Secrets of London
[7.8.72, wczesny ranek. Warownia] Nić zielona jak nadzieja - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23)
+--- Wątek: [7.8.72, wczesny ranek. Warownia] Nić zielona jak nadzieja (/showthread.php?tid=3294)

Strony: 1 2


RE: [7.8.72, wczesny ranek. Warownia] Nić zielona jak nadzieja - Brenna Longbottom - 02.06.2024

Gdyby Mavelle wciąż tutaj była, mogłaby dać Millie kilka lekcji – i ta myśl sprawiła, że ścisnęło ją gardło.
Derwin zginął, a potem Warownię i Anglię opuściły Danielle, Lucy i Mavelle. Jeszcze jedno piętno Beltane: niektórzy już po prostu nie potrafili zostać w kraju rozdartym wojną i w domu pełnym wspomnień. Rozumiała to doskonale, żałobę córek i trudność pozostawania w miejscu, które mieszało w głowie, pełnej pamięci dwóch osób: ale czasem w tym budynku pełnym ludzi czuła się dziwnie samotna, i nieobecność kolejnych twarzy to poczucie tylko potęgowało.
Wspomnienie, które ledwo co do niej powróciło, było radosne, teraz jednak zabarwiło się goryczą.
Dani, Luc, Mav, Derwin.
Obecni wtedy, nieobecni teraz.
Ale odchodzenie i sztuka pozwalania ludziom znikać z twojego życia, była częścią dorosłości.
Mimo to uśmiechnęła się do Millie pogodnie, odkaszlnęła, niby to przypadkiem - a chciała być pewna, że jej głos zabrzmi normalnie - i odpowiedziała całkiem zwyczajnie, jak gdyby nigdy nic.
– Nauczysz się. I nie szkodzi, tłum, hałas, nie spodziewałam się, że będziesz na to gotowa.
Trochę zdziwiło ją, że poszła dzień później na wesele Blacków właśnie, ale to ostatecznie było imprezą spokojniejszą, a przynajmniej taką wydawało się Brennie. O tańcach zresztą teraz nie chciała po prostu myśleć - większość gości bawiła się chyba dobrze, ale pod podszewką tkwiły rzeczy, które zabarwiały jej myśli czernią. A nie mogła teraz myśleć o czerni, nie kiedy dziś miały być urodziny Millie, jutro zaś czekało ją zejście w ciemność.
– Nie spodziewałabym się zamiany w kapibary… na eleganckim weselu Blacków – powiedziała Brenna ostrożnie, trochę zaskoczona. Na potańcówce były magiczne drinki, ale to była jednak impreza mało oficjalna, i nikogo nie zamieniano w zwierzęta. A potem jej brwi powędrowały na moment w górę, bo nie, niekoniecznie by dała w coś takiego wiarę. W to, że Atreus postanowiłby tańczyć z Millie, że próbowałby Moody nawet podrywać, potrafiłaby uwierzyć: taniec był tylko tańcem, a gdyby miał zamienić się w coś więcej, to pękła więź, która mogłaby wypełnić jej płuca i gardło kwiatami, a to że zaprosił ją do kina, do niczego go nie zobowiązywało. I naprawdę Brenna próbowała po prostu nie myśleć o pewnych rzeczach i nie pozwolić sobie na zazdrość czy gorycz, do których nie miała przecież prawa: powinna być wdzięczna, że starał się jej nie udusić w poprzednich miesiącach, bo ona może i starała się narażać trochę mniej, niestety nie za bardzo to wychodziło. Więc nie, nawet jeżeli niekoniecznie czuła się z tym dobrze, nie była zaskoczona, pamiętając paskudne, majowe szarpanie, znając historię Ludovici i Lorraine, wiedząc o widowisku randkowym, dlaczego miałaby zakładać, że Atreus nie chciałby poderwać ślicznej Moody? Ale niekoniecznie oczekiwałaby po nim wyznawania miłości i szarpaniny o Millie: nie podejrzewałaby jej o kłamstwo, nie była jednak pewna, czy ta czegoś nie zrozumiała opacznie?
Nie zmieniła ani wyrazu twarzy, ani tonu. Jeśli szło o udawanie, że wszystko jest w najlepszym porządku, nawet gdy nic w nim nie było, to Brenna była absolutną mistrzynią.
– Przykro mi, że nie bawiłaś się dobrze. Ja właściwie nawet polubiłam takie bale, chociaż jak byłam gówniarą, robiłam wszystko, byleby tylko nie musieć na nich wylądować. Na przykład uciekałam oknem. I chyba dalej wolę... no takie nasze, mniejsze zabawy – powiedziała. – Nie spodziewałabym się, że tak się poszarpią na parkiecie u Blacków, to jednak hm, świat gdzie liczą się pozory i maniery, i to… nie za bardzo rozumiem, o taniec? Nie mogli zatańczyć z tobą po prostu jeden po drugim?


RE: [7.8.72, wczesny ranek. Warownia] Nić zielona jak nadzieja - Millie Moody - 04.06.2024

Moody nie zdawała sobie sprawy z efektu, jakie wywarły na przyjaciółce jej słowa. Cóż, nie rozmawiały o chłopakach zbyt często mając dużo poważniejsze tematy do rozmów jak na przykład ratowanie świata do cholery (oraz to, że Millie za mało je i jest zbyt chuda). Po Beltane był też ważniejsze problemy niż to czyj wianek gdzie się znalazł i ile randek ludzie obskakiwali wtedy, gdy Moody zamknięta była w ciupie Lecznicy Dusz. Znała już straty, wiedziała kogo można opłakiwać, a z kim cieszyć się życiem. A sprawy tak zwanego serca? To nie było coś z czym wychodziło się w jej przypadku do ludzi. Emocje, relacje, pragnienia, lęki – to wszystko było zbyt ciasno ze sobą związane, by komukolwiek chciała o tym mówić. Już wystarczy, że czasami sypnęła dwa słowa za dużo randomowym cyrkowcom.

– Nie wiem. To nie znaczy, że... bawiłam się źle. Lubię tańczyć. I lubię... lubię ten moment kiedy zdaje sobie sprawę, że inni patrzą na mnie... inaczej. Nie umiem tego do końca wyjaśnić. To dziwne uczucie, ale widzę różnice. Traktują mnie inaczej. Ja... nie muszę przegryzać się i drzeć mordy by na mnie patrzyli i słuchali, to nie było dla mnie normalne. – Czy tak właśnie działała ta słynna kokieteria? Ta mityczna kobiecość? Milie gdyby mogła to całe życie chodziłaby w t-shirtach brata i skandalicznie obcisłych jeansach. Gdyby mogła to na trwałe chlapnęłaby sobie eliksir zmiany płci, chociaż przy tak marnym wzroście, skutek pewnie też byłby hehe chujowy. Obecnie zaś ciężko jej było dojść do tego na ile ten kierunek myślenia był spowodowany wewnętrznym chciejstem, a na ile... brakiem doświadczenia.

– Ale hej, Brenna, jak będziecie robić jakąś imprezę Longbottomową co zawsze Ci mówiłam, że to nie dla mnie, to chętnie wpadnę. Chris pewnie nigdy więcej nic dla mnie nie zrobi, ale coś się wymyśli. Może Morfinę podpuszczę, żeby mi coś wybrał. – To brzmiało jak niezły plan. Ileż razy stary pryk sugerował, że mogłaby pociągnąć oko kohlem, albo założyć coś co wskazywałoby na posiadanie waginy (innymi słowami oczywiście). – Mmm... dobra, wiesz chyba muszę iść do Alika i Bertiego, żeby te dwa pacany nie zapomniały tortu ze sobą – podniosła się i założyła na gołe stopy swoje tenisówki. – Widzimy się za moment i... em... dzięki. Dzięki za kakao. – bąknęła nieco zmieszana, bo dziękować miała za wiele rzeczy, ale jakby zaczęła to by się rozbeczała znowu a wiadomo powszechnie, że płakanie jest gejowe. Musiała trzymać fason. Dla brata. Nie czekając wiele dłużej zniknęła wewnątrz przepastnej Warowni, w głębi serca ciesząc się, że pierwszą którą spotkała o świcie była jej przyjaciółka. Dobrze było wyjść z Lecznicy Dusz. Dobrze było wrócić do ludzi.

Koniec sesji