Secrets of London
[14.07.1972, Chimera] Forsy mamy jak lodu | Rodolphus, Victoria - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19)
+--- Wątek: [14.07.1972, Chimera] Forsy mamy jak lodu | Rodolphus, Victoria (/showthread.php?tid=3799)

Strony: 1 2


RE: [14.07.1972, Chimera] Forsy mamy jak lodu | Rodolphus, Victoria - Rodolphus Lestrange - 27.09.2024

Mógłby to dalej ciągnąć, łapać ją za słówka i próbować wyłuskać prawdę spomiędzy lawiny, znaleźć te okruchy świadczące o tym, że przecież Victoria jest już przygotowana od dawna. Ale po co? Ona wiedziała i on wiedział, wiedzieli oboje i żadne z nich nie chciało przestać bawić się słowami i domysłami. Czy to dlatego, że byli tak wypaczeni i mieli patologiczne pojęcie o rodzinie, czy prawda była inna i pomimo słownych zapewnień żadne sobie nie ufało?
- Dokładnie tak. Płacę mu 20 galeonów za godzinę więc mam nadzieję, że widać różnicę - odpowiedział zupełnie poważnie. Tak poważnie, że gdyby Victoria go nie znała, to zapewne łyknęłaby tę bajeczkę jak młody rekin. Absolutnie nie przeszkadzał mu fakt, że dźgał go mentalnym kijem - przeciwnie. W tej lawinie niedopowiedzeń i złośliwości czuł, że żyje, czuł że w końcu może rozmawiać normalnie. Nikt przecież nie mówił, że rodzina Lestrange była normalna, prawda? Sięgnął po kieliszek bardziej z odruchu i przyzwyczajenia, niż z faktycznej chęci napicia się. Nie przepadał za smakiem wina, obojętnie czy było białe czy czerwone, czy było słodkie czy wytrawne. Być może jednak postanowił wychodzić ze swojej strefy komfortu? Co prawda nie pił na tyle, by alkohol mógł w jakikolwiek sposób na niego wpłynąć, ale sam fakt że w ogóle go zamówił był dziwny. - Trudno się z tobą nie zgodzić.
Victoria nie była głupia i on również nie należał do głupców. Sam był umoczony po kolana w nielegalnej brei. I być może nie była to konkretnie nekromancja, ale przecież otaczał się ludźmi, dla których ten temat był bardziej niż fascynujący.

Rodolphus nie poprosił o drugi kieliszek. Nie wypił nawet połowy pierwszego. Jadł powoli, nie przerywając tego procesu słowami. Nie lubił rozmawiać przy posiłku, chociaż nie można było powiedzieć, że sam fakt spożywania go przy innej osobie uważał za krępujący. Po prostu wolał skupić się, zgodnie ze sztuką, na posiłku. Matka uczyła go od małego, że to dobrze wpływa na trawienie, a dodatkowo rozmowa podczas jedzenia nie zawsze jest uważana za elegancką. Jego rodzicielka w kwestii manier miała na niego ogromny wpływ: tak samo duży, jak jego ojciec na wybór kariery zawodowej. Gdyby tylko Lestrange patrzył wtedy dalej niż na czubek własnego nosa, zapewne dostrzegłby szereg manipulacji, którym został poddany. I mógł uważać inaczej, oczywiście - sam przecież wszystkiego dokonał, prawda? Nikt za niego tego nie zrobił. Poza wyborem co chce robić w życiu i kim chce być.

Widząc że Victoria sięga do torebki, pokręcił głową.
- Zapłacę - dla niego to było tak oczywiste jak fakt, że zimą pada śnieg. On ją zaprosił, nie miał nigdy problemu z pieniędzmi - to było logiczne, że nie pozwoli kobiecie płacić. I to nie byle jakiej kobiecie, bo własnej kuzynce. Na kogo by wyszedł, gdyby żerował na części pieniędzy tej konkretnej gałęzi rodu, podczas gdy sam mógłby opływać w luksusy, bo skrytka bankowa niemalże pękała w szwach? - Nie ma problemu. Vika, przecież...
Rodolphus sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki, ale przerwał swoją wypowiedź w połowie. Zmarszczył brwi i zamarł na chwilę. Nie ta kieszeń? Czuł tylko różdżkę. Pokręcił głową i zszedł dłonią niżej, do kolejnej kieszeni. Nie, tam też go nie było. Co jest? Niewymowny odruchowo przejechał dłonią po spodniach.
- ... Przecież. - dokończył cicho, orientując się że i on nie mógł znaleźć swojego portfela. - Proszę dać nam jeszcze chwilę.
Te słowa wypowiedział już do kelnera, który przyniósł im rachunek. Mężczyzna kiwnął głową i ulotnił się, a Lestrange odetchnął. On nie zapominał rzeczy, zawsze nosił portfel ze sobą. Czemu teraz miałoby być inaczej? W kieszeniach nie miał żadnych dziur, niemożliwym było, by portfel mu wypadł. A jednak z jakiegoś powodu nie było go na miejscu. Nie pamiętał, kiedy ostatnio płacił, może zostawił go w mieszkaniu? Uniósł wzrok, by pochwycić spojrzenie Victorii. Milczał, ale nie trzeba było czytać w myślach, by wiedzieć, że on również nie miał przy sobie pieniędzy.


RE: [14.07.1972, Chimera] Forsy mamy jak lodu | Rodolphus, Victoria - Victoria Lestrange - 30.09.2024

Była przyzwyczajona tak do tego, że to mężczyzna płaci, jak i do tego, że sama nosi ze sobą pieniądze, więc fakt, że w jej torebce nie było portfela, zmroził jej skórę nawet bardziej, niż już była zimna. Czuła się przez to goła, jakby pozbawiona czegoś ważnego – tak była uzależniona od własnej fortuny i wygodnego życia w przepychu, chociaż była bardzo oszczędna, i zdecydowanie więcej odkładała, niż wydawała; inwestowała, by pomnażać to, co już udało jej się zebrać i to, co już dostała od rodziny, a co teraz bezpiecznie spoczywało w jej własnej, prywatnej skrytce, do której tylko ona miała dostęp.

Widziała, że Rodolphus też wyszedł z roli, jaką dla siebie wybrał. Coś zmąciło taflę jego spokoju i obojętności, gdy szukał po kieszeniach, a kelner spokojnie przestąpił z nogi na nogę – widać nie pierwszy raz się to zdarzyło.

Dał chwilkę, a jakże. A nawet dwie chwili. I trzy chwilki, w których Rodolphus szukał czegoś, czego przy sobie nie miał, a Victoria jeszcze raz nerwowo przeszukiwała torebkę, by również znaleźć wielkie n i c.

– Płacą państwo, czy mam wezwać Brygadę Uderzeniową? – zapytał niby to uprzejmie, ale słowa, jakie wypowiedział, nie miały z uprzejmością zbyt wiele wspólnego.

Victoria spojrzała na niego z niedowierzaniem. Przywykła do tego, że ludzie od kilku miesięcy rozpoznają ją na ulicy, a tutaj obsługa groziła im zawołaniem brygady?

– Może pan wezwać, koledzy na pewno wtedy poświadczą moje nazwisko i zapewnią, że żadne z nas nie chce nikogo okraść – odparła chłodno, nie zamierzając się za nic kajać. Zwykle, przy znanych nazwiskach i jeszcze bardziej znanych twarzach, dało się to wszystko załatwić inaczej… Cóż. Bogaci i rozpoznawalni miewali w życiu znacznie łatwiej, nie było się co oszukiwać. Szedł za tym pakiet wścibstwa i niepotrzebnej publiki tam, gdzie nie było to potrzebne, ale… – Nie ma szans na dopisanie tego do rachunku? Na nazwisko Lestrange? Victoria Lestrange? – zapytała, dając mężczyźnie czas na przeprocesowanie informacji, jakie dostał.




RE: [14.07.1972, Chimera] Forsy mamy jak lodu | Rodolphus, Victoria - Rodolphus Lestrange - 01.10.2024

Gdy mężczyzna się odezwał, Lestrange przeniósł na niego powolnie spojrzenie. W głowie zakiełkowała mu brzydka myśl: czy wiesz, kim jesteśmy? Oczywiście mógłby wypisać czek, ale problem w tym, że nie nosił przy sobie książeczki niezbędnej do wykonania takiego manewru. Podobnie jak Victoria on był dość oszczędny w wydatkach, dlatego nie musiał nosić ze sobą książeczki czekowej. Może powinien zacząć? W końcu już raz ktoś okradł kogoś przy nim, złodziei nie brakowało w tym parszywym świecie. I chociaż złodziej gryzł już glebę, bo zamordowali go z Bellatrix z zimną krwią, to jednak... Cóż, mogło być ich więcej. Ale nikt nie byłby w stanie go okraść, przecież by poczuł, prawda? Więc musiał portfel po prostu zostawić w domu. Cóż za niefart.
- Proszę się nie krępować, Victoria na pewno chętnie porozmawia ze swoimi znajomymi - odpowiedział na pytanie kelnera, a w jego oczach pojawił się złośliwy błysk. Usta jednak nie wygięły się w uśmiechu, bo cała ta sytuacja była kuriozalna i niekomfortowa: zapewne nie tylko dla niego, ale i dla Victorii. Lestrange wstał powoli ze swojego miejsca. Nie miał zamiaru wychodzić bez płacenia, ale zdawał sobie sprawę z tego, że jego wzrost i postawa często potrafiła zdziałać więcej, niż groźby. - Albo do mojego. Może pan otworzyć rachunek, Rodolphus Lestrange. Byłem tu niedawno na spotkaniu biznesowym.
Problem w tym, że płacił wtedy Robert. Ale jeżeli kelner był wtedy obecny, to może go rozpozna. Zrobiło się wtedy małe zamieszanie, gdy wstał a na jego plecy wpadła Marie Abbott. Zrobiła scenę razem ze swoją chyba kuzynką, że poplamiła winem suknię. Chociażby właściciel tego miejsca powinien to pamiętać.

Kelner przestąpił ponownie z nogi na nogę. Przeskakiwał wzrokiem od Rodolphusa do Victorii, najwyraźniej nie wiedząc jak się zachować. Przyjrzał się kobiecie, a jego mina świadczyła o tym, że coś dzwoni ale nie w tym kościele, w którym powinno. Przełknął ślinę.
- Proszę poczekać, zawołam mojego przełożonego - powiedział, zmieniając ton. Czy to dlatego, że rozpoznał kobietę? A może dlatego, że nazwisko Lestrange coś mu mówiło i nie chciał kłopotów? Rachunek jednak nie był otwarty u żadnego z nich, więc potrzebował to przegadać z kimś, kto miał większą władzę. Wycofał się, nie siląc się jednak na przeprosiny.
- Dziwne, że cię nie poznali. Po twoim ostatnim wywiadzie spodziewałem się, że posiłek będzie co najmniej na koszt restauracji - powiedział nieco kpiącym tonem, z powrotem siadając na krześle. Nie patrzył jednak na Victorię, a obserwował kelnera, który rozmawiał z inną osobą z obsługi. Wskazywali na ich stolik. - Dopiszę to do swojego rachunku, byłem tu ostatnio i powinni mnie pamiętać. Tym razem jednak nie skończyło się na zalaniu niczyjej sukienki.
Dodał ciszej, przenosząc wzrok z powrotem na kuzynkę. Wzruszył ramionami, jakby informacja, którą jej właśnie, była najnormalniejszą informacją w świecie.
- Najmocniej państwa przepraszam, Ethan nie ma uprawnień do otwierania rachunków - osoba, z którą rozmawiał kelner, zmaterializowała się niemalże natychmiast przy ich stoliku. Na tacy spoczywała mała skórzana książeczka oraz magiczny długopis. - Proszę przyjąć nasze najszczersze przeprosiny. Na które z państwa Lestrange otwieramy rachunek?


RE: [14.07.1972, Chimera] Forsy mamy jak lodu | Rodolphus, Victoria - Victoria Lestrange - 01.10.2024

Być może kelner nie obracał się na salonach czystokrwistych, mógł nie rozpoznawać więc wszystkich twarzy, nawet charakterystycznych, ale był taki moment, że o Victorii rozpisywano się tyle w gazetach, że już nie mogła udawać, że jest jakąś anonimową aurorką o ładnej buzi. Nie, ta sytuacja nie była komfortowa, a co gorsza – już raz to przerabiała kilka miesięcy temu, z tą różnicą, że wtedy nie była jeszcze tak szeroko rozpoznawalna dla ogółu. Rozumiała, że można nie rozpoznać Rodolphusa, nie był tak popularny i znany, nawet jeśli był bywalcem tej wyjątkowo drogiej restauracji, ale w takich miejscach liczyły się też inne rzeczy, których być może temu panu zabrakło – taktu. No bo wołać Brygadę Uderzeniową od startu? Czy oni mu wyglądali na obdartusów z ulicy, którzy wpadli tu przypadkowo?

– W porządku – odparła kulturalnie mężczyźnie, a gdy tylko się oddalił, na nowo zainteresowała się swoją lampką wina. Była zirytowana, ale nawet nie samym zachowaniem mężczyzny i na pewno nie tym, że Rodolphus też zapomniał portfela – a samym tym, że jej to się w ogóle przydarzyło. Gdzie miała głowę? Sprawa z Zimnymi, Saurielem i zaręczynami musiała ją jednak za mocno przygniatać i ta poukładana kobieta czuła, że rzeczy wymykają się z jej rąk. – Aż tak się różnię na żywo od zdjęć w gazetach? – lekko przekrzywiła głowę, kierując ciemne spojrzenie na kuzyna. – Mam wrażenie, że wzrok obcych mnie nie opuszcza, pokazują mnie sobie palcami, a tu? – uniosła brwi. Może to było trochę próżne z jej strony, na co dzień starała się nie zachowywać, jakby wyżer srała, niż dupę miała, ale w takich momentach fakt, że gość jej nie rozpoznał, było wręcz jak pewnego rodzaju cios w trzewia. Na pewno nie oczekiwała, że dostanie coś za darmo, ale żeby od razu mieć ich za złodziei, którzy chcą się najeść na koszt restauracji? – Obojętnie mi. Jak chcesz, to niech będzie na ciebie – stwierdziła równie cicho. – Jakiej sukienki? – zainteresowała się zaraz, bo najwyraźniej Rodolphus miewał tutaj znacznie więcej przygód niż zgubiony/zapomniany portfel.

– Nic się nie stało. To będzie w takim wypadku na Rodolphusa – z ledwością uniosła kąciki ust do, najwyraźniej, menagera sali, chcąc ściągnąć nieco ciężkość atmosfery i wskazała ruchem głowy na swojego kuzyna. – Wspaniałe wino, proszę podziękować panu Ethanowi za doskonały wybór – bo to on w pewnym sensie podpowiedział co mogą się napić. Chciała tu pokazać wspaniałomyślność ich rodziny, nie chcąc by ta sytuacja odbiła się z niechęcią na kimkolwiek. Nie było warto w ten sposób palić sobie mostów.




RE: [14.07.1972, Chimera] Forsy mamy jak lodu | Rodolphus, Victoria - Rodolphus Lestrange - 03.10.2024

- Na żywo jesteś ładniejsza - odpowiedział bez mrugnięcia okiem, z kamienną twarzą. Domyślał się, że dla Victorii nie było to komfortowe co najmniej jak dla niego samego. Z tym, że ona miała więcej powodów do tego, by się zapomnieć. Co prawda on również miał sporo na głowie, lecz nic z tego nie było tak poważne, jak to co spotkało jego kuzynkę. Zastanawiał się co się stało z jego czarnym, skórzanym portfelem, ale w zasadzie to nawet jeśli go zgubił, to nic się nie stanie. Dokumenty miał gdzie indziej, a pieniądze... Pieniądze nigdy nie były problemem. - Wyglądał na zmęczonego. I, bez obrazy dla tego miejsca, ale również nie do końca świadomego tego, co się wokół dzieje.
Teraz kącik jego ust drgnął, bo przecież nie nazwie go debilem tak na wstępie i przy pomocy tych słów. Gdy zapytała o sukienkę, strzelił oczami gdzieś w bok. Czy był zażenowany? Nie, raczej nie. Prędzej zbierał myśli albo... Chciał uniknąć tego tematu. Wiedział jednak, że Victoria nie odpuści, znał ją na tyle że doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że jeżeli nie powie jej teraz o co chodzi, to zapewne wyciągnie tę historię w najmniej oczekiwanym momencie. Lepiej było teraz wyjaśnić.
- Wpadła na mnie pewna kobieta, a że była drobna, to odbiła się od moich pleców. Wylała na sukienkę od Rosiera czerwone wino - wzruszył ramionami, nie zdradzając o kogo chodzi ani z jakiej okazji był wtedy w Chimerze. - Nie chciałem konfliktu, poza tym wyglądała jakby miała zamiar zaraz zemdleć, więc musiałem kupić jej podobną.
W zasadzie to jeżeli Marie miałaby zemdleć, to ze złości. Była tak wściekła, że mało brakowało, a by dostał w ryj. Nie dziwił jej się: wspominała coś o tym, że ta sukienka kosztowała trzy wypłaty. Nie do końca rozumiał skalę jej rozpaczy, ale mógł się domyślić, że to była kupa pieniędzy, zwłaszcza że była tylko sekretarką.

Gdy tylko menager sali czy kimkolwiek była ta osoba, podszedł i zaczął przepraszać, Rodolphus ledwie przymrużył oczy. Nienawidził takich sytuacji, więc z ulgą pozwolił Victorii mówić. Chwycił za pióro i złożył podpis, bez słowa. Nie skomentował także wina, bo nie znał się na winach, ale skoro Victoria mówiła że było dobre, to tak musiało być. Niepodważalny fakt.
- Chodźmy stąd, zanim wezmą to pióro i zaczną cię prosić o autografy - powiedział cicho, wstając. Odrobina złośliwości nie zaszkodzi, skoro już zaczęła poruszać ten temat. - Bo najwyraźniej tylko dla tego kre... Kelnera jesteś anonimowa.
Miał rację. Wzbudzili wystarczająco dużo zamieszania i przykuli niepotrzebną uwagę. Ludzie na nich zerkali i to bardziej nachalnie niż wcześniej. Irytujące, będzie musiał zapamiętać by nie zapraszać jej w miejsca publiczne. Gdy się zebrali, otworzył przed nią drzwi i wypuścił Victorię przodem. Jego mieszkanie znajdowało się blisko, mogli więc swobodnie się przejść.

Koniec sesji