![]() |
|
[wieczór 28.07.1972] Sunbird | Atreus & Laurent & Florence - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20) +--- Wątek: [wieczór 28.07.1972] Sunbird | Atreus & Laurent & Florence (/showthread.php?tid=3321) Strony:
1
2
|
RE: [wieczór 28.07.1972] Sunbird | Atreus & Laurent & Florence - Florence Bulstrode - 04.06.2024 Wiedziała, że Atreus uderzył Laurenta, ale słuchanie o tym po raz drugi nie było ani trochę łatwiejsze. Oczywiście, że bili się już jako dzieci - czy raczej to Atreusowi zdarzało się popchnąć kuzyna, czy to we frustracji, czy by wygrać w wyścigu - teraz jednak nabierało innego wymiaru. Zwłaszcza wobec tego, jak niechętnie Laurent stosował przemoc, a jak często sięgał po nią Atreus. Jeszcze niedawno nie uwierzyłaby, że podniósłby rękę, na któreś z nich, a teraz czuła całą sobą, że z jej bratem dzieje się coś złego. Nie tylko dlatego, że jego ciało przenikało zimno: zmiana sięgała znacznie głębiej. A może to nie była zmiana, może po prostu to wszystko, co przez lata kotłowało się pod powierzchnią, teraz było bliskie wybuchu? Jak daleko mógł się posunąć? A Laurent, który ewidentnie wymagał pomocy terapeuty, tak jak sam wspominał nie tak dawno temu - nie by go naprawić, a wbić mu wreszcie do głowy, że nie był przedmiotem? Dławiło ją w gardle na myśl o tym, że w ogóle dopuściła, by doszło do takich rzeczy. Wypuściła młodego Prewetta z ramion, i pozwoliła, by ten poszedł do Atreusa. Może powinna poczuć ulgę, ale wcale tej nie czuła: może ta rozmowa pozwoliła chłopakowi wyrzucić z siebie to, co od dawna leżało mu ma sercu, Florence była jednak, że to o wiele za mało, aby wszystko naprawić. Nie mogła jednak dać tego po sobie poznać. Zawahała się na moment niepewna, czy objąć ich obu, ale ostatecznie pozostawiła ten moment dla nich. Odwróciła się po prostu, zalewając tę trzecią herbatę, zabierając się za kończenie kanapek, mechanicznymi ruchami, wyprostowana jak zwykle, z niby spokojną twarzą. Chociaż spokoju wcale nie czuła. Nie była matką żadnego z tych chłopców, ale i tak zastanawiała się teraz, co i w którym momencie zrobiła źle. A może nie mogła nic zrobić? Może ludzie, na których natrafili i rzeczy, które ich spotkały, musiały pchnąć ich w tę stronę? I oby, po prostu, potrafili jeszcze zawrócić? RE: [wieczór 28.07.1972] Sunbird | Atreus & Laurent & Florence - Atreus Bulstrode - 07.06.2024 Atreus nie spodziewał się tego przypływu czułości, nie wobec niego. To Florence zawsze klepała Laurenta po plecach. To do jej spódnicy się tulił, kiedy zalewał się łzami. To ona mu je ocierała, wmawiała że wcale nie jest przedmiotem i znosiła wszystkie jego emocje. Jej brat natomiast, nigdy nie był w tego typu sytuacjach dobry. Czuł się zwyczajnie nie na miejscu, jakby ktoś nagle wrzucił go do innego, całkiem nieznajomego wymiaru. Zabawne, biorąc pod uwagę że właśnie emocje były tym, co dostrzegało jego trzecie oko. Ale nawet jeśli widział je bez problemu, jego własne, kłębiące się pod powierzchnią, utrudniały mu odpowiednie reagowanie na przejawy delikatności. Spoglądał na kuzyna trochę zdziwiony, kiedy ten postanowił puścić Florence i zbliżyć się do niego. Przysiąść na kolanach, przywrzeć do niego, otoczyć ramionami. Spojrzał ponad barkiem Laurenta na siostrę, obdarzając ją nieco zagubionym wzrokiem, ale dość szybko sam objął Prewetta, pozwalając mu zostać w tej pozycji tyle, ile tylko chciał. Kiedy tak na niego patrzył widząc jego złamane serce, zastanawiał się czy robił to samo. Nie rozpadał się na kawałki, ale krzywdził innych dokładnie tak samo jak Nott skrzywdził Laurenta. Czy potrafił być tak samo okrutny w swoim niezdecydowaniu i unikaniu tematu. W swoich słowach kierowanych do panien, z którymi się spotykał, a które potem zostawiał bo miał lepsze rzeczy do roboty. Wnioski, które mu się nasuwały w tym momencie, wcale mu się nie podobały. Jego więź z Brenną i tak zdążyła nieco zmienić trajektorię, jaką do tej pory się poruszał. Może była to łącząca ich magia, a może zwyczajnie doszedł do wniosku, że nie chciał być w stosunku do niej skończonym chujem, bo przecież oboje byli w tym razem. Oboje do końca lipca czuli skręcający się żołądek, kiedy to drugie było w niebezpieczeństwa, a nawet jeśli ona nie robił nic, co zmusiłoby go do plucia kwiatami to jej to się na pewno zdarzyło. Nigdy nie chciał być okrutny, nie ważne w stosunku do kogo, ale może właśnie w tym był problem - że nigdy tak faktycznie się nad tym nie zastanawiał. Tak samo jak i nad konsekwencjami swoich czynów. RE: [wieczór 28.07.1972] Sunbird | Atreus & Laurent & Florence - Laurent Prewett - 08.06.2024 Najgorszą myślą w takich chwilach było "pobrudzę mu koszulę". Tak jakby łzy były brudne, wulgarne myślenie o rzeczach prozaicznych nie zmieniało realiów powiedzenia "czysty jak łza". Bo łzy były czyste. Pozwalały człowiekowi wyrzucić z siebie to, co tak bardzo bolało, przeznaczyć siłę, która wetknięta była w umyśle na proces samodestrukcji na produkowanie łez. One oczyszczały. Jeśli oczyszczały, to czy jednak nie posiadały w sobie całego smutku i bólu człowieka? Wszystkich pretensji, problemów i całego brudu, który potrafił tak skutecznie zatykać płuca, żeby człowieka dusić? Zwierciadła duszy potrafiły same w sobie być bolesne - wystarczyło tylko spojrzeć. Niektórzy mieli smutne oczy, inni zmęczone, jeszcze inni zblazowane od tego, co krążyło w ich żyłach i trafiało do głowy. Powoli się uspakajał. Uspakajał i starał nie myśleć, że z prawdziwymi problemami, z jakimi tutaj się mierzyli, te jego były... tak bardzo bzdurne. Starał się nie wyrzucać samemu sobie, że w ogóle tutaj przyszedł, a nie ukrył się w zaciszu swojego domu, żeby tam topić swoje smutki, albo uciec do morza, w którym bardzo wiele rzeczy cichło. Między falami życie stawało się prostsze. Nie chciał też myśleć o tym, że łzy mogą być brudne, a jednocześnie nie chciał też nimi pozostawić swojej obecności na jego koszuli, wszystko to było takie zgmatwane. Powinni się cofnąć do czasów dzieciństwa, gdzie nawet wiedząc, że wyrąbie się zaraz na tym trawniku zgadzał się na wyścigi z Atreusem gotowym zepchnąć go do wody, żeby tylko wygrać. Ale może dlatego Atreus na pierwszy miejscu w ogóle chciał się z nim ścigać - bo i tak jego wygrana była przesądzona. Miejsca, gdzie razem rozbierali parkiet pod stołem i kiedy przyłapała ich Florence to była nagle Atreusa wina. Miejsca, gdzie panował handle informacjami - ty mi dasz ostatnie jabłko, a ja nie powiem tacie, że znowu sobie zrobiłem krzywdę, chociaż miałeś mnie pilnować. Prawie, jakby był tutaj z nimi zawsze, prawda? Prawie jakby nie wziął się znikąd pewnego dnia, z obwieszczeniem Edwarda, że od dzisiaj ten mały chłopiec jest waszym kuzynem! Od razu został potraktowany, jakby wychowywał się z nimi od najmniejszego. Tamte czasy były lepsze. Prostsze. Terror nie rządził jeszcze światem, a świat zrowtnie nie walczył z terrorem. Jego kochany kuzyn umierał. Czy on sobie zdawał z tego sprawę? Czy Victoria mu powiedziała? Brenna? Groziło wszystkim Zimnym jedno - śmierć. Nie wyobrażał sobie stracić Atreusa. Z drugiej strony nie sądził, że usłysz od niego takie słowa jak te dzisiaj. Nie chciał myśleć o pożegnaniach, nie chciał... chciał pozwolić tym złym emocjom odejść i zostawić miejsce tylko na te pozytywne. Odsunął się powoli od Atreusa i podniósł, lekko klepiąc się po policzkach, odwracając wzrok z lekkim zawstydzeniem, ale uśmiechając się delikatnie jednocześnie. Tak, z tym wstydem rumieniącym policzki. - Dziękuję... - Prawie szepnął, powtarzając to magiczne słowo po raz drugi. Tak zawstydzony wrócił na swoje miejsce, dotykając palcami filiżanki z herbatą. - To... opowiesz... co się wydarzyło? Mieli cały miły wieczór na pogawędki, który niekoniecznie musiał przecież skończyć się takim patosem. Koniec sesji
|