Secrets of London
[wieczór 10.08.1972] Exhale Inhale | Astaroth & Laurent - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [wieczór 10.08.1972] Exhale Inhale | Astaroth & Laurent (/showthread.php?tid=3647)

Strony: 1 2 3 4 5


RE: [wieczór 10.08.1972] Exhale Inhale | Astaroth & Laurent - Laurent Prewett - 27.07.2024

Upadłość ludzkiej duszy była jak smutek - niepoliczalna. Dla jednego dramatem będzie zadanie śmierci, dla tego, co śmierć zadaje - sprzedanie swojego ciała. Upadek, degeneracja, śmierć moralności. Obraz bawiącego się rozpustnika w migających światłach knajp, zasłuchanego w mugolskiej muzyce, oglądający się za zgrabnymi biodrami panien i wyłapującego, która z nich da sobie postawić drinka - wszystko to, czego Laurent nie widział. Wojownik o narowistym temperamencie i czuły człowiek - to widział. Zagubienie, smutki i determinację, żeby się w tym odnaleźć - tyle zostało mu pokazane. I żądza, która nie zachęcała do pocałunków. Oj nie. Ona od nich odstręczała.

- Bujna wyobraźnia jest seksowna. - Chciał, żeby to wszystko brzmiało bardziej szarmancko, bardziej słodko, a było tak wyszeptywane, wypowiadane smętnie z jego ust. Tak myślał, tak uważał, ale czy to w ogóle normalne, że po tym, co się stało w Windermere, rozmawiali w taki sposób? Stali tutaj i... rozmawiali o zdegenerowaniu jak we flircie? On mu opowiadał o swoich wizjach Laurenta w sukni i gorsecie - Laurent bardzo chętnie by się w tę wizję wpasował. Podobały mu się przedziwne kreacje, których nie zakładał na co dzień, w które mógł się stroić ledwo przed sobą i bardzo wąskim gronem znajomości. Nie żartuje sobie ze mnie..? Podobałoby mu się to? - Bardzo mi to pochlebia. Czy to naprawdę degeneractwo? - W oczach społeczeństwa - na pewno. I chociaż czarodzieje byli o wiele bardziej tolerancyjni to nadal... to nadal straszne rzeczy potrafiły czekać tych degeneratów, którzy zby śmiało patrzyli na męskie ciało. Tym bardziej tych, którym nagle bawić się w przebieranki chciało.

Miał słabość do tych pocałunków, nawet jeśli były zimne i towarzyszyły im dreszcze. Słabość do chłopców, którzy normalnie dostawali miotłą po głowie, bo nie byli zbyt grzeczni. Do bestii, które można oswoić, wytresować, a potem ogrzewało ci nogi i klękali przed nimi, żeby zostawić na nich pocałunki. Być może to był AŻ pocałunek, kiedy dopuszczenie do siebie bliskości wiązało się z takim ryzykiem. Ono pulsowało w głowie Laurenta, ale nie miał już siły na strach. Chyba zostało mu już miejsce tylko na łzy od widoków z Windermere. Ale łzy też nie leciały.

- Ach tak... - Lodowate. Przy odczuciu temperatur te dłonie na jego plecach były naprawdę jak sopelki, gdy nawet jego policzki zdołały nabrać rumieńca. Chyba nie musiał dopowiadać, co chodziło po jego głowie. jakie to pragnienie, jaka ulga, gdzie było jej poszukiwanie. Tak, domyślał się. Nie musieli to ubierać w paradę tych falbanek i gorsetów. Śliczna bajeczka w słowach - jak wszystkie bajki tego świata. - Liczę tylko na pozbycie się tych brudnych, śmierdzących ciuchów. - A nie na dokładnie kolejnej... - Z nas obojga. - Cofnął jego ręce ze swojego ciała tylko po to, żeby z tymi słowami ściągnąć z niego koszulę tuż po tym, kiedy on zsunął ją z niego. Brudny materiał opadł na ziemię w kałuży równie brudnej wody. Przez moment milczał, patrząc na dłoń na swoim nadgarstku. Czując nacisk na żyłę. - Wiem, co się może zdarzyć. Boję się tylko bólu. I widoku krwi.




RE: [wieczór 10.08.1972] Exhale Inhale | Astaroth & Laurent - Astaroth Yaxley - 27.07.2024

- Myślę, że wiesz, co trzeba robić by nie odstawać wśród ludzi. Aż za bardzo to wiesz - zauważyłem na to pytanie o degeneradztwo. Wszystko, co nie było społecznie akceptowalne. Między innymi dlatego nie opowiadałem wszystkim o wampiryzmie. Trzymałem to w uciszeniu, nieco nieostrożnie, ale jednak... Mogłem się również założyć, że ojciec również łożył kasę na to by była cisza pod tym kątem. I dobrze, bo nie odstawałem, nie byłem pokazywany palcami, omijany szerokim łukiem albo wskazywany palcami jako łotr.
Czy byłem łotrem? Możliwe, że teraz już tak. Półnagim łotrem, który wpatrywał się w rumieńce na twarzy Laurenta. To działanie któregoś ze słów, któregoś dotyku... czy to po prostu ciepło wracało na jego skórę? To ostatnie mogło oznaczać, że będzie jeszcze milszy, jeszcze cieplejszy, jeszcze bardziej żywy.
To wszystko było teraz jasne i przejrzyste. Zero sekretów i uników. Mogłem mieć czyste sumienie, przynajmniej póki nie gryzłem bez zezwolenia, ale trzymałem się dobrze, całkiem dobrze. Ba!, ulżyło mi zauważalnie, kiedy mokre odzienie spadło na podłogę. Mniej mokrego ścierwa na mnie i... nawet nie byłem skrępowany nienaturalnie bladą cerą. Stałem sobie, choć w jednym momencie nie tylko odsłoniliśmy żelazne mięśnie, ale również kilka blizn i tę najbardziej przerażającą, ledwo już widoczną, ale rozkładającą się brzydkim kwiatem po prawej części mojej szyi. Pamiątka po moim stwórcy.
- W takim razie będziemy grzeczni. Możemy być niczym bracia... Masz braci? - zapytałem go, bo nie wiedziałem tak na dobrą sprawę aż takich szczegółów na temat jego i jego rodziny. Coś tam mi się obijało, że był synem z nieprawego łoża, więc może to nie było pytanie tak do końca na miejscu i mogło wprowadzić więcej zamieszania w sercu niż to warte...? Ale poszło. Już tego nie cofnę. - Moi dają wiele do życzenia...
Puściłem jego dłoń i pospiesznie zająłem się zdejmowaniem butów, a zaraz również spodni, a wraz ze spodniami też bielizny. Jakby nie patrzeć, padła prośba o pozbycie się tych brudnych, śmierdzących ciuchów. Takie rozkazy księżniczki to ja mogłem słuchać! Popchnąłem bosą stopą swoje rzeczy na tę swoją biedną koszulę. Obstawiałem, że mama będzie zadowolona, że w końcu się jej pozbyłem.
- Dawaj, dawaj, bo ostudzę ci całą wodę - wyrzuciłem z siebie z uśmiechem, starając się nie ukazywać własnych obaw. Nie chciałem go tym obciążać. I tak padło zbyt wiele ciężkich słów, a bycie w moim towarzystwie również do nich nie należało. Może pora była zmienić temat?
Okręciłem się niczym baletnica, po czym ruszyłem jak głupi do wanny. Trochę, jakbyśmy brali udział w wyścigu. Przynajmniej próbowałem go tym zarazić, jakąś naiwną beztroską, zabawą, wygłupami. Wlazłem do wanny, nie czekając na Laurenta i zaśmiałem się, czując tę wodę, te zapachy, zero mułu. To jest to. Odparciały mi niedawno palce po całodniowym pobycie w jeziorze, ale nie szkodziło. W takiej ciepłej wodzie, to ja mogłem nawet zasnąć.
- Zdarza ci się przysnąć podczas kąpieli? - zapytałem go, schodząc na neutralny teren z rozmową. Przynajmniej tak zakładałem. Przewiesiłem się przez brzeg wanny i wpatrywałem się w niego. Pospieszałem, niby pospieszałem, ale tak naprawdę chciałem zobaczyć na własne oczy ten blady tyłek.


RE: [wieczór 10.08.1972] Exhale Inhale | Astaroth & Laurent - Laurent Prewett - 27.07.2024

Społeczeństwo by go odepchnęło - Astarotha. Odepchnęłoby go za pokazane kły, zamknęło w ramach bestii, zwierzęcia, które powinni uśpić. Jego wyrok podpisaliby śmiałymi słowami o wciskaniu mężczyzny w sukienkę, a potem zakrzyknęli o haniebne zachowanie niegodne nazwiska Yaxley. Łowca bestii, który stał się bestią. Ta tragedia była napisana samą sobą - smutny los, który sprawiał, że Laurent zastanowił się ilu Yaxleyów upadło z rąk istot, które należało upolować..? Pozbyć się ich dla bezpieczeństwa, albo z jakiegokolwiek innego powodu. Dlatego, że pożarł ich wampir, a ci potem nie byli w stanie trwać. Woleli ujrzeć promienie słoneczne, które całkowicie ich strawią.

- Wiem. - Wiedział nawet wiele więcej - jak dobrać kolor, by zdawać się bardziej stanowczym, albo jaką koszulę założyć, żeby wydać się bardziej uległym stworzeniem. Wiedział, jaką założyć biżuterię, żeby nie rzucała się w oczy i wiedział, jaką dobrać, kiedy chciał wzbudzić podziw. Wiedział wiele rzeczy. To wszak było ułożenie włosów, dobór kolorów, specyfika ubrania. Wiedział też, że Astaroth dobrze mówił - to byłoby degeneractwo. - Ale ja pytam, czy dla ciebie to degeneracja. - Sposób, w jaki o tym mówił wcale nie był zły i straszny. Był ręcz... miły. Tak źle nacechowane słowo używał w sposób, jakby było komplementem. Być może tylko dopisywał sobie taką rzeczywistość w swojej głowie.

Oczy powędrowały pierwsze po ramionach i klatce piersiowej Astarotha, a za oczami wolna wędrówka dłoni. Badanie palców. Przesunięcie ich po bliznach, które były rycinami na mapie jego skóry. Ta mapa życia miała swój koniec wędrówki tam - przy szyi. Na ostatniej z blizn, która bolała najbardziej. To jedna z tych ran, co mogły się nigdy nie zabliźnić. To było obnażenie się przed drugim człowiekiem, pozwolenie mu na udostępnienie swojego ciała i zobaczenia czegoś więcej, niż pozwalałeś widzieć innym.

- Nie mam braci. Mam starszą siostrę. - Która dziedziczy nazwisko, majątek... wszystko. Dziedzic. Niby ostatnio jej mówił, że wszystko w porządku, że tak jest, mieli pogadankę od serca, co trochę poprawiała niepokój ducha. Ale to tam zawsze będzie - jakaś mała zazdrość. Nawet kiedy myślał, że miał szczęście, że ta odpowiedzialność go ominie. Nie zanotował niepoprawności tego pytania. - Niestety żona mojego ojca nie może mieć więcej dzieci. - Nie powinien tego mówić. Zdecydowanie nie powinien, ale uzmysłowił sobie to właściwie w trakcie wypowiadania zdania. Trudno, stało się. Mleko zostało rozlane a on nawet nie potrafił żałować. Nie w tym stanie. - Opowiesz mi o nich? - O tych braciach. Cokolwiek, byle nie myśleć o... ale dało się w zasadzie nie myśleć o Windermere?

Uśmiechnął się trochę weselej widząc ten pośpiech, słysząc te słowa. Właściwie to tak - śpieszyło mu się do tej kąpieli. Głównie dlatego, że w niej było CIEPŁO. A tutaj było lodowato. Więc sam przyśpieszył swoje ruchy, odpiął pasek, zsunął buty i całą resztę odzienia, podziwiając ten pokaz napiętych łydek i pośladków, kiedy Astaroth pospieszył do wanny. Nawet prawie się zaśmiał - prawie. Przyłożył palce do ust i przymknął na chwilkę oczy. Poszedł zaraz za nim - ale zdecydowanie nie biegiem. Trzęsąc się z zimna i ważąc każdy krok. A kiedy zauważył wzrok Astarotha to nawet się zatrzymał i powoli obrócił. Blizny. Nawet ciało Laurenta je miało. A na plecach, na wysokości bioder, miał tatuaż z symboliką skrzypiec. Pokazywał się, oczywiście, że tak. Ale w końcu potrzeba wygrzania się zwyciężyła. Aż westchnął z ulgi, a na jego twarzy pojawił się wyraz ulgi przemieszanej z bólem. Przesunął się w kierunku Astarotha i wyciągnął do niego rękę, żeby dotknąć jego kolana.

- Nie. Ale obawiam się, że tym razem może być inaczej... czy twoja skóra się ogrzewa? - Dotknął go, bo był tego ciekaw. Czy cokolwiek było w stanie ją ogrzać. - Czujesz to ciepło? Jest przyjemne? - Laurent doceniał piękno i je kochał - a Astaroth byył bardzo niezwykłym pięknem w całej swojej okazałości.




RE: [wieczór 10.08.1972] Exhale Inhale | Astaroth & Laurent - Astaroth Yaxley - 27.07.2024

- Nie zamierzam oceniać, przynajmniej dopóki komuś nie dzieje się faktyczna krzywda. Bo to, że ktoś czegoś nie lubi, nie znaczy, że ta druga osoba ma nie lubić... Bo wiesz... We wszystkim są granice. Potrafią dziać się o wiele gorsze rzeczy, przemoc w rodzinie chociażby, którą społeczeństwo jakoś się nie przejmuje... Dla mnie to trochę chore. Może wśród czarodziejów to nie takie częste, ale wśród mugoli już tak. Kobieta ma być dla męża i się go słuchać jak niewolnica. Każdy zasługuje na miłość i szacunek - stwierdziłem głośno, choć przyszło mi na myśl nasze pierwsze spotkanie. Tak łatwo było mi go sklasyfikować. Ale był potworem. Może gdybym nie stał się wampirem, wciąż bym tak myślał? Może wciąż bym go unikał? Okrążał szerokim łukiem? I łypał niepewnie, gdyby był w moim pobliżu, bo przecież był niebezpieczny, kusił swoim głosem, swoim śpiewem. Był taki niebezpieczny, że teraz srogo bym z siebie przeszłego zakpił, widząc możliwości Laurenta do czynienia komuś krzywdy. To serio było jakieś nieporozumienie, fatalne zrządzenie losu, że znalazłem się tam w nieodpowiedni dzień o nieodpowiedniej porze. A może tak właśnie miało być? Może miałem się czegoś nauczyć ważnego? Tylko że też byłem łowcą, a łowcy polowali. Nie poznawali swoich ofiar, żeby ocenić, czy może jednak ich agresja nie miała drugiego dna...
- Ale też nikomu nie radziłbym zadzierać ze społeczeństwem, a z pewnością nie ryzykować bezpośrednim starciem z szanowną konserwatywną starszyzną. Można się świetnie bawić, korzystać z życia poza ich spojrzeniem. Szkoda nerwów na zmianę całego świata - poradziłem, wzruszając ramionami. Ja już nie pohasam, ale Laurent wciąż mógł. Chętnie odwiedziłbym ponownie Nowy Jork, Bethel i inne skrawki Stanów. Krewni Kimi obiecali mi mecz baseballa. Mecz, który już nigdy się nie odbędzie.

Ale co tam smutki, kiedy moczyłem tyłek w gorącej wodzie i nawet miałem prezentację ciała Laurenta, o którą nawet nie musiałem prosić. Zdawało mi się, że lubił, kiedy jego towarzystwo cieszyło nim oczy. To było takie narcystyczne, ale uroczo narcystyczne. Nie w takim negatywnym wybrzmieniu.
Poprawiłem się wygodnie, usadowiłem już przodem do Laurenta w wannie. Było tu tak przyjemnie, że obawiałem się, że stanę się najemcą tej wanny, niezależnie od tego, czy gospodarz domu miał się zgodzić, czy też nie. Zrobiło mi się ciepło, lekko, beztrosko, może nawet idealnie pod krótką drzemkę. Może powinienem częściej brać gorące kąpiele, szczególnie przed planowanym spaniem? Tak naprawdę, to pewnie moja psyche tak działała na ciepło wody.
- Właściwie to nie wiem... Nie brałem z nikim gorących kąpieli żeby to sprawdzić - odpowiedziałem mu i przymknąłem oczy. Skupiłem się na dotyku Laurenta. A może tak naprawdę kusiła mnie wampirza drzemka w wannie...? Na pewno! Zamierzałem całą noc pilnować Laurenta. Przyda mu się... ten anioł, skoro sam nim nie był. Haha. A mi to już naprawdę było daleko do takiego. - Twoje ciepło zawsze jest przyjemne, a ja czuję własne, zalewa mnie od wewnątrz, kiedy... wiesz... Wtedy mam wrażenie, jakby wracało do mnie życie. Nawet coś więcej niż życie... Niesamowite uczucie, gdyby nie nieprzyjemne skutki - wyznałem, nie ruszając się. Pozwalałem Laurentowi na badanie, a jeśli nie to było jego zamierzeniem, to po prostu mogliśmy tak tkwić i się relaksować, wyciszać, poczuć namiastkę ulotnego bezpieczeństwa.
Otworzyłem powoli oczy by na niego spojrzeć, zobaczyć wyraz jego twarzy.
- Pytałeś mnie o braci... Za wiele nie ma co o nich mówić. Najstarszy - James - wyjechał z domu jak miałem jakieś siedem lat. Niby ojciec go wygnał z domu na wyprawy, żeby się ogarnął, ale nie jestem pewny, ile w tym prawdy. Niedawno wrócił i jest mi jakoś dziwnie z tym... Jest bardzo... otwarty, ekscentryczny... Ciężko to ująć w słowa - przyznałem, wzruszając ramionami. - A na domiar złego wprowadził się również do Geraldine, choć to ciężko wprowadzeniem się nazwać. Po prostu przyszedł - podsumowałem, a w moim głosie było słychać, że to zaburzało mi bardzo typowy tryb życia z mojej wampirzej egzystencji.
- Jest jeszcze starszy... Thoran, brat bliźniak Geraldine. Zdaje się, że jest trochę zazdrosny, że się do niej wprowadziłem, bo mają bardzo zażyłą relację. Pewnie na jego miejscu również byłbym zazdrosny. Cóż, bądź co bądź nie przepada za mną i nie chciałbym go osądzać, ale mam wrażenie, że nie podoba mu się moja nowa natura, więc ostatecznie najlepszym moim bratem jest... Geraldine - zaśmiałem się z biednej Geraldine. Tak mieliśmy. Oboje. Pierwsze z drugiego, drugie z pierwszego. Mogłem na nią bynajmniej liczyć, gdzie przy reszcie nie byłem tego taki pewny. - Z rodziną najlepiej na zdjęciach, co?


RE: [wieczór 10.08.1972] Exhale Inhale | Astaroth & Laurent - Laurent Prewett - 27.07.2024

Miał przyjemny w brzmieniu głos, albo to w jego gusta trafiał. Brzmiał tak miękko, kiedy nie krzyczał, kiedy nie ściągał brwi i gniew nie drżał jego strunami głosowymi. Niebezpieczne było założenie, że ten spokój jest stały - ostrzeżenie zostało wydane. Astaroth ostrzegał nie raz, nie dwa - parę razy. Wpatrywał się w tej wannie w niego jak w obrazek, a słuchał go jak ulubionej opery. Operetki.
Potrafił skakać z gatunku na gatunek, bo wymiarowość jego życia była jak te sławne eklerki, które tak człowiek ubóstwia - miały warstwy. Mimo tego wpatrywania się to odbiegł wzrokiem od jego twarzy i skierował je na ubrania - tam była jego różdżka. Jedyna broń, jaką mógł mieć przed Astarothem. Pamiętał, jak obiecał, że gdyby coś poszło nie tak to go zatrzyma. Pozostawał jeszcze Migotek, który teraz przygotowywał wodę... zostawił temat różdżki. Wrócił wzrokiem do Astarotha. Do jego skóry i ciała, po którym wolno przesuwał dłońmi. Rzeczywiście - nagrzewało się. Więc reagowało na temperatury, nie było na nie zupełnie obojętne. Nadal jednak było chłodniejsze niż jego ciało.

To było niesamowite, że brzmiał jak prawdziwie szlachetny rycerz. A na pewno szlachetny człowiek. Tacy szlachetni rycerze musieli machać mieczem i moczyć go we krwi - nie przeskoczysz tego. Wiecznie o coś, albo za coś, walczą. Za kogoś - za lubą, za siebie, za honor, ojczyznę. Powodów mogło być bez liku. Żywot Astarotha nie mógł się ograniczać do tego, żeby przetrwać - to byłoby zbyt smutne.

- Nie znam świata mugoli. - Przyznał, ale to chyba nie było w ogóle zaskakujące? Może właśnie dokładnie to, czego Astaroth by się po nim spodziewał? Apropo tego, że mogli zgadywać co do tego, jak wiele brzydoty według świata zewnętrznego zebrali na ramionach, tak teraz też mogli zgadywać o wiele bardziej trywialne rzeczy. Laurent normalnie uwielbiał tę zabawę, ale dziś nie. Dziś bardzo wiele rzeczy było na "nie". - Brzmisz bardzo szlachetnie, zdajesz sobie z tego sprawę? - Bajkę mogli tworzyć, ale prawdziwie bajecznie zaczynało być dopiero, kiedy ta stawała się rzeczywistością. Jedną bajkę kiedyś stworzył - o Kaiu i Gerdzie, kiedy naćpany stał przed Nicholasem w Rose Noire umiejscowionej na Nokturnie. Chyba każde bajki takie musiały być - barwić świat, żeby dało się w nim trwać. - Nie zawsze chodzi o zmianę świata. Czasem chodzi tylko o ten twój malutki światek, w którym się trwa. - Astaroth miał rację, że ta walka to była jak walka don Kichota - ze starszyzną, ze starymi zwyczajami, przyzwyczajeniami, regułami. Mimo to gotów był schemat złamać.

- Robisz się cieplejszy. - Uśmiechnął się, bo to była miła zmiana. W zasadzie naturalna - martwe ciało też zmieniało temperaturę względem otoczenia... pewnie dlatego też był jeszcze zimniejszy po siedzeniu w jeziorze. A może wpływ na to miało jeszcze coś innego? - Czy to przyjemne? - Zapytał, przesuwając dłońmi po jego nogach, zaciskając lekko palce na udach. Zbliżył się bardziej. - I naprawdę pobudza? - Apetyt. Ta, to było okrutne, kiedy czułeś się lepiej dopiero, gdy druga osoba czuła się gorzej. Był ciekaw. Oczywiście, że był ciekaw samego Astarotha, ale też wampiryzmu samego w sobie. A przynajmniej tego, które dotyczyło jego, bo już zdążyło wielu badaczy przekonać się, że to potrafiła być bardzo indywidualna kwestia i ciężko było ufać przez to księgom. Przez chwilę utknęli w czasie i przestrzeni, kiedy Laurent przestał się zbliżać i wpatrywali się w siebie wzajem. Laurent odsunął się w końcu tylko na moment, żeby się zanurzyć i zaczesać do tyłu opłukane włosy, by nie wpadały do oczu. Po czym przysunął się znów, powoli, wsunął między jego nogi... i ułożył głowę na jego klatce piersiowej, podkulając ramiona. To serce nie biło. A jednak membrana głosu tego człowieka nadal dudniła w jego piersi.

- Ach, Thoran... miałem nieprzyjemność go poznać. Przez tydzień w sierpniu dręczył różne istoty w New Forest. Napisałem w tej sprawie do Geraldine. - A ten James... hmm... Mimo tego, jak się wyrażał o rodzeństwie, w negatywie jakby nie patrzeć, to wydawał się poświęcać im dużo myśli, dużo emocji. Chyba byli dla niego ważni - każdy jeden. Nie tak ważni jak Geraldine, to zrozumiał. - Zdjęcia równie dobrze skrywają ludzkie niedoskonałości co puder wady skóry na twarzy kobiety. - Więc tak, z rodziną zawsze najlepiej było na zdjęciach. - Nie łatwiej byłoby ci zamieszkać samodzielnie?




RE: [wieczór 10.08.1972] Exhale Inhale | Astaroth & Laurent - Astaroth Yaxley - 28.07.2024

- Nie to było moim celem - przyznałem zmieszany. Tego mi brakowało, bym jeszcze został uznany z prawego i szlachetnego, kiedy byłoby to jawnym kłamstwem, sporym minięciem się z prawdą. Byłem sobie po prostu, choć teraz to nawet mogłoby zostać podważone to moje bycie, skoro kilka miesięcy temu moje serce przestało bić permanentnie.
Choć z drugiej strony... A nie, to nie książęta, tylko rycerze byli prawi, o czystym sercu, szlachetni, bezinteresowni. To faktycznie wszystko się zgadzało. Byłem księciuniem z bajki, zdegenerowanym księciem z bajki, więc wszystko grało. Mogłem spać spokojnie.
Odpowiedziałem uśmiechem na jego uśmiech. To dobrze, że robiłem się cieplejszy. To oznaczało, że tym samym byłem bardziej przyjemny do dotykania, do przytulania się. Nie odstręczałem. Wydawałem się być bardziej normalny, bardziej żywy. Gra pozorów - dobrze i źle, bo to jednocześnie coraz mniej alarmowało o potencjalnym niebezpieczeństwie, ale też nie chciałem by Laurent wciąż był w gotowości. Chciałem by w końcu poczuł ulgę po tym ciężkim dniu, a badanie mojego ciała ewidentnie odwracało jego uwagę od trosk.
Wyprostowałem się nieco, kiedy jego dłonie znalazły się na moich udach. Delikatny, zapowiedziany ruch... Mimo wszystko jednak zamieszał moimi myślami.
- Przy-jemne - wyszeptałem to z trudem, bo jednak przez chwilę nie wiedziałem, co dokładnie ma miejsce i czy powinno mieć miejsce. Dawnooo żadna ręka nie była tak blisko mojego przyrodzenia, ale w moim położeniu to i tak niewiele zmieniało. Więcej zmieniało położenie Laurenta w stosunku do położenia moich kłów, a ta odległość właśnie diametralnie się zmieniła. Tak, że coś zacząłem czuć. Na razie niepewnie, bo bardziej byłem zaskoczony niż faktycznie skupiałem się na nim, jego atrakcyjności czy kusicielstwu.
Mrowienie powoli budziło się do życia, kiedy trwaliśmy zapatrzeni w siebie. Nie byłem w stanie określić kolejnego ruchu Laurenta, więc ta nutka tajemnicy... była... tak... Nęciła czy też mąciła w mojej głowie. Zamieszała niebezpiecznie. Może byłoby ciężko, gdyby nagle nie przerwał tej chwili by zanurzyć się w wodzie. Wykorzystałem ten moment by otrzeźwieć.
- Ej, też tak chcę! - wyrzuciłem z siebie i zanurzyłem się zaraz po Laurencie. Ale nie wyszło mi to tak subtelnie, bo zrobiłem to za szybko i wciągnąłem nieco wody nosem. Prychnąłem po wynurzeniu, a nosem poszedł mi nawet bąbel od piany. Tak to się kończyło zbyt długie przebywanie pod wodą. Człowiek nie wiedział jak się zachować. Właściwie, to wampir nie wiedział. - I pobudza. Lekko, ale już mi lepiej. Staram się po prostu zanadto nie myśleć o zmysłowości chwili, jakbyśmy byli właśnie w publicznej łaźni. - Roześmiałem się, wracając do poprzedniej pozycji. Poczułem się jeszcze lepiej, spłukując z włosów tę jeziorną wodę.
Również zagarnąłem grzywkę do tyłu, bo teraz spłynęła mi na czoło.
- Chciałem wcześniej proponować, że może na dłuższą chwilę zanurzę się cały w tej wodzie... - odezwałem się, kiedy głowa Laurenta spoczęła na mojej piersi. Otuliłem go rękoma, które w przedramionach musiały być cieplejsze od mojej piersi.
- Co za idiota... Nie wiesz, czemu to zrobił? - zapytałem Laurenta. - Trzeba było pisać od razu do ojca. Ma z nim na bakier. Gerard tak ma go powyżej uszu, że uważa, że nie ma syna, że Geraldine wcale nie jest bliźniaczką - wyznałem. To były bardzo prywatne, rodzinne sprawy, ale Laurent również powierzał mi własne tajemnice rodzinne, więc byliśmy kwita. Chciałem mu jeszcze opowiedzieć o tym, co Gerard robił z koniem Thorana, ale... po tym obrazie sam miałem traumę. Nie chciałem też by Laurent się mnie bał dodatkowo przez to, że pochodzę z rodziny psycholi.
- To nie takie proste... Z tym mieszkaniem samodzielnie. Właściwie, to miałem szlaban. Pierwsze miesiące nie wychodziłem z posiadłości rodowej. To, że mieszkam z Geraldine to drobna wygrana, uwolnienie się od domu - odpowiedziałem i zamilkłem. Tak czułem się pewniej, choć siostra miała taki tryb życia, że nie byłem pewien, czy w ogóle zwracała uwagę na moją obecność i moje stany. Może tak na dobrą sprawę, to wcale nie był taki dobry pomysł. Dziś... Dziś chciałem ją rozrywać. Czułem to całym sobą. Gdybym stracił kontrolę w domu... Wolałem o tym nie myśleć.
Cmoknąłem Laurenta w mokrą głowę i rozmarzyłem się o własnym Raju. Może gdzieś w górach, również przy lesie. Może nawet w Snowdonii, ale w oddaleniu od rodowej posiadłości...? Albo gdzieś w Szkocji? Rozwijałem myśli o drewnianym domku w górach, czyniąc na jego skórze zapewne gęsią skórkę, bo mnie natchnęło na bezcelową wędrówkę palcem po jego skórze. Kolejne losowe zawijasy pojawiały się i zarazem znikały, bo oboje byliśmy mokrzy.


RE: [wieczór 10.08.1972] Exhale Inhale | Astaroth & Laurent - Laurent Prewett - 28.07.2024

Ludzie zwykli cieszyć się z tego, że są uznawani za prawych, szlachetnych, wspaniałych. Budowało to ich wartość, produkowało przeświadczenie w oczach drugiego człowieka, że są lepsi. Po prostu lepsi. Tymczasem Astaroth był zmieszany, że ktoś jego mądre słowa mógł odebrać jako "szlachetne". To nie była reakcja przyjęta w normach, a jednocześnie było reakcją skłaniającą do zastanowienia, co czaiło się pod puklami ciemnych włosów. To przez ten wampirym? A może przez coś jeszcze innego? Przez to, że dzierżył broń, gotów wbić ją w bebechy tego, co uzna za bestię w dawnych czasach? Laurent nie wiedział, ile ta przemiana zmieniła w jego charakterze i jak wiele poprawek brał teraz na swoje myślenie - ta wersja tego człowieka... podobało mu się to, co zobaczył.

- Jaki miałeś więc cel? Podkreślenie tego, że dopóki komuś nie dzieje się krzywda to, jak to mówi przysłowie, "wolność Tomku w twoim domku"? - Niech mężczyźni całują mężczyzn, kobiety zakasają rękawy do pracy w kopalni, a ludzie żenią się z drzewami. Wszystko dla człowieka i od człowieka, póki ogarnia nas zdrowe rozgraniczenie między własnymi potrzebami a tym, kiedy negatywnie wpływają na drugiego człowieka. Bał się zapytać o to, czy wiele krwi w swoim życiu oglądał i czy wiele go dzieliło od wbicia tamtej włóczni w jego brzuch na plaży, na której się poznali. Bał się, bo w swojej grze obstawiał odpowiedzi, które najmniej mu się podobały. Łatwo było zakochiwać się w ideałach i wyobrażeniach. Trudno było je przyjąć do siebie.

Więc to było przyjemne. Pobudzające. Napinało mięśnie, bo jak powiedział - to nie do końca tak, że bodźce nie odbierały przyjemności chwili. Ich kulminacyjny punkt był przekierowany gdzieś indziej. Ciągle pamiętał dłonie zaciskające się na swojej szyi, silne ramiona nie pozwalające się ruszyć - i nie ważne, ile będziesz wołał, jak szybko, jak mocno, nikt cię nie usłyszy. Mógłbym spróbować - to była bardzo odważna myśl i może zniknie, jeśli tylko uda mu się wyspać. Tylko nie dzisiaj - więc tak jak było powiedziane przed kąpielą takie wodzenie na pokuszenie nie było wcale mądrą zagrywką. Prychnął cicho widząc to nieporadne wypluwanie z siebie wody. Chyba całe szczęście, że nie czuł smaku, bo woda z olejkiem na pewno nie mogła być smaczna. Pokręcił lekko głową z niedowierzaniem - w pewnym sensie Astaroth był jak taki duży chłopiec. Aż się cisnęło dopowiedzieć, że chyba w takim razie jak każdy, ale niekoniecznie. Niekoniecznie każdy był tak uroczo nierozgarnięty, żeby potem wykazywać się nagle dojrzałością, o jaką by go nie posądzał z pozorów, jakie tworzył.

- Nie masz jeszcze awersji do wody? Po jednej próbie "utopienia" i całym dniu w jeziorze? - Zapytał co do jego propozycji dłuższego zanurzania się. - Topienie się średnio wychodzi selkie, więc się nie krępuj. - Może powinien dodać "tylko mnie uprzeć", bo nie dało się nie zauważyć, że Yaxley miał skłonności do psot. Pod wodą było jeszcze cieplej. A teraz to niemal niech się dzieje wola Boża. Chwilowo miał wszystko, czego potrzebował - przystojniaka, ciepłą wodę i ciszę. Dzwoniłaby w uszach, gdyby nie szum kranu.

- Cenię sobie znajomość z Geraldine, a nie wiedziałem, na ile problem jest z nim powszechny oraz jakie panują w waszej rodzinie relacje. Dyskrecja to cenny materiał dzisiejszych czasów, nie uważasz, Astrothcie? - Coś o tym musiał wiedzieć, ten zwampirzony Yaxley. A nawet: bardzo sporo cosiów. - Dla niego to był chyba żart. Niestety bardzo nieśmieszne żarty. Prawie straciłem wszystkie konie. Hipogryfy były ciężko ranne. Nawet... - feniks ucierpiał, ale może nie powinien o nim mówić? Zawahał się. - Nawet oskubał feniksa z piór. - A to już dla niektórych czarodziei było świętokradztwem. - Tobie też dokuczał? Thoran. - Astaroth sobie nawet nie zdawał sprawy, jakim komfortem było dla Laurenta to, że mógł przylgnąć do niego i... nie czuć się pożądanym w ten najbardziej pierwotny sposób. Za to już Laurent miał świadomość, że jego zachowanie było świńskie - mimo ostrzeżeń i słów robił bardzo świadomy test tego zaufania chcąc się przekonać, jak daleko może zostać przesunięta lina i ile jest opanowania w Astarothcie. Gdzie się skończy jego linia komfortu. - Nie jest proste? Nie masz pieniędzy, żeby kupić dom? - Tak, Laurent wiedział, że nie wszyscy ludzie mogli kupić co chcieli i kiedy chcieli. Tym nie mniej zawsze problematyka tego bywała dla niego ciężka do ogarnięcia, dopóki nie było mu to wyjaśnione. Kiedy on chciał nowy dom to jedynym problemem było, czy na pewno chce ten z widokiem na zatokę Lazurową, a może jednak na Wyspach Owczych.




RE: [wieczór 10.08.1972] Exhale Inhale | Astaroth & Laurent - Astaroth Yaxley - 28.07.2024

Pokiwałem głową na jego zapytanie. Tak, dokładnie coś takiego miałem na myśli. Akceptowałem wszystko, co było w granicach rozsądku, nie szkodziło innym, bo dla mnie sprawa była prosta. Każdy, kto szkodził innym, był potworem. To właśnie na potwory polowałem. Takim przebijało się serce albo ucinało łeb... Tylko też nie było do końca takie proste, bo gdybym zabił człowieka, niby postać rozumną, to miałbym większe tarapaty. Przy zabiciu Laurenta ze względu na jego pochodzenie - jeszcze większe. Dlatego moja broń nie przebiła mu piersi. Niektóre potwory miały plecy - w postaci władzy, fortuny albo nawet prawa. Można się było w tym wszystkim pogubić. Gdyby Laurent był biednym synem rybaka, to już by nie żył od kilku dobrych miesięcy.
- Mam. Ale to tylko wanna. - wyznałem i dodałem szybko. Nie chciałem, żeby Laurentowi zrobiło się źle, że przyczynił się u mnie do strachu przed wodą. - I to tylko awersja, żadna fobia - przyznałem już bardziej swobodnie. To nie było coś, co by mi uprzykrzało życie. Prędzej istotom żyjącym pod wodą, bo nie przepadałem za nimi, jak i za tą wodą, otwartymi zbiornikami, nawet rybami.
Pokręciłem głową, czego Laurent nie widział.
- Fakt, cenny materiał. Ale to Thoran... Widać, nie ma granic dobrego smaku ze swoimi żartami. Czasami mi dokucza, ale miałem to za braterską złośliwość, podstawianie nóg młodszemu braciszkowi, ale jak tak patrzę teraz z dystansu... Ostatnio zauważyłem, że znika coraz więcej moich zdjęć w domu rodzinnym. Może to nie rodzice, tylko on? - zastanowiłem się głośno. Chociaż to tylko zdjęcia, nic wielkiego. Rodzice również mogli nie chcieć się mną chwalić. Zdjęcia prowokowałyby pytania u gości o najmłodszego syna. Gdzie Astaroth? Co się  z nim dzieje? Słyszałem, że się zwolnił z Ministerstwa... Słyszałem, że jest chory...
- Cóż, nieistotne. Mam nadzieję, że siostra go ogarnie. Właśnie! Długo się znacie z Geraldine? Ona nie ma w zwyczaju chwalić się znajomymi... - zapytałem z nieskrywaną ciekawością.
Siostra miała tendencję do romansowania ze wszystkim, co się rusza... co właściwie przypominało mnie sprzed śmierci, ale zaciekawiło mnie, czy może ona i Laurent...? Nie byłem pewien, czy jest w jej typie, ale może nie wybrzydzała? A Laurent? Laurent był zagadką. Zdawało mi się, że cieszy mną oko. Reszta była dla mnie wielką niewiadomą, ale wspominał tak zagadkami, że mogło być sporo różnych osób. O ile dobrze to interpretowałem.
Znowu odruchowo pokręciłem głową, po czym odetchnąłem głęboko.
- Mam pieniądze. Mam dostęp do rodowej fortuny i sam zarabiam jako łowca, ale rodzina ma na mnie oko. Ojciec uwielbia Geraldine, więc kiedy ona się zgodziła, żebym u niej mieszkał, to ten myśli, że non stop ma mnie na oku... On mnie miał aż za bardzo. Gdybym powiedział albo nawet nie powiedział, tylko zrobił... Kupił mieszkanie albo dom, zapewne zrobiłby nam jesień średniowiecza - wyznałem przyciszonym głosem, po czym zrobiłem pauzę. Bo to mieszkanie z Geraldine miało drugie, naiwne dno.
- Poza tym... wolę jak jest więcej osób wokół mnie. Z twardą ręką. Teraz jest ze mną lepiej, ale nie zawsze tak było, poza tym wciąż się zapominam... kiedy wiesz... Mieszkam z przyjaciółką, która... mnie żywi. Jest ona, jest Geraldine, teraz też mój brat. I dwa psy, które średnio za mną przepadają, ale co nieco się przyzwyczaiły... Jak tak wyliczam, to stwierdzam, że faktycznie zrobiło się bardzo tłoczno - wyznałem dalej przyciszonym głosem by w końcu uświadomić sobie, że ta historia wcale nie była taka smutna. Ten tłum w mieszkaniu Geraldine mnie rozbawił. - Brakuje mi tam aby Thorana mieszkającego na żyrandolu - dodałem, teraz to już śmiejąc się totalnie. Małpa. Ale szkoda, że tak załatwił zwierzaki Laurenta. Może powinienem o tym porozmawiać z mamą. Nie byłem pewien, czy Geraldine coś wskóra.


RE: [wieczór 10.08.1972] Exhale Inhale | Astaroth & Laurent - Laurent Prewett - 28.07.2024

Całkiem zapobiegawczo zareagował ze swoją odpowiedzią, bo Laurent się rzeczywiście zastanawiał, czy to był dobry wybór. Wydawał się zadowolony, więc powinno, ale jak już powiedzieliśmy - pozory myliły. Tutaj też mylić mogły. Awersja. Wtedy prawie go utopił, niecelowo, a teraz topić go chciały trytony. Nie mogły, ale walczył z nimi. Teraz miał dostęp do jego ciała i zorientował się, że nie było na nim widocznych ran, rys, uszkodzeń, nawet siniaków. Czy na ciele wampirów w ogóle widać siniaki? Cieszyło go to, że nie został ranny. W zasadzie nie wiedział, co się działo, kiedy się rozłączyli, ale ulżyło mu, gdy zobaczył, że sprawnie walczą z Adrią i jej pomocnikami.

- Nie lubisz takich odmieńców, jak ja. Selkie, wiły... trytony. - Te ostatnie przynajmniej nie były w stanie wyjść na ląd, a i tak bardzo wiele krwi napsuły. To, co powiedział, nie było nawet pytaniem, brzmiało bardziej jak stwierdzenie. Nie miał wątpliwości co do tej awersji, jaką widział na początku w jego oczach. Obrzydzenia. Teraz tego nie było - nawet w tym momencie, kiedy spojrzał na tę szlachetną twarz to dostrzegał głównie spokój, afirmację chwili i chyba - zmartwienie. - Mimo to przybiegłeś tutaj z kuszą. Schowałem ją. Czeka na ciebie. Nie chciałem posyłać ją sową. - Z New Forest do Londynu nie było aż tak daleko, ale Laurent wolał nie ryzykować, że zaklęcie transmutacji nie zadziała i coś pójdzie nie tak, bo wtedy mógł być problem. Chyba ta kusza nie była taka cenna, skoro Astaroth się o nią nie upominał..?

- Nie pamiętam... ze trzy lata? - Teraz historie i daty zlepiały się i zlewały w jedno, nie potrafił się na nich skupić. Albo dobrowolnie nie chciał się na nich skupiać. Nie miał zaciętego umysłu - ten raczej rozpływał się tak samo, jak znowu miękkie były jego mięśnie dzięki odprężającemu wpływowi wody i bliskości drugiego ciała. - Łączy nas czysty biznes. - Dodając i dopowiadając przemilczane: nic więc dziwnego, że nie słyszałeś o tej znajomości. Nie było o czym słuchać. Nie było o czym opowiadać. Laurent podziwiał jej siłę i zmysł do magicznych stworzeń, ale ich drogi były rozbieżne. Bliższa znajomość doprowadziłaby do zgrzytów, bo Laurent nie potrafił nie umoralniać ludzi. I wbrew pozorom - nie lubił, kiedy to on nie dyktował zasad swojego otoczenia. Lecz romanse? Ha..! Laurenta kobiety pociągały w o wiele mniejszym stopniu niż mężczyźni. Geraldine nie zaliczała się do jego gustów ani fizycznie, ani charakterem.

Słuchał go cały czas z uwagą i tak coraz więcej elementów Astarotha Yaxleya trafiało na miejsce. Oto samotnik znad Tamizy stawał się osobą rodzinną, która nie chciała tkwić w zimnym, pustym domu. Laurent też tego nie chciał. Bardzo leniwym gestem, łakomie racząc się każdym ruchem palców Astarotha na swojej skórze, obrócił się lekko w jego ramionach, żeby wyciągnąć nogę i zakręcić nią kran. Zakręcenie go po ludzku zmusiłoby go do wyplątania się z tego objęcia, a na to nie miał ochoty.

- Twardą ręką..? - Zapytał z sennym uśmiechem, wyobrażając sobie, że Astaroth sprawiał wrażenie potulnego, ale do jakiego stopnia? Do jakiego czasu? I czy na pewno chodziło o bycie układnym, czy może jednak dosłowną twardość ręki - by miał kto go docisnąć do ziemi, gdyby coś się działo. - Cieszę się. - Myślał, że tkwi samotny w tym domu, Geraldine nie ma w ogóle i jest on, puste ściany i słońce, na które nie ma rady. - Tylko nie wiem, czy ty bardziej się cieszysz z tego, że tę rodzinę przy sobie masz, czy szukasz spokoju. - To tak odnośnie wcześniejszych słów narzekań na niektóre rodzeństwo, na wprowadzenie się Jamesa... ale teraz to brzmiało wesoło. - I cieszę się, że masz kogoś, kto ci pomaga z wampiryzmem. - Czy ta "przyjaciółka" jest kimś ważnym? Jakoś Astaroth musiał się żywić - ale czy żywienie się na tej samej osobie w ogóle było bezpieczne?




RE: [wieczór 10.08.1972] Exhale Inhale | Astaroth & Laurent - Astaroth Yaxley - 29.07.2024

Słowa Laurenta natchnęły mnie do głębszej refleksji na temat tego, CO JA TU, KURWA, ROBIŁEM?! Wampir z żywym człowiekiem zażywali kąpieli. Łowca z półselkie odprężali się niewinnie w wodzie. Moczyli tyłki w gorącej wodzie, wśród piany, fancy olejków. Rozmawiali o wszystkim i o niczym. Próbowali nie myśleć o demonach dzisiejszego dnia. Jeden trzymał drugiego w ryzach, a drugi pozwalał sobie na coraz większe odprężenie, może nawet słodkie zapomnienie...?
Nie przepadałem za wodnymi istotami, w tym nie przepadałem za selkie. Los jednak chciał, że stałem się wampirem, że zostałem dłużnikiem Laurenta i przełamałem się, przekonałem do jego osoby. Sam nawet nie byłem pewny, w którym momencie pojawiła się myśl, że mógłby być moim przyjacielem. Potrzeba chwili? Desperacja? Tęsknota za dawnym życiem, za otoczeniem pełnym ludzi, którzy podzielali moje zabawy, a przede wszystkim nie byli moją rodziną? Nie ukrywałem, że rodzinę też było mieć dobrze pod ręką, ale jednak... Brakowało mi przyjaciół. Takich, którzy wiedzieliby. On wiedział. Chciałem żeby był moim przyjacielem, dlatego wpadłem z kuszą, dlatego się o niego martwiłem. On wiedział o mnie i nie uciekał z krzykiem. Obawiał się, ale był przy tym najbardziej subtelną osobą na świecie.
- Hohoho! Ty dziki człowieku z Azji! - zaśmiałem się, wyrywając z tych głębokich przemyśleń o samotności wampira. Obserwowałem z ciekawością, co Laurent kombinuje, a on zakręcał kurek stopą. Tego się po paniczu Prewetcie nie spodziewałem. Już prędzej, że klaśnie w dłonie, że sługa ma przybyć, wodę zakręcić, bo paniczowi za dużo wody.
- Twardą ręką... Mam na myśli, że nie zawahają się zrobić mi krzywdę, jeśli będzie trzeba. Bywają ostrożne, ale jednak... Myślę, że pod kątem agresji mógłbym porównać siebie z Dumą? Jak się wgryzie, to raczej niełatwo jest go odciągnąć...? - dopytałem, umyślnie się porównując z jego psem. Może to miało nie brzmieć wcale tak źle, jeśli byłem jak ten słodki pupil z domku nad morzem? Agresywna bestia - to brzmiało już mniej przyjaźnie. A jednak leżałem tu i na razie nie chciałem gryźć, bo nie dawałem się ponieść flirtom, pokusom, macankom. Działało. Może też dlatego że sporo się działo i sam właściwie byłem psychicznie zmęczony.
- Chyba trafiłeś w sedno. Bo często widzę ich zaniepokojone spojrzenia, pełne obawy o to, co sobie myślę, szczególnie kiedy nie jem dłuższy czas... Nie chcę za bardzo nadużywać dobroci przyjaciółki, ale wolę to niż... - zacząłem, urywając. Nie, to była historia, której nie chciałem poruszać. Wolałem ją zapomnieć. - I, o zgrozo, wydają mi się być tacy nierozważni. Próbuję być wyrozumiały, ale odkąd zostałem wampirem, to jakbym zyskał jakieś siedemdziesiąt lat... A oni to zgraja rozwydrzonych dzieciaków. Nie potrafię im przemówić do rozsądku - przyznałem podirytowany, ale też rozbawiony przez to porównanie do starego dziada i to jak się zmieniłem, że jestem właśnie tą zrzędą, której w przeszłości morałów właśnie bym unikał. Poza tym to też śmieszne, że młodszy braciszek chciał wchodzić im na głowę, mówić im jak mają żyć.
- Co o tym sądzisz? Powinienem uderzyć się w głowę?! - zapytałem go, tak w ramach bezpłatnej porady. Tylko że... Tylko że nie mogłem odpuścić. - Po prostu... nie chciałbym by skończyli jak ja - wyznałem to ostatnie już przyciszonym głosem. Jedna z moich najgorszych wizji - oni jako martwi, oni jako wampiry, oni jako inne bestie nocy.
- ...i powiedz ty mi, ty mi się przyznaj. Przysypiasz?! - zapytałem zaraz oskarżycielsko, ale tak na luzie oskarżycielsko. Powinien mi to powiedzieć, to byśmy zebrali tyłki z tej wody. - Wiesz, że jak mi tu zaśniesz, to woda w końcu wystygnie i znowu będzie ci zimno?! Laurencie, czy tobie również mam być zmuszony prawić morały? - zapytałem, poruszając bioderkiem, żeby go nieco otrzeźwić do życia, może wygnać do kołderki.