![]() |
|
[31.07.1972] And the sex and the drugs, and the complications | Laurent & Charles - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Śmiertelnego Nokturnu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=21) +--- Wątek: [31.07.1972] And the sex and the drugs, and the complications | Laurent & Charles (/showthread.php?tid=3463) |
RE: [31.07.1972] And the sex and the drugs, and the complications | Laurent & Charles - Laurent Prewett - 30.06.2024 Och, to prawda. Niektóre z tych świeczek mogłyby zostać użyte do tego, żeby w czyimś żołądku zalęgły się robaki i zaczęły go wyżerać żywcem od wewnątrz. Wystarczyło wiedzieć, na co popatrzeć. Wystarczyło wiedzieć, o co poprosić. I tak kiedyś prosił tutaj o świeczki, o jakie nie przystoi paniczowi z dobrego domu, z tej jasnej strony miasta. Wynikiem tego zakupu był leżący teraz w rogu sklepu Duma, który oddychał szybko - w tym sklepie stygł, ale na zewnątrz było ciepło. Stworzenie musiało trochę tego ciepła oddać. Chwilowo to, co mógł mu zaoferować Robert było postawione na brzeg całokształtu - chwilowo był zainteresowany tylko tym, co mógł mu dać zupełnie niepozorny młodzieniec, Charles Mulciber. Pasowałby na inspirację artystów - nic tylko wziąć pędzel i nanieść jego facjatę na płótno, przyozdobić w białą togę, wznieść jego dłoń do słońca, by zdawało się, że podtrzymuje strop. Atlas w czystej postaci, który nie musiał wysilać swoich smukłych rąk - to co mógł, dźwigał na brzemieniu własnego umysłu. - Jestem przekonany, że na twoich ustach wiele słów leżałoby jak komplement. - Te przyjemne usta wyglądały jeszcze milej, kiedy wyginały się w uśmiechu. Czy więc naprawdę Charles się przejmował, że to mogłoby zostać źle odebrane, zrozumiane? Chyba tak, ale Laurent nie zamierzał zadawać tego pytania wprost. - Obawiam się, że jestem przeceniany. - Czasami zapominał się, że nie każdy kojarzył jego twarz, nawet jeśli kilka dni temu w Proroku Codziennym zbluzgał Śmierciożerców w wywiadzie. A to akurat było bardzo odświeżające - być w zasadzie anonimowym. Figurować tylko w księdze sprzedaży... i to niekoniecznie ze wszystkimi zakupami. - Moja rodzina od pokoleń zajmuje się abraksanami. Ja jedynie... kontynuuję dzieło. - Nic z tych osiągnięć nie brzmiało tak bajkowo, kiedy weszło się pod powierzchnię. Traciło na pięknych słowach "sam, sam, sam". Niewiele dokonał sam, nawet nie do końca zdawał sobie sprawę, że to może brzmieć aż tak wspaniale, jak teraz chyba jego sytuacja rysowała się w oczach Charlesa. - Och, no proszę... - Wysunął kąciki warg leniwie ku górze. - Widzę, że szczerość jest walutą, którą opłaca się z tobą handlować. - Bardzo interesujące, jak mocno zwrotne to było i jak Charles sam od razu spuścił z tonu. Podobało mu się to. Quid pro quo - coś za coś. - Brzmi jak zaproszenie do czegoś bardzo niegrzecznego. - Próbkę. Próbkę do zabrania do domu, próbkę tutaj, próbkę... wspólnego uraczenia się dobrociami, skoro herbata była serwowana na miejscu. - Jestem zainteresowany. - Wspaniale. Znaczyło to tyle, że nie musiał szukać Changów RE: [31.07.1972] And the sex and the drugs, and the complications | Laurent & Charles - Charles Mulciber - 30.06.2024 Charlie nie miał pojęcia, jak jawi się jego postać w umyśle Laurenta a, co gorsza, dopiero zaczęły docierać do niego te drobne uwagi, które, gdyby Charles był nieco pewny siebie, łatwo mogłyby być uznane za mające drugie dno. Uznał jednak, że widzi za dużo, czyta między wierszami i dostrzega słowa, których tam nie ma. Nie było powodu, by Laurent tak mówił. Był po prostu ekscentryczny. Obraz młodego hodowcy, który osiągnął wiele pracą własnych rąk, rozbił się jak szklana kula upuszczona na podłogę. Rodzinna spuścizna była tak prosta, tak nudna! Charlesowy uśmiech nieco zbladł. - Rozumiem. - Przyjął więc do wiadomości. - Ród Prewett, tak? Wybacz, chyba nie mamy Prewettów w rodzinie, nie wiedziałem. Temat, w odczuciu Charlesa, został zakończony. Ekscytacja umarła, razem z nią zachwyt osiągnięciami młodego Laurenta. Był kolejnym dziedzicem, nie różnił się od tego, co sam sobą przedstawiał Charlie. Kontynuował pracę rodziny, ni mniej, mi więcej. Należało skupić się na opium. - Proszę częstować się herbatą. - Polecił nieco bardziej formalnie. - Za chwilę wrócę. Sam nigdy dotąd nie palił. Opium kusiło, tak jak i inne używki, ale nie było okazji ani odwagi. Zapas opium w sklepie był dla klientów, którzy wymagali czegoś więcej, ale Charles wiedział o długiej fajce, przygotowanej specjalnie dla tego proszku. Changowie byli lepiej wyposażeni, a Charlie musiał się postarać, by nie zdradzić swojego braku doświadczenia. Przetarł fajkę, nadając jej ładnego blasku. Dwie niewielkie miarki opiumowych bursztynowych kryształków przełożył na papierek i zawinął paczuszkę. Czy było to za dużo na próbkę? Czy dość? Nie miał pojęcia. - Bardzo proszę. - Powiedział do Laurenta, wracając do głównego pomieszczenia Olibanum. Najpierw położył paczuszkę, zaraz obok niej fajkę. Płomień zatańczył w miedzi. - Nie krępuj się, jeśli masz ochotę spróbować tutaj. Jest czyste i o wysokiej zawartości. Mówiłeś, że szczerość pomaga, teraz również nie kłamię. RE: [31.07.1972] And the sex and the drugs, and the complications | Laurent & Charles - Laurent Prewett - 30.06.2024 Laurent wpadał ze skrajności w skrajność, bo to, co brzmiało pięknie było zdecydowanie zbyt śliczne. To, co wybrzmiało z jego ust, było z drugiej strony zbyt dramatyczne. Prawda, jak zawsze, kryła się pomiędzy. Fakt był jednak faktem, że ta hodowla nie była dziełem jego własnych rąk. Była częścią stajni Prewettów - ostatnie, co przyszłoby mu do głowy to robienie nagle rodzinie konkurencji. Nie zamierzał walczyć z takim molochem, skoro zależało mu na uznaniu ojca i kiedyś... matki. Ale to tylko (albo aż) hodowla. Zmiana nastawienia Charlesa wybiła blondyna z rytmu. Wypchnęła go z plecionego czaru i z tej sennej mary, którą zmęczone powieki chciały widzieć, powróciła dość boleśnie do rzeczywistości. A ból... przecież niemal nikt nie lubił bólu, a nawet ci, którzy za nim przepadali, niekoniecznie akceptowali każdą jego odmianę. Bo ból potrafił dotykać fizycznie, chociaż pochodził prosto od psychiki. - Macie. - Poprawił automatycznie bruneta, a skoro już mu się to wymsknęło, kiedy odtajał z tego nagłego przewrócenia klimatu, którym próbował owinąć Charlesa wokół swojego paluszka, to kontynuował. - Lorien Mulciber jest moją kuzynką. - Owszem, Lorien była dalszą kuzynką, ale nadal była kuzynką i to mającą znaczenie w jego rodzie. Utalentowana karierowiczka, od co. Laurent naprawdę za nią przepadał, podziwiał ją. Zajął się chętnie herbatą, która nabrała bardziej przystępnej temperatury do picia i osiągnęła swój idealny smak. Poczekał na opium i z ciekawością spojrzał na coś, co krzyczało do niego nie wracaj do tego. Tymczasem druga strona niemal odetchnęła z ulgą w końcu. Odłożył filiżankę i od razu było widać, że doskonale wie, co robi, oddzielając małą działkę, przygotowując fajkę, podgrzewając ją. Zaciągając się dymem tak, jakby dostał dokładnie to lekarstwo, którego potrzebował. Bo potrzebował. Obrócił fajkę między palcami w kierunku Charlesa z figlarnym uśmiechem na ustach i pytaniem w oczach. Chcesz? - pytało to spojrzenie. RE: [31.07.1972] And the sex and the drugs, and the complications | Laurent & Charles - Charles Mulciber - 30.06.2024 Piękna wizja rozwiała się jak dym na wietrze i Laurent stracił swój urok. Prysnął czar i Prewett stał się znów klientem, zwykłym przechodniem, który odbierał zamówienie. Wspomnienie o Prewettach w rodzinie nieco wytrąciło Charlesa z marazmu, w który zaczął się zapadać. - Mamy? Ach, ciocia Lorien. - Czy naprawdę była rodziną? Była kochana, to prawda, lecz wżeniła się w ród. Czy przez to jednak nie stała się krewną? Pojęcia były problematyczne. - Tak, wydaje się, że nie sposób nie doszukać się pokrewieństwa z którymkolwiek z rodów. Charles obserwował zwinne palce Laurenta, gdy odmierzał, rozdzielał i upychał kryształki do fajki. Zaschło mu w ustach. Wiedział, do czego to dąży. Widział płomień i dym opuszczający nozdrza mężczyzny. Fajka, obrócona w jego stronę. Dłoń sama uniosła się ku fajce, ale do niej nie dotarła. Spoczęła z powrotem na blacie. Nie wiedzieć kiedy, Charlie usiadł po drugiej stronie stolika. - Nie powinienem. - Oparł się słabo. - Nigdy wcześniej nie paliłem. Nie wiem, jak. RE: [31.07.1972] And the sex and the drugs, and the complications | Laurent & Charles - Laurent Prewett - 30.06.2024 Z jednej strony lubił walczyć o ten splot emocji, klocki się rozsypały, zamek rozburzył, ale można było je poskładać na nowo, w coś może nawet lepszego, innego - może nie zachwyciłoby tak samo, ale zachwyciłoby inaczej? Tylko że Laurent miał na to trochę za mało siły. Za mało energii przerobowej, za dużo negatywów w sobie i zbyt wiele przeświadczenia o tym, że kogokolwiek nie dotkniesz, komukolwiek nie zaufasz - sparzysz się. Ta gra miała tę oczywistą stronę i oczywiste znaki ostrzegawcze, ale jeśli pozwolić jej błyszczeć to okazywało się, że wdrażała niebezpieczeństwo oślepiające oczy. Była niebezpieczna, ponieważ ta mieszanka emocji niosła człowieka do progu, za którym coraz mniej cię obchodziło. Coraz mniej interesowało. Upadałeś pod samym sobą i jeszcze czerpałeś autodestrukcyjną przyjemność z upadku. Tak nie zaczynały się najtragiczniejsze historie - tak wyglądały tragiczne historie, które początek miały dawno za sobą i teraz rodziły swoje skutki wydarzeń przeszłości. - Ależ nie szkodzi. - Odparł lekko, niemalże śpiewnie, głosem jak skowronek. Ujął jego dłoń, ułożył jego palce na fajce - czy mógł sobie darować? Ależ oczywiście! I jednocześnie czerpał pełną przyjemność z tego dotyku, uśmiechając się zachęcająco do mężczyzny. - To nic trudnego. - Anioł był diabłem, albo może diabłem od samego początku, tylko przybranym w anielskie piórka, tak jak wilk przybiera się w owczą skórę, żeby stopić się ze stadem. Albo po prostu człowiek, który kusił do złego, albo właśnie dobrego - wszystko było dla ludzi, ważne jedynie, żeby kosztować tego z umiarem. A Laurent nie zamierzał się tutaj z nim upalić. Chciał tylko trochę... zabić ten ból. Odprężyć się. - Nie zaciągaj się za mocno. - Pouczył go, instruując powoli w krokach, przytrzymując dla niego płomień, żeby mógł wpuścić w swoje płuca ten niebezpieczny dla zdrowia dym. I jednocześnie jakże kojący dla psyche. Jakże odprężający. - Jaka szkoda, że już twoje oczy nie błyszczą. Do twarzy ci z blaskiem ekscytacji. RE: [31.07.1972] And the sex and the drugs, and the complications | Laurent & Charles - Charles Mulciber - 30.06.2024 Dłonie Charliego zadrżały, gdy jedna z nich znalazła się w rękach Laurenta. Palce na fajce ułożyły się niemal naturalnie, wiedzione dotykiem. Tak prosta, a jednocześnie tak intymna czynność sprawiała, że Charles mógł tylko zerkać na towarzysza z wahaniem, z lekko uchylonymi w oczekiwaniu ustami. Płomień pojawił się, Charlie był gotowy i nie było już odwrotu. Mógłby jeszcze odmówić, bo co powiedziałby ojciec? Co powiedziałby wuj widząc, że Charles raczy się z klientem asortymentem sklepu w taki sposób? I choć przeciw było zdecydowanie więcej, niż za, Charlie nie zamierzał teraz się wycofać. Wszystko było dla ludzi. Nieznajomy był przekonywujący nawet bez słów. Nie zaciągał się zbyt mocno. Dym łaskotał w gardło i wypełniał płuca ciepłem, lecz musiała minąć chwila, nim dym dosięgnie głowy. Przytrzymał narkotyk w klatce piersiowej chwilę dłużej nim pozwolił mu ulecieć. - Co powinienem poczuć? - Zapytał, powstrzymując kaszel. Gdyby zaciągnął sie mocniej, z pewnością do tego by doszło, teraz jedynie oczy podeszły łzami, a chrząknięcie oczyściło gardło. To kolejne słowa Laurenta sprawiły, że Charlie miał ochotę zachłysnąć się samymi swoimi myślami i umrzeć, by uciec od zawstydzenia. Teraz nie było już wątpliwości. Wcześniej nie czytał między wierszami. - Dlaczego mówisz mi takie rzeczy? - Zapytał wprost. Gdyby padło to z ust kobiety, mógłby reagować inaczej. Ten mężczyzna zaś... Cóż, był niesamowity. Ale czy to powodowało, że Charlie mógł patrzeć na niego okrągłymi oczyma i kąpać się w blasku tych komplementów? RE: [31.07.1972] And the sex and the drugs, and the complications | Laurent & Charles - Laurent Prewett - 30.06.2024 Och. Oooch... Jakże podobało mu się to, co widzi. Słodki grzesz, słodkie pokusy, tajemnice usłane za rzęsami wszystkiego, co nowe i niepoznane. Nie było sprawiedliwe, jak lubił kolekcjonować te spojrzenia - wszystko po to, żeby później mógł pytać siebie samego co jest z nim nie tak. Odpowiedź była bardzo prosta: wszystko. Kradzież spojrzenia tych bezcennych, ciemnych oczu Charlesa była punktem czyniącym koronę koroną - diamentem w jej złoceniu, by nikt nie miał wątpliwości, że to nie jest żadna mizerna dekoracja książęcej głowy. Poczuł to lekkie drżenie, poczuł to, jak te dłonie z nim współpracują. Rozchylone usta, które jakoby pytały, co dalej, co jeszcze? Okrucieństwo z jego strony - czy to nie było to? Albo okrucieństwo wobec samego siebie, że był tak uzależniony od tych subtelności i dotyku, że nie potrafił sobie postawić granicy i się za nią zatrzymać. Tyle że to spojrzenie Charlesa było więcej warte niż każdy narkotyk. Opium nie mogło mu dorównać. Wyciągnął dłoń oderwaną od fajki, która już bezpiecznie spoczywała w rękach Mulcibera prawie jakby zaraz miał musnąć te rozchylone usteczka... a tylko poprawił rękaw i cofnął ją do siebie. - Rozluźnienie. Ukojenie. Spokój. - Oddech zwalniał - dlatego czasem opium potrafiło być szalenie niebezpieczne. - Podzielę się z tobą przestrogą - nie pal za często. Uzależnia. - Mówił w końcu w oparciu o własne doświadczenie, uśmiechając się nieco. Ale tylko na chwilę. Przypomniał mu się ten zniszczony mężczyzna na jego kanapie rozpływający się od narkotyków, niby kontaktujący, ale w gruncie rzeczy jaki to był kontakt? Nawet nie wiedział, czy coś z tego wieczoru pamiętał i nie chciał chyba się dowiadywać. Nie był na to gotowy. To świeże wspomnienie wymazało jego uśmiech i przywróciło po prostu diabelne zmęczenie, kiedy znów przyłożył fajkę do swoich warg, zatrzymując na chwilę dym w płucach. - Doceniam piękno i subtelność, które widzę. - Wypuścił dym i dopiero wtedy spojrzał na Charlesa. - Flirtuję z tobą. - Nazwał rzecz po imieniu. Konkretnie. I całkowicie bezwstydnie. Ale to - ha! Nie było czego się wstydzić. Było wiele naprawdę bezwstydnych rzeczy, które mógł mu powiedzieć nawet nie mrugając. RE: [31.07.1972] And the sex and the drugs, and the complications | Laurent & Charles - Charles Mulciber - 30.06.2024 Niepewne spojrzenia, drżące dłonie, krótkie oddechy i obłok wydobywający się z ust - to wszystko należało do Laurenta. Charlie nie wiedział, co powinien czuć, jak powinien czuć, jak zareagować, gdy opium wnikało do jego organizmu. Niepewność wymalowała się na jego twarzy, zaś przewodnictwa szukał u swojego towarzysza o niesamowitych oczach. Już chciał nachylić się do tej dłoni, lecz obietnica dotyku zniknęła tak szybko, jak się pojawiła. Zganił się w myślach za naiwność, ale nie na długo. Narkotyk zaczynał działać. Charlie przymknął oczy, by nacieszyć się narastającym spokojem. - Nie zamierzam palić samemu. - Obiecał. To, co działo się teraz, było tylko zachcianką, próbą, chęcią sprawdzenia, czym tak właściwie jest opium. Potrafił zrozumieć, dlaczego ludzie je palili, ale jego głowa razie wolała nie myśleć o kolejnych razach. Rozchylił na powrót powieki i utkwił spojrzenie w Laurencie. Czyżby teraz miał się zawstydzić? Zawstydził się, lecz tylko odrobinę. - Subtelność? Uczyłem się, by zostać aurorem. - Poinformował, tylko lekko rozbawiony. - Od tamtej pory nie zmieniłem się zbytnio. Niewiele w tym subtelności. - Zauważył. Dym z fajki tym razem gryzł w nos, lecz Charliemu to nie przeszkadzało. Zapach narkotyku był miłą odmianą wśród słodkich aromatów świeczek. - Jestem mężczyzną. Nie obawiasz się flirtować z mężczyzną? Są tacy, którzy tego nie akceptują. Tym razem sam wyciągnął dłoń po fajkę. RE: [31.07.1972] And the sex and the drugs, and the complications | Laurent & Charles - Laurent Prewett - 01.07.2024 Nie powinien tego robić. Zdecydowanie nie powinien. I nie chodziło nawet o delikatnie prowadzony flirt - chodziło o to, że nie powinien proponować komuś, kto nigdy nie miał okazji poddać się ogłupiającemu dymowi opium, takiego doznania. Dysputa mogła się rozpocząć - czy lepiej komuś pokazać zakazany zakątek świata, niebezpieczny, pod kontrolą, czy lepiej umyć od tego dłonie i pozwalac eksplorować samemu. Z jego perspektywy ten malutki opór, jaki był postawiony, był zaledwo na pokaz. Grzecznościowy. Żeby nie wyszedł na takiego łatwego. Ciekawość była wpisana w strukturę kości niektórych ludzi. Charles pod tym względem zdawał się jak kot - chciał pacnąć to, co przed nim leżało, zobaczyć, jak potoczy się włóczka, którą zahaczył pazurem. Może był mniej chętny do poznawania innych zakątków tego życia - nie miał pojęcia. Nie znał chłopaka, który dzisiaj obsłużył go w sklepie. Obietnica mogła być kłamstwem, a mogła być szczera. Mogła być szczera pod wpływem chwili, przy podnieceniu i niezwykłości nowego doznania, przy tym uniesieniu zmysłów, które zaraz miały się ukoić. Wyrzuty sumienia w związku z tym pewnie pojawią się u Laurenta dopiero w następnych dniach, na razie kwitło przekonanie, że mógł chwilowo zaufać temu, co zostało powiedziane. Emocje w końcu bywały zmienne. To, co teraz jest prawdą, za dwa dni dopiero będzie kłamstwem. Zmienią się warunki, przyjdą kolejne informacje, głowa przetworzy fakty. Nie było w tym niczego złego, to naturalne. Mężczyzna przed nim nie był znowu dzieckiem, żeby nie potrafić podejmować własnych decyzji, gdy dostał ostrzeżenie. - Masz subtelną urodę. - Doprecyzował. - Trójkątna twarz o łagodnych rysach, długie palce, delikatne nadgarstki, smukłe ciało, blada skóra podkreślająca ciemne oczy. Byłbyś obiektem westchnień tych, którzy wojują pędzlem na płótnie. - Przeszło mu to już przez myśl, teraz jedynie chwalił urodę młodzieńca na głos. Bo dlaczego by nie? Zakaszlał, zakrztuszając się w zasadzie chyba własną śliną, kiedy przyszło obwieszczenie, że JEST MĘŻCZYZNĄ. A zakrztusił się ze śmiechu. Pomachał dłonią przed sobą, przymykając jedno oko, żeby rozgonić dym, przekazując mu fajkę. - Byłbym zdziwiony, gdyby było inaczej. - Spojrzał na niego z rozbawieniem. - Są. Ale ewidentnie takiej osoby nie ma wśród nas, więc czego mam się obawiać? - Albo po prostu trudno mi się oprzeć - tego jednak nie powiedział na głos, ale ta pewność siebie, swojego ciała, swoich gestów i słów była wpisana w tę grę. - Czemu zrezygnowałeś z biura aurorów i przyszedłeś pracować... tutaj? RE: [31.07.1972] And the sex and the drugs, and the complications | Laurent & Charles - Charles Mulciber - 01.07.2024 Wszystkiego należało spróbować. Jak Charlie miał wyrobić sobie zdanie o opium, skoro nigdy go nie próbował? Musiał jednak przyznać, że efekt podobał mu się coraz bardziej, z każdą myślą, która odpływała w niebyt, z każdą emocją zmieniającą się w błogość I spokój. I chociaż nie planował palić samemu, kto wie, czy nie ucieknie w ten wspaniały efekt w chwilach nerwów, których przyszłość miała mu przynieść zbyt wiele. - Wpływ Malfoyów. - Zrzucił winę za urodę na swoją matkę. - Jesteś znawcą sztuki? Może sam się nią zajmujesz? - Spróbował przekierować temat. Nie czuł się komfortowo rozmawiając o swoim ciele, zbyt wątłym, zbyt delikatnym. Śmiech Laruenta sprawił, że Charlie wyprostował plecy, przywołał się do porządku. Nie powinien nachlać się jak panna do kawalera, by spijać z tych ust każde słowo. Miał więcej miejsca, by zająć się fajką, pociągnąć kolejny raz, nie za mocno, nie za słabo. Dym zadrapał w gardle. - Nie gustuję w mężczyznach. - Zaznaczył, by nie było niedopowiedzeń. Nie oglądał się za panami. Nie myślał o nich w chwilach słabości. Niektórzy jednak, tacy jak Laurent... Byli iście magiczni i sprawiali, że płeć stawała się konstruktem całkowicie nieistotnym. - Nigdy nie byłem w biurze aurorów. Mógłbym tam nie pasować. Spójrz, gdzie jestem teraz. |