![]() |
|
[13.08 | Laurent, Victoria & Anthony] I got a spell for it - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20) +--- Wątek: [13.08 | Laurent, Victoria & Anthony] I got a spell for it (/showthread.php?tid=3372) Strony:
1
2
|
RE: [13.08 | Laurent & Anthony] I got a spell for it - Anthony Shafiq - 12.06.2024 Z pewnym cieniem uśmiechu na pociągłej, arystokratycznej twarzy, zauważył, że Laurent czuje się coraz lepiej. Widział to w jego gestach, w mimice twarzy na która powracała pewność siebie i charakterystyczny czas, który przywodził na myśl villę, albo selkie. Widywał już tę pozę na przyjęciach, gdy mijali się pośród rozbawionych tłumów, zastanawiał się wtedy zwykle czy to maniera, repertuar po który chłopak sięgał na okoliczność towarzyskich spotkań, czy natura gwiazdy szukającej poklasku w oczach, na ustach innych. Nigdy jakoś nie było im po drodze, by rozmawiać ze sobą dłużej, jakby leżeli poza swoimi kręgami zainteresowań, nie dzieląc pasji, ani też interesów. Nigdy nie było okazji, aż do dziś, gdy brak widowni niejako zmuszał ich do konfrontacji. Anthony był zaciekawiony cóż też kryje się pod tą jasną czupryną. Jakie pragnienie. Jaka potrzeba. Przeszło mu nawet przez myśl, choć tego nie był przecież pewien, że jego gość mógłby mieć w swej kokieteryjnej naturze pragnienie aby podejść i odgiąć kilka łusek na piersi gospodarza w poszukiwaniu smoczego serca. Czy zdziwiłby się bardzo dostrzegając jego brak? W końcu, jak wiele osób wiedziało o tym, że zostało ono złożone jako wotum u stóp słonecznego bożka? Jak wielu osobom chciałby o tym powiedzieć? Był czas, gdy sama myśl napełniała go trwogą, ale to należało już do przeszłości.
Z pewnym cieniem uśmiechu obserwował swojego gościa jak pił, jak myślał, jak próbował zrozumieć jaka to jest próba, jeśli w ogóle jakaś była. Anthony sam upił dwa łyki, nawet trzy i z przyjemnie otwierającym oczy uniesieniem brwi odpowiedział pytaniem na pytanie: – Hm? Czy nie miałem winnicy we Francji? – odłożył kieliszek ze stuknięciem szkła na stolik, po czym przesunął go o ćwierć cala w głąb, dla zachowania złotej proporcji między brzegami w węższej części stołu. Przez moment patrzył na ów stół przez pryzmat kryształu wypełnionego niemalże pociągniętym złotem napitku, jasnym jak sierpniowe popołudnie. Przez moment znalazł się w innym miejscu, pozwalając milczeniu wybrzmieć między nimi szumiącym wiatrem przemykającym po południowym zboczu. Był koneserem. Był w stanie znaleźć tę winnicę po samym smaku, ustalić nie tylko kraj i region, ale dokładny adres. Niemalże wiedział z której części tego miejsca dokonano zbioru, jakie drzewo osłaniało swoimi gałęziami część winorośli. Niemal czuł na podniebieniu to wszystko co w dniu, gdy spróbował tego wina po raz pierwszy. – Sądzę, że takie sprawy powinno załatwiać się od ręki, a skoro jest możliwość. Za moment będzie Victoria, sądzę, że Garrik nie będzie robił problemów. To w końcu sytuacja nadzwyczajna. – Dopił wino i podniósł się ze swojego miejsca. – Muszę jeszcze coś sprawdzić przed wyjściem, Twoje ubrania są już gotowe, nie zamierzam trzymać Cię w dyskomforcie przebywania w salonie w samym szlafroku. – Kiwnął głową w kierunku zydla stojącego przy drzwiach od łazienki, na którym rzeczywiście czekały odświeżone białe pióra dla już nie tak upadłego anioła. Anthony tym czasem zgodnie ze słowami przeszedł do korytarza i ruszył w głąb do biblioteki. Skoro mieli iść do Ollivandera, wypadał jakoś połechtać starego różdżkarza, o którego w zabieganiu nie dbał zbytnio. Może też warto byłoby mu wspomnieć, że nie zostanie tak szybko teściem? RE: [13.08 | Laurent & Anthony] I got a spell for it - Victoria Lestrange - 12.06.2024 Dla Victorii to był dość intensywny wieczór; właśnie trzeci raz sprawdzała, czy na pewno wszystko, czego potrzebuje na Wielką Wyprawę do Afryki, ze sobą spakowała, czy nie zapodziała jakiejś Bardzo Ważnej Rzeczy w losowym miejscu w swoim domu (wątpliwe, Victoria była bardzo poukładaną osobą i miała też wszystko poukładane w domu, absolutnie każda rzecz miała swoje miejsce), albo czy może Ktoś jej czegoś dla żartu nie przestawił. Sprawdzała właśnie z listą, czy wszystko ma: dokumenty, odpowiednie ubrania, zezwolenia, przewodnik (tak na wszelki wypadek…), zapas podstawowych, ale jakże przydatnych eliksirów, czekoladowe żaby, dodatkowe pieniądze, adresy i inne sprawunki. Ba, na dno swojej torby podróżnej wrzuciła nawet odznakę aurora i kajdanki, tak na wszelki wypadek. Miała się zerwać z łóżka w środku nocy, żeby razem z Brenną zdążyć na statek i właśnie myślała, czy to nie dobry moment, by wziąć dłuższą kąpiel, kiedy wielkie ptaszysko zastukało w szybę jej sypialni, a jej dwa koty zaczęły się jakoś bardziej interesować oknem. Lestrange przekrzywiła głowę, zaskoczona, widząc bardzo charakterystyczną harpię królewską czekającą, aż wpuści ją do środka, a która trzymała w łapie list. W pierwszej chwili pomyślała, że może to Anthony życzy jej dobrej podróży, wszak wiedział doskonale, kiedy Victoria wyrusza w podróż, w drugiej zaś chwili przyszło jej do głowy, że może nastąpiły jakieś problemy w ostatnim momencie i Anthony chciał ją o tym poinformować? Dość niecierpliwie dorwała się do listu, ale jego treść była ostatnim, czego się spodziewała tego wieczoru przeczytać. Pobladła. Nagle to całe pakowanie się przestało być takie ważne. Jej koty straciły zainteresowanie Ptolemeuszem i zaskoczone patrzyły na Victorię, która nagle nie poruszała się powoli, jakby miała czas na wszystko na tym świecie, a która dość chaotycznie porwała z garderoby losową torbę na ramię i jeszcze bardziej na chybił–trafił (zdawałoby się) zagarniała z szafki fiolki z eliksirami i jakieś puszeczki z maściami czy innymi pastami. List od Anthony’ego porzuciła na szafce nocnej i nawet się nie przebrała z tych domowych ubrań (spodni i koszuli, ale dużo mniej eleganckich, niż jakby miała zaplanowane wyjście; ta czarna koszula była wręcz prześwitująca, tak, że było nieco widać czarny, koronkowy biustonosz) i po prostu pognała do swojego kominka, zakładając pierwsze lepsze buty, jakie nawinęły jej się pod nogi – zaś w tym czasie Ptolemeusz odleciał. ***
W jednej sekundzie wrzucała proszek Fiuu do kominka w salonie, a w drugiej wychodziła z kominka na dole kamienicy na alei Horyzontalnej. Stamtąd obrała pospieszną drogę po schodach, gdzie było słychać jej miarowe, wcale nie spokojne stukanie szpileczkami, a później zupełnie nieeleganckie łomotanie w drzwi. Te po chwili się otworzyły – to skrzat, w jakże gustownym wdzianku lokaja jej otworzył, a Lestrange, niczym ta burza wyminęła go, nie pozwalając nawet dojść do słowa i… – Laurent! – ani trochę się nie przejęła, że siedział tam w szlafroku (a może już nie siedział, może właśnie zmierzał do taboreciku i skrzętnie ułożonych i wyczyszczonych ubrań?). Fryzura Victorii była trochę w nieładzie, zmierzwiona pędem, niektóre kosmyki już zdążyły się wydostać spod gustownej spinki, która je do tej pory trzymała, by jej nie przeszkadzały. – Jesteś cały? Nic ci się nie stało?! – zmartwienia nawet nie trzeba było szukać w jej głosie, ono było słyszalne od samego początku. I gotowa wręcz była rzucić się Prewettowi na szyję, jeśli tylko się upewniła, że nie zrobi mu tym krzywdy, a dopiero po tym był czas, by poszukać wszystkich widocznych siniaków i otarć. Anthony’ego z kolei nigdzie nie widziała… RE: [13.08 | Laurent & Anthony] I got a spell for it - Laurent Prewett - 12.06.2024 Przyzwyczaił się i brał za normę, że pod skórą, do której dociskał dłoń czy usta nie było serc. Każde jedno było już zabrane, złożone komuś innemu, albo na chwilę tylko pożyczone, żeby potrzepotało jak na mięsień przystało przy odrobinie wrażliwości i słodkości. Lepiej zabrzmiałoby tutaj pytanie, czy to w ogóle go obchodziło? Kawałek Raju - przecież tym ta biel się stanie. Mieszanka winnych myśli z kilkoma gestami mogła powieść człowieka do walca z samym sobą, a dopiero do tanga, kiedy było je z kim zatańczyć. To samo, co było jego strachem, było i uzależnieniem. Nie widział już własnego boga - więc może chociaż dojrzałby tego, ku któremu zwracał swe miłostki i lęki Anthony Shafiq? Gdzie go zostawił - to swoje prywatne słoneczko? Jak bardzo tęsknił? Jak bardzo wątpił w moralność swoich pazurów i ukrytych kłów, słuszność smoczego ognia, w którym wypalał swe życie? Laurent nie potrafił tkać myśli z tych krótkich i drobnych nici, jakie zostały mu podane i odbierał bardzo nieswoje wrażenie, że druga strona mogłaby powiedzieć o nim więcej niż on sam o nim. Nawet nie próbowałby się porównywać do prawdziwych znawców trunków - takich jak właśnie Anthony. Szanował to, jaką posiadał na temat win wiedzę i jak pewnie potrafił odróżnić każde z nich i nawet ocenić dokładny rocznik. Równie dobrze mogła ich dzielić przepaść - mniej więcej tak tę różnicę widział. Przede wszystkim - nie widział w tym też niczego złego. Dzięki ludziom tkaim jak Anthony o niektórych rzeczach można było posłuchać z pasją. Tutaj jednak ta pasja nie została przekazana. Stała się zupełnie ukryta, kiedy mężczyzna się zamyślił, a Laurent nie zamierzał go z tego zamyślenia wybijać. Tak jak nie zamierzał więcej moczyć ust w winie, bo ostatnio miał za duże zadatki na to, żeby pić nieco za dużo. - Victoria? - Zdziwienie skupiło jego uwagę w pełni na mężczyźnie. Och nie... Prawie to, co pomyślał, wypowiedział, na szczęście powstrzymał się w ostatnim momencie. Westchnął. Nie chciał jej martwić. I to upokorzenie było wystarczająco męczące dzielone z jedną osobą - chciał to zakopać głęboko pod ziemią... w sumie to i tak by jej powiedział, ale nie musiałaby go oglądać tu i teraz. Podniósł się, nie przeszkadzając gospodarzowi, chociaż przez moment się za nim obejrzał. Wyprostowane plecy, idealnie leżąca na plecach koszula... Myśli były zdradliwe. Tak samo jak wyobraźnia, która podsunęła wizję, że przesunięcie dłońmi po tych plecach byłoby bardzo przyjemne. Skierował się do swoich ubrań chcąc jak najszybciej się ubrać, zanim Victoria tutaj wpadnie... i wpadła. Zanim dobrze do swoich ciuchów dotarł to już tutaj była. - Spokojnie, Victorio... - Nie spodziewał się zupełnie innego. Kiedy jest się takim pechowcem życiowym, jak on, to ludzie potrafili być przewrażliwieni na każdą zmiankę, że COŚ się wydarzyło. Nie miał pojęcia, co Shafiq napisał do kobiety, ale ewidentnie ujął to tak sprawnie, żeby ją nastraszyć. Nawet pasowałoby mu do niego, że zrobił to specjalnie, żeby na pewno się zjawiła. Może to daleko posunięty "strzał", ale Anthony miał ten błysk w szarych oczach... Błyszczały też piękne, ciemne oczy Victorii, tylko że nie tak, jak chciałby je widzieć błyszczące. Była zaniepokojona. Przytulił ją do siebie widząc, że ona się wahała. - Spokojnie. Nic mi się nie stało. - Zapewnił ją, ale zaraz dał się odsunąć, bo wiedział, że mu nie uwierzy na słowo i musi się sama przekonać. - Nieco zdarłem skórę... - Wysunął dłoń w jej kierunku, żeby pokazać jej wnętrze - zdarł ją, kiedy upadł i ratował się przed upadkiem rękoma. - Pan Shafiq był na tyle uprzejmy, że mi pomógł. - I który przeszedł zbyt gładko na "pet Ty" względem jego, ale Laurent nawet nie uważał tego za wielce nieprawidłowe. Był w końcu starszy. RE: [13.08 | Laurent & Anthony] I got a spell for it - Anthony Shafiq - 17.06.2024 Intencja była kluczem, ale jak trudno dostrzec ten klucz pośród całego mrowiu domysłów i spekulacji? Na ile list do Victorii był pisany specjalnie po to, by maksymalnie skrócić czas bytności obu mężczyzn tylko we dwoje? Na ile Anthony nie ufał Laurentowi, którego zachowania i spojrzenia jeszcze z poprzednich ich spotkań mógł przecież odczytać całkiem łatwo jako zainteresowanie wykraczające poza zwykłą rozmowę. Na ile Anthony nie ufał sobie w tym całym układzie prywatności, w jaką zaprosił sponiewieranego przez opryszków mężczyznę. Na ile to było celowe, na ile to był przypadek, odpowiedni splot zdarzeń, dzięki któremu nikt nie mógł mieć wątpliwości co do czystości podejmowanych przez niego akcji.
Przyjaciele przyjaciół, są moimi przyjaciółmi. I tak to powinno zostać. Słysząc głos Victorii, wyjrzał ze swojego gabinetu. – Gołąbeczko, jak dobrze Cię widzieć! Szczęśliwie mam już butelkę odpowiedniego wina na okoliczność tej przysługi, o którą za moment będziemy prosić. Musimy natychmiast udać się do Ollivandera, te nicponie zawłaszczyły sobie też różdżkę Laurenta, uwierzyłabyś?– Na moment jeszcze zniknął za drzwiami, by wrócić do nich w lazurowej marynarce z egzemplarzem Châteauneuf-du-Pape. Gotowy do odwiedzin w sklepie z różdżkami. – A gdzie...– nim dokończył potężne uderzenie o okno oznajmiło wszystkim powrót Ptolemeusza, który gniewnie przez szybę łypał na Victorię, która przed chwilą była gdzie indziej. Choć może harpia miała to do siebie, że zawsze patrzyła gniewnie. Anthony uśmiechnął się na widok pupila i rychło otworzył mu zaklęciem drogę do apartamentu tylko po to by dać mu zawczasu przygotowany liścik do Garricka i wypuścić na powrót tą samą drogą. – Victorio wina nim wyjdziemy? Chyba przeszkadzasz Laurentowi w procesie ubrania się. – zasugerował miękko sięgając po trzeci kieliszek. – To z pewnością zasmakuje Ci bardziej niż lammasowe. Nawet podniebienie pana Prewetta doceniło ten bukiet. – zęby błysnęły w lekkim uśmiechu, gdy dolewał sobie i pytająco spojrzał na roztrzęsioną aurorkę. RE: [13.08 | Laurent & Anthony] I got a spell for it - Victoria Lestrange - 17.06.2024 Potrafiła się ruszać zadziwiająco szybko kiedy tylko tego chciała, albo była w nerwach, nic więc dziwnego że zaskoczyła biednego Laurenta, który przemykał właśnie do łazienki, bo raczej nie miał okazji jej oglądać za bardzo w takich warunkach, wszak ich spotkania do tej pory były zaplanowane mniej czy bardziej i warunki też były kontrolowane. Odchylenie od normy nastąpiło, kiedy wpadła do niego w mundurze aurora po nieszczęsnym artykule w Proroku, i na całe szescie nie tylko jej przyszedł ten sam pomysł do głowy… a teraz było to. Oczywiste było, że się zmartwi, że jak tylko będzie mogła to tutaj wparuje. Czy była to manipulacja? Nawet nieszczególnie się trzeba było nad tym głowić, wystarczyło trochę znać Victorię, znać jej relację z Laurentem… i oto była, jakże przewidywalnie. I jakże przewidywalnie przyglądała się teraz twarzy Laurenta, już po tym, gdy ją objął, a ona objęła jego. – Jakie nic się nie stało! Jakby się nic nie stało, to byś tutaj nie był, a ja nie dostałabym tego listu… – nawet nie pomyślała o tym, że to, że jest w tym szlafroku, jest jakoś niewłaściwe, że kryło się za tym jakieś drugie dno – właśnie przez ten list i wzmiankę o napaści na Laurenta. Uniosła nawet dłoń, żeby delikatnie przejechać nią po jego policzku, a po chwili pokazał jej dłoń. I w tym momencie Anthony wystawił głowę ze swojego gabinetu. – Nawet różdżkę? Co to ma być. Na Pokątnej?! – już raz na Pokątnej i ją okradziono, ale Sauriel dogonił tego śmiałka, więc skuła gnojka i zaprowadziła do aresztu… ale różdżkę? Na co komu czyjąś różdżka, przecież te często nie chciały się słuchać nowego właściciela… załamała nad tym ręce. – Chcesz to zgłosić? Powinieneś – dodała, na nowo patrząc na Laurenta, ale bardzo łagodnie. Namawiałaby go, żeby to zgłosił, ale oczywiście jeśli nie będzie chciał, to miał do tego pełne prawo. Uderzenie w szybę oznajmiło powrót Ptolemeusza, na którego Victoria tylko na moment zwróciła uwagę. – Odleciał zanim zdążyłam go wziąć ze sobą – powiedziała tylko, a harpia wyglądała na zaskoczoną i zła, że Victoria jednak była od niego szybsza, jakby to były jakieś wyścigi, które właśnie przegrał. – Niech będzie, nalej mi trochę, ale nie za dużo, bo przede mną krótka noc – uśmiechnęła się do Anthony’ego i odsunęła się od Laurenta. Zupełnie, zupeeełnie jej nie przeszkadzało że biedny był tu w tym szlafroku… ale dobrze. Skoro już się upewniła, że to nic krytycznego, to mógł pójść się ubrać. – Zajmiemy się tym zanim pójdziemy, dobrze? Tą ręką – dodała, żeby zaraz Laurent nie próbował jej uciec, kiedy już się ubierze. Kiedy wszedł do łazienki, podeszła do Anthony’ego, by cicho powiedzieć mu: – Dziękuję. Że się nim zająłeś – Laurent znaczył dla niej bardzo, bardzo wiele… i może nie chciał jej martwić, ale ona właśnie chciała być martwi ona, żeby móc zadziałać, a nie tylko słuchać bezczynnie i patrzeć na efekty, na które nie mogła już nijak wpłynąć. Pozwoliła więc sobie nalać wina, a w tym czasie wydobyła z torebki dwa słoiczki; jeden z maścią na rany, a drugi z maścią na siniaki. RE: [13.08 | Laurent & Anthony] I got a spell for it - Laurent Prewett - 17.06.2024 Robił się mały w środeczku, kiedy widział taką rozedrganą Victorię, z takimi wielkimi oczami, która upewniała się, że nic mu nie jest. Czym różnił się od bezradnego dziecka, którym trzeba się zająć? Powinien naprawdę zacząć chodzić z ochroniarzem. Ojciec miał rację. Gdyby dotarło to jeszcze do Edwarda... Ugh. Aż mu się niedobrze zrobiło na samą myśl. Na szczęście Victoria na pewno nie zamierzała tego nigdzie słać dalej, a Anthony..? Nie, raczej nie. A może? W co by strzelał, gdy chodziło o Shafiqa..? - Aż się boję zapytać, co mój dzisiejszy wybawca zawarł w tym liście. - Spróbował się uśmiechnąć, ale wyszło to dość smętnie. Próbował zażartować, żeby rozluźnić tę atmosferę. Ułożył dłonie na jej ramionach i pogłaskał ją delikatnie. - Naprawdę nic mi nie jest. Ucierpiała tylko moja duma. - Chociaż i tak chyba niewiele już jej jest. Godność, ha... bardzo cenny surowiec - gdzie można go zdobyć? - Tutaj, na Horyzontalnej, więc... w pobliżu po prostu. - Już nawet nie ma znaczenia, gdzie dokładnie, ale tam, gdzie zdecydowanie rozboje dziać się nie powinny. Tymczasem działy i dziać się będą. Spojrzał w kierunku gabinetu, z którego dotarł do nich głos Anthonyego, ale tylko na moment, zaraz znowu jego oczy były na Victorii. - Nie chcę. To była jakaś banda zamaskowanych dzieciaków, co mam zgłosić? Kompromitować się w urzędzie? Wolę sobie tego oszczędzić... zresztą wolę bardziej nie drażnić Atreusa... - To ostatnie zdanie dodał już ciszej, żeby Anthony niekoniecznie go słyszał. Więc tak, pewnie powinien, ale przy tym wcale nie miał ochoty i kiedy myślał o tym, CO w ogóle miałby zgłosić, to... już nie ważne. Z drugiej strony czy powinien to tak zostawiać..? Może chociaż powinno się pojawić jakieś ostrzeżenie, że takie rzezimieszki tutaj grasują? Nie wiedział teraz, nie chciał o tym myśleć - chciał kupić różdżkę i iść do domu. Zamknąć się w nim jak najszybciej. - Dobrze. Zaraz wrócę... - Dodał, kiedy mężczyzna wtrącił się, że Victoria przerwała mu właśnie przywdziewanie swoich piórek, które na szczęście zostały wyczyszczone. Zerknął w kierunku ptaka i skierował się do łazienki, zabierając swoje rzeczy. Wciągnął je na siebie, złożył szlafrok, zostawił go na półce, by było wiadomo, który powinien zostać wyprany. Więc dostali chwilę dla siebie. Dosłownie chwilę, bo Laurent miał do założenia tylko koszulę i spodnie. - Pan Shafiq nalegał, żebym udał się niezwłocznie do Ollivandera i nabył nową różdżkę. - Usiadł obok Victorii i wyciągnął w jej stronę dłoń. Oczywiście podchodził do tego prawie tak, jakby mu urwało rękę, każdy dotyk to było "ach", "och" i "boli". Bez różdżki było naprawdę dziwnie... i jeśli chodzi o urazy to ręki to właśnie tak: jak bez ręki. - To może chwilę potrwać, więc docenię samo odprowadzenie. Wiem, że masz teraz pakowanie na głowie i wyjazd. RE: [13.08 | Laurent & Anthony] I got a spell for it - Anthony Shafiq - 19.06.2024 Wino pojawiło się w trzech kieliszkach, piękne, o słomkowej barwie. Anthony nie podpowiadał w żaden sposób Victorii co ma myśleć o trunku, ale zdecydowanie był on choć "nudniejszego" koloru niż ten na jarmarku. Był też zdecydowanie bogatszy w smaku.
– Kupiłem ją kilka dni temu. Jestem bardzo... dobrej myśli. Ludzie pracują tam od lat, są nie mniej wrośli w ziemię, niż dwa szczepy, które ukochała tamtejsza ziemia. Ale ale... Powiedz jak przygotowania do podróży, macie kontakt z Darbinyanem? – przybliżył jej kontekst wina, gdy tylko Laurent zniknął za drzwiami łazienki, aby dokończyć się ubierać. Jakoś nie miał w zwyczaju plotkować, nie w ten sposób budowało się zaufanie, które przecież w momencie w którym było się obrzydliwie bogatym, zdawało się obok reputacji najcenniejszą walutą. No i chciał skorzystać z tego, że Victoria pojawiła się w jego skromnych progach apartamentu na Alei Horyzontalnej. Zajęta pani auror nie często znajdowała dlań czas prywatnie, choć byłby straszliwym hipokrytom, gdyby miał jej to wypominać. Zwłaszcza teraz, gdy słońce spoglądało nań łaskawiej. – Uprzedziłem Garricka, że będziecie. Ja mam dziś jeszcze trochę zobowiązań, ale przekażcie Ollivanderowi moje serdeczne podziękowania, pozdrowienia i tę butelkę czerwonego wina. Myślę, że zrozumie moją nieobecność, sądzę, że wybieranie nowej różdżki to bardzo prywatna sprawa, nie będę się Wam w nią wtrącał. – zmienił temat płynnie, gdy chłopak znów się pojawił między nimi. – Moja rola skończona, nie będę Was dłużej zatrzymywał. Bezpiecznej drogi moja kochana. – podniósł się, po czym podszedł do Victorii by ucałować jej chłodne czoło. – A Tobie powodzenia w wyborze różdżki. Obyś szybko odnalazł tę, która jest Ci pisana. – Uśmiechnął się ponownie, skłaniając głowę, odsuwając się o krok, jakby chciał im zrobić przestrzeń do ogarnięcia się, choć przecież drzwi wyjściowe mieli za plecami. Wyraźnie jednak jego wieczór nie kończył się w tym miejscu, a myśli już przetaczały się sierpniowym wiatrom ku jesiennej wyprawie. RE: [13.08 | Laurent & Anthony] I got a spell for it - Victoria Lestrange - 19.06.2024 Martwiła się o niego. To nie było ani skomplikowane, ani ukrywane. Martwiła się, jak normalny człowiek, o kogoś, kot jest jej bliski i drogi; martwiła się, bo ostatnie miesiące nie były dla niego łaskawe, bo ciągle coś się działo, bo ciagle ktoś robił mu krzywdę, albo czyhał na jego zdrowie. Pomyślałby kto, że to nad nią by tak wisieli: była przecież aurorką, która weszła do Limbo i nie pokłoniła się Czarnemu Panu dwa razy gdy tego wymagał. A tutaj… nic. Za to ciągle coś przytrafiało się Laurentowi. Czy może wykorzystała już swojego pecha na samo to, co wydarzyło jej się w Beltane, i co działo się później? Czy kapryśny Los uznał w końcu, że eech… Tej pani to już damy spokój? Za to przykleiło się do Prewetta, ulubieńca tak wielu ludzi… – Same fakty, jak widzę – przyglądała mu się, szukając otarć, siniaków… Tych wszystkich oznak, że nie wszystko było tak dobrze. Jakież to szczęście, że Anthony go spotkał (albo widział i dlatego zareagował?), że pomógł mu, że zabrał do siebie, pozwolił wyczyścić ubrania. Że teraz organizował, po znajomości, bardzo późną wycieczkę do znajomego różdżkarza, nawet wyszukiwał specjalnie dla niego wino w prezencie… – Hmmp – nabrała powietrza z usta, ale nic nie powiedziała, po prostu zadzierała głowę i łypała na Laurenta, nieco rozczochrana i tak dość wyzywająco ubrana po domowemu. – Możesz to zgłosić anonimowo, Atreus nie musi znać nazwiska. Ale wiesz jak jest, bez zgłoszenia nikt się nie będzie temu przyglądać. Na Horyzontalnej, naprawdę? Całkiem się te gówniarze rozbestwiły chyba – westchnęła, zmarszczyła się i puściła go wolno, żeby się przebrał w spokoju. Sięgnęła dłonią do kieliszka, zakołysała nim z gracją, nachyliła się nad nim, wdychając charakterystyczny zapach, po którym już można było mniej-więcej rozpoznać, z jakim winem miało się do czynienia. Rzecz jasna nie była takim ekspertem jak Shafiq, była ledwie smakoszką, miała kilka swoich ulubionych win, ale nawet nie miała w mieszkaniu w swojej kamienicy zapasów po tym, jak trzy tygodnie wcześniej oficjalnie wyprowadziła się z rodzinnej rezydencji w Dolinie Godryka. Nie zdążyła nic kupić, by pyszniło się w barku, ledwie takie podstawowe alkohole. – Smaczne – odsunęła od siebie kieliszek, po dwóch łykach, by przyjrzeć się kieliszkowi i jego barwie z nieco innej perspektywy, unosząc naczynie wyżej, jakby chciała spojrzeć pod światło. – Po barwie myślałam, ze jest dużo… hmm… mniej aromatyczne – zdecydowała się w końcu na odpowiednie wyrażenie i przeniosła spokojne już teraz, brązowookie spojrzenie na Anthony’ego. – Już się praktycznie spakowałam, w środku nocy mamy pierwszy świstoklik do Francji – stamtąd jeszcze kilka świstoklików do portu i na statek do Afryki, żeby dostać się tam jak najkrótszą możliwą drogą. – Tak… Ma na nas czekać w porcie, dziękuję – oczywiście już na drugim kontynencie. To było bardzo dla nich wygodne i była za to Shafiqowi naprawdę wdzięczna. Nie mieli okazji więcej o tym pomówić, bo Laurent wyszedł z łazienki, ale mógł być pewien, że to nie o nim rozmawiali, bo wcale nie mówili cicho, a przynajmniej nie Victoria. – Daj spokój, Laurent. Nie zostawię cię samego – żachnęła się, bo było oczywiste, że skoro jest bez różdżki, a ona już się oderwała od swoich zajęć, to doprowadzi to do końca i upewni się, że Laurent jest bezpieczny. – Już się spakowałam. Przerwaliście mi piąte sprawdzenie, czy na pewno wszystko mam – uśmiechnęła się trochę krzywo i delikatnie pociągnęła maścią po ranie na dłoni Laurenta. Uśmiech ten przerodził się w delikatniejszy, taki pod nosem, na te jego „och ach boli”. W tym czasie słuchała słów Anthony’ego i kiwała głową. Tak, wino, tak, Garrick Ollivander uprzedzony, tak podziękowania i pozdrowienia. – Dziękuję – cisnęło jej się na usta to złośliwe „dziadku”, może nawet było to gdzieś widoczne w błysku jej oczu, ale powstrzymała się i po prostu wstała, dwa słoiczki z maściami wyciągnęła w kierunku Laurenta, by wziął ej ze sobą, bo jemu na pewno się teraz przydadzą, a sama zabrała butelkę wina i poprawiła trochę włosy, w jakimś takim odruchu. – Napiszę do ciebie jak wrócę, Anthony – obiecała jeszcze u uśmiechnęła się, skłaniając delikatnie głowę, ale zaraz się wyprostowała, gdy Shafiq zechciał ją ucałować w czółko. – Miłego wieczoru – złapała Laurenta pod rękę i „pociągnęła” do wyjścia na schody. Koniec sesji
|