![]() |
|
[27.08.1966] God hath given you one face, and you make yourself another - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [27.08.1966] God hath given you one face, and you make yourself another (/showthread.php?tid=3332) Strony:
1
2
|
RE: [27.08.1966] God hath given you one face, and you make yourself another - Lorraine Malfoy - 03.09.2024 Była Hamletem, śledzącym twarz Klaudiusza. Była Klaudiuszem, który trwał zapatrzony w aktorów na scenie. Była wynajętym przez dwór aktorem z wędrownej trupy, składającym pokłon przed rodziną królewską: mógł służalczo giąć przed nimi kark, myślał, obojętnie przesuwając wzrokiem po twarzach wysoko urodzonych, ale to on władał ich sercami.
Lorraine była wszystkimi tymi ludźmi – każdy z nich widzem i aktorem jednocześnie, patrzył na siebie i przez siebie – Lorraine była też sobą – zawsze nieodwołalnie sobą – z gnilnie napęczniałym ego, przypominającym rozdęte przez gazy pośmiertne ciało, które przestało mieścić się do skrojonej na miarę trumny. Wreszcie, Lorraine była nikim. Zdjęta dziwnym marazmem, tkwiła w bezpiecznym azylu rezydencji Malfoyów, gdzie wszystko przypominało jej o przeżytej stracie, a ból, jaki czuła, potrafiły zagłuszyć tylko wyrzuty sumienia, że nadużywa gościnności krewnych. Od czasu śmierci matki nie potrafiła ruszyć się z miejsca, tak jak nie potrafiła podnieść się z obrzydliwie miękkiego fotela, tonąc w swej żałobie jak w sensacji pluszu. Odwlekała powrót na Nokturn, gdzie kryła się przed problemami od czasu pamiętnych wakacji po piątej klasie, odwlekała powrót do Otto – do domu, pomyślała wbrew sobie – odwlekała działanie, bo działanie oznaczałoby, że wciąż może żyć – że wciąż chce żyć – choć jej matka umarła. Podwinęła nogi, bez większego skrępowania przyjmując wygodniejszą pozycję, z gracją panny, która nawykła do etykiety, jak i działania na jej peryferiach. Wcześniej zgrabnie zsunęła ze stóp pantofelki i przytrzymała poły długiej, białej sukni, aby nie odkryć przypadkiem choćby skrawka ciała, kiedy poprawiała się na fotelu. W skupieniu wygładziła śliski, drogi materiał, nie chcąc pozostawić na nim zagnieceń. Nie patrzyła na Anthony'ego. Oparła niespokojne dłonie na podołku i zamknęła oczy. Pozwoliła dłoniom przebiec po wyimaginowanej klawiaturze, gestem ostrożnym, zredukowanym do muśnięcia zaledwie, choć ten w rzeczywistości wymagałby dramatycznego pochylenia się nad instrumentem i przełożenia rąk. Ale w głowie Lorraine popłynęła muzyka. Nie potrzebowała fortepianu, gdy grała w strukturze wyobraźni, wyznała wcześniej Anthony'emu: mapa na Wyspę Umarłych zapisana była w liniach papilarnych jej palców. Monsieur Shafiq mówił o tym, że doświadczanie prawdziwej sztuki przypomina oddychanie, ale ona nie chciała oddychać: chciała żeby jej płuca wypełniła wodna kipiel Wyspy Umarłych. Chciała zginąć w targającym jej duszę szkwale, chciała zostać pogrzebaną w czarnej toni, w grobie zamkniętym nie przez kamienną płytę, lecz przez skłębione fale. Czekała wcześniej na jego odpowiedź z chłodnym zainteresowaniem czającym się na dnie niebieskich oczu, ale kiedy nie doczekała się żadnej reakcji – gwałtowne morze błękitu na powrót skuł lód. Koniec przedłużającej się agonii zasygnalizowany pauzą. Czuła się tak, jakby miała przez to do czynienia z kompletnie innym utworem: z kompozycji gwałtownej, miejscami wręcz dysonansowej, sonatowego allegro – gdzie niskie dźwięki, wzbudzające dziwny niepokój przechodziły płynnie w kaskadę wysokich tonów, pełnych nadziei – przeobraziła się w wolne, rozmarzone adagio, które przywoływało wspomnienia innego rodzaju wrażeń. Pozwól mi, słyszała szept Otto, absolutnie oczarowana hipnotyzującym sposobem, w jaki oddech mężczyzny owionął jej ucho, chłopcy w twoim wieku tak nie potrafią, prawda? Palce Lorraine wciąż błądziły po niewidzialnej klawiaturze. Pamiętała, że próbowała skupić się na grze, ale jego usta były zbyt blisko – tak cholernie blisko, że niemalże czuła ich delikatne muśnięcie na swojej skórze – był blisko, ale nie pocałował jej, nie, dopóki ona nie pocałowała go pierwsza: wściekle, łapczywie, desperacko. Doprowadzał ją do szału tym wyrachowaniem – tym, jak pilnował się, by nie przekroczyć granic wyznaczonych przez prawo i niewinne linie opalenizny. Im bardziej się dystansował, tym chętniej go prowokowała. Im śmielej się do niej zbliżał, tym bezczelniej go odpychała. Czym różnił się Otto Degenhardt od Anthony'ego Shafiqa? Czym obaj różnili się od Armanda Malfoya? Który z nich był aktorem? Który grał rolę księcia, a który – króla? – Proszę przynajmniej przeczytać coś porządnego. Wybór szmirowatej poezji pani Lestrange stanowi afront dla bogactwa bibliotecznych zasobów zgromadzonych tutaj dzięki staraniom moich przodków. Nawet nie otworzyła oczu. RE: [27.08.1966] God hath given you one face, and you make yourself another - Anthony Shafiq - 23.10.2024 Pochód trzech króli rozpoczął się właśnie, gdy dołączył do nich ten niosący złoto.
Choć gdyby miał możliwość poobracania tej metafory w dłoniach, może wolałby króla trefl, z winnym liściem w dłoni, czarnym jak myśli na własny temat, jak sumienia wyrzut w chwili gdy sprawy były załatwiane w sposób niegodny bohatera. W sposób najskuteczniejszy, niekoniecznie najszlachetniejszy. Król z kielichem w dłoni, król, który z pogardą patrzy na piętrzący się przed sobą szereg, rozważając jak bardzo pojemne jest serce tej, która tą karocę zebrała. Lorraine, jej nabrzmiała megalomanią buta, egzaltowane umniejszanie sobie tylko po to, by splunąć na głowy innych - to wszystko kotłowało się w wiłowym sercu bękarciej córki Armanda niewypowiedziane. Refleksja nad tym, że w sumie mogłaby być jego własną córką, pochylenie się nad sierotą, potrzeba wniesienia w jej życie odrobiny światła i błogosławionej pokory... To były potrzeby, które zaistniały tamtego popołudnia w otulone lekko zakurzonym, ciężkim fotelem biblioteki Malfoyów shafiqowe serce. Lubił wyzwania, choć sam dusił w sobie wszelką ambicję, na złość własnemu ojcu. I mimo, że wrażliwe ego nigdy nie było dobrym materiałem do pracy, zbyt kapryśne, zbyt łatwo poddające się emocjom, to zaintrygowała go na tyle, by nie tylko zyskać jego uwagę, ale by podjął rzucone mu wyzwanie. I choć nie posiadał trzeciego oka i nie nadeszła nań wizja ich z każdym rokiem zacieśniającej się współpracy, to miał przeczucie, że nie jest to ich ostatnia rozmowa, a początek wyprawy, rejsu dużo odleglejszego w czasie i przestrzeni niż Wyspa umarłych. Patrzył na nią z zaciekawieniem, na zmiany jakie zachodziły na młodej twarzy, na przymknięte powieki, na wibrującą ciszę, która między nimi nastała. Odczekał moment po rzuconej przez nią buńczucznie uwadze, zamykając tom i odkładając go na stoliczek. – Doskonale – powiedział miękko, zupełnie jakby był ślepy i głuchy na wszystko co między nimi zaszło niewypowiedziane, choć nie była to prawda. Delektował się unoszącym w powietrzu gniewem młodego umysłu o wiele bardziej niż wydzielanymi przez nią potwornymi feromonami. Czym różnił się od pozostałych króli? Być może w tym, że nie wiedział w niej mięsa. Interesował się zupełnie odmiennymi aspektami panny Malfoy, które tak pięknie i życzliwie postanowiła uwydatnić w słowach i gestach, w milczeniu i nagłym dystansie. – Jestem szalenie ciekaw... Wybierz mi. – To nie był rozkaz. Nie była też prośba. Anthony siedział swobodnie, z założoną noga na nogę, opierając podbródek o złożoną dłoń. Uśmiechał się. Igrał. Testował nową materię. Białą tylko z pozoru. Czarną tylko dla pozy. Pokaż na co Cię stać – mówił między wierszami. Zdobyłaś moje zainteresowanie. Koniec sesji
[inny avek]https://i.pinimg.com/564x/bc/2b/8b/bc2b8b1a6ace721670dfe15f73d9608a.jpg[/inny avek]
|