Secrets of London
[31.07.1972] I wish I was the moon | Laurent & Victoria - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19)
+--- Wątek: [31.07.1972] I wish I was the moon | Laurent & Victoria (/showthread.php?tid=3796)

Strony: 1 2 3 4


RE: [31.07.1972] I wish I was the moon | Laurent & Victoria - Laurent Prewett - 02.09.2024

- Owszem, to nie brzmi wiarygodnie. - W sumie Victoria mówiła, że robiła babeczki razem ze swoją skrzatką... ale może ona nie do końca tłumaczyła, jak to powinno się robić? Albo po prostu szło im tak dobrze, że nie było potrzeby tłumaczyć? A może akurat w tamtym cieście nie potrzeba było takich wynalazków, albo to Elaine była szaloną twórczynią ciast? Lekko pokręcił głową, nie było sensu się nad tym zastanawiać, nie była to zagadka, którą rozwiązać mogli - to przede wszystkim. Elaine... cóż, nie miał już z nią kontaktu - miała się dobrze w cyrku, tyle wiedział. A skrzatka ich w tym momencie nie przypilnuje. Migotek pewnie by mógł, ale ciąganie za sobą skrzata teraz... za dużo problematyki. Więc zostańmy w punkcie, w którym ta problematyka musiała być przez nich samodzielnie zbadana od podstaw. Dlatego też nie wahał się przytaknąć. Za to z drugiej strony bardziej ufał temu, co mówiła Elaine niż czystej logice. Ponieważ ta logika potrafiła być zgubna w przypadku czegoś, czego do końca nie znali i nie rozumieli. Oto jak ciasto na chleb stało się piekielniejszym trudem od wszelkich trudów świata. - Twoje szaleństwo będzie nam tu metodą. - Parę nut śmiechu zagrało na jego strunach głosowych, kiedy wypowiadał to zdanie. Bardzo go cieszyło, że kobieta podjęła się tych starań... i nie chodzi tu o chleb, a tworzenie eliksirów dla wampirów. Miał okazję poznać jednego i za każdym razem było to tak samo specyficzne doznanie. Intensywne, to na pewno. Astaroth nie pozwalał zapomnieć o tym, że jego pragnienie krwi ciągle drapało gardło. Było wiecznie obecne między nimi. Wiedział też, jakim stresem było to obmalowane dla samego Astarotha - to, że tej krwi chciał, a niekoniecznie powinien ją mieć.

- Wierzę, że nie poskąpisz mi wody do umycia się ani fartuszka, żeby nadmiernie nie ubrudzić koszuli. - Niedoskonałości takie jak bycie brudnym były jednym z tych akceptowanych elementów, dopóki nie było to związane z brudzeniem się w środku miasta, na spotkaniu, gdzieś, gdzie przez to w towarzystwie mogliby nieładnie na ciebie popatrzeć. Poza tym? Wszystko dobrze. Oszalałby, gdyby pobrudzenie się przy pracy mu przeszkadzało. - Już, młoda damo. Oto jestem. - Pochylił się, żeby wyciągnąć do niej ręce, kiedy okazało się, że jest taka chętna na pieszczoty. Malutka kuleczka - kocięta były przeurocze. Tak samo jak źrebaki i... chyba wszystkie małe istoty były urocze. O dziwo poza ludzkimi - te były wyjątkowo paskudne i wyjątkowo nieporadne zaraz po porodzie. Zadziwiająca była natura, że to właśnie ludzie rządzili tą Ziemią. Umościł kicię przy swojej piersi, podstawiając jej swój palec pod pyszczek. Czy dało się nie uśmiechać przy takiej kulce rozkoszy? Otóż nie dało. Człowiek automatycznie się rozpływał i stawał takim... ciastem. Na przykład - na chleb.

- Tak. Dokładnie to zrobił. - Rzecz jasna Laurent sądził z początku, że to w ogóle jego wina na to, co się wydarzyło, ale na szczęście ta pierwsza chwila minęła i poszedł po rozum do głowy. Nie chciał tego ujmować w słowa tak dosadne, ale skoro zostały wypowiedziane to jaki był sens temu zaprzeczać? Liczba mnoga może była tylko zła. - Nie jest. To prawda. Nie jest też normalne to, że chciałbym mu pomóc. Mówi, że ma kogoś, do kogo zawsze wróci, z kimś żyje, mieszka. Ale ta osoba... ta osoba chyba nie ma na niego dobrego wpływu. - Albo to on był zbyt zadufany, żeby sądzić, że nie miałby lepszego? Nie, w zasadzie to nie myślał wcale tak, że "z nim byłoby mu lepiej", bo kiedy wyraźnie usłyszał, że przecież Edge kogoś ma, tak silną deklarację, to jaki był sens się chwytać czegoś nieistniejącego? Jak miałby to powiedzieć Victorii? Że czuje, że jest mu to winien po tym, jak posłużył się jego rękoma chcąc zabić Dante? Pewnie najlepiej wprost. Krótko, treściwie, zrozumiale. Tak, najlepiej wprost. - Dziękuję. - Uśmiechnął się czule do kobiety, czując przyjemne ciepło w podbrzuszu. Tak, tak, to miłość! Ta w czystej formie, jego uwielbienie względem jej osoby - czarującej czarownicy, która nie potrzebowała magii do rzucenia na kogoś uroku swojego wdzięku. Nie potrzebowała też magii, żeby doprowadzić kogoś do uśmiechu. Nawet po bardzo trudnym dniu. - Z przyjemnością skorzystam z twojego towarzystwa nocą. - Nic nie działało na niego tak dobrze, jak czyjaś obecność. I wcale nie musiała być przy tym intymna w ten najbardziej zmysłowy sposób. Granice ich relacji były dla niego jasne.


W takich momentach wymówka pod tytułem "mam zajęte ręce" byłaby bardzo wiarygodna, gdyby nie to, że Laurent się zadeklarował z chęcią pomocy i wcale nie zamierzał tej pomocy unikać. Położył z powrotem małą kulkę na ziemi, uważając pod swoje nogi, kiedy podszedł do Victorii, żeby założyć przywołany fartuszek i pomógł jej zresztą swój zawiązać za plecami.

- Specyficzny... zapach... - Drożdży rzecz jasna. Laurent się nie powstrzymał i trochę nachylił nad miską, zaraz wyprostował, nieco marszcząc nos. Spoglądał również do tej gazety, ale pozostawił Victorii bycie liderką tego teamu. - Szefowo kuchni, co twój pracownik ma teraz czynić? - Z tym dziwnym tworem, którym są drożdże. Czy to mugolskie coś? Nie, na pewno nie... skoro to było w ICH gazecie... choć dzisiaj to nie wiadomo. Bliskość z mugolami stała się tak kontrowersją, jak i modelem do złapania atencji. Zgodnie z poleceniem Laurent przygotował wymierzony cukier w szklance i letnią wodę, odmierzył odpowiednią ilość mililitrów. - Hmm... Rozkruszyć drożdże i ugnieść z cukrem... To znaczy... pokroić? Porwać? Jak rozkruszyć. - W eliksirach to było jasne - inaczej składnik się zachowa jak go pokroisz, inaczej jak zmemłasz w ręce, inaczej jak posiatkujesz a jeszcze inaczej jak porwiesz na kawałki. Na razie spoglądał na Victorię i tylko podstawił jej zachęcająco miskę. - Może... bezpieczniej będzie pokroić na małe kawałki? - Zasugerował nieco niepewnie, chociaż "rozkruszyć" wcale tak nie brzmiało, jakby chodziło o "krojenie".




RE: [31.07.1972] I wish I was the moon | Laurent & Victoria - Victoria Lestrange - 02.09.2024

– Może będziesz tu musiał sobie zostawić jakieś na zmianę na przyszłość w razie potrzeby – stwierdziła śmiertelnie poważnie, chociaż lekko błąkający się po ustach uśmieszek musiał mówić wszem i wobec, że żart nadal jest ciągnięty. Oczywiście, że użyczy mu fartuszka i wody, swoich kosmetyków też. Już mu przecież nawet kiedyś podarowała swoją sukienkę i malowała go, jak pannę na wybieg, bo taką miał zachciankę. Nawet oddała mu bieliznę, żeby nie łaził w męskich gaciach i bez stanika. To dużo mówiło o poziomie ich zażyłości, skoro wymieniali się swoimi ubraniami, w tym tak intymną częścią. Na szczęście byli w całkowicie prywatnym gronie, a zasłony w oknach były zasłonięte, by nikt niepowołany nie mógł zaglądać do środka, skoro był już wieczór i paliły się tutaj świece, by rozjaśnić pomieszczenie.

Luna pisnęła cichutko, wzięta na ręce, ale czy to był pisk strachu? Victoria nie rozróżniała jeszcze jej wszystkich odgłosów, ale nie wyrywała się, więc być może chodziło o coś zupełnie innego, skoro obwąchiwała teraz palec Laurenta i nadstawiła mały czarny łebek do głaskania. Rzeczywiście malutkie zwierzęta były przeurocze, wszystkie. Koty, psy, źrebaki, pufki… nawet niuchacze. I rzeczywiście w ludzkich dzieciach nie było niczego uroczego – ale to tak samo jak w małpach. Pod tym względem Victoria nie czuła żadnego instynktu macierzyńskiego, kiedy widziała małe ludzkie dzieci. Znaczy niemowlęta były ohydne, ale już takie trzy-pięcioletnie potrafiły być całkiem słodkie, tak przynajmniej uważała.

Lekko zacisnęła szczęki i głośnej wypuściła powietrze przez nos, kiedy Laurent potwierdził to, o co się tak bezpośrednio zapytała. Potem uniosła oczy ku górze, jakby się nad czymś zastanawiała, a dopiero po chwili na powrót utkwiła ciemnobrązowe spojrzenie w Laurencie.

– Nie widzę niczego nienormalnego w chęci pomocy. Pamiętasz, że nie tak dawno temu byłam w podobnym położeniu? – bo osoba, którą pokochała, próbowała się zabić i Laurent chyba nie do końca rozumiał, że Victoria nie wybaczyłaby sobie, gdyby nie próbowała pomóc Saurielowi, nawet jeśli to wszystko tak bardzo ją zraniło. Rzecz w tym, że on nie bardzo miał osoby, które by mu pomogły, bo czy dotąd ktoś to zrobił? Nie. To inni doprowadzili do tej sytuacji, do tego przeciążenia i chęci zakończenia swojego żywota. Różnica była taka, że to był wtedy jej narzeczony i jej powinnością było pomóc. – Okej… To może… wiesz gdzie mieszka? Pójdź porozmawiać z tą bliską mu osobą. Albo chociaż wyślij sowę, poinformuj co się stało, że potrzebuje pomocy. Może ten ktoś nawet nie wie, jak poważna jest sytuacja? Jak nie mają odpowiednich pieniędzy, zawsze możesz zapłacić za spotkanie z lekarzem. Mogę popytać tatę, czy nie zna jakiegoś dobrego magipsychiatry, może by kogoś polecił i załatwił jakiś szybszy termin, hm? To wszystko to też jest pomoc, nie musisz go trzymać za rękę i nigdzie prowadzić, skoro ma bliskich, na których może się oprzeć. Może ta osoba stanie na wysokości zadania? Jak nie, to przecież wtedy możesz pomóc bardziej doraźnie, nie musisz tego brać na siebie od razu w całości, prawda? – różnica między tym co ona przeżyła była taka, że Sauriel zaszył się gdzieś w samotności i chciał umrzeć w ciszy. A to co opowiadał Laurent… typ był u niego w domu i pociął się tam. – Nie obraź się, kochanie, ale to strasznie egoistyczne ze strony tego twojego znajomego. Przyjść do ciebie i się u ciebie pociąć, żebyś musiał mu pomóc, bo inaczej miałbyś go na sumieniu. To pokazówka, robić coś takiego w łazience innej osoby. Przecież to oczywiste, że takie coś siądzie ci na głowę. Komu by nie siadło? – wydawało jej się, że Laurent nie dostrzegał tak oczywistej sprawy jak to. I choćby właśnie z tego powodu powinien spróbować załatwić to w inny sposób, niekoniecznie osobiście brać na siebie cały ten ciężar. Wyciągnęła nawet rękę, by przygarnąć do siebie Laurenta i przytulić go krótko (krótko, bo wciąż zionęła zimnem nawet większym niż trup). Chciała mu jednak dodać otuchy i przekazać swoje spojrzenie na tę sprawę. – W porządku. Ale ostrzegam, że śpi z nami też Luna – a malutka potrzebowała najwyraźniej otulić się ukochanym zapachem swojej ludzkiej towarzyszki jak najbardziej, by mieć swoje słodkie, kocie sny. W propozycji spania razem nie było żadnego drugiego dna, bo tak – granice relacji były bardzo jasne, sama je wyznaczyła na wiosnę, gdy wrogość do Sauriela w niej opadła i zaczęła być nim zaintrygowana. Chciała być fair w stosunku do wszystkich, do przyszłego-ale-już-byłego-narzeczonego, do Laurenta i do siebie. I chociaż nie nosiła już pierścionka na palcu, to emocjonalnie nadal była całkowicie niedostępna i nieosiągalna, co prawda emocje i uczucia nie zawsze szły w parze z cielesną przyjemnością, tak w tym przypadku było to tożsame.


Victoria nie odpowiedziała od razu, tylko kilka razy w ciszy przeczytała ustęp o drożdżach i zamyśliła się wyraźnie. Potem wypowiedziała to wszystko na głos i spojrzała na kostkę śmiesznie pachnącego… czegoś o równie śmiesznej konsystencji. Cukier – był. Letnia woda – była. Złapała się pod boki, gromiąc drożdże wzrokiem, jakby oskarżała je o sabotaż, z jej gardła wydobyło się ciche „hyyym”. A w końcu kiwnęła głową.

– Mam pomysł. Odmierzymy połowę i ty swoje pokroisz i ugnieciesz z cukrem i rozrobisz z wodą, a ja swoje porwę w palcach i zobaczymy czy jest jakaś różnica – przecież nie mogli się wyłożyć na pierwszym punkcie całej operacji! Jej analityczny umysł i chęć wiedzy tutaj wygrały, tak jak upartość. Nie zamierzała dać się pokonać jakimś głupim drożdżom.

Jak więc wymyśliła, tak zaczęła robić. Wzięła jedną z misek, pokruszyła w dłoniach swoją część drożdży, tyle ile było potrzeba w przepisie, potem dodała trochę tej letniej wody i cukru, po czym zaczęła mieszać, a drożdże się rozpuściły. Następny krok to było przykryć tę… śmieszną wodę i odstawić na chwilę, i tak też zrobiła, chociaż nie miała bladego pojęcia po co. Zrobiła nawet do Laurenta dziwną minę.

– Nie mam zielonego pojęcia co właśnie robimy – przyznała się bez bicia i przez moment pozaczepiała Lunę, a potem zajrzała pod ściereczkę do miseczki. – Ojej, ale śmieszne. To się zrobiło takie gęste. Pokaż twoje! – była trochę podekscytowana i było to słychać. Zaraz zajrzała dalej do gazety. – Teraz piszą, żeby wymieszać w misce mąkę i sól, a potem dodać do tego to śmieszne coś z drożdżami…




RE: [31.07.1972] I wish I was the moon | Laurent & Victoria - Laurent Prewett - 03.09.2024

O takich relacja i o takich spektaklach między przyjaciółmi na głos się nie mówiło - to miała być tylko ich słodka tajemnica, tylko między nimi, a Laurent nie zamierzał tego zmieniać. Tak jak i zresztą wiele innych tajemnic o rzeczach, które robili razem albo które między sobą mówili. Nie mówiło się, bo nawet bliscy mogli dziwnie na to spojrzeć. Zaczynając od tego, że Victoria nie ma wstydu, przechodząc przez to, że w ogóle o co Laurent ją prosi i tak nie wypada. Świat czarodziei był o wiele bardziej tolerancyjny, co wcale nie przeszkadzało królować patriarchatowi. Nawet ojciec Laurenta, który był zadziwiająco wyrozumiały (według samego Laurenta zadziwiająco) wobec płci pięknej (albo słabszej) gadała Laurentowi nad głową, że nam, mężczyznom, wolno. Ale kobiecie nie wypada. I chodziło tu głównie o socjete. Kiedy mężczyzna podrywał niewiasty i zaciągał je do łóżka to "po prostu się jeszcze nie wyszalał". Kiedy kobieta podrywała mężczyzn i uprawiała z nimi seks to już była dziwką. Nie, nie było to sprawiedliwe. Więc łatwo było zrobić wielkie oczy na ich niektóre... wybryki.

Odetchnął, wiążąc ten fartuszek za plecami i spoglądając na te składniki na stole.

- Pamiętam. Z własnego stanowiska nie powinienem robić tego, co robię. Wielu rzeczy nie powinienem robić. - Tak samo jak ona nie powinna i nie powinna mieć niektórych znajomości. Laurent był przekonany, że nie miał złego stanowiska, tylko że... był hipokrytą. Chciał jak najlepiej dla Victorii i łatwo było wypowiadać słowa, które powiedział, kiedy nie znał drugiej strony. Łatwo było mu też podtrzymywać swoje stanowisko, kiedy nie było tutaj Edga i nie patrzył na te smutne, pieskie oczy i wszystkie blizny, które zostawił na sobie samym, a w gruncie rzeczy - zostawili na nim inni, nie tylko nie potrafiąc mu pomóc, ale wręcz wykorzystując go i pchając w te szaleństwo. - Uuuch... wiem... wiem, gdzie mieszka. - W miejscu... bardzo specyficznym. Gdzie nie został ciepło przyjęty i gdzie miał oficjalny "zakaz wstępu" i nie był tam mile widziany. Automatycznie przesunął dłonią po brzuchu, wspominając ich piękne, pierwsze spotkanie w cyrku. - On za bardzo... nie ma bliskich... - Ta rodzina cyrkowa... tam wszyscy potrzebowali opieki i wszyscy potrzebowali pomocy. Byli dysfunkcyjnymi złodziejami, zlepkami ludzi z krawędzi. I niektórzy byli szaleni. - Obawiam się, że ta osoba, do której chce wracać... mam takie poczucie, że nie traktuje go zbyt dobrze. Ale masz rację. Warto spróbować z nim porozmawiać. - Uśmiech pojawił się i zniknął, płynnie, gładko, jak opadające piórko wyrwane z wypchanej poduszki. Miała rację. Miała pełną rację. Ale czy Edge był w stanie się wyspowiadać przed terapeutą? Przed kimś obcym? - Nie obrażam się, nie... masz rację. Też sądzę, że na to nie zasłużyłem. I że to nie powinno mieć miejsca. Mam już dosyć krwi. Jest wszędzie. Ciągle. Krew, krew... krew... - Nóż uderzał o deskę, kiedy kroił na małe kawałki te drożdże. Połowę z nich, bo drugą połową zajęła się Victoria, kiedy jej kicia z ciekawością wsadzała jej łeb do miski. - Och, no nie wiem, czy się zmieścimy. - Teraz już uśmiechnął się weselej i przede wszystkim - bardziej trwale. Chłonął jej towarzystwo, jak chłonął jej mądrość. Victorii, się znaczy. Ale towarzystwo Luny też chłonął. Na moment nawet przerwał swoją czynność, żeby spojrzeć na kicie, zanim przesypał te drożdże, żeby je rozrobić z cukrem.

- Wygląda... tak samo..? - Czy to właściwie teraz znaczyło, że robią DWA chleby? Po połowie? Odmiennymi metodami?! W sumie niegłupie. Właściwie to bardzo mądre. Dzięki temu sprawdzą, czy któreś z ich podejść będzie słuszne. Gorzej tylko, że nie będzie jak sprawdzić, przy którym kroku było nieprawidłowe? Albo dzięki porównaniom właśnie im się to uda? Tyle zagadek... a to tylko jeden chleb! - Chciałbym powiedzieć, że oczywiście robimy chleb. Ale powiem, że raczej robimy eksperyment. - Bo jeszcze nie wiemy, co z tego wyjdzie, chociaż cel jest oczywisty. - Wymieszać... łyżką? Ale ile razy i w którą stronę? - Pochylił się nad przepisem Victorii, bo instrukcja była bardzo niejasna. - Jak to... nie napisali... - Skonsternowany spojrzał nieco bezradnie na te dwie miski.




RE: [31.07.1972] I wish I was the moon | Laurent & Victoria - Victoria Lestrange - 04.09.2024

Teraz było prościej – poprosić Victorię o przenocowanie, bo w jej rodzinnym domu… To nie mogło mieć miejsca z już wymienionych powodów. Gdyby był kobietą, to co innego, wiadomo, ale nie był. Pomijając jednak, jak ich relacja w ogóle się zaczęła, i jak długo to ciągnęli (i jak wiele osób nazwałoby ją przy tym szmatą, gdyby wiedzieli…), Victoria nie była nad wyraz puszczalska, nie miała wielu partnerów i już na pewno nie jednocześnie i nie chodziło tu zupełnie o „wyszalenie się”. Ten seks był naprawdę dobry, ale nie zastanawiała się nawet chwili, gdy pojawiły się w niej uczucia do kogoś innego i doskonale wiedziała, że zakończenie tego to najlepsza decyzja, zrobiła to bez żalu. Jednak przyjaźń z Laurenta nadal była dla niej ważna, nawet ważniejsza od jakichś łóżkowych wybryków i chyba miał tego potwierdzenie w kolejnych miesiącach – nie było momentów zawahania, nie było zwątpienia czy wodzenia za nos, ani łamania postanowień. Tak jak się umówili – tak było. I Laurent naprawdę mógłby być teraz kobietą, bo dokładnie tak się zachowywali: jak dwie przyjaciółki na spotkaniu (i ileż to razy rozmawiali o chłopakach…). To jednak, co było, zdecydowanie nie miało wypłynąć na światło dzienne. Ani to, że teraz też zdarzało im się spać w jednym łóżku – w czerwcu, w lipcu, teraz… Ale to naprawdę było tylko spanie i ewentualnie gadanie, nic poza tym. I dzisiaj nie miało być inaczej. I jednocześnie kiedy półtora tygodnia temu zrobili mu wjazd na chatę, bojąc się o atak Śmierciożerców, to i tak wszyscy wspólnie uznali, że Victoria pójdzie się przespać do łóżka Laurenta, a Brenna czy Atreus kimną się na kanapie w salonie – jak to na psiapsie przystało.

Victoria nie wiedziała nawet połowy rzeczy, które kwalifikowałyby Laurenta do bycia hipokrytą co najmniej miesiąca, jak nie półrocza. Póki co więc patrzyła na niego przenikliwie, nie domyślając się, jak głęboko to w ogóle sięga.

– Pomiędzy mną, a tobą jest jednak zasadnicza różnica – odparła w końcu i uśmiechnęła się lekko. – To był mój narzeczony. To ja byłam tą bliską osobą, która powinna pomóc – pomijając, że czuła się w obowiązku, to wiedziała też o innych rzeczach, jak to, że nie było drugiej bliskiej osoby, która pomoże i do której zawsze się wróci, i tak dalej. Victoria nie miała bladego pojęcia o relacji Laurenta z tym mężczyzną, nie podejrzewała nawet, że to jego kolejny z mnóstwa kochanków, który przy okazji zdradza osobę, z którą był, i że znowu wpakował się w jakąś wyniszczającą relację, gdy dopiero co opowiadał o chłopaku, który złamał mu serce, albo o nadętym Philipie, który kompletnie nie przypadł jej do gustu. – Mówiłeś, że ma bliską osobę, do której zawsze wróci? – zaintonowała to jako pytanie, choć nim w zasadzie nie było. Przecież to były jego słowa dopiero co. – Jak nie w cztery oczy, to wyślij chociaż Nieve – może to było tylko wrażenie, tak sobie pomyślała Victoria. Bo jeśli ktoś był tak nieczułym egoistą, że robił tak okropną scenę w czyimś domu, to może źle też przedstawiał relację pomiędzy swoimi bliskimi? Pomyślała sobie, że może to jakaś manipulacja, próba wykorzystania dobrego serca Laurenta i tak dalej. – Nie wiem co to za relacja i w ogóle, po prostu wydaje mi się, że nie powinieneś pomagać każdemu, tym bardziej, jak wiele sam masz problemów – w tym takich z bezpieczeństwem, gdy wszystko wskazywało, że ktoś z jego otoczenia, jego dawny znajomy, mógł mieć jakieś powiązanie ze Śmierciożercami i wsypać Laurenta za zmanipulowany artykuł w gazecie. Zgoda, Victoria też miała powiązanie z co najmniej jednym z nich… Ale nigdy nie wydała nikogo. I nie zrobiłaby tego. – Jakoś będziemy musieli, chociaż młoda się rozpycha. Kładzie się na środku i w zamian dostajesz kawałek materaca dla siebie – zachichotała pod nosem. Takie to już było życie ze zwierzakami.

Victoria spoglądała z powątpiewaniem na swoją część drożdży i na te od Laurenta. Tak, wyglądało tak samo, a zrobili z nimi coś zupełnie innego. Ale zachowywały się kompletnie tak samo. Tyknęła je nawet palcem. No… tak samo. Pachniało też tak samo. Na tyle intensywnie, że Luna odsunęła się od tych mniejszych miseczek i aktualnie po prostu siedziała sobie na blacie. I oczywiście, że teraz robili DWA chleby. Victoria kupiła więcej składników na wypadek, gdyby coś poszło koncertowo nie tak… Dlatego teraz robili dwie wersje.

Odmierzyła odpowiednią ilość mąki, którą wsypała do miski, dosypała do tego trochę soli – i to była ta łatwa część, a już na tym etapie Lestrange gapiła się na mąkę podejrzliwie.

– Nie wiem. Nic tu nie ma – aż wzięła tę gazetkę w ręce i przyjrzała się jeszcze raz, nawet zmieniła stronę, by upewnić się, że nie ma tam jakiejś gwiazdki z adnotacją, ale nie było absolutnie niczego, wróciła więc nieco zirytowana do właściwej strony i trochę obrażona odłożyła gazetę na blat. – Mieszaj w lewo, ja będę w prawo – zarządziła, po czym wsadziła łyżkę w mąkę i zamieszała kilka razy, by… pomieszać tę odrobinę soli z mąką (co wydawało jej się całkowicie głupie, patrząc na ilość mąki i soli i że żadne z nich nie było płynne). Potem spojrzała raz jeszcze i w sumie dobrze, bo zapomniałaby dolać wodę – wlała więc resztę do miski z mąką, zrobiła się z tego paciaja, mączny dym poszedł w górę i Victoria aż pomachała lewą ręką, jakby to miało coś pomóc, a potem z dziwną miną przełożyła drożdżową miksturę do tego wszystkiego iii… – I teraz co. Znowu mieszać nie wiadomo jak i nie wiadomo jak długo. Ej ale teraz piszą, żeby to robić rękami – Victoria niemal z obrzydzeniem spojrzała na to wszystko, po czym niepewnie wsadziła dłoń w mąkę, wodę i drożdże i wykrzywiła się jeszcze bardziej. – O brzy dli we – zaakcentowała i zaczęła dziwnie poruszać palcami, bo wszystko jej się kleiło do łapy i w ogóle nie łączyło ze sobą.




RE: [31.07.1972] I wish I was the moon | Laurent & Victoria - Laurent Prewett - 04.09.2024

- Masz na myśli zobowiązanie do pomocy? - Bycie czyjąś narzeczoną... Jego siostra miała się stać CZYJĄŚ narzeczoną i to w pełni niechcianie. Nie dlatego, że mężczyzny nie kochała, a dlatego, że bała się tak ważnego kroku. Zbliżała się już trzydziestka na jej karku, matka była coraz bardziej natarczywa, postawiła ultimatum, po którym... kto wie, co by się po nim działo? Laurent bardzo świadomie Aydayi odmówił. I poniekąd nałożył nacisk na Pandorę, żeby wyszła ze swoją inicjatywą, skoro i tak ma kogoś, kogo kocha. Zobowiązanie się do pomagania komuś mogły mieć różne źródło, ale rodzina zawsze była najważniejsza - tak jak dla Victorii był tak ważny Sauriel. Laurent trochę gubił się w tym, co chciał jej powiedzieć, ale nie dlatego, że chciał unikać prawdy. Nie wiedział, jak to ująć. Brakowało mu tych wszystkich ładnych słów, żeby opisać, jak wiele rzeczy stało się spierdolonych. Jak wiele on spierdolił. - Nie miał najlepszych wzorców, syndrom Sztokholmski to chyba jego drugie imię. - Nie znał Alexandra, który dzielił jedną skromną przyczepę z tym wrakiem człowieka, jakim był Edge, ale nie potrafił sobie wyobrazić, że to był DOBRY związek. Może był, może to po prostu Edge... wina na pewno leżała po obu stronach. Przeszłość w końcu bardzo wyraźnie rysowała prawdę: niektórzy musieli mieć kogoś, kto powie im, kiedy siedzieć, kiedy jeść i kiedy zająć się pracowaniem. Inni mieli naturę zupełnie do tego sprzeczną. Victoria słuchała się tak długo matki, bo nie widziała alternatywy, ale kiedy poparła ją jedna, druga, trzecia osoba okazało się, że można - i nikt ci wcale nie musi mówić, jak żyć. Ona tego nawet nigdy nie lubiła, bo nie zaliczała się do grona tych uległych osób. - Moje mądrości niekoniecznie mają pokrycie w praktyce. - Delikatnie się uśmiechnął, bo w alternatywie mógł jeszcze płakać. Mieli zaś tutaj taką atmosferę, że żadna łezka nie miała szans się prześlizgnąć. Szczególnie, że właśnie sypał mąkę, choć to częściowo mąka obsypała jego. Nie spodziewał się, że mąka może być taka delikatna, takim puszkiem, pyłkiem. Kaszlnął i zamachał ręką, żeby przepędzić ten mały obłoczek, co się wbił w powietrze. Ten fartuszek właśnie uratował jego odzież przed staniem się z mąką jednością. - Łatwo mi mówić, że nie podoba mi się to, że zadajesz się z kimś niebezpiecznym, bo jesteś dla mnie najważniejsza. Ale z perspektywy czasu żałuję tego, co ci mówiłem. Przepraszam. Powinienem cię bardziej wspierać. - Nie był pewien, czy dałby radę powiedzieć coś innego, kiedy widział - i słyszał - że Victoria cierpiała, ale teraz już by powiedział. W przeciągu ostatnich trzech miesięcy jego spojrzenie na relacje obróciło się o 180 stopni. Zawsze nosił głowę wysoko, bo nie pozwalał sobie na tę miłość, która przewracała umysł do góry nogami. - Masz rację. Chyba w końcu przestanę, bo ile można tak funkcjonować? - Nikt nie był niewyczerpywalnym zasobem energii, on się w tym wszystkim wyróżniał może tym, że miał jej nieco więcej od innych. Nadrabiał tym brakiem fizycznej siły. Tym nie mniej każdy kij miał dwa końce. Jeden z nich zazwyczaj był brudny. - Powiedz... między tobą a twoim wybrankiem wszystko teraz w porządku? - Nie musiał nawet pytać, widział to po niej, że musiało być co najmniej lepiej. Choć to też nie znaczyło, że było dobrze.

- To na pewno trzeba mieszać..? - Wątpliwości ciąg dalszy, ale nie zamierzał dyskutować z przepisem. Co najwyżej z tym, że czemu nie napisali JAK mieszać. I jak mogło też wyjść im ta sama substancja, skoro traktowali ją inaczej. A były identyczne w każdym calu. - Bardzo dziwne to wszystko. - Ale nie powiedział tego z negatywem, a prawie się śmiejąc, szczególnie kiedy przyszło do wsadzenia łapy do tego wszystkiego połączonego razem. - Całkiem przyjemne. - Zaśmiał się cicho, patrząc jak to wszystko się klei i lepi. - Tylko czy to naprawdę ma tak działać? Tak się zachowywać? Bardzo ciężko to wymieszać... - Nie chciał narzekać, ale już go ręka bolała. - Nie dołączyli żadnych zdjęć?




RE: [31.07.1972] I wish I was the moon | Laurent & Victoria - Victoria Lestrange - 04.09.2024

– Po to masz bliskich, żeby móc się na nich oprzeć, kiedy potrzebujesz pomocy – zobowiązanie… Tak, to  było zobowiązanie, tak została wychowana i tak uważała. Ubrała to jednak w nieco inne słowa, odpowiedniejsze i takie, które rzeczywiście miała na myśli w tej całej sytuacji. – I tak, narzeczeństwo to zobowiązanie… – Drakowi też by pomogła, gdyby widziała, że jest z nim bardzo źle. Na szczęście pomagać mu nie musiała. To, że przyprawiała mu rogi, to zupełnie inna rozmowa, a Victoria czuła się rozgrzeszona, bo tego typa nawet dobrze nie znała, nie znosiła go. Ale by pomogła, skoro już powiedziała „a” – należało też wtedy powiedzieć „b”. – W tę czy inną stronę – nie przeszkadzało jej to, a przynajmniej nie w przypadku tej ostatniej relacji. Brała to z całym bagażem doświadczeń, ze wszystkim co dobre i ze wszystkim co złe. – A kto z nas ma dobre wzorce? Ty? – lekko przekrzywiła głowę. Ojciec, który rucha wszystko co popadnie i macocha, która dawała mu odczuć, że jest niechcianym dzieckiem. – Ja? – uniosła wyżej brwi. Może Sauriel miał mieć dobre wzorce? – To nie wzorce, to to, co ma się tutaj – i lekko postukała się palcem w skroń, nie po to, by pokazać, że coś jest głupie, a żeby wskazać, że chodzi jej o własny rozum. Każdy miał przecież swój: tak jak dupę i zdanie.

Było widać, że Victoria odrobinę się zmieszała i nie do końca wiedziała jak ma odpowiedzieć i zareagować na te przeprosiny. Miała trochę za złe ludziom z najbliższego otoczenia, że tak łatwo było im wydawać osądy i od razu każdy jej mówił, że to nie dla niej, że będzie nieszczęśliwa, i nikt tak naprawdę nie zadał sobie trudu by pomyśleć, co ona o tym wszystkim myśli, jak się czuje i czego chce. Rozumiała skąd się to brało, z troski i tak dalej, ale ile mogła wykonywać polecenia rodziny? To nawet nie chodziło to, że ktoś ją poparł, po prostu miała dość zabawy jej własnymi uczuciami, przede wszystkim nie miała ochoty trzeci raz przechodzić przez wymuszone przez rodzinę narzeczeństwo i zakładanie rodziny z kimś, kogo by nie chciała.

– Dla mnie nie jest niebezpieczny – odparła cicho, zapatrzona w miskę wypełnioną mąką, z którą nie bardzo czuła, co należy zrobić. – Ale rozumiem tamte słowa i troskę. Też bym się martwiła – ale czy była osobą, która dała się innym poznać jako nierozważna? Jako kochliwa? Albo wiecznie wpadająca w tarapaty z różnych powodów, tych miłosnych, i tych zdecydowanie nie? Tak czy siak – nie było o czym mówić. Wtedy było źle, ale tydzień później zrobiło się jeszcze gorzej, tak, ze nie było się nawet czym chwalić, bo dostała kosza i to nigdy nie było proste. I nie minął od tego czasu nawet miesiąc, nawet jeśli wydawało się, że tyyyle minęło. Ale nie. Po prostu bardzo dużo się działo, a czas nie zwalniał i można było mieć bardzo złe wrażenie. – Zdecydowanie przydałoby ci się odpocząć w spokoju – ale spokój… ha. Kolejne kilka tygodni miało pokazać, że to nie miał być żaden spokój. Co najwyżej koniec jakiegoś rozdziału dla Laurenta, ale nie spokój. Może później uda mu się trochę odpocząć… Na pewno jednak jeśli nic nie zmieni, to nie zacznie się robić lepiej, co Victorię też martwiło, bo ile niepowodzeń mógł znieść jeden człowiek? – Uuhmm… nie wiem – czy było w porządku? Nie pokłócili się, nie było żadnych krzyków, rozstania z przytupem ani nic. Było… spokojnie. Ale Victoria czuła się niechciana, pomimo tego, że obiecała sobie, że nie zostawi go z tym wszystkim samego. – Rozmawiamy ze sobą, to na plus – stwierdziła w końcu i lekko przekrzywiła głowę. Może to dobrze, że teraz gadali, bo przynajmniej nie skupiała się na ugniataniu tego okropnego ciasta, które stawało się coraz mniej… paciajowate. – Był tutaj kilka razy, raz przed naszym wyjazdem do Włoch, potem… kilka dni temu – a jaki wkurwiony przyszedł… Nie dziwiła mu się, też by była zła, jakby Stanley do niej wypisywał takie kocopoły w listach. – Umówiliśmy się, że będzie pilnował Lunę, jak będzie miał czas, a ja będę w pracy. Wiesz… On i tak nic nie jest w stanie robić w dzień, a ona potrzebuje uwagi, więc… – więc mu za to zapłaci, ale wilk będzie syty i owca cała. Vika uśmiechnęła się leciutko – kot zdecydowanie załagodził pewne rzeczy pomiędzy nimi. – I tyle w sumie – wzruszyła ramionami, bo ta ich ostatnia rozmowa wiele ją kosztowała. Była przy tym trochę wycofana, bo nie chciała, żeby to jej na szybko składane serce, połamało się raz jeszcze. Ale tak, było lepiej. Trochę, ale było.

– Nie, jedyne zdjęcie to efekt końcowy – burknęła, wskazując głową na gazetę, bo obie dłonie miała umoczone w cieście, niemalże po łokcie, skoro nie wiedziała, jak się za to dobrze zabrać. – Jest tylko, że ma być elastyczna i zwarta kula – westchnęła, bo minęła minuta, może dwie, a to ciasto nadal było takie…. Takie dziwaczne. Ale trzeba przyznać, że zaczynało nabierać jakiejś innej konsystencji. Victoria chciała wyciągnąć jedną rękę, żeby pokazać Laurentowi, że naprawdę nie ma żadnych sensownych zdjęć, ale ciasto przykleiło jej się do ręki i ciągnęło, miała oblepione palce i szybko z tego zrezygnowała, wciskając znowu łapę w ciasto. Za to schyliła się i wygięła dziwnie, żeby zębami złapać rączkę swojej wiernej różdżki – to był już akt desperacji. No przecież nie wytrze się w fartuszek, i nie dotknie tak niczego, tym bardziej, że kot zaczął się nadmiernie interesować tym całym procesem. W końcu i z tym się poddała, a za jakiś czas kula była… no przestała się aż tak lepić do łap, chociaż nadal była lepka. Ale czy elastyczna? Może i tak. Victoria była zmęczona jak po maratonie. – I teraz każą to przykryć, zostawić w ciepłym miejscu i pójść sobie na godzinę – mruknęła, gdy klepnęła ciasto dwa razy ręką i zabrała dłonie z ulgą. Brudna. Z pewną ulga złapała za różdżkę i machnęła nią, żeby wyczyścić łapy sobie i Laurentowi. Nie wytrzymałaby przecież ani sekundy w syfie. – Porobisz w tym czasie ze mną laleczki? – zapytała wskazując na stół i rzeczy, które tam leżały.




RE: [31.07.1972] I wish I was the moon | Laurent & Victoria - Laurent Prewett - 06.09.2024

Wzorce nas nie definiują? Na pewno nie definiowały do końca. Ale nie dało się ukryć - tworzy nas otoczenie, w którym dorastamy. Nawet bardzo nas tworzy. Kształtuję nasze filigranowe ciała, żeby potem nadać im delikatności, albo jeszcze większej toporności formy. Prawdą było też, że nie definiowały nas do końca. Po to mieliśmy umysł, by starać się wyciągnąć z tej plątaniny tradycji i rodzinnych doświadczeń to, co było dla ciebie największą wartością. Laurent nie skręciłby w bardzo wiele ścieżek, gdyby nie napatrzył się na ojca, który był dla niego idolem. Bo przecież chcę być taki jak tata było domeną bardzo wielu synów. Ten wzorzec, ideał, do którego możesz dążyć. Albo nawet musisz dążyć. Rozumiał więc przekaz, ale nie był pewien, czy może się z nim do końca zgodzić. Wpływ Isabeli na Victorię też był widoczny. Nie da się uciec przed krwią, która w tobie krąży - jest gęstsza niż wartka woda w strumieniu. Nie mógł tez jednak zaprzeczyć. Więc w efekcie tylko odpowiedział lekkim uśmiechem i przechylił nieco głowę, zastanawiając się nad tym.

- Kupiłem już miejsce na nowy dom. W stanie pół surowym, do wykończenia. - Powiedział tak apropo tego wypoczynku. - Chciałem kupić dom we Włoszech, albo i całą wyspę na Karaibach. - Laurent był może nie skąpy, ale bardzo oszczędny w wydawaniu pieniędzy, bo samo ich posiadanie go cieszyło. Nie żałował ich na parę rzeczy - na ubrania, biżuterię, wszelkie dodatki z tym związane i na jedzenie. Oczywiście nie mówimy tu o żałowaniu chociażby na utrzymanie rezerwatu i tym podobne rzeczy, to nie było właśnie skąpstwo. Natomiast jeśli miał coś kupić to pięć razy się zastanawiał, czy na pewno tego potrzebuje. Nie był też dumny z tego, że bardzo rzadko wspierał jakieś składki charytatywne. - Zamierzam rozpocząć budowę, jak tylko będę miał plan od architekta... poprosiłem tego mężczyznę o to. Żeby mi zaprojektował dom. Jest w tym naprawdę dobry. - Tego, o którym tutaj rozmawiali. - To jedna z większych tragedii wampirów. Dobrze dla nich, że Anglia ma tyle pochmurnych dni. - Laurent był przekonany, że taki kot potrafił połączyć ludzi skuteczniej niż jakakolwiek romantyczna randka pod warunkiem, że obie strony te koty lubili. Co do Victorii nie miał żadnych wątpliwości, ona w końcu koty wręcz ubóstwiała. Z tego, co opowiadała, to jej narzeczony... BYŁY narzeczony również. Nacisnął mocniej bladą dłonią na tę dziwną papkę, która się robiła, kiedy starał się to wszystko zmieszać razem. Nie wiedziała, czy to poprawa... dopóki relacja nie była naciskana to radziła sobie z lepieniem znacznie lepiej niż TO ciasto. Ale jeśli nie była jej poświęcana uwaga to i nie było szansy, żeby cokolwiek uległo połączeniu. Tutaj chyba starania były.

Mordowanie się z tym ciastem trwało dość długo i Laurent musiał sobie robić przy tym przerwy, bo zwyczajnie bolały go ręce. Tylko na chwilkę. Dać odsapnąć i znowu można było wrócić do przygotowywania tego wszystkiego przed umyciem się. Oczywiście chyba nie trzeba wspominać, że pierwszych parę prób połączenia składników skończyło się tym, że mąka puffnęła w powietrze?

- Uff... czy oni tak robią każdy chleb w piekarni? - Nie wyobrażał sobie funkcjonowania w ten sposób. Ale nie wyobrażał sobie wielu rzeczy, bo wiedza go ograniczała. Bieda tego świata i ciężka praca w zakładach ludzi chociażby - nigdy tego nie widział. Najbliżej było mu do ludzi pracujących w jego stajni czy rezerwacie. - Jasne. Z wielką chęcią. - Odwiązał ten fartuszek po umyciu sobie rąk i ostrożnie go złożył, żeby ta mąka czasem się nie posypała na podłogę. A dopiero było tu sprzątane... dobrze, że magia mogła ich wspomóc. - Ciężko mi zrozumieć, jak mugole radzą sobie bez magii. - Oni WSZYSTKO musieli robić ręcznie. Wszystko.




RE: [31.07.1972] I wish I was the moon | Laurent & Victoria - Victoria Lestrange - 07.09.2024

Victoria z kolei nigdy nie chciała być taka, jak jej matka… I chyba nie była, chociaż potrafiła być równie uparta co ona. Nie była za to tak wyrachowana i wolała zajmować się innymi rzeczami – jak jej ojciec, lekarz i twórca eliksirów. A jednak, gdyby nie zbieżność charakterów Victorii i Isabelli, zapewne nie byłoby pomiędzy nimi aż tylu spięć… Jednak do niedawna Victoria można powiedzieć, że znała swoje miejsce i słuchała się rodziny. Teraz jednak postanowiła pokazać swój charakterek i tupnąć nóżką. Mimo tego wszystkiego, Victoria była przy tym też zadziwiająco wręcz łagodna… dla tych, dla których chciała. Bo miała swój rozum i wolała iść własną drogą. Być sobą na tyle, na ile w ogóle mogła. Przed własną krwią uciekać jednak nie zamierzała – bo rodzinę się wspierało, jakakolwiek by nie była.

– I gdzie? – zainteresowała się zaraz, bo na temat poszukiwań miejsca na dom rozmawiali już długo. Victoria też szukała – bo Pokątna była tylko bardzo wygodnym przystankiem, ale na pewno nie spełnieniem marzeń. Nie miała tutaj ogrodu. – To byłoby bardzo daleko… Tak na co dzień tam mieszkać to problem – naprawdę chciał uciec tak daleko? Tęskniłaby – już to wiedziała… Ale przy tym, jeśli to faktycznie było to, czego pragnął Laurent, to kim była, by stać mu na drodze do szczęścia? – świstokliki i w ogóle… – bo gdzie sieć Fiuu za granicę? To było niewykonalne. No były też statki… Nadal – uciążliwe by było takie podróżowanie. Co do pieniędzy to mieli dość podobne podejście (cóż, a wiele takich podejść mieli podobnych) – bo Victoria też niespecjalnie lubiła wydawać swoje pieniądze. Odkładała je wszystkie do skrytki w banku, ale przy tym nie odmawiała sobie przyjemności, a kupno domu w żadnej mierze nie było problemem. Mogłaby mieć znacznie więcej niż kamienicę na Pokątnej, gdyby tylko chciała i pewnie nawet by nie zauważyła, bo nie dość, że miała swoje pieniądze, które zarabiała, a było ich naprawdę niemało, to miała jeszcze pieniądze od rodziny we własnej skrytce, ale też dostęp do tej rodzinnej; nie było z tym problemu, bo Victoria nigdy nie przejawiała w sobie rozrzutności. – Tego, który urządził ci taka scenę i wjechał na psychikę? – z której strony to było mądre? Zatrudniać do pracy nad domem typa, który robi u ciebie pokaz próby samobójczej, prawie jakby chciał, by zwrócono na niego uwagę. To znaczy może się myliła… ale sam fakt, że miało to miejsce u Laurenta, bardzo Victorię dziwił. No bo… dlaczego? Co tam się działo? To kolejny wakacyjny romans Prewetta, który kończy się… tragicznie? Czy może jednak chodziło o coś innego? Może jednak nie, skoro ten ktoś miał kogoś bliskiego, do kogo zawsze wróci… Victoria rozmyślała nad tym i im dalej w las tym rozumiała coraz mniej. – Skąd ty go w ogóle wytrzasnąłeś? – musiała zapytać, aż się prosiło, no bo – nic nie rozumiała. Skąd ten wybuch, skąd to wszystko… A składało jej się to w być może niezbyt mądry, dość toksyczny obrazek. – Tak… Pracuję nad tym – to była jedna z wielu wampirzych tragedii, ale od czegoś trzeba było zacząć. – Druga to nienasycony głód – na szczęście i to dało się kontrolować, przyzwyczaić… ale nad tym też chciała popracować. Ogólnie miała sporo planów… Miała tylko nadzieję, że wystarczy jej czasu. – Chciał, żeby było między nami normalnie… cokolwiek to znaczy – pewnie, żeby było spokojnie, dobrze… bo chyba nie jak dawniej? Nie o to mogło chodzić, przecież dotychczas ich normalność, to było wymuszone przez rodziny narzeczeństwo i potrzeba przebywania przy sobie wzmocniona miłosnym rytuałem. W każdym razie – tak, starania były, bo i obu stronom zależało… na czymś. Na sobie, na tej relacji, tak skomplikowanej jak i jednocześnie prostej.

Victoria też kilka razy przerwała i wzdychała ciężko, ale zaraz dzielnie wracała do ugniatania, a w końcu udało się osiągnąć… coś. Nie miała bladego pojęcia, czy to była odpowiednia konsystencja, nie znala się też na tym, kiedy i że w ogóle czasami trzeba dodać mąki, albo dolać więcej wody. Zrobiła po prostu dokładnie z tych proporcji, co w przepisie. A teraz siedziała już przy stole, sięgnęła po herbatę i ponownie westchnęła. Godzina czekania na… coś tam z tym ciastem do chleba.

Sięgnęła po pierwszą łupinę kolby kukurydzy, by zawinąć ją, tworząc głowę laleczki.

– Nie mam pojęcia, czy tak się robi w piekarni – przyznała całkowicie szczerze, próbując teraz odpowiednio przewiązać sznureczkiem te łupinę, by utworzyła się głowa, korpus… Nie było żadną tajemnicą, że Victoria nie jest uzdolniona manualnie, ale czasami coś jej wychodziło wyjątkowo dobrze. Zawsze jednak w takich momentach wkładała w to całą siebie. – Mi też. No wiele razy w ich domach widziała różne dziwaczne sprzęty, ale nadal były strasznie nieporęczne. Na przykład wiesz jak oni sprzątają? Mają taką dziwną podłużną… taki obiekt jak długie, ale nieduże pudełko. I do niego mają taką rurę doklejoną z takim szerokim końcem i oni tym jeżdżą po podłodze i brud znika. Nie mogą sobie machnąć różdżką i po prostu czytać w tym czasie książkę, nie. Muszą tak przejść przez wszystkie pomieszczenia – Victoria opisywała właśnie Laurentowi wynalazek, jakim był odkurzacz, nie mając zielonego pojęcia, jak to się w ogóle nazywa.

Luna w tym czasie zaczęła miauczeć, krążąc obok krańca blatu. Maleństwo ewidentnie chciało zeskoczyć i dostać się jak najbliżej Victorii i Laurenta, ale bardzo bała się zeskoczyć. Victoria wstała więc, by wziąć malucha na ręce, a potem posadzić sobie na kolanach; mała czarna główka wystawała teraz niewiele ponad poziom blatu i intensywnie pracowała nosem przy łupinach kolb kukurydzy.


Rzemiosło
[roll=T]


RE: [31.07.1972] I wish I was the moon | Laurent & Victoria - Laurent Prewett - 07.09.2024

Mimo tego, że lepienie w tym dziwnym cieście było całkiem zabawne to z wielką przyjemnością pozbył się resztek tego świństwa ze swoich palców, kiedy mógł je umyć, wyszorować wręcz. Kto by to widział, żeby pod równiutko wypiłowanymi paznokciami miało cokolwiek zostać. Więc się nawet nie dziwił, że Victoria przed momentem robiła sama dziwne wygibasy, żeby tylko nie ubrudzić swojej różdżki, a jednocześnie żeby po nią sięgnąć (i żeby nie ubrudzić przy okazji wszystkiego dookoła). Tym nie mniej wyglądało to bardzo zabawnie - dumna, chłodno wyglądająca czarownica, aurorka co się zowie, poważna pannica... która musi się posiłkować zębami, żeby w ogóle myśleć o czarowaniu.

- Zdaję sobie z tego sprawę, dlatego zmieniłem myślenie na jakiś dom letniskowy... ale na razie skupię się na tym, który mam aktualnie. - Niestety. Niestety nie mogli połączyć sieci fiuu, a i teleportacja na takie odległości nie wchodziła w grę. Zbyt niebezpieczne, o ile w ogóle możliwe. Wymagałoby to x skoków... oczywiście weźmy pod uwagę, że Laurent teleportować się nie mógł. Wtedy już Victoria musiałaby zostać jego rycerzem na karym ru... kocie. Na czarnym kocie. - To całkiem zabawne, bo znalazłem urokliwe miejsce dokładnie po drugiej stronie New Forest. Więc... na szczęście nie stworzę komplikacji. - Nie stworzy ich dla samego siebie. Nie był jedyną osobą źle znoszącą teleportację, niektórych po niej mdliło. Ale on teleportować się nie mógł w ogóle, pozostawały mu bardziej klasyczne środki transportu. Więc duża odległość od New Forest aż takim problemem by nie była, bo mógłby się teleportować do tamtejszego publicznego kominka, który w końcu stał przy stajniach, ale nadal... nie zależało mu aż tak, żeby uciec od samego New Forest. Zależało mu na zmianie otoczenia. Domu. - Tak... tak, ten. - Mądre... nie był pewien, czy to było mądre, w zasadzie to rzucił to wtedy półsennie. "Flynn, zbuduj mi dom." A potem zobaczył szkice, które były autentycznymi planami budowy domu i zmiękł. - Uch... łączy nas więcej, niż chciałbym, żeby łączyło. - I jednocześnie mniej. To jedna z tych historii, które trzeba opowiadać przy winie i przynajmniej jednym papierosie. - Potrzebuję do tego lampki wina. - Sam nie był pewien, czy to była historia, którą w ogóle chciał opowiadać szczegółowo... albo raczej był pewien - nie chciał. Nie chciał zupełnie nikomu jej opowiadać. Jego brzydka tajemnica. Pogrzebany sekret, który wypełzał jak bestia spod ziemi i drapał go po kostkach. Na razie tylko po kostkach, bo ewidentnie zamierzał się łapać jego nóg i wspinać dalej.

Normalność. Laurent sam chciałby wiedzieć, czym była ta normalność między nią a WAMPIREM, ale nie wiedział. Jego obrazek był składowymi tragedii, które nękały Victorię jak i tym, że ten, w którym się zakochała, wcale nie był księciem. Ale nie był też potworem, skoro ani razu jej nie skrzywdził. Długo był wampirem? Musiał mieć większe doświadczenie niż Astaroth, który nieustannie próbował się kontrolować - a już tą kontrolę raz stracił. Laurent nie życzył Victorii, żeby doświadczyła tego nieprzyjemnego bólu, nawet jeśli był tylko chwilowy, bo Astaroth się bardzo szybko opamiętał. Nikomu tego nie życzył.

Melancholijny nastrój był jedynym osiągalnym, kiedy myślisz o grzechach i grzeszkach. Świętość była na wyciągnięcie ręki tylko i wyłącznie wtedy, kiedy potrafiłeś samego siebie oszukać, że jest dla ciebie przeznaczona. Albo raczej - kiedy potrafiłeś oszukać innych. Laurent kłamać się nie starał, ale tworzyć pozory? Jak najbardziej. Przy Victorii tego nie robił. Był sobą w każdym tego słowa znaczeniu. Spoglądał przez dłuższy moment na starania Victorii, kiedy sam trzymał dłoń na kolbie, jakiej nawet dobrze nie ruszył. Kobieta wydawała się całkowicie zaangażowana i zaabsorbowana, tak wcześniej chlebem jak i tym. Nie dziwił się - jego ten chleb też pochłonął. Skierował w końcu wzrok na te liście i łodyżki, powoli je kształtując.


[roll=O]


RE: [31.07.1972] I wish I was the moon | Laurent & Victoria - Victoria Lestrange - 07.09.2024

Tak jak Laurent mógł przy Victorii być sobą, nie być tym paniczem z salonów i tak dalej, tak samo działało to w drugą stronę – bo Victoria też mogła być tą wcale nie sztywną i chłodną, jakże poważną sobą.

Dom letniskowy to był już znacznie lepszy pomysł, ale chyba nie taki był cel tego wszystkiego, żeby go teleportować ze sobą X razy z domu do Anglii i z powrotem, bo sam nie mógł – nawet jeśli mogła być rycerką na czarnym kocie (a to miało znacznie więcej znaczeń, niż się początkowo wydawało).

– Okej, to nawet nie tak źle. Kupiłeś już działkę? – szybko działał, bo rozmawiali o tym ile… miesiąc temu? Chyba miesiąc. Powoli wszystko zlewało się w głowie Victorii i trudno jej było określić dokładny czas wielu rzeczy, zbyt wiele działo się w jej życiu, czas niebezpiecznie przyspieszył i jednocześnie płynął bardzo wolno.

Victoria spojrzała na Laurenta wymownie, unosząc jedną brew wyżej.

– Wiesz, że łączenie biznesów i prywatnych relacji, zwłaszcza tak napiętych – bo musiało być napięte, tak przynajmniej pozbierała z tego, co jej opowiedział w tych kilku ochłapach – to przepis na katastrofę i poranione serce? Zwłaszcza gdy tnie się w twoim domu i przez to tym bardziej chcesz go zmienić, a on ci mówi, że ma kogoś, z kim żyje i do kogo zawsze wróci. To się aż prosi o wyjątkowo nieprzyjemne zakończenie – dokończyła i spojrzała na Laurenta miękko, bo mimo tego, co mówiła, bardzo się o niego martwiła. Pomimo tych wszystkich rzeczy, które działy się ostatnio w jego życiu, on dalej pakował się w jakieś dziwaczne, toksyczne relacje. Victoria nie potrafiła do końca zrozumieć, dlaczego Laurent to sobie robił. Zgoda, serce nie sługa, ale… Za szybko i za dużo rzeczy działo się w zbyt krótkim czasie, dlatego nie potrafiła tego objąć. Choć może też dlatego, że Laurent nie chciał jej mówić rzeczy, nie chciał się tym dzielić, więc trudno było jej to wszystko umieścić w jakiejś czasoprzestrzeni i odpowiedniej chronologii. Ale i tak… chyba nieźle radziła sobie z łączeniem kropek z tych szczątków, które jej rzucał. – A chcesz w ogóle pić? – zapytała może nieco sceptycznie, bo to w ogóle było koronne pytanie: czy chce jej o tym w ogóle mówić. Ale naprawdę potrzebował do tego alkoholu? I czy w ogóle chciał się napić? Po tym, jak wpadł tutaj niezapowiedziany, szukając miejsca, gdzie może spędzić noc, bo za nic nie chciał zostać w swoim domu. Na Matkę… To układało się w tak strasznie popieprzoną historię, że Victoria wyciągnęła do Laurenta dłoń, by złapać jego palce, chcąc mu dodać otuchy. Nie chciał, to nie musiał jej mówić. Ona też wszystkiego nie mówiła, choćby dlatego, ze zwyczajnie nie mogła. Ale wydawało jej się, ze alkohol dzisiaj to nie był zbyt dobry pomysł w stanie Laurenta.

Uśmiechnęła się blado, gdy Laurent już jej nie odpowiedział i skupiła się na robieniu laleczki, lecz chyba nie w pełni, bo myśli uciekały jej do różnych innych rzeczy, głównie do Laurenta i tajemniczego architekta-psychola, do Sauriela i dziwnej relacji z nim, której nie potrafiła nawet nazwać, do Luny, która była zainteresowana sznureczkami, kolbami, łupinami, łodygami pszenicy i tak dalej, do chleba, który mieli skończyć… Nic dziwnego, że po chwili laleczka się jej rozwaliła i Victoria westchnęła i jęknęła, ale jej mina wskazywała na to, że nie podda się bez walki, i lekkie warkniecie, które wydobyło się z jej gardła, też to mówiło wszem i wobec. Spróbowała więc jeszcze raz, zerkając spod oka na to, jak idzie Laurentowi – a szło mu o niebo lepiej od niej, ale Victoria nigdy nie była uzdolniona manualnie. Ale mieli sporo czasu, nim drożdże urosną na tyle, by można je było ostatecznie uformować w pożądany kształt i wstawić do pieca.


Rzemiosło
[roll=T]
[roll=T]
[roll=T]