![]() |
|
[05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele (/showthread.php?tid=3340) |
RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Morpheus Longbottom - 27.05.2024 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=0NjUBg3.png[/inny avek] Wchodzę w towarzystwie Florence Bulstrode, bardzo długo okupuję Księgę Gości i biorę partnerkę na parkiet. Wszędzie gdzie się pojawiam muzyka zmienia się nagle na I'm bringin' sexy back
Tw nie umiem rysować, ale poglądowe wdzianko Morpheus Longbottom nienawidził wesel. Pierwsze i jedyne, na którym bawił się doskonale, było nieudanym ślubem Charlotte Crouch i Jonathana Selwyna, zwłaszcza moment, w którym pan młody ogłosił radośnie, że panna młoda uciekła sprzed ołtarza i jest od kilku godzin w drodze do USA, a prezentów nie zwracają. Poza tym śluby były dla niego... męczące, jak każde spotkania towarzyskie. To nie tak, że nie lubił ludzi, wręcz przeciwnie, ale napływające do niego macki cudzych przyszłych decyzji odrzucały go, obrzydzały, jak niechciany dotyk, męczyły. Musiał zrobić jednak wyjątek, bo była to jego pierwsza taka okazja, aby pokazać się w socjecie, od śmierci brata. Za sprawą szwagierki z domu Potter i kilku eliksirom, nie wyglądał, jakby przebawił cały poprzedni wieczór, a czarno-czerwony motyw pomógł z ukryciem zmęczenia. Wszystko, wszystko czerwone. Długo zastanawiał się nad wyborem tiary, w końcu dając sobie przyszyć do włosów tiarę z dwoma ptakami, które w dziobach trzymały rubin, wielkości przepiórczego jaja, które można zdjąć i nosić jako wisior. Cała tiara była wykonana z białego złota, diamentów i rubinów i pasowała do czarnej, magicznej szaty i czerwonego szala, ktory wychodził z aplikacji na piersi w postaci kwiatów granatu i maków, wszystko z emaliowanych na czerwono pereł, rubinów, prawdziwych korali oraz czarnych kamyków magmowych. Morpheus Longbottom nienawidził również kazań kapłanów kowenu, więc podczas przemówienia kapłana wyobrażał sobie sprośne wizje na temat różnych gości. Miał nadzieję, że ewentualni legimenci mieli świetną zabawę, oglądając wyobrażenia z jego głowy na temat nocy poślubnej państwa młodych, gdzie w użycie wchodziły liny lub jednej z pań, wyjątkowo ślicznej blondynki, której długie nogi chętnie miałby owinięte dookoła swoich bioder, najlepiej gdzieś na zakrystii. Miała idealnie skrojone usta, dla których znalazłby wspaniały użytek. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że gdy przesunie głowę o kilka centymetrów, ujrzy jej męża. Vakela Dolohova. Dobrze, że wraz z tą świadomością, ceremonia przeszła do dalszych etapów. Morpheus Longbottom nienawidził Vakela Dolohova. Morpheus Longbottom od ponad dwudziestu lat nienawidził wesel po tym, gdy jego ukochany został do jednego zmuszony, co rozbiło całkowicie jakiekolwiek nadzieje. Zniszczyło ich dwójkę. Moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina. Żałował, że nie może wpakować twarzy wróżbity w ciasto, które do niego wysłał. Żałował nagle, że nie zeżarł go całego i nie wylądował w Mungu z wielkimi ogłaszaniem tego w gazetach plotkarskich. Żałował, że żadna wersja przyszłości nie kończyła się na tym, że siedział obok niego w ławce, ukradkowo ściskając jego dłoń i powtarzając niemo słowa przysięgi, jakby to oni stali przed ołtarzem matki. Morpheus Longbottom kochał Vakela Dolohova przez ponad połowę swojego życia i właśnie dlatego zamierzał go całkowicie ignorować. Na szczęście miał ze sobą piękną Florence Bulstrode, wraz z którą (oraz Erikiem i Geraldine Yaxley) udali się powozem do posiadłości wiejskiej Blacków. Tam Morpheus złożył prezent w postaci flakonu ze złota z roku 1698, wypełniony zupełnie nowym balsamem-afrodyzjakism, sprowadzonym prosto z Kambodży, który wedle instrukcji spisanej kaligrafią w pięknej kopercie, miał przedłużać doznania parze młodej i wzmacniać płodność, złożył nader długie życzenia w księdze gości i dołączył do obchodów. — Uczyni mi pani zaszczyt tańca? — zapytał Florence, wyciągając w jej stronę dłoń, by porwać ją na parkiet. Miał nadzieję, że jego bratanek nie będzie się ociągał w swoich obowiązkach wobec panny Yaxley. Wyglądała o niebo lepiej, niż gdy widzieli się ostatnio, o czym nie omieszkał wspomnieć w powozie. Gdy podążał z partnerką na parkiet, odezwał się do niej ściszonym głosem: — Mam wrażenie, jakbym miał ujrzeć za chwilę na tarasie Odyseusza i Hektora, którzy rozmawiają ze sobą o tym, że wojny nie będzie. RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Victoria Lestrange - 27.05.2024 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=VSYykxr.png[/inny avek] Sala bankietowa
Po złożeniu życzeń i dopełnieniu innych formalności, Victoria „utknęła” przy czekoladowej fontannie Zaproszenia na ślub przyszły w najmniej odpowiednim czasie w życiu Victorii – kiedy ono się zwyczajnie waliło. Na dwa dni przed tym, jak jej własne narzeczeństwo przestało istnieć. Miesiąc przed samym weselem, w którym to czasie wiele się pozmieniało. To był taki moment, że Victoria długi czas się zastanawiała, czy w ogóle powinna przychodzić – jakby nie było, to była rodzina Sauriela i ona tutaj… z drugiej strony całkiem długo i powiedzmy, że dobrze (w pewnych aspektach za dobrze…) znała pana młodego i wypadało się pojawić i… i w ogóle. Więc. Powinna przyjąć sama, alboo może z kimś z rodziny, wszak jej część była bezpośrednio spokrewniona z Blackami. Ale nie. Po tygodniach milczenia, na nowo zaczęła się… jakoś w miarę dogadywać z Saurielem i… oto byli. Czy ich zaręczyny oficjalnie zostały zerwane i było to wiadome wszem i wobec? A i owszem. Czy pojawili się tutaj razem? Nie dało się zaprzeczyć. Czy było to mądre? Ani trochę. Czy przejmowała się potencjalnym gadaniem ludzi, którym raczej to nie umknie? W ogóle. Miała to totalnie w dupie, tym bardziej, że towarzystwo Sauriela jej nie przeszkadzało… a wręcz przeciwnie. Było już po samej ceremonii, po obiedzie, po pierwszym tańcu. Ubrana w tak odmienną od jej ostatnich gustów czerwoną sukienkę Victoria postawiła na... minimalizm również wśród biżuterii, miała tylko bransoletkę z gwiazdkami i bardzo delikatny łańcuszek na szyi, za to ciągnęła się za nią mgiełka jej kwiatowych perfum, doprawionych piżmowym akcentem. Chwilę posiedziała przy stole, a potem odłączyła się od swojej pary, żeby złożyć najszczersze życzenia Perseusowi i Vesperze, a następnie się odsunęła, robiąc miejsce dla tłumu innych, którzy chcieli zrobić to samo. Poszła do holu złożyć prezent tam, gdzie trzeba było, a potem wróciła do jadalni i odkryła, że Sauriel się gdzieś zgubił… albo stracił się celowo. Poszła więc zgarnąć dla siebie jakiegoś lekkiego drinka – w końcu przed nimi cały wieczór i noc, nie trzeba było od razu się spić… a poprzedniego dnia zabalowała, chociaż pilnowała, żeby nie przesadzić, bo wiedziała, że inaczej będzie cierpieć dzisiaj. Tańce… potańczyłaby sobie, ale na to przyjdzie jeszcze czas. Tyle że drogę do drinka zagrodziła jej czekoladowa fontanna… nie mogła się oprzeć i sięgnęła po truskawkę, zanurzając ją w płynnej czekoladzie. Była przy tym nieco zbyt bardzo ucieszona jak na roztaczającą tę chłodną aurę, zdystansowaną Zimną aurorkę. RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Florence Bulstrode - 27.05.2024 Idę z Morpheusem na parkiet. Florence nie otrzymała zaproszenia na wesele Blacków, przyjęła to jednak z odrobiną rozbawienia i bez krzty rozczarowania, nawet kiedy charakterystyczne koperty otrzymali jej młodsi bracia. Nie można było o niej powiedzieć, że nie cierpiała wesel, ale i nie pałała do nich ogromną miłością: stanowiły po prostu wydarzenia towarzyskie, na których się bywało i okazję do spotkania krewnych i znajomych. Przywykła do bywania na takich przyjęciach. Na propozycję Morpheusa zgodziła się więc bez wahania, zwłaszcza że zwykle był ciekawym towarzystwem, a i Geraldine miała być obecna. Z pewnym trudem powstrzymywała się podczas podróży przed wypytywaniem, czy Yaxley znalazła już sposób na pozbycie się ciemnej istoty i z jeszcze większym – przed spojrzeniem w jej przyszłość. Nie mogła zasłabnąć tuż przed weselem. Pojawiła się w czerwonej sukni, choć zwykle unikała tego koloru: skoro jednak był to jeden z motywów przewodnich wesela, nie zamierzała z tym walczyć. Suknia, jak większości stroi Florence, niewiele odsłaniała (prawdę mówiąc niczego nie odsłaniała), była za to doskonale skrojona i uszyta z doskonałych materiałów. Kazania kapłana wysłuchała z kamienną twarzą, a nawet jeżeli cisnęły się jej na usta jakieś złośliwe uwagi odnośnie przysięgi ślubnej i pary młodej, to wszystkie pozostawiła dla siebie, ni słowem nie zakłócając ceremonii, i nie wypowiadając tych ironicznych słów nawet później, w towarzystwie pozostałej trójki. Złożyła swój prezent pośród stosów innych upominków, skromny niewątpliwie na ich tle, bo Florence była zamożna, ale niekorzystając z pieniędzy rodu – nie bajecznie bogata. Wpisała się do księgi swoim ładnym pismem, pozostawiając dedykację uprzejmą i dość błahą, ot taką, jakiej należało się spodziewać. Nie znała wszak panny młodej, a chociaż z Perseusem była przez całe lata na roku najpierw w Hogwarcie, a potem w Mungu, to nie zostali nigdy najlepszymi przyjaciółmi i zbyt osobiste wpisy zdawałaby się Florence… trochę fałszywe. – Florence wystarczy – powiedziała, kiedy Morpheus poprosił ją do tańca, podając mu dłoń. – Dziwnie to będzie wyglądać, jeżeli przyjdzie nam z kimś porozmawiać i zaczniemy sobie panować i paniować. Nie przyszli tu może jako para, a znajomi, ale przejście na ty zdawało się jej dobrym pomysłem. Ruszyła za nim na parkiet, rozglądając się i wypatrując w tłumie gości kolejnych znajomych twarzy. Nie znała się szczególnie na historii, ale imię Odyseusza obiło się jej o uszy, podobnie jak historia Troi, trochę mugolska, trochę czarodziejska. – Czy takich rozmów nie toczono w naszym świecie przed dwoma laty? – zapytała, gdy dołączyli do innych par na parkiecie. – Wojna już tu jest, chociaż w tej sali łatwo niektórym o niej zapomnieć. Oby Anglia nie okazała się Troją. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=YRkzpGi.jpeg[/inny avek] RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Perseus Black - 27.05.2024 Udaję odważnego jak Sauriel mi grozi, nadal stroję z żoną i siostrą Przysłuchiwał się radosnemu szczebiotaniu siostry od czasu do czasu kiwając głową (domyśla się, że fiszbiny wszyte od razu w sukienki potrafią być czasami cholernie niewygodne i ogromnie współczuje kobietom tego dyskomfortu, owszem, wie co jest, nie żyje przecież pod kamieniem i tak, zamawia prenumeratę Czarownicy dla siebie - ale Walburga mu nie uwierzyła w to wyznanie i śmiała się perliście z jego żartów; tak to jest, gdy różnica wieku pomiędzy rodzeństwem wynosi prawie dekadę i niewiele o sobie się wie), dopóki na horyzoncie nie pojawił się Sauriel. Wzdrygnął się nieco wobec tej poufałości ze strony kuzyna swej żony (i wciąż nie mógł się nadziwić jak pięknie brzmiało słowo żona w stosunku do Vespery), zesztywniał, kiedy jego ramiona objęły jego sylwetkę. Wiedział już, że w tym uścisku nie było żadnej serdeczności, zanim jeszcze Rookwood zdążył wypowiedzieć pierwsze słowo. Odwzajemnił jego uścisk, poklepał niby przyjacielsko po plecach i uśmiechnął się przy tym tak szeroko i sztucznie, aż rozbolały go policzki. — Ach, dziękuję, dziękuję, będę należycie dbał o moją Vesperę — i przy okazji o siebie, bo życiowy parkiet bywa u was niepokojąco śliski, dodał w myślach. Pierwsza groźba ze strony Rookwoodów została odhaczona i nie było to aż tak straszne, jak początkowo zakładał, choć spodziewał się, że to Augustus jako pierwszy wyperswaduje mu jakie konsekwencje może mieć zaniedbywanie małżeństwa. Cóż, jeszcze wszystko przed nim - podejrzewał, że mężczyzna wytoczy ciężkie działa, zważywszy na fakt, że był jej bratem bliźniakiem. Nie śmiał stawać pomiędzy ich więzią. Sauriel odszedł, a Perseus poczuł, że zrobiło mu się gorąco. Poluzował więc muszkę i wrócił do rozmowy, choć nie miała już ona tak radośnie beztroskiego wydźwięku jak wcześniej. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=1kdk7ko.png[/inny avek] RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Peregrinus Trelawney - 27.05.2024 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=8UPeqfr.png[/inny avek] Peregrinus, Lyssa, Vakel, Annaleigh — wciąż przy wejściu. W tym kwartale Peregrinus Trelawney został już napadnięty w pracy, za kilka dni miał biegać po magicznym krwiożerczym lesie — a jednak żadne ze wspomnianych nie budziło w nim takiego braku poczucia bezpieczeństwa jak przyjście na podobną uroczystość. Z wydarzeniami organizowanymi czy odwiedzanymi służbowo z Vakelem było inaczej: mógł stać w cieniu, pilnować i dyrygować. Tutaj był jako osoba towarzysząca, pełnoprawny gość. Za pierwszą prośbą Lyssy próbował jej to delikatnie wyperswadować. Nie wygłupiaj się, na pewno znajdziesz kogoś miłego, z kim będziesz się dobrze bawić. Z każdą kolejną był coraz mniej zawzięty. W zasadzie już kilka dni temu nastawił się na to, że pójdzie, ale do ostatniej chwili miał nadzieję, że dziewczyna wpadnie na parter Praw Czasu i obwieści, że umówiła się z jakimś słodkim chłopcem. Niedoczekanie. Cóż mu jednak szkodziło? To nie było aż takie poświęcenie: wystarczy, że zjawi się na trochę i wymknie z wesela nieelegancko wcześnie. Morale poprawiała mu obecność Vakela; towarzystwo Annaleigh natomiast drastycznie je obniżało, więc wychodziło… niemal na zero. Przemknęło mu przez myśl, że powinien to wyjście wliczyć w wymiar przepracowanych godzin, żeby sobie trochę wynagrodzić, ale to by uwłaczałoby i jemu, i jej. Przyszedł tu, bo nieźle się dogadywali, a jej brakowało partnera na wesele, tak? Tak. Stał zatem obecnie w hallu rezydencji w Oxfordshire w niecodziennie ulizanych włosach, czerwonym krawacie i najlepszym garniturze, jaki wygrzebał z dna szafy — może nie zjawiskowym ani oryginalnym, ale odpowiednio do okazji eleganckim. Psiknął się nawet na to wyjście perfumami, choć zwykle pomijał ten krok, wychodząc z założenia, że i tak brzydko zmieszają się ze smrodem fajek. — To chcesz tam wrócić? — zapytał Lyssę od niechcenia, strzepując popiół z papierosa. — Nie pogardzę lampką wina. — Niby odpowiadał jej na temat, ale głos miał nieobecny. Myślami był przy scence rozgrywającej się opodal, której to przysłuchiwał się bacznie. Całą interakcję, którą podglądnęli, skwitował prychnięciem. Było to w zasadzie tak absurdalne, że aż go rozbawiło, mimo że to pod niego się podszywano. Nie przejął się tym nadto: jego osobisty doppelganger sprawiał wrażenie złowrogiego, a trochę złej sławy mu przecież nie zaszkodzi. — Wielka szkoda, że nie zdążył wybrać karty — skomentował ciszej, żeby w przeciwieństwie do okrzyku Lyssy słyszała to tylko zgromadzona wokół trójka. — Myślisz, że powinienem raz jeszcze zaoferować ją chłopcu, żeby zmyć po sobie złe pierwsze wrażenie? — zwrócił się do swojej towarzyszki. Prawdziwy asystent Dolohova nigdy nie zaproponowałby przecież wróżby, gdyby nie zamierzał jej faktycznie odczytać! RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - The Edge - 27.05.2024 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=Ztqe6zB.png[/inny avek] Gadam z Isaaciem blisko grającej muzyki.
Odwzajemnił posłany mu uśmiech, jemu jednak udało się nie zawrzeć w nim tak wielkiej ilości smutku, co blondynowi. Grał lepiej? Niby grał od lat, dekad, z drugiej strony nie wydawało mu się, aby stał się kiedykolwiek dobrym oszustem - coraz częściej doszukiwał się w sobie jakiejś choroby duszy, co musiała ułatwiać mu tak sprawne maskowanie tego, jak szaloną sinusoidą stało się jego życie. A ten uśmiech Laurenta... taki smutny, a jednocześnie taki ciepły. Chciałby z nim porozmawiać - nie ruszył się jednak z miejsca, bo wydawało mu się oczywistym, że gdyby chłopak po tym wszystkim co między nimi zaszło wciąż chciał zamienić z nim choćby kilka słów, to by stąd tak po prostu nie wyszedł. Albo chociaż by głową ruszył w kierunku tego ogrodu, na znak, że miał za nim iść. Crow pobiegłby za nim od razu. Zamiast tego stał tutaj. Wśród masy innych ludzi, do których też kompletnie nie pasował. Gdyby przyszedł tutaj w ubraniach, jakie faktycznie lubił nosić, gdyby nie przyklepał swojej burzy loków Ulizanną, połowa weselnych gości wytykałaby go teraz palcami. Druga połowa oceniałaby go milcząco. Jakby do tego gębę otworzył i wypowiedział się na jakiś temat, który go faktycznie interesował - to by była kompletna katastrofa... Pasował tutaj jak pięść do mordy - kompletnie nie jego świat, nie jego ludzie, nie jego muzyka, nawet... Ciasta jakieś nie jego. Smaczne, ale kiedy godzinę temu jedna z kelnerek poczęstowała go jakimś przypieczonym deserkiem, a on się przyznał, że wolał smak tych tanich ciastek zajeżdżających masłem i cukrem, powiedziała mu jakieś bzdury o szansie na spróbowanie czegoś lepszego. Musiała traktować takie wesela jako okazję do spróbowania życia wyższych sfer. Normalnie by go to uraziło, ale wyjątkowo zaśmiał się - bo to przecież było tak Perseuszowe - on mu kiedyś lubił stwarzać takie szanse i później ze zmieszaniem mierzył się z tym, jak Crow wymiotował do Sekwany po spróbowaniu takich właśnie nieziemskich, smakujących jak niebo, absurdalnie drogich wypieków i win. Żołądek go po tym bolał że dwa dni, ale naprawdę uważał to za dobre wspomnienie. Takie warte zapamiętania, śmieszne, przyjemne. Miał w biografii mało takich przedziałów czasowych, do których wracał z nostalgią, chociaż stanowiły zamknięty rozdział, a on generalnie źle reagował na przerzucanie stron, nie lubił zmian... Był z nim wtedy szczęśliwy. Miał też nadzieję, że ta kobieta będzie z nim szczęśliwa i... Daj jej wszechświecie, żeby lepiej reagowała na wymysły tego głupka. I żeby ten oprych skutecznie wcisnął bo do łba te groźby karalne. Myśli o Laurencie wróciły do niego nagle. Nie dlatego, że ich jakoś do siebie porównywał, to była... Panika. Błysk światła, kiedy wpatrywał się w Perseusa i Vesperę rozmarzonym spojrzeniem (poza tym fragmentem, w którym Sauriel go zastraszał...). Zamrugał, słysząc znajomy głos, potrzebował kilku sekund na połączenie go z twarzą, wzrok mu się od tego światła rozmył, naprawdę słabo na to zareagował. To był on. Dziennikarzyna z Lammas, ten co go Jim przeganiał tekstami religijnymi, a on się i tak uśmiechał wesoło i mrugał... Pomyślał o Laurencie bo to był ostatni człowiek jakiego tutaj widział, a o którym wiedział, że faktycznie mógł zechcieć wyciągnąć go z opresji, w jaką zamierzał sam się wpakować - no bo mu przecież to obiecał. Ale on stąd zniknął i nie mógł pobawić się w rycerza, Alexander tkwił chuj wie gdzie, nikogo innego tu nie było. Tylko on i ten koleś z aparatem, tak samo wysoki, dobrze ubrany i wesoły jak wtedy. Irytujący - ale co z tego, że irytujący, kiedy ty nie posiadasz niemal żadnych hamulców. Crow wyszczerzył się więc, niemalże szyderczo. - Poczekaj aż zobaczysz jak gram na dudach - rzucił jak gdyby nigdy nic, ale wiadomo było jaki obraz chciał tym przywołać do umysłu Bagshota. Zwłaszcza, że kiedy ten się zbliżył, Crow zadarł podbródek do góry, żeby lepiej widzieć jego oczy i lekko rozchylił usta. Durny żart mający uderzyć w umysły ludzi w tym samym kręgu zainteresowań. - Zajebiście. Skąd to pytanie? Nie wolisz dowiedzieć się więcej o mnie? - Czy jednak Jim zapisał się w jego pamięci bardziej złapaniem go za tyłek? Mógłby go złapać za ten krawat, zobaczyć czy dzisiaj też będzie taką kokietką, ale ceną za to było pewnie coś gorszego niż zostanie stąd wywalonym na zbity pysk. Nie pasował do tych ludzi i nie lubił ich, uważał też, że miał ku temu sensowne powody. Zamiast tego zaoferował mu tacę z drinkami. Alkohol był czarny jak smoła, ale dało się dostrzec w nim czerwone drobinki brokatu. No... o ile widziało się kolory. RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Christopher Rosier - 27.05.2024 Jest z Millie, a gdzie, to ona zdecyduje Christopher Rosier pojawił się na weselu Blacków, głównie dlatego, że miała to być wielkie wydarzenie, a on lubił bywać na wielkich wydarzeniach. Przypominać o swoim istnieniu, nawiązywać odpowiednie kontakty i z przyjemnością upewniać się, że jego kreacje to jedne z najpiękniejszych – jeśli nie najpiękniejsze – na sali. Na tę okazję przygotował stroje dla czterech panien (Christopher nie szył w końcu dla każdego, na tym budował swoją markę…), i wypatrywał ich już w kaplicy: w tłumie dość szybko dostrzegł czerwień sukni Victorii Lestrange. Druga panna odziana w suknię jego projektu – jasną, więc wyróżniającą się na tle czerni i szkarłatu – stała u jego boku. Rosier, sam odziany czarno – czerwoną szatę własnego projektu, sam nie był pewny, co strzeliło mu do głowy, że przyprowadził tutaj Mildred Moody. Lubił ją oczywiście, ale to nie wystarczyłoby, żeby tu z nią przyszedł, bo chociaż jej krew większość pewnie uznałaby za nieakceptowalną do małżeństwa, to za dość akceptowalną na randki, to jednak Blackowie słynęli z konserwatyzmu. Może trochę wiodła nim przekora. Może to, że jego była dziewczyna prawdopodobnie się tutaj pojawi. Może że w głębi ducha bawiła go trochę idea wprowadzenia tutaj Millie i pozwolenia jej na udawanie kogoś zupełnie innego – nie żeby ciągnął ją tutaj siłą, i nie uprzedził, jakie poglądy ma organizatorka wesela. A może coś innego. Zresztą, chyba rodzony brat miałby trudności w poznaniu jej po tym, jak dostała makijaż i fryzurę u Potterów, z magicznymi kosmetykami i założyła na siebie kreację Domu Mody Rosier, prostą, podkreślającą jej delikatną urodę. Teraz, choć nie przyznałby się tego przed samym sobą, trochę się bał, czy nie przegiął struny. Mimo to starał się robić dobrą minę do złej gry, nawet jeśli był nieco zdenerwowany. Nie pokazywał tego jednak, a pewność siebie, którą zawsze się charakteryzował, wydatnie w tym pomagała. Ot na wszelki wypadek lawirował tak, by unikać niektórych członków rodziny i przyjaciół, niby to przypadkiem. Zostawił prezenty na stole (damską szatę oraz męską marynarkę z Domu Rosierów, wprawdzie nie jego projektu, ale najwyższej jakości), wpisał parę słów do księgi gości. Obiad i pierwszy taniec upłynęły jednak bez żadnych wielkich problemów, i Christopher się rozluźnił. – Masz ochotę zatańczyć czy wyjść do ogrodu? – spytał. RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Annaleigh Dolohov - 27.05.2024 Peregrinus, Lyssa, Vakel, Annaleigh - przy wejściu
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=NC57WIE.jpeg[/inny avek] Tak naprawdę nie wiedziała, czy lubi wesela. Gdyby ktoś zadał jej to pytanie odpowiedziałaby twierdząco, ale tak naprawdę za każdym razem, gdy lądowała na podobnym przyjęciu widziała swój własny ślub z Vakelem, a biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia, cóż. Tamten akurat był śmiechu warty. A jednak wyruszyli na uroczystość razem. Wysłuchali ceremonii, która zapewne byłaby ujmująca, gdyby nie to, że przez jej cały czas trwania zastanawiała się, czy młoda para naprawdę stanęła tu z miłości, czy raczej z obowiązku, który spadał na rody o szanowanej historii. Pojawili się na przyjęciu, posyłając uśmiechy, składali życzenia, a nawet kulturalnie zjedli posiłek, nie wywołując przy tym żadnego skandalu, choć czuła czasem na swoich plecach spojrzenie, które mówiło, że Vakel ma na to wielką ochotę. Chciała mieć już za sobą tą całą farsę. Najchętniej udałaby, że źle się czuje i zniknęła, udając się na spoczynek do domu, miała jednak jeszcze kilka osób, z którymi wypadało jej porozmawiać. Przyzwoitość nakazywała jej jeszcze trochę pocierpieć. Socjalne powinności, choć upierdliwe, realizowała z najwyższą starannością, tak jak wpoiła jej matka. Szkoda, że czasem się myliła. Towarzystwo pana Trelawney’a wcale nie pomagało. Pamiętała ich rozmowę w gabinecie i coraz częściej zdawała sobie sprawę, że za chwilę mogła się okazać mieć w posiadłości samych wrogów. Nie, żeby wzbudzało w niej to zdziwienie, mogła przewidzieć podobny rozwój wypadków, nastawiła się nawet na niego, a jednak, cóż, nadal czuła się przezs to źle. Coraz bardziej zastanawiała się, czy cokolwiek co starała się panicznie ratować, miało jeszcze sens? Stała więc, wśród ich czwórki, w czerwonej, dopasowanej sukni ozdobionej czerwonymi kryształkami, układającymi się w wzór delikatnych gałązek ozdobionych nierozwiniętymi różyczkami, spływającymi w dół sukni. Do ramion, miała przyczepioną delikatną pelerynę, przechodzącą w tren, ciągnący się za nią delikatnie. Wyglądała ładnie. Idealna dama, na którą miło było zawiesić oko, z która można było wymienić uprzejmości, która posyłała uśmiechy i odpowiadała na puste komplementy. Czuła się jednak w tej chwili jak chwast, którzy pozostali najchętniej by wyplenili. Rozmawiali właśnie z jednym z dalszych kuzynów Annie, gdy doszła ich wymiana słów pod drzwiami. Uniosła wysoko brwi, w pierwszym odruchu chcąc spojrzeć znacząco na Vakela, w starym przyzwyczajeniu, szybko jednak zacisnęła wargi w wąską linię, powstrzymując się przed tym. Choć musiała się lekko uśmiechnąć na docinki Lyssy. Szkoda, że nie wybrała innego partnera na ten wieczór. - Zabawne. Wydawało mi się, że jesteśmy na sali od co najmniej godziny, a jednak mamy za chwilę się pojawić - wytknęła, zerkając znudzonym wzrokiem na zawartość kieliszka, która zapewne miała jej starczyć na większość wieczoru. Szkoda, miałaby wymówkę, by transportować się w inne miejsce. Choć w tłumie wypatrzyła już kilku kuzynów, którzy mogli też stanowić dla niej ratunek. RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Millie Moody - 28.05.2024 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=YHRJi8N.jpeg[/inny avek] przy wejściu, idziemy na parkiet Obok Rosiera, z ręką wsuniętą pod jego ramię kroczyła niespiesznie milcząca kobieta, odziana bez dwóch zdań w projekt, który wyszedł spod Rosierowej ręki. Matowa satyna w tonach jasnej słodkiej brzoskwini ocieplonej muśnięciami lipcowego słońca, niczym druga skóra rozlewała się drapowaniem po smukłej, wyprostowanej dumnie sylwetce. Jej kruczo-czarne włosy spięte zostały w ciasny kok nieco powyżej linii karku, wydobywając owal twarzy, pozwalając zaistnieć dla świata długiej, łabędziej wręcz szyi pozbawionej jakichkolwiek ozdób. Jedyną biżuterią niewiasty pozostały dwa złociste topazy, miodowe oczy, które spoglądały na świat otaczający kruchą, porcelanową lalkę. Niewinność tej istoty, przełamywał tylko głęboki, zahaczający o granice dobrego smaku dekolt na plecach, eksponujący piękno łagodnych krzywizn kręgosłupa, próżno było szukać jakiejkolwiek skazy, jakiejkolwiek blizny choćby i tej, która przecież była jej chlubą... Nie sądziła, że Christopher po tym jak wystawiła go trzy miesiące temu (Ale zdajesz sobie sprawę z tego, że leżałam w śpiączce zadufany w sobie dupku!?) będzie chciał w ogóle z nią rozmawiać. Że będzie chciał kończyć projekt, który zrządzeniem losu zaczęli przed Beltane. Czyj to był pomysł? Czy nie chciał jej udowodnić, że będzie miała gdzie założyć jego kreację? A może poczuł się urażony, że jego inną suknię nosiła na wioskowej potańcówce? A może myślał, że stchórzy, że podkuli ogon, że nie podejmie rzuconej przez niego rękawicy? Że nie da się uczesać jej splątanych włosów, które rwała z głowy jeszcze tydzień temu, w obawie, że znów odrzucą jej prośbę o zwolnienie z Lecznicy Dusz? Że będzie wkładać palce w pomalowane ślepia, że zająknie się choćby słowem o dyskomforcie jaki czuła mając nakładane kolejne warstwy magicznego makijażu? Czy sądził, że stchórzy, gdy ją ubrał, gdy stanęła przed lustrem i nie mogła mu odmówić słuszności pomysłu, idei w której szata jest tylko pretekstem, konceptem, w którym piękno nie potrzebuje dodatków, aby się obronić. Nienawidziła swojego ciała, ale to nie było jej ciało. Materiał w kolorze skóry, pozwalał stracić rozeznanie, gdzie co się zaczyna. A więc była suknią sunącą długim trenem po marmurowym korytarzu. Suknią gnącą się, falującym drapowaniem, szelestem małych splotów, oddechem lata, słodką wonią magnolii. Brakowało tylko sztyletu wbitego w okolice żeber, aby zakwitła czerwienią, jak wszyscy wkoło. – Wolę zatańczyć – odpowiedziała mu miękko. Polubiła to uczucie, powolne kołowanie w rytm cichej muzyki, dni i noce spędzone na rysowaniu pozwoliły jej otworzyć oczy na subtelności, pozwoliły jej zachwycić się światem w ruchu. A może to leki? Łagodny uśmiech pojawił się na twarzy, której kanty i zjadliwość skutecznie tuszował makijaż. W cichym westchnieniu odwróciła się tylko na moment w kierunku grupki stojącej opodal drzwi, jej spojrzenie osiadło na nim, na dojmującym braku aureoli ciemnych loków, na dwóch smutnych węglach osadzonych w bladej, wychudłej twarzy. Grin...? zdziwiła się, spuszczając momentalnie wzrok na swoją własną dłoń, w niemym zdziwieniu, że jest znów bladą kanwą, że nie ma na niej akwarelowych barw, które dał jej tamtego dnia. To był tylko moment, kroki prowadziły dalej, w głąb sali, do muzyki. Do zapomnienia. RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele - Anthony Shafiq - 28.05.2024 Sala bankietowa
Po złożeniu życzeń i dopełnieniu innych formalności, uciekł taktycznie pozostawił swoją partnerkę, dołączając do Victorii przy fontannie czekoladowej
Bogowie jedni wiedzieli, jak bardzo, z całego serca, dogłębnie i szczerze Anthony J. Shafiq nienawidził wesel.
Ci sami bogowie byli świadkami wielokrotnego jego w tych weselach udziału. Dyplomata od czasu powrotu z Francji, od momentu, gdy pochował swoją ukochaną przyjaciółkę i żonę Edith, od tego czasu nie opuścił żadnej okazji by móc przyjść na tego typu uroczystość i patrzeć. I czekać. I zastanawiać się, jak skończy się ten związek, ta relacja. Rozwód, czy grobowa deska? Skandal, czy szczęśliwe dożywocie? Kiedyś zacznie częściej chodzić na pogrzeby niż wesela, tego był pewien. Pewnie już wkrótce szala przechyli się, na rzecz świętowania innej drogi, a tak się składało, że szata kolorystyczna tej uroczystości aż nazbyt przypominała mu o tym. Posępny w środku, lecz nie była to dla niego pierwszyzna, by roztaczać swój urok jak gdyby nigdy nic. Pakiet podręcznych rozmówek towarzyskich i soczystych anegdotek, wyświechtane opowieści dotyczące Kambodży, która wciąż, ku zdziwieniu wielu, nie leżała w Afryce. I wszystko byłoby doskonale, wszystko byłoby jak zawsze, gdyby wybrał sobie jako partnerkę kogoś, kto głównie zająłby się ładnym wyglądaniem, ewentualnie wsparciem w rozmowie. Tymczasem uznał, że warto byłoby wprowadzić na salony nową amerykańską ambasadorkę, uroczą Tony'ę Switchtone, która jednak przy bliższym poznaniu... – O mój boże! Jak tu ekstremalnie pięknie! Tak rustykalnie, dziwie się, że zdecydowano się na tak ciasne przestrzenie, ale takie kameralne założenia mają oczywiście swój urok! Czy ktoś będzie śpiewał? Ta ceremonia była bardzo długa! Nie lepiej byłoby ślub humanistyczny? Powinniście się już dawno desekularyzować! Chociaż było to urocze! – Jej głos wżerał mu się w głowę, blond loczki podrygiwały za każdym razem gdy z zaciekawieniem obracała głowę, komentując absolutnie wszystko, a każde wypowiedziane zdanie brzmiało tak, jakby zwieńczone było wykrzyknieniem. Wykrzyknikiem, bijącym w niego, jak gwóźdź wbijany do głowy. Do trumny. Chwile spokoju miał podczas składania życzeń, gdzie cowgirl ograniczyła się do kilku wyświechtanych frazesów. Anthony odczekał chwilę, aż kobieta odsunie się pokrzykiwać z pewnej odległości, by samemu skupić się na młodej parze. – Perseuszu, przyjacielu, dla Ciebie nie mam nic, ponieważ dziś w końcu, w Twoich dłoniach znalazł się najwspanialszy dar, jaki mógłby otrzymać mężczyzna – masz w objęciu ukochaną kobietę, gwiazdę ściągniętą wprost z firmamentu wszechogarniającego nocnego indygo, żaden więc mój podarek nie byłby wstanie choćby przebić się do Twojej rozkochanej świadomości, przedświadomości i nieświadomości... Dla Ciebie Vespero przyniosłem jednak małą drobnostkę. O ileż kapłan połączył Was uświęconym węzłem małżeńskim, o tyle ja ze swojej strony składam w Twe ręce te zdecydowanie mniej święte gwaranty stałości Twojego małżonka. Używaj ich z rozwagą, i dobierzcie mądrze słowa przed pierwszym użyciem. – Przekazał jej w dłonie rzeźbioną, bogato zdobioną złotą inkrustracją owalną skrzynkę. W środku zaś było pięć zaklętych, pięciojardowych motków splecionych ciasno ze sobą złotem i czernią satynowych lin. Przyjęcie trwało, obiad został zjedzony, a on marzył o tym, by uciec jak najdalej stąd. Szczęśliwie Tony'a znalazła sobie w końcu kogoś innego, komu zaczęła ćwierkać nad głową, kogoś młodszego z pewnością, choć tym razem Anthony nie zamierzał na to narzekać. Wymówiwszy się w kilku słowach, choć szczerze wątpił, czy jego dzisiejsza partnerka zwracała na to uwagę, ruszył do fontanny czekolady, gdzie dostrzegł Victorię. Cóż, nie mógł odmówić sobie chwili rozmowy z nią, z resztą... było nie było, obiecała mu taniec ledwie kilka dni temu. – Czyżby Rosier z tych najbardziej, najrzadziej widywanych? – zagadnął łapiąc za czarną truskawkę i maczając ją w czarnej cieczy pachnącej kakao. – Muszę w zaufaniu Ci się przyznać, że chyba nigdy nie widziałem dekoracji, które tak bardzo mieszałyby mi w głowie, czy to pogrzeb, czy ślub. To jest jedna z tych nielicznych chwil, kiedy wolałbym, żeby pan młody nazywał się White. Toż tu wszystko jest czarne... – Ułomność widzenia Anthony'ego rzadko kiedy mu doskwierała aż tak. Tymczasem niemożność widzenia czerwonego sprawiała, że... cóż. Ciężko było mu docenić kunszt dekoratorów. Sam, jako ambasador marki domu Rosier, zdecydował się na marynarkę w odcieniach głębokiego burgundu, który szczęśliwie posiadając niebieskie tony zdawał mu się po prostu przyjemnie szafirowy. Klapy uniesione ku górze zdobiły wyszywane ważki mieniące się białym złotem, ważki które co jakiś czas przesuwały się w migotliwym tańcu, każdorazowo zmieniając swoje ułożenie. – Uczynisz ten zaszczyt staremu dziadkowi? – zapytał unosząc prawą brew szarmancko, ujmując jej zimną dłoń. Nie dbał o to tak długo, jak miało to przynieść jej komfort, ułudę normalności nim w końcu uda się znaleźć rozwiązanie na ten problem, niedługo w Afryce, czy za miesiąc w Azji. Nosił w sobie nadzieję w tej sprawie i w kontakcie ze swoją młodszą krewniaczką, krzesał jej tak wiele, aby możliwie uczciwie okazywać ją i podnosić biedaczynkę na duchu. A jeśli tylko powiedziała tak, w wirowym walcu zamierzał sprawić, by na moment zapomniała o tym wszystkim, tak jak on chciał zapomnieć, że byli na ślubie, który zdawał się ostatecznym pożegnaniem. [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=DOGBkON.png[/inny avek] |