![]() |
|
[12.08.1972] Symphony of the drunk man | Charles, Rodolphus - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20) +--- Wątek: [12.08.1972] Symphony of the drunk man | Charles, Rodolphus (/showthread.php?tid=3809) |
RE: [12.08.1972] Symphony of the drunk man | Charles, Rodolphus - Rodolphus Lestrange - 05.09.2024 - Robert odszedł sam. Przez pewien czas był Szefem Komnaty, w której obecnie pracuję - doprecyzował, bo być może i chciał wyciągnąć z Charlesa tyle, ile się dało, a Robert ostatnio był dla niego nieznośny, lecz nie mógł pozwolić, by młody Mulciber wyciągnął złe wnioski. - Odszedł, gdy w latach 60 Ministrem Magii został Nobby Leach. Mugolak. Nie obawiał się zdradzenia tej informacji, bo i to nie była przecież żadna tajemnica. Charles mógł tego nie wiedzieć, bo przecież był w jego wieku, a wychował się w innym kraju. Rodolphus miał tę wiedzę wyłącznie dlatego, że pracował tam, gdzie pracował. Poza tym o Robercie wiedział już dużo wcześniej, przecież sam łaził za nim i przyczepił się do niego jak ten rzep do psiego ogona, aż w końcu skusił go do podjęcia współpracy nad badaniami, które rzekomo Mulciber porzucił. - W Departamencie Tajemnic oprócz tajemnic są jeszcze sekrety i niedopowiedzenia - odpowiedział z cieniem rozbawienia w głosie. Nie mógł mówić o tym, co się działo za zamkniętymi drzwiami. Nie bez powodu nazywali ich Niewymownymi, prawda? Zaraz jednak spoważniał, gdy Charles zaczął mówić dalej. Machnął różdżką, którą zostawił na stoliku, by przywołać kolejną szklanicę z whisky. Tym razem dla siebie. Sprawdził jednak najpierw, czy naczynie jest idealnie czyste. Pod tym względem był podobny do Mulcibera - zresztą nie tylko pod tym, chociaż wydawało się, że dzielące ich różnice zaczynały tworzyć przepaść nie do przeskoczenia, a jedynym mostem łączącym ich relację była Przysięga Wieczysta. - Robert jest dużo starszy - powiedział poważnie, zaciskając długie palce na szkle. Nie za mocno, by nie pękło przypadkiem. - Sam zresztą mówiłeś przed chwilą, że ludziom się podobały. Że pisali do ciebie listy. Że miałeś pomysły, że masz zarejestrowaną działalność. Przerwał na chwilę, jakby analizując po kolei każde zdanie, wypowiedziane przez Mulcibera. Ach, biedny, biedny Charles. Widział ból w jego spojrzeniu, widział wstyd. I napawał się nim jak jakiś psychopata. Normalna osoba odrzuciłaby whisky i wzięła Mulcibera w ramiona, by ten mógł się wypłakać. Pozwoliłaby mu się rozluźnić, spuścić to całe napięcie. Zapewniłaby, że będzie dobrze i zaoferowała pomoc. On jednak wolał patrzeć na ten wstyd w jego tęczówkach i chłonąć go każdą komórką swojego ciała. Jeżeli zażenowanie miałoby jakiś zapach, to zdecydowanie byłby to zapach Charlesa Mulcibera. Nie mogąc się powstrzymać, przesunął dłonią po ramieniu chłopaka. Chwycił go lekko za podbródek, by przypadkiem ten piękny widok mu nie uciekł, gdyby przyszło mu na myśl odwracać głowę. - Masz działalność. Możesz tu mieszkać. Szacunek albo zdobędziesz, albo go wydrzesz siłą. Co z tego, że odlew nie był twój? To chyba nawet lepiej dla ciebie, prawda? Przeniosłeś się do Anglii z niczym. I zaczniesz z niczym, bo tylko osoby, które zaczynają od zera, wiedzą ile determinacji i samozaparcia trzeba, by coś osiągnąć - nie żeby on nie korzystał z pleców swojej rodziny - prawda jednak była taka, że jego badania były na tyle dobre, że nawet nazwisko Lestrange nie było potrzebne, by przyjęli go w tak młodym wieku do Departamentu Tajemnic. Jednak podejrzewał, że gdyby nie nazwisko, to nikt by na nie nawet nie spojrzał. Ach, kolejne dźwięki słodkiej hipokryzji. Uniósł drugą dłoń, trzymającą szklankę, i upił niewielki łyk whisky. - Pomyśl, że to sen. Kącik jego ust uniósł się nieznacznie, gdy cytował dewizę Mulciberów. Była piękna pod wieloma względami, chociaż nie był pewien, czy była adekwatna. Na tyle związał się z tą rodziną, że pasowałoby mu wiele innych określeń, jeśli chodzi o rodowe hasła. RE: [12.08.1972] Symphony of the drunk man | Charles, Rodolphus - Charles Mulciber - 06.09.2024 Charles nie wiedział wiele o przeszłości swojej rodziny. Słyszał o problemach, o wymaszerowaniu z Ministerstwa, ale nie interesował się tym zbyt mocno, gdy był jeszcze dzieckiem, kiedy do tego doszło. - Wszyscy szanujący się czystokrwiści powinni byli odejść tego dnia. Albo do tego nie dopuścić. - Zaparł się, bo choć był pijany, bo choć nie przepadał za wujem, to nie mógł stanąć po stronie mugoli i mugolaków. - Dlaczego nikt tego nie powstrzymał? To wstyd na cały kraj. - Marudził, śledząc spojrzeniem sufit. - I to nie jest sekret. Ani tajemnica, ani niedopowiedzenie. To fakt, skandal i wstyd. Poglądy zostały wpajane mu od dziecka, a uczęszczanie do szkoły, do której nie przyjmowano szlam, a nawet otwarcie uczono nienawiści do nich, również miało wpływ na jego stosunek do niemagicznych. Czystokrwiści czarodzieje stali na szczycie wszystkiego i nie było możliwości, by powiedzieć inaczej. - Mój tata byłby dobrym Ministrem... - Mruknął, zsuwając się nieco po siedzeniu. Głowę mógł oprzeć nieco wygodniej, a że była w pionie, mógł nawet upić ze szklanki z whisky, idąc za przykładem Rolpha. - Mój tata jest mądry... Tak mi się wydaje. - Ziarenko niepewności zasiane przez Leonarda kiełkowało. Mała siewka zrozumienia, że Richard również miał minusy, dawała o sobie znać zdradliwym podszeptem gdzieś z tyłu głowy. - Mówił, że powinienem skończyć z... z penisami. - Dodał nieśmiało, samo wspomnienie dawało mu powód do zaczerwienienia się! - Ale nie muszą być penisy. Muszelki. Sówki. Inne... Rzeczy. Dla kobiet. - Wspominał, nie potrafiąc uporządkować myśli. Jego słowa musiały zostać jednak urwane, bo Rolph działał. Charlie drgnął, ale nie bronił się przed dotykiem. Kojarzył mu się z kimś innym, inny mężczyzna całkiem niedawno dotykał go w podobny sposób i od tamtej pory często wracał do jego myśli. Czy podobnie będzie z Rodolphusem? Na moment zacisnął powieki, jakby chcąc się odciąć od tego momentu. Został tylko wstyd, utrzymujący się jak smród papierosów we włosach, i przyjemne wsparcie kolegi. Przyjaciela. Rodolphus mógł napawać się bólem w jego oczach, który jednak przygasł na dźwięk rodzinnej dewizy. Było w niej coś kojącego, gdy wszystko, co złe, miało być tylko koszmarem. Charles złapał się tej myśli. Wkrótce przecież się obudzi, gdy tylko te złe czasy miną. Wkrótce będzie lepiej. Delikatnie skinął głową. - Czas się obudzić. RE: [12.08.1972] Symphony of the drunk man | Charles, Rodolphus - Rodolphus Lestrange - 06.09.2024 - Ministerstwo popełniło i popełnia wiele błędów - powiedział w końcu łagodnie, tonem starszego brata, przyjaciela na którego pozował. Zupełnie jakby tłumaczył coś dziecku, które nie do końca ogarnia rzeczywistość. Mimo iż podobała mu się postawa Charlesa, to nie mógł zignorować faktu, że odejście wszystkich czystokrwistych z Ministerstwa byłoby katastrofą dla całego magicznego świata. - I co wtedy by się stało? Czy nie uważasz, że wtedy Leach by nie postanowił obsadzić stanowisk swoimi brudnymi znajomymi? Zniszczyliby wszystko, czego by się dotknęli. Splamiliby nasz świat. Nie musiał ukrywać swoich poglądów. Był Lestrange - każdy wiedział, że ta rodzina była więcej niż konserwatywna. Mimo iż po części Charles mógł myśleć, że takie rozwiązanie byłoby dobre, to jednak Rodolphus wiedział, że wtedy więcej szlam dobrałoby się do Ministerstwa i... Cóż. Ich świat by się skończył, ległby w gruzach i wszyscy byliby straceni. Szlamy nie zasługiwały na różdżki. Zasługiwały na śmierć - najlepiej poprzedzoną długim cierpieniem. Na wspomnienie o Richardzie jako dobrym Ministrze, Rolph tylko uniósł kącik ust. - Nie nadawałby się. Nie porwałby tłumu. Ale miał rację, powinieneś z tym skończyć. Rynek magicznych świec i kadzideł jest niedopieszczony, szczególnie jeśli chodzi o kobiety. Jeżeli uderzysz w dobrym momencie, w dobry punkt, to odzyskasz szacunek, który mówisz, że straciłeś. I być może zyskasz bogactwo - mówił poważnie. Nie był biznesmenem, ale potrafił logicznie myśleć. Przecież jeżeli tylko Mulciber znajdzie swoją niszę, to być może nie tylko dogoni wuja i ojca, ale również ich przebije. Jeżeli miał umiejętności i jakikolwiek zmysł artystyczny, to będzie proste. Pozostawała kwestia pieniędzy, ale przecież tym nie musiał się przejmować, prawda? Przynajmniej mieszkanie miał z głowy. Leonard pracował, istniały pożyczki, banki. Jeżeli tylko odzyska cel, znowu zacznie jasno myśleć. Tak przynajmniej uważał i w zasadzie nie dopuszczał do siebie innej myśli, innej opcji. Gdyby nie widział w nim potencjału, to zostawiłby go na ulicy jak bezdomnego psa. Być może najpierw były to pobudki czysto złośliwe i chęć dopieczenia jego ojcu, ale skoro już zabrnęli w tej rozmowie tak daleko... To czemu nie? Rodolphus złagodził nieco swoje spojrzenie. Biedny, biedny Charles. Uwięziony w koszmarze, z którego nie potrafił się obudzić. Koszmarze, który sprawiał, że zaczynał w siebie wątpić i nie zachowywał się tak, jak na Mulcibera przystało. On obracał się wśród jego rodziny, znał ich dość dobrze. Mógł mieć różne zdanie o różnych osobach, ale nie powiedziały, że ktokolwiek z nich był słaby. A nawet jeżeli tak uważał, to trzeba było wyciągnąć rękę, by pomóc odbić się od dna. Nie dlatego, że zależało mu na Mulciberach, ale dlatego, że miał w tym swój własny plan, a przecież wdzięczność i zapatrzenie w drugą osobę przywiązywało do siebie ludzi i pozwalało przekraczać granice, które do tej pory były nieprzekraczalne. Lestrange ostrożnie przejechał opuszkiem palca po ustach Charlesa i nachylił się. Przechylił głowę, by zbliżyć usta do jego ucha. - Obudź się, Charles - szepnął, owiewając jego ucho ciepłym oddechem. - To koszmar, który jutro zniknie. Bo jutro zaczniesz od nowa. RE: [12.08.1972] Symphony of the drunk man | Charles, Rodolphus - Charles Mulciber - 08.09.2024 Charlie wziął głębszy wdech, jak topielec wyciągnięty z wody, łapiący powietrze mimo tego, iż płuca już dawno miał zalane i zbliżała się jego godzina. - Nikt nie podążyłby za takim Ministerstwem. - Powiedział pewnie, kręcąc lekko głową. - Za mugolami? Kto miałby? Nie my, nie Mulciberowie. - Wypowiedział się za całą swoją rodzinę i tym razem był pewny, że nie skłamał. Zresztą, rodzina już pokazała, na co ją stać! - Obaliliby ich, wszystkich. A... a teraz? Kto rządzi? - Wolał się upewnić, bo i nie miał pojęcia. Nie interesował się tymi rzeczami, a i był pewny, że władza przeszła w odpowiednie ręce. Przecież świat nie mógł godzić się na mugolaka na takim stanowisku przez zbyt długi czas? - Mój tata... - Stracił na chwilę wątek. - Jest mądry. Mógłby porwać, jeśli by chciał. - Uparł się i nie było sensu przekonywać go, że jest inaczej. Richard może miał swoje wzloty i upadki, ale Charlie rozumiał, jak trudna była to sytuacja. Ojciec zasługiwał tylko na szacunek i posłuszeństwo. Wiele osób nie popierało penisowych świeczek i Charlie dalej nie rozumiał, dlaczego. Wszystko było dla ludzi, również takie niegrzeczne wynalazki. Ich kształt miał być zabawny, nie szokujący, pasujący do zastosowania. Rolph jednak miał rację. Musiał mieć. Nie było innej możliwości. - Chcę... szacunku. I bogactwa. - Zgodził się, zaraz jednak zmarszczył brwi i zawahał się. Było coś ważniejszego. - Chcę, żeby tata był ze mnie dumny. Charlie miał zdolności, a jeśli tych zabraknie, nie było problemem zlecenie wykonania formy, w której mógłby tworzyć świeczki, a może nawet odlewanie formy z naturalnych przedmiotów. To były jednak dalekoidące plany, na które Charlie nie miał przede wszystkim pieniędzy. Kiedy złapie jakąś robotę może i zainteresuje się na nowo produkcją świeczek i kadzideł pod własne nazwisko, jednak póki co musiał znaleźć pracę, dom i, co najważniejsze, wytrzeźwieć. Rodolphus nie pomagał mu jednak otrząsnąć się z działania alkoholu, jak i z tego snu. Charlie zadrżał, odruchowo uchylając usta, gdy znalazł się na nich palec Lestrange'a, przymknął powieki, chłonąc szeptane do ucha słowa. - Od jutra. Od jutra... nie zawiodę. - Obiecał szeptem. Obietnicę składał sobie, lecz Rolph był jego świadkiem. RE: [12.08.1972] Symphony of the drunk man | Charles, Rodolphus - Rodolphus Lestrange - 08.09.2024 Nie odpowiedział. Nie odpowiedział, że czekałaby ich wtedy prawdziwa wojna domowa. Że czystokrwiści wyszliby na ulicę, weszliby do Ministerstwa i postanowili się rozprawić z osobami, które stałyby po tej drugiej, złej stronie barykady. Że musieliby zabijać nie tylko szlamy, co nie powinno być dla nich problemem, lecz czystych i półkrwi, co już mogłoby być problematyczne. Zapanowałby chaos, którego nie byliby w stanie opanować. Nie, oni musieli wtedy zostać w Ministerstwie. Musieli mieć dojścia, musieli być w środku: musieli mieć możliwość inwigilacji i wynoszenia informacji. - Eugenia Jenkins - odpowiedział, nie zdradzając jaki status krwi miała. Być może dlatego, że nikt poza nią samą nie wiedział, jakiej krwi była. Zapewne półkrwi, chociaż ministra nigdy tego nie potwierdziła ani nie zaprzeczyła. Nie mówił też, że niezbyt radzi sobie z objętą funkcją, a na dodatek nie pasuje w ogóle do objętej funkcji. Chcę, żeby tata był ze mnie dumny. Ach, on doskonale wiedział, co Charles może zrobić, żeby Richard był z niego dumny. Być może nie znał go aż tak, lecz był bliźniaczo podobny charakterem do Roberta. A Roberta znał - być może nie doskonale, ale wystarczająco. Jednak wciąganie chłopaka w ich sprawy było zbyt ryzykowne, nie bez powodu bliźniacy Mulciber trzymali chłopaka z daleka. Podejrzewał również, że gdyby Richard i Robert dowiedzieli się, że Rodolphus siedział tak blisko niego i, o zgrozo, go dotykał, to wpadliby w szał. Robert nie mógł wystąpić przeciwko niemu, lecz pozostawał przecież jeszcze Richard, z którym nie łączyła go przysięga. Doskonale wiedział, że mężczyzna go nie lubi - być może nawet nienawidzi. Nie ufa mu, gardzi nim i najchętniej połamałby mu ręce. Ostatnim razem widział w jego oczach, że ma ochotę wywalić go z gabinetu Roberta przez okno albo chociaż pomóc mu w opuszczeniu kamienicy przy pomocy kopniaków. Zabawne, że tego nie zrobił, bo był pod tak dużym wpływem swojego brata. Kusiło go sprawdzać, jak daleko może się posunąć, dopóki nie oberwie. W zasadzie jego plan na samym początku był zupełnie inny, lecz nie byłby sobą, gdyby nie był elastyczny i nie dopasowywałby się do sytuacji, w której oboje się znaleźli. Gdy tylko kolejne łyki alkoholu przepływały przez jego gardło, domyślał się że będzie musiał swój plan nieco zmodyfikować, bo początkowo zakładał on, że Lestrange będzie kompletnie trzeźwy. Miał wypić jeden, góra dwa kieliszki i zabrać Charlesa do siebie, pokazać mu mieszkanie, porozmawiać i tyle. Charles jednak nie chciał zostawać sam, z tego co mówił - a mówił dużo. Na dodatek coś go podkusiło, by sięgnąć po kolejną whisky. To był błąd, którego już nie mógł naprawić, bo rozkładający się na czynniki pierwsze alkohol już krążył w jego żyłach. Dla osoby, która praktycznie nie piła, taka niewielka dawka śmiało wystarczała, by myśli spowolniły i przesuwały się na tory, na których nie powinny się znaleźć. On nie ułatwiał Charlesowi obudzenia się z tego koszmaru, jak to sam określił - z kolei Charles nie ułatwiał mu odsunięcia się i zmiany tematu. Widział, jak drży i czuł, jak rozchyla usta, które łatwo ustępowały pod wpływem jego dotyku. Był tak podatny na dotyk, że grzechem byłoby teraz się odsunąć. Z drugiej strony nie powinien wykorzystywać sytuacji: nie z przyzwoitości, której przecież nie miał za grosz, ale z powodu logiki. Skoro Charles miał mu zaufać, to nie powinien wprowadzać go w żadne zakłopotanie czy stawiać w niekomfortowej sytuacji, która mogłaby zaważyć na ich znajomości. Z trzeciej jednak strony czuł, jak jego oddech przyspiesza, a głos cichł, gdy składał obietnicę, że od jutra nie będzie zawodził. Czy to było w ogóle możliwe, by dotrzymał tej obietnicy? Przecież życie polegało na tym, żeby popełniać błędy i się na nich uczyć. On sam popełniał ich naprawdę dużo: najważniejsze było jednak to, by wyciągnąć z nich odpowiednie wnioski. - Ważne, żebyś nie zawiódł samego siebie, dopiero potem możesz zadowalać innych - odpowiedział również szeptem. Bardzo nie chciał się odsuwać i sam drgnął, orientując się jak blisko jego usta znajdowały się skóry Charlesa. Nie powinien - wiedział, że dla niego to, by Richard był z niego dumny, było wszystkim. Gdyby jego ojciec się dowiedział, w jakiej sytuacji się znaleźli, wszystko rozsypałoby się jak góra popiołu. A jednak z jakiegoś powodu pokonał dzielące ich milimetry, by musnąć ustami jego policzek. Na tyle delikatnie, żeby on sam mógł uznać to za przypadek, lecz na tyle wyczuwalnie, by nie uznał tego za podmuch oddechu. RE: [12.08.1972] Symphony of the drunk man | Charles, Rodolphus - Charles Mulciber - 09.09.2024 Charles nie miał pojęcia o polityce Wielkiej Brytanii. Czystokrwiści panowali, reszta mogła się co najwyżej podporządkować, zaś mugolaków czekała zagłada. To czarodzieje byli tymi, którzy powinni władać, zaś mugole powinni się kryć, nie odwrotnie. Jeśli wypracowanie takiego sposobu podziału władzy oznaczałoby wojnę... Charlie chętnie złapałby za różdżkę. Dla dobra ogółu. - Eugenia Jenkins. - Powtórzył po Rodolphie, ale nazwisko nie powiedziało mu nic. Zacisnął na chwilę usta, zastanawiając się, jednak głowa pozostała pusta. Spragniony czerpania z życia całymi garściami młody Mulciber nie zastanawiał się nawet, czy ojciec pochwalałby zawiązywanie nowych znajomości w barze przy kieliszku, czy zgodziłby się, by Charlie przyjął mieszkanie od przypadkowego Lestrange'a, by słuchał słów, które sączył Rolph. Richarda jednak nie było, a ciekawość, jak i naiwność Charliego pchała go w ramiona Rolpha, kazała słuchać każdego rzucanego słowa. Charles był jak łatwo dająca się formować glina, na której każda kolejna osoba mogła dobić swoje piętno. Mulciber nie panował nad sobą. Alkohol może i przestał lać się strumieniem, ale to, co Charles zdążył wcześniej wypić, nie wyparowało z jego głowy, a wręcz przeciwnie, dopiero do niej uderzało przyjemnym rozluźnieniem, które wróżyło zapadnięcie w sen. Ale czy to, co się działo, nie było snem? Z tego, Charlie nie chciał się budzić. Od jutra miał nie zawodzić. Tej nicy mógł jeszcze rozczarowywać świat. Jego ciałem wstrząsnął dreszcz, gdy poczuł pocałunek na swoim policzku. Jego dłoń od razu uniosła się, by złapać Rolpha za koszulę na piersi i choć początkowo zacisnął palce, to szybko je rozluźnił, rozprostował, oparł otwartą dłoń niemal czule na materiale ubrania towarzysza. Odsunął się na te parę centymetrów, by móc spojrzeć Rolphowi w twarz. Słowa nie chciały płynąć. Zamknął usta, zaraz jednak na nowo je rozchylił, językiem zwilżając wargi. Wiedział, że nie może dojść do niczego więcej, ale rozum nie współpracował z ciałem. Czekał. Pragnął, lecz mógł tylko nachylić się bliżej, wierząc, że Rodolphus poprowadzi go przez ten sen. RE: [12.08.1972] Symphony of the drunk man | Charles, Rodolphus - Rodolphus Lestrange - 09.09.2024 Słowa Rodolphusa były słodkie i kuszące z zewnątrz. Niosły za sobą obietnicę lepszej przyszłości, chęć pomocy i zapewniały, że będzie dobrze i że wszystko się ułoży. Problem w tym, że te słowa były także trucizną. Sączoną powoli do ucha, która przenikała przez cały kanalik słuchowy i trafiała do mózgu, zasiewając kolejne ziarna niepewności i trując powoli zdolność logicznego, samodzielnego myślenia. Chociaż czy tak na pewno było? Przecież Rodolphus zachęcał Charlesa do podjęcia konkretnych, stanowczych kroków, które sprawią, że chłopak się usamodzielni. Odzyska szacunek i być może zyska bogactwo. Przecież wyszedłby na tym lepiej niż dobrze. Faktycznie był jak glina, która sama miękła i dawała się formować pod palcami. Mógł nadać mu taki kształt, jaki chciał. Mógł wyszeptać mu kolejne słowa do ucha, mógł go nakierować na jedyną słuszną drogę - przecież Charles miał już solidne podwaliny, jeżeli chodzi o poglądy. Doskonale jednak zdawał sobie sprawę z tego, że przynajmniej w części słów młodego Mulcibera tkwiło ziarno prawdy. Nie był jeszcze gotowy, by otworzyć przed nim te drzwi, lecz nie wątpił, że kiedyś przyjdzie na to czas. Mógł go przecież odepchnąć. Zmarszczyć brwi w grymasie niezadowolenia, niemalże wytrzeźwieć od razu i popchnąć go tak, by dać do zrozumienia, że przekracza granice, których nie należało przekraczać. Wstać i wyjść nawet bez słowa, skoro te nie chciały opuszczać ust. A jednak z jakiegoś powodu chwycił materiał koszuli i zacisnął na nim mocno palce, jakby w pierwszym odruchu chciał go przyciągnąć do siebie. To jednak nie było wystarczające do tego, by Lestrange podjął kolejny krok. To nie, ale lekkie nachylenie się w jego stronę, zwilżenie językiem warg - już tak. Coś błysnęło w szarych oczach Rodolphusa, coś trudnego do zidentyfikowania. Być może gdyby w tej chwili nie przymknął oczu, to Charles dostrzegłby błysk satysfakcji, który przebijał się przez lekko rozmazany wzrok. Nie był na tyle pijany, by to była kwestia alkoholu. Czuł jednak, jak krew zaczyna płynąć szybciej, a oddech staje się płytszy. Charles pachniał odrobinę jak jego amortencja. Nie całkowicie, lecz na tyle mocno, by w ogóle rozważył podjęcie takiego a nie innego kroku. Przyjemne mrowienie rozlewało się po całym jego ciele gdy ostrożnie, powoli pokonał te dzielące ich centymetry, odrobinę przechylając głowę. Pierwsze pocałunki między ludźmi miały to do siebie, że były wyjątkowe. Niosły ze sobą zupełnie inny ładunek emocjonalny, niż te następne. Te pierwsze razy były magiczne - magiczne i nie do podrobienia. Zawsze wtedy gdzieś z tyłu czaiła się myśl, że to wszystko może się zaraz skończyć, że to co się robi nie jest dobrym pomysłem. Że to wszystko jest jak bańka mydlana, która za chwilę pęknie. Jednocześnie te pierwsze momenty były przepiękne i wyjątkowe. Tak jak ten, w którym Rodolphus delikatnie przycisnął swoje usta do ust Charlesa. On nie należał do delikatnych osób: wydawał się raczej chłodny i zdystansowany. A jednak jego pocałunek był niezwykle wręcz czuły. Delikatny, a jednak na tyle mocny, by nie było żadnych wątpliwości, że tego właśnie chciał. A raczej: że jego chciał. Jednocześnie niósł za sobą obietnicę. Obietnicę, że ktoś się Charlesem zajmie, da mu teraz tyle uwagi, ile chce i potrzebuje. Wolna dłoń Rodolphusa przeniosła się na bok szyi mężczyzny. Charles miał zadziwiająco gładką skórę, przyjemną w dotyku. Jego reakcje również były rozkosznie niewinne i piękne. Jakby sam zapraszał do tego, by zacząć go lekko gładzić, by wpleść palce w jego miękkie włosy i pogłębić pocałunek. RE: [12.08.1972] Symphony of the drunk man | Charles, Rodolphus - Charles Mulciber - 11.09.2024 Charles śnił i po raz pierwszy od wielu dni, ten sen był przyjemny. Niósł go przez miękkie, puchate chmurki czułości, które otulały go niemal tak delikatnie, jak delikatny był dotyk Rodolphosa. Przed przyjazdem do Anglii, Charles nigdy nie dopuściłby do siebie możliwości wpadnięcia w ramiona mężczyzny, ani nawet sytuacji, gdy mężczyzna wpadałby w jego ramiona. Eugenia Jenkins, odbiło się echo imienia Minister Magii. To, co ich otaczało, momentalnie przestało być ważne. Charlie nie pamiętał o zawiedzionym ojcu i zdenerwowanym wuju, nie zdawał sobie sprawy z planów, jakie tłoczył do jego głowy Rolph, ani z marzeń obejmujących szacunek i bogactwo, które tak pięknie malowały się przed nim, jeśli tylko będzie chciał. Pozostawiły ledwie cień uśmiechu na twarzy Charlesa, gdy ten wpatrywał się w Rodolphusa. Mógł go odepchnąć, ale nie wytrzeźwiał, nie obudził się. Sam Rolph również nie panował na tym, co robiły jego dłonie, jego usta. Atmosfera gęstniała w ten przyjemny, wilgotny sposób, a powietrze rozpaliło się zapachem pożądania. To nie było to, do czego nawykł Charles, ale nie miał nic przeciwko poznaniu nowych doznań. Powolny taniec ust sprawił, że Charlie poczuł się odsłonięty, jakby nagle leżał nagi w tym sterylnym mieszkaniu, na widoku, tylko dla oczu Rodolphusa. I zupełnie mu to nie przeszkadzało, bo miał jego wyłączną uwagę i zainteresowanie swoją osobą, swoimi wargami i swoim ciałem. Chciał być blisko, a czując dłoń na swojej szyi, nie powstrzymał rąk i sam oparł je na żebrach mężczyzny, tylko po to, by za moment przysunąć się jeszcze bliżej, podnosząc się nieco z kanapy, jakby nie chciał, by drugie usta miały choćby szansę ucieczki. Przymknął powieki, czerpiąc z uczucia cały. I tylko nazwisko Eugenii Jenkins rozbrzmiewało w jego głowie jako echo ostatnio wypowiedzianych słów. Zdławił je pomrukiem. RE: [12.08.1972] Symphony of the drunk man | Charles, Rodolphus - Rodolphus Lestrange - 11.09.2024 Szklanki z whisky poszły na bok. One w tej chwili były najmniej ważne i najmniej znaczące. Czy przewidywał taki scenariusz, gdy zabierał Charlesa do siebie do mieszkania? Prawdę mówiąc to absolutnie nie. W ogóle nie miał tego w planach, podejrzewał prędzej, że Mulciber pociągnie temat bycia biednym, odtrąconym przez każdego. Być może że mu się nawet rozpłacze i będzie trzeba go pocieszać. Z drugiej jednak strony czy teraz tego nie robił? Pocieszenie przecież mogło przyjmować różne formy, a Charles pragnął uwagi. Desperacko jej potrzebował i to musiało tkwić w nim głęboko przez wiele lat, skoro tak szybko pękł pod wpływem alkoholu i kilku czułych słówek. Gdzieś z tyłu jego głowy rozbrzmiewał cichutki głosik, że przecież już raz to przeżywał, tylko z innym Mulciberem. Wtedy jednak kompletnie nie panował nad sobą, był mniej stabilny. Popełniał błąd za błędem, bezczelnie i brutalnie zamazując butem istniejące granice, by wyrysowywać nowe, które znajdowały się dużo dalej, niż te pierwotne. Na początku to był tylko pocałunek, lecz gdy koszula została rozpięta, a podkoszulka zrzucona na ziemię, obaj wtedy wiedzieli, że stało się coś, co zaważy na całej ich relacji. Najpewniej gdyby nie ojciec chłopaka, którego w tej chwili całował, nie wpadł do gabinetu, mogłoby się to skończyć dużo gorzej. A tak? Jakoś rozplątali wspólnie ten dziwny kłębek emocji, a finiszem był piękny plaskacz gdzieś pod Londynem, o którym Lestrange chyba nigdy nie zapomni. To to uderzenie go otrzeźwiło, sprawiło że zaczął odzyskiwać panowanie nad sobą. Teraz nie był pijany, nie był też nieświadomy tego, co robi. Skoro już zaczął, powinien kontynuować, bo przecież tak naprawdę wcale nie chciał przerywać. Ot, mała wisienka do torcie na tym planie, który rozpoczął w chwili, gdy tylko rozpoznał Charlesa. Skłamałby, gdyby powiedział że to nie było przyjemne. Charles sam się przysuwał i chętnie oddawał kolejne pocałunki: sam wpadał w sidła, które zostały zastawione całkowicie przypadkiem. Było w tym coś cholernie pociągającego, gdy sam zmniejszał dystans i reagował na delikatny dotyk. Co zrobi, gdy on sam naciśnie mocniej? Na tę myśl uniósł lekko kąciki ust, a drugą dłoń oparł na plecach mężczyzny. Tylko po to, by zsunąć ją na jego biodro i naprzeć na niego całym swoim ciałem, zmuszając Charlesa do położenia się na kanapie. Imię i nazwisko Ministry Magii poszło sobie gdzieś samo, wyszło jednym uchem i wcale nie zamierzało wracać, bo Rodolphus nie miał zamiaru myśleć w tej chwili o tej starej raszpli niewiadomego pochodzenia, gdy miał pod sobą kogoś takiego jak Charles. - Nie zrobię niczego, co mogłoby sprawić ci ból i czego możesz nie chcieć - szepnął, na moment uchylając powieki. Być może kłamał, a być może mówił szczerze i wcale nie zamierzał zmuszać go do czegoś, co wprawiłoby go w dyskomfort. Być może chciał, by Charles poczuł się bezpieczny i zaopiekowany. Ale jednocześnie gdy tylko wybrzmiały ostatnie słowa, wsunął dłoń pod jego koszulę z cichym westchnięciem, na powrót zamykając oczy. Dotyk nagiej, gładkiej skóry był dla niego zbyt kuszący, szczególnie gdy czuł, że temperatura ciała powoli rosła. Rodolphus nachylił się w kierunku jego odsłoniętej szyi. Również nieprzyzwoicie kusiła, zachęcając do składania czułych pocałunków, z czego skwapliwie skorzystał, póki mężczyzna nie protestował. Zamierzał napawać się tą chwilą tyle, ile mógł. A jednocześnie chciał, by to nie jemu w tej chwili było przyjemnie. W gruncie rzeczy mężczyźni pod tym względem wcale nie różnili się aż tak od kobiet - a przecież nie chodziło o to, by brać pełnymi garściami, a dawać. RE: [12.08.1972] Symphony of the drunk man | Charles, Rodolphus - Charles Mulciber - 11.09.2024 To nie było to, co zamierzał robić Charles. To, co się działo... to nie był. On nie wpadał w ramiona obcej osoby. Ale czy dotąd do tego nie doszło, bo nie chciał, czy raczej nie miał ochoty? Rodolphus był chętny, tak samo jak on, jednak co mogło to znaczyć na dłuższą metę, gdy ich oboje poniesie? Co z obietnicą mieszkania? Pytania zacierały się w głowie Charlesa, pulsującej od emocji i ilości wypitego alkoholu. Chciał Rolpha dla siebie, chociaż przez te parę minut. Chciał być dla niego najważniejszy, jedyny na całym świecie. Tak, jak jeszcze nigdy nie był dla nikogo. Nie mógł mieć pojęcia, że Rolph już raz to przeżywał, nie z nim, ale z kimś mu bliskim, z kimś, z kim wolałby sobie go nie wyobrażać. Ta wiedza miała pozostać nieodkryta dla jego własnego dobra. Nie wahał się poddać woli Lestrange'a. Dotyk na biodrze był spodziewany, lecz mimo to wystraszył go odrobinę, jak gdyby to była ta granica, której przekraczać nie powinni. Posłusznie położył się na plecach i ułożył ramiona przy swojej głowie, zabierając je z ciała Rolpha, oddając się jego woli. Skinął lekko głową, przyjmując do wiadomości jego obietnicę. Jego umysł wypełniło tylko to, co działo się z jego ciałem. Dotyk, pocałunki, które sprawiały, że po kręgosłupie przechodził dreszcz. Sam nie wiedział, kiedy jego oddech stał się płytki, ale też nierówny, a oczy zwilgotniały. - Rolph? - Zawołał, poprosił. - Rolph, proszę... Rolph. - Powtarzał, starając się złapać go za policzki, za twarz, przyciągnąć do siebie. - Rolph, nie chcę być sam. |