręcił głową i przypomniał sobie gdzie było jego miejsce. RE: [30.07.1972] Daylight | Laurent & The Edge - Laurent Prewett - 19.05.2024 - W porządku. - Taka odpowiedź też mu wystarczyła. Tak jak zawsze. To, co najlepiej leżało na ustach. Nie droczył się z nim dalej o tę fantazję, bo widział te jego pieskie spojrzenie, które się gubiło, jakby w coś wątpił, gdzieś w środku... w siebie samego? W to, że ktoś był dociekliwy? Laurent uważał na siebie samego, bo wiedział, że potrafił być wręcz napastliwy w swoich dociekaniach. Jak słusznie mu zostało już powiedziane - nie był zadowolony z odpowiedzi, dopóki nie usłyszał takiej, jaką usłyszeć chciał. Niby sam się wzbraniał, że interesowała go tylko prawda, ale podważał siebie samego w tym stwierdzeniu, bo czy na pewno? Czy na pewno nie wolał usłyszeć kłamstwa, jeśli doskonale wypełniała ona jego rzeczywistość. Crow nie pachniał różami, nie pachniał piżmem, nie pachniał morzem. Pachniał rozgrzaną skórą, nadmiarem nikotyny, skórą, jaką nosił. Kąpiel w promieniach słonecznych dodałaby do tego pewnie woń potu. Laurent jak księżniczka - wolał, kiedy wszystko pachniało różami i fijołkami, ale jednocześnie pracował wokół zwierząt. Niektóre widoki i zapachy wymagały interwencji osób trzecich, bo przecież ta memła, jaką był, nie nadawała się do rzeczy nadmiernie drastycznych, żeby zaraz nie zwalało go z nóg. Mimo to nie wymieniłby teraz Crowa na żadnego innego wypachnionego paniczyka. Nie postawiłby zamiast tego Nicholasa, Philipa, nie szukałby wzrokiem przeklętego Kaydena. Czy Crow też czuł się tak bezpiecznie, czy może wręcz przeciwnie? Chował swoją twarz i wydawał się sam chcieć schować w objęciach. I sam chciał zsunąć dłonie na jego plecy, ale wtedy Edge się odsunął. Trochę, nieznacznie, ale jednak. Wystarczająco, żeby te gorące ręce przestały go obejmować i teraz skrywały jego twarz. Zniszczoną twarz, która zasługiwała na odnowienie. Na uśmiech, cholerny uśmiech i więcej życia, a nie wiecznie smutne oczy. Aż zadrżało z niepokoju jego serce, kiedy usłyszał te słowa. Dowód na to, że Flynn też za dużo myślał i miał za duże skłonności do tego, żeby wątpić w siebie, swoją wartość. Więc zamiast bo obejmować to złapał jego dłonie, jedną z tych, co przytrzymywały róże i odciągnął je - najpierw gestem, żeby sprawdzić, czy w ogóle Fleamont chce wychodzić z tej strefy komfortu, w jakiej spróbował się skryć. - Głuptasku... - Jego głos był teraz ciepły jak lipcowy miód, jak promienie słońca grające na skórze między koronami drzew. - Skrzywdziłeś mnie, kiedy powiedziałeś, że nie jesteś częścią mojego świata. Ponieważ sam, dobrowolnie, odciąłeś się i odsunąłeś. - Jak bardzo opatrznie mogło zostać coś odczytane przez drugą stronę mieli dowód właśnie tu i teraz. Ale to nic. Laurentowi nie brakowało cierpliwości, brakowało mu czasami tylko wytrzymałości emocjonalnej. I zdecydowanie za często brakowało mu mądrości, żeby niektórym tematom podołać. Teraz to on przygarnął do siebie Edga w ramiona. - Nie da się nie krzywdzić ludzi, Crow, kiedy odpychasz ludzi, do których się zbliżyłeś. - Chyba nie musiał mu tego tłumaczyć, ale czasami usłyszenie bolesnej prawdy na głos, wypowiedzianej przez kogoś innego, było potrzebne. - Bardziej boisz się kogoś zranić czy bycia zranionym? - To było pytanie retoryczne. RE: [30.07.1972] Daylight | Laurent & The Edge - The Edge - 19.05.2024 Naprawdę był głupi, że tak pomyślał? Dla niego ta interpretacja była oczywista tak jak nadchodząca tutaj burza. - Jasne, nazywaj mnie pieszczotliwie idiotą, pewnie masz rację, więc nie zamierzam się bronić. - Ale tak szczerze...? To on zdążył o tej burzy zapomnieć. Jasne, że wiało. Jasne, że było mu coraz chłodniej, a koszulka odsłaniająca brzuch wcale nie pomagała mu z zetknięciach z rześkimi powiewami letniego wiatru. Nie pamiętał o tej burzy z tego prostego powodu - bardzo skupił się na słowach Laurenta. Nawet nie tylko słowach... Na całej jego osobie. Czekał w nich na jakieś objawienie, na jakiś znak, że ma stąd wypieprzać i więcej się nie pokazywać, ale Laurent wciąż go analizował, nie dając żadnego wytłumaczenia na rzeczywistość, jaką tu zastał i próbował rozszyfrować. - I tak jesteś cholernie niezrozumiały. - Albo on nie potrafił go zrozumieć. Pewnie znowu doszukiwał się w tym wszystkim o wiele więcej niż powinien, ale taką już miał przecież naturę. Kiepski był za to w zadawanie pytań, ale najwyraźniej nie miał szans na dowiedzenie się tego inaczej. - Jak... kiedy się od ciebie odciąłem i odsunąłem? Co zrobiłem nie tak? - Wrócił do początku tej rozmowy, kiedy go Prewett wrzucił do worka z jak każdym. Chodziło mu o to, jak bardzo nie mógł się powstrzymać od patrzenia na niego? Od tego jak łatwo przyszła do niego radość płynąca z tego, że to akurat Laurent mógłby nadać jego życiu jakieś głębsze znaczenie niż wieczne ściąganie nieszczęścia na ludzi, których kochał? Nie opierał się zabraniu mu rąk z twarzy. Generalnie nigdy nie opierał się przecież żadnemu jego dotykowi. - Ty zwyczajnie lubisz, jak się miotam - oznajmił wreszcie, krótko po tym wszystkim, co z siebie teraz wydusił. To stwiedzenie nie sprawiło jednak, aby nabrał chęci odejścia, zanim usłyszy cokolwiek, co mógłby sobie zapisać w głowie obok tej ślicznej twarzy, za której posiadanie ciągle go gnoił. Ile złego o nim wiedział? Że był samolubny, nieszczery. Że manipulował wypowiedziami o wiele sprawniej i świadomiej od niego. Coraz mocniej utwierdzał się w przekonaniu, że Laurent byłby cholernie złym panem jego serca, ale miał z tym sercem taki problem, że niekoniecznie potrafił je kontrolować. Mógł tu nie wracać, rysować sobie te obrazki z pięknym domem w nieskończoność. Egzystowałby w błogiej nieświadomości tego jak wiele potrafił puścić mimo uszu, póki te oczy wpatrywały się w niego, te dłonie dotykały jego ciała, a te słowa, jakiekolwiek by nie były, Laurent kierował tylko i wyłącznie do jego uszu. Tylko on mógł się w nim dzisiaj topić. Jutro mogłoby odbyć się tutaj przyjęcie, na które zaproszą każdego jego przyjaciela, a jego nie, ale dzisiaj stał tutaj i był trzymany za dłonie - czasami niewiele wystarczyło, żeby jego głowa nie wyrywała się we wszystkie strony, w których mógł znaleźć coś lepszego lub gorszego niż ta chwila. RE: [30.07.1972] Daylight | Laurent & The Edge - Laurent Prewett - 19.05.2024 Lubił mieć rację, chyba jak każdy? Albo i nie. Lubił trafiać ze swoimi zgadywaniami, ale pomyłki też coś budowały. Zapraszały do tego, że spróbować jeszcze raz, trafniej, żeby się uczyć, żeby poznawać, żeby wspinać się na wyżyny samego siebie. W zupełnym przeciwieństwie do tego, czego pragnął i co potrzebował osiągnąć. Nie myśleć. Edge już mu to ofiarował - to niemyślenie. Pozwolił mu się zatopić w tej absolutnej pustce i to było tak bardzo wyzwalające. Khatarsis. Coś, czego nie dał mu nikt inny - czy ten mężczyzna był tego świadom? Pytanie, na ile Laurent sam był świadom tego, że ta gierka, chociaż słodziutka, to przecież nie musiała mieć żadnych dobrych konsekwencji dla żadnego z nich. Wywracała dwa różne światy do góry nogami, bo stykała przeciwne sobie uniwersa gdzieś pośrodku drogi i nagle nakazywała odnaleźć się snom o pięknym aniele ze snami o aniele zniszczonym i upadłym. To był już wtedy diabeł, czy nadal nie..? Jakiś demon, którego spotykasz w cyrku pod maską i którego nie chcesz spotkać nocą w ciemnej uliczce? - Jesteś inteligentny i mądry. Czasem ewidentnie pchasz swoje myśli w kierunku katastrof i porzuceń. - Nie musiał go znać od początku książki do drugiej strony okładki, żeby być świadomym tego, że nie jest idiotą, ale nie zamierzał zaprzeczać - komplement zawsze brzmiał lepiej niż zaprzeczenie, prawda? Flynn był bardzo inteligentną bestią, chociaż inteligencja i mądrość życiowa niekoniecznie chodziły ze sobą w parze. Tego drugiego też w niektórych aspektach mu nie brakowało i jego słowa potrafiły być antidotum i trucizną. Kolejna rzecz, której może nie był świadom - przynajmniej z tym antidotum. Bo niewątpliwie celowo potrafił kąsać. Taka to więc była książka Fleamonta Bella albo Crowa. Ich obu. Gdzieś pośrodku zapałętał się Edge - jak zagubione dziecko ich obu. - Czasem mam wrażenie, że mógłbym prowadzić monolog przez godzinę i dopiero na końcu zapytać "rozumiesz"? - To była autokrytyka, ale przeczenie też temu, że potrafił zawsze zrozumiale się wypowiadać było nietrafionym. - Cytuję "szkoda, ale nie jestem częścią twojego świata". - No może nie słowo w słowo, ale sens chyba został zachowany. - Co chciałeś osiągnąć tym zdaniem, jeśli nie postawić linię? - Pierdolnąć nią wręcz. Tak, Laurent dopytywał nawet mimo tego, że Flynn drżał. Rozmawiał na ten temat, mimo że pewnie łatwiej i wygodniej byłoby nie rozmawiać o tym wcale. Nie chciał go dręczyć, nie chciał być mu katem - za to szukał zrozumienia i chciał mu podarować to zrozumienie jego własnych słów. Trudno było mu uwierzyć, że Flynn je rzucił tak o... Nie, wróć. To nawet nie byłoby trudne uwierzyć, że rzucił je bez pomyślunku, ale podświadomie, według niego i tak granica była budowana. Ale może się mylił, może znów celował źle. - Nie. Chociaż... trochę tak. - Uśmiechnął się łagodnie. - Odnoszę wrażenie, że wtedy jesteś bardziej otwarty i skłonny do rozmów bez krycia się za dziesiątkami murów, przez które muszę się przebijać. Chciałbym cię poznać, dlatego mam dziesiątki pytań. Tylko kiedy pytam, zaczynasz się miotać. Lubię więc moment, w którym miotać się przestajesz. - Wydawało się, że ta niepewność Flynna wynikała z... obawy przed oceną? Przed tym, że jeśli się otworzy to zostanie odrzucony, odepchnięty? - Wracamy do środka, bo mi serce pęknie jak jeszcze chwilę się tu tak potrzęsiesz. Lubisz gorącą czekoladę? Aaa... zapomniałem aż pozbierać tamtych papierów, które uratowałeś od sztuki latania tym nożem... RE: [30.07.1972] Daylight | Laurent & The Edge - The Edge - 19.05.2024 - Inteligentny i mądry głuptasek. - Nie, nie potrafił przyjmować komplementów. I chociaż nie zwrócił na to większej uwagi, sam dobierał o wiele przyjemniejsze pieszczotliwe słówka. Skarbie, misiu, słodziutka, zdziwiłby się gdyby kiedykolwiek nazwał kogoś degradująco głuptaskiem, a jeżeli to zrobił, musiał mieć wyjątkowo zły dzień. Nie lubił mówić o swoich kompleksach. Więc jasne - Laurent miał rację, ale nawet gdyby wyrecytował mu teraz precyzyjnie wszelkie mechanizmy zachodzące w głowie, zanim człowiek zdobywa się na taki komentarz, Crow i tak dodałby coś od siebie. Żeby odwrócić uwagę od meritum, jakim było wieczne dopierdalanie samemu sobie. Nie mógł się przyznać, że powiedział szkoda, bo chciał być częścią tego świata, a przecież nie byli sobie równi, przecież był gorszy... - Wytknąć ci skazę na światopoglądzie pomijającym mnie i ludzi mi podobnych. - Głośno przełknął ślinę. Sam nie wiedział, czy chciał to powiedzieć. - Sprawdzić, czy spróbujesz tę linię zamazać - wcale nie czuł tego zimna, zalewała go kolejna fala gorąca - czy się na mnie zezłościsz. - Czy to możliwe, że mógłbyś się o mnie starać. Tego z siebie nie wydusił, bo było już zbyt konkretne, zbyt prawdziwe i bezpośrednie. Obnażało go całkowicie i niezaprzeczalnie z tego jak zakochał się w swoich obecnych partnerach i udało im się przełamać te mury, do których chciał zabrać się teraz Laurent. Crow lubił i potrafił adorować jak nikt inny, ale rozpływał się wręcz, kiedy ktoś odwdzięczał się tym samym. Nie obchodziły go w tych kwestiach liczby i logika, chciał czuć - powiedz mu kocham cię tysięczny raz, a on będzie czekał na tysiąc pierwszy, tak dla pewności, że to na pewno to, a on nie musi jeszcze rzucać się z mostu. - Nie trzęsę się. - Chyba...? A jak tego nie zauważył i... - A ty chciałeś zbierać kwiaty...? - Zbyt długo skołowany, nie mogąc za bardzo uciec, jeżeli nie chciał wymusić puszczenia swoich rąk, desperacko opuścił głowę w dół, omal nie drapiąc się w twarz różanymi kolcami. Przed otarciem go o kwiat uratował go jeden ze swobodnie zwisających loków. - Ahh, robisz mi wodę z mózgu. - Stęknął. Tym razem nie wykonał gwałtownego ruchu ani nie odsunął się, bo zmarnował dzisiaj tak cholernie dużo szans na powiedzenie mu czegoś miłego. Nie chciał kończyć tej rozmowy kompletnym rozstrojeniem. - Pójdę z tobą, gdziekolwiek chcesz, ale trzymaj mnie za rękę. Do diabła, korzystaj z tego, że wyjątkowo nie ma w niej tego noża. - W jakiejś innej bajce gdyby zacisnął te palce na jego dłoni wystarczająco mocno, to Flynn wyznałby mu swoje sekrety, inne niż to ile dni spędził nie mogąc wytrzymać natłoku myśli o tym, jak bardzo chciał go objąć? Nie wiedział, ale mógł mu z tą dłonią ofiarować i serce, a może raczej jego kawałek wyrwany z resztek tego, co mógł mu zaoferować po skrupulatnym rozdzielaniu go wcześniej na dwie równe połowy. Nie powinien przychodzić do kogoś takiego jak Laurent z ochłapami - a jednak stał tu i prosił o to, bezczelnie zapatrzony w szarość, która powinna być pewnie błękitem. |