![]() |
|
[10.08.72] Szaleństwo Windermere. Nie było nas, był las - Atreus/Patrick - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +---- Dział: Lake District (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=150) +---- Wątek: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Nie było nas, był las - Atreus/Patrick (/showthread.php?tid=3335) Strony:
1
2
|
RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Nie było nas, był las - Atreus/Patrick - Patrick Steward - 06.06.2024 Patrick zmarszczył brwi. Przypomniał sobie wystające z ziemi snopy światła. A potem mimowolnie przypomniał sobie kamień z kosmosu, który Czarny Pan porzucił w Limbo. Chwilę zastanawiał się nad zadanym przez Atreusa pytaniem. - Wydaje mi się, że te kamienie, że to… - urwał na chwilę, jakby doprecyzowywał własne myśli. – Wydaje mi się, że te kamienie potrzebne były Voldemortowi, nie nam. On tam wszedł ciałem. Myśmy… myśmy weszli bardziej metaforycznie. – Duszami? Umysłami? Tym, co wchodzi do Limbo po śmierci? Gdyby jeszcze Steward choć trochę znał się na Limbo, nekromancji lub religii. Ale od tego wszystkiego miał Sebastiana i chociaż było to dziecinne, jakoś tak odruchowo pokładał gigantyczną wiarę w jego wiedzę. Ba, ufał mu bardziej niż arcykapłance, arcykapłanowi i wszystkim innym profesjonalistom razem wziętym. – No tak, twój przypadek chyba odrobinę różni się od mojego – zgodził się powoli. – Chociaż może… może jednak nie tak bardzo. Jeśli mnie, Mavelle, Victorię wzmocniła energia naszych bliskich z Limbo, to pewnie ta którą ty zostałeś wzmocniony również pochodzi z Limbo. Różnica tylko polegała na tym, że my chyba wiemy od kogo ją wzięliśmy a twoja jest bardziej rozproszona? – Ich została im ofiara, ta Bulstrode’a została mu wtłoczona przez coś, co zrobili kapłani. I dlatego Atreus nie miał cudzych wspomnień? Kolejna teoria pisana palcem po wodzie. Najistotniejsze było to, że musieli jakoś odwrócić cały proces, bo inaczej mogli wszyscy przedwcześnie zakończyć swoje życia. Ciekawe czy Czarnemu Panu i śmierciożercy, który był obok niego również groził przedwczesny koniec. Ścieżka, którą teraz wędrowali uległa zmianie. Stała się nieco szersza i bardziej rozmyta. Zniknęły okalające ją gęste krzaki. Pojawiła się jałowa ziemia, powykręcane, wystające z ziemi korzenie drzew (jakby zastygłe w spazmie) i pozbawione mchu głazy. Natura była zmarniała, pozbawiona swojej wcześniejszej świeżości i żywotności. Kiwnął głową. - Pewnie tak. Bezpieczne miejsce. Święte miejsce. W dodatku takie, które jest odwiedzane przez turystów. Może pierwszą czerń przynieśli do Ośrodka Windermere właśnie turyści a potem zasiana, rozpleniła się sama? – zasugerował. Teraz czerń oddziaływała nawet na tych, którzy wcale nie poszli do ruin, ale może na początku było inaczej? Zagnieżdżała się niepostrzeżenie aż stała się tak silna, że naprawdę zaczęła podejmować walkę z magią, która była tu dawniej? Patrick uśmiechnął się gorzko pod nosem. Rzeczywiście, to miejsce aż się prosiło o żywe trupy. Bagshot zgłaszał żywe trupy. Tylko czemu ich brakowało? Nie przyszły, bo nie uznały ich za zagrożenie? Na jakiej zasadzie to działało? Czy chodziło o to, że we dwóch byli już owinięci czernią, więc panującym tutaj siłom wydawali się raczej sojusznikami niż przeciwnikami? Dziwnie było być sprzymierzeńcem, nawet fałszywym, jakiejś formy czarnej magii. Patrick posłał zdziwione spojrzenie Atreusowi, gdy ten się roześmiał. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że przypadkiem powielili tę samą historię. - Naprawdę? – zdziwił się jak bardzo go ucieszyło, że Florence nie wywaliła pierścionka do kosza (gdzie właściwie było jego miejsce). – Ale na jej palcu nie pojawił się przypadkiem jakiś wielki złoty pierścień z jeszcze większym diamentem, rubinem albo perłą? – dopytał, siląc się na dużo bardziej żartobliwy ton, niż by naprawdę miała go bawić myśl o zaręczynach uzdrowicielki. – Na weselu Blacka też trafiłeś amortencję? Zaraz, czy on się nie ożenił z tą podwójną wdową od Rookwoodów? Córką naszego biurowego śmieszka Chestera Rookwooda? – Steward wciąż miał w pamięci histerię, którą urządził stary Rookwood podczas Lithy. Mimo pozornie lekkiej rozmowy, kontrast między tym, jak wcześniej wyglądał las i jak wyglądał teraz był porażający. W ciągu zaledwie kilkudziesięciu metrów zamienił się z miejsca tętniącego leśnym życiem w coś jałowego i umierającego. Im bliżej znajdowali się ruin, tym bardziej tu cuchnęło czarną magią. Było za cicho. Mijane drzewa wyglądały na chore i marniejące. Krzaki usychały. Po jagodach nie było już nawet śladu. Ściółka leśna zamieniła się w nagą, czarną ziemię z wystającymi z niej pokręconymi korzeniami i starymi kamieniami. Im bliżej ruin kościoła się znajdowali, tym wszystkie te zmiany wydawały się bardziej namacalne. W dodatku pojawiła się nad ziemią mgła. Ruiny były w dużo gorszym stanie niż można było przypuszczać (po atrakcji turystycznej). Kiedyś musiały być niewielkim kościółkiem, teraz brakowało im nawet dachu. Kamienne ściany były spękane. Wcześniej porastał je bluszcz, teraz pozostały po nim nagie, suche gałęzie. Dzwonnica została kompletnie zawalona, dzwon tkwił wkopany do połowy w ziemię, a jedno skrzydło z dwuskrzydłowych drzwi zostało połamane (drugiego wcale nie było). Brakowało nawet podłogi, fundamenty zostały naruszone przez okoliczne korzenie drzew. Patrick przystanął przed wejściem. Posłał Atreusowi zamyślone spojrzenie. - To teraz trzeba znaleźć źródło czerni. – I przy okazji nie dać się zabić. Problem w tym, że to miejsce tonęło w niej. RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Nie było nas, był las - Atreus/Patrick - Atreus Bulstrode - 07.06.2024 - No ale... - zrobił krótką pauzę, zastanawiając się trochę nad tym co chciał powiedzieć. - W sumie jak tak teraz nad tym myślę to Voldemort nie wszedł tam sam, ale ciał śmierciożerców chyba nigdzie nie było. Weszli w pełni razem z nim, my ciałem zostaliśmy w świecie fizycznym, bo weszliśmy tam po unieszkodliwieniu przynajmniej niektórych kamieni, ale czy wszystkich? Wy zniszczyliście swój i od razu pobiegliście do przejścia, prawda? My zrobiliśmy to samo. Pytanie czy reszta też się z tego wywiązała. Nie jestem pewien ale chyba normalne wejście w ognisko, nawet podczas Beltane czy Samhain, nie skutkowało czymś takim. Obstaję trochę przy zdaniu, że na nasze wejście też jakoś wpłynęły - wzruszył ramionami, a w jego tonie mimo wszystko brakowało jakiegoś zacięcia, że za swoje zdanie w tym temacie dałby się pokroić. Była jeszcze inna możliwość, która przychodziła mu do głowy - że byli w stanie tam wejść bo portal do limbo pozostał otwarty póki w środku był ktoś, z kim to miejsce walczyło. - Niestety, ale Arcykapłanka cierpi aktualnie na mocny przypadek utraty piątej klepki, więc nie mogę wywrzeć na niej jakiejś mocniejszej presji. Ale i wcześniej nie była na ten temat specjalnie wylewna. Szkoda tylko, że Atreus widząc jak Louvain na lato postanowił odstawić się w rękawiczki, ani przez moment nie zastanowił się nad tym że mogło być coś innego niż dziwny wybór modowy. Może wtedy udałoby im się otrzymać nieco więcej odpowiedzi albo chociaż tropów, które mogliby podchwycić. - Pytanie co ją podchwyciło - turyści byli wytłumaczeniem tak dobrym jak każde inne, które właśnie przychodziło im do głowy. Kręcili się dookoła tematu, przerzucając teoriami, ale było w tym coś pocieszającego. Po pierwsze, zdawali się rozmawiać ze sobą normalnie, a przez to Bulstrode mógł się domyślać, ze miejsce przynajmniej teraz nie wpływało na ich emocje wobec siebie. Po drugie, może wreszcie uda im się dojść do jakichś wniosków, albo później lepiej połączyć to, czego dowiadywali się po drodze. - Zdziwiłbym się, gdyby założyła tak bogatą biżuterię. To raczej nie w jej stylu, no i przeszkadzałoby jej w pracy. Ale mam wrażenie, że coś przede mną ukrywa - dokończył z pewnym wahaniem, ostatecznie stwierdzając że co mu w sumie szkodzi podzielić się ze Stewardem swoimi podejrzeniami. Bo może skoro nie chodziło o narzeczeństwo to ten coś wiedział? Jakby wiedział, że Florence obiecała wspierać go w ich tajnych zakoniarskich zabawach, to pewnie gotowy byłby wyciągnąć swój kalendarz i skrupulatnie sprawdzić kiedy więź z Brenną konkretnie dawała mu się we znaki, żeby sprawdzić czy przypadkiem wtedy jego siostra nie miała nadprogramowych dyżurów, ale tak? Miał wręcz nadzieję, że chodziło o anonimowego adoratora, a nie o jakieś okropne wyskoki, które kompletnie do niej nie pasowały. - Otóż tak, Perseus poślubił Vesperę. A Chester był takim śmieszkiem, że go nawet na tym weselu nie widziałem. Może się nie chciał podpisywać pod tym związkiem bojąc się, że jego córka znowu owdowieje. - Kiedy Atreus myślał o Rookwoodzie, to na myśl nie przychodziła mu Litha, a to nieszczęsne zebranie przed Beltane, które organizował szanowny pan naczelny śmieszek, a na które nie zaprosił połowy pracowników. Podczas gdy Chester pisał skargo-raport do Harper, Atreus siedział za swoim biurkiem i pytał 'jakie, kurwa, zebranie?' bo jakoś do niego notatka nie zdołała dotrzeć. Cisza dawała się we znaki, z mocą akcentując swoją obecność. Bo kiedy nic nie mówili, zdawała się wciskać nachalnie między nich, specjalnie uwydatniając ponury krajobraz, który ich otaczał. Śmierdziało czarną magią gorzej jak w najciemniejszym lokalu na Podziemnych Ścieżkach, a mimo to oprócz wyniszczonej roślinności i kościółka, nie było tutaj niczego. - Zatem proponuję zacząć od środka - uśmiechnął się do Patricka lekko, a potem spróbował otworzyć drzwi. RE: [10.08.72] Szaleństwo Windermere. Nie było nas, był las - Atreus/Patrick - Patrick Steward - 12.06.2024 Patrick dotknął ręką czoła, zastanawiając się nad słowami Atreusa. Chyba nie spodziewał się, że Bulstrode może mieć aż tak głębokie przemyślenia (albo tak dużą wiedzę) na temat wydarzeń z Beltane. Wstyd się przyznać, ale on sam nie zastanawiał się nad tym aż tak. Właściwie to w ogóle się nie zastanawiał. Skupiał uwagę na wspomnieniach zesłanych mu przez ojca. Myślał głównie o nich, a właściwie głównie swoim ojcu, o tym jakim był człowiekiem i czy wdarł się do jego głowy. Może brak cudzych wspomnień okazał się dla Atreusa czymś dobrym? Przynajmniej nie odsuwały jego myśli na kompletnie zbędne tory. - Ciał śmierciożerców? – powtórzył jak echo. – Wydaje mi się, że widziałem obok niego tylko jednego śmierciożercę. – W dodatku wyjątkowo nieudolnego. Najpierw kazał im paść na kolana a potem upuścił różdżkę. Ale może byli i inni, może zgubili się w tkwiących w Limbo cieniach, uwierzyli szeptom, zbłądzili po drodze. – W zasadzie to… kurwa. To jest doskonałe pytanie. Wyszedł z nimi? Zabrał ich ze sobą? Ale czy wtedy i oni nie byliby zimni? Te eliksiry, które warzy ci teraz Florence, mogą być w tej chwili wyjątkowo pożądane – uśmiechnął się krzywo pod nosem. Co pewnie świetnie rozwiązywało problem, dlaczego do tej pory, nikt nie doniósł (albo żadna gazeta nie napisała) o kolejnym, cudownie odnalezionym Zimnym. – Victoria zniszczyła bodaj dwa snopy światła. Ale jeśli pytasz mnie jak pamiętam przejście do Limbo, to… dla mnie to było wbiegnięcie w płonący stos. Myślałem, że umrę. Jako jedyny nie miałem nawet eliksiru chroniącego przed ogniem. – Ale biegł ratować umierającą kobietę. Tak twierdziła Victoria. A później okazało się, że wzywała ją sama bogini, czy cokolwiek to było. Steward musiał się poświęcić, bo inaczej nie zostawiłaby go Mavelle, więc Victoria wbiegłaby w ogień sama. Sama przeciwko Voldemortowi i jego zwolennikom. Do dupy z takim heroizmem. - Wydaje mi się, że jeśli dobrze zrozumiałem Sebastiana, one były jakimś rodzajem katalizatora, wzmocnienia – opisał powoli. Może i faktycznie, na swój sposób, umożliwiły im umysłowe przedostanie się do Limbo. Patrick za słaby był w te klocki, żeby wykluczyć taką możliwość. Ba, gdyby poznał myśli Atreusa, te o otwarciu portalu – uznałby, że były pewnie najtrafniejsze. W końcu Victoria naprawdę słyszała wezwanie. Świat Umarłych dosłownie, poprosił ją o ratunek. – Bo to nekromancja. Zakazana magia. Dlatego wszystko co z tobą zrobili, żeby przywrócić cię tutaj to taka wielka tajemnica. Przecież tak naprawdę to nie mogły być same modlitwy. Nawet arcykapłanka nie dałaby rady napełnić kogoś utraconą energią tylko przez wyśpiewanie wersetów modlitwy. Gdyby Steward miał w tym momencie wyciągać jakieś wnioski, pewnie uznałby, że już same wydarzenia, które miały miejsce na Beltane musiały mocno wstrząsnąć zdrowiem psychicznym arcykapłanki, może nawet uleczenie Atreusa jeszcze bardziej ją wzburzyło a Litha… Litha była zwieńczeniem szaleństwa. Temat Florence był dużo prostszy, choć jednocześnie, paradoksalnie, trudniejszy do poruszania. Patrick rozglądał się dookoła, szukając oznak bytowania nieumarłych. Ale tych nie widział. Szli po jałowej ziemi, ale tylko jałowej. W jego oczach brakowało tu życia. Nawet tego martwego. - Gdyby się zakochała, chyba znalazłaby sposób, żeby dyskretnie nosić pierścionek zaręczynowy. Choćby i na złotym łańcuszku – zauważył. Myślami błądził wokół popołudnia, gdy posiniaczony i ranny wrócił do kawalerki a Florence już stała pod drzwiami. Myślał o tym jak podzielił się z nią swoim sekretem i jak bez słowa sprzeciwu leżała obok niego w łóżku, chociaż pewnie było jej nieznośnie zimno. Tamtego dnia pomyślał, że nie ma nikogo innego tak bliskiego i właściwego w życiu jak Florence. Paradoksalnie, teraz, bez wiszącego nad nimi rytuału miłosnego, dalej byłby ją gotowy zaprosić na randkę. Prawdziwą randkę. Tylko, że teraz wisiało nad nim widmo rychłej śmierci. Czy to Beltane już zawsze… na zawsze będzie wchodziło im wszystkim w drogę? Steward zdębiał na wzmiankę o tym, że ojciec nie pojawił się na ślubie córki. - Jemu chyba naprawdę odbiło… - wymruczał, kręcąc głową. – No zobacz. Najpierw zachowywał się jak wariat na zebraniu przed Beltane. Prawie zemdlał z emocji na widok Hardwicka. Olał pojawienie się na Polanie Ognisk, gdy przeczesywano Knieję w poszukiwaniu rannych. Na Lithcie niemal zażądał głów dwójki złodziei-nieudaczników, którzy próbowali go okraść. A teraz olał ślub własnego dziecka. W oczach Patricka nikt o zdrowych zmysłach się tak nie zachowywał. Ba, w oczach Patricka, żaden szanujący się i myślący logicznie śmierciożerca też nie zachowywał się w ten sposób. Bo właściwie po co aż tak skupiać na sobie niepotrzebną uwagę? Po co kłócić się o drobnostki. Po co awanturować tam, gdzie nie miało to sensu? Bez sensu. Zachowanie Chestera Rookwooda było absolutnie bezsensu. - Próbujemy. Szukaj źródła czerni – powiedział jeszcze do Atreusa. Drzwi skrzypnęły, gdy auror je pchnął. Steward wsunął się za nim do środka. Jeszcze nie zdawał sobie sprawy z tego, że przeczesywanie tego miejsca miało im zająć długie godziny. Koniec sesji
|