![]() |
|
[02.1965] Stay in the shadow | Geraldine & Ambroise - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [02.1965] Stay in the shadow | Geraldine & Ambroise (/showthread.php?tid=3849) |
RE: [02.1965] Stay in the shadow | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 08.09.2024 Czuła, że traci czas, że nie coś robi nie tak. Nie znosiła tego poczucia bezsilności, które teraz się pojawiło. Nie czuła się pewnie udzielając pierwszej pomocy medycznej, nie potrafiła ratować ludzi. Zdawała sobie sprawę z tego, że działa po omacku i nie umiała się do końca z tym pogodzić. Na nic zdawał się tutaj jej instynkt, może był to znak, że powinna poświęcić trochę czasu na naukę działania w podobnych sytuacjach, powinna znać podstawy, szczególnie, że w dziczy też mogły jej się przydać. Mądra Geraldine po szkodzie. Nie wydawało się, że to było normalne, że z taką lekkością pozwolił jej dotykać swoich rzeczy, szczególnie, że nadal najprawdopodobniej jej nie rozpoznał, przynajmniej nie dawał po sobie znać, że się znają. Nie ułatwiało jej to sprawy, ale z drugiej strony mogło być gorzej. Mógł bronić swojej własności jak lew, a wtedy musiałaby mu zabrać te rzeczy siłą. Odetchnęła z ulgą, gdy złapał fiolkę. Próbował wypić jej zawartość, jednak nie udało mu się tego zrobić w całości. Pozostawało mieć nadzieję, że taka ilość wiggenowego przyniesie oczekiwany efekt. Tak naprawdę nawet nie wiedziała, jakiego efektu oczekuje i czy w ogóle ta mikstura może go przynieść. Chciała po prostu, żeby zaczął ogarniać rzeczywistości, niby niewiele, a jednak bardzo wiele. Wiedziała, że bez jego pomocy nie poradzi sobie z tym mężczyzną, który zaległ w łóżku. Potrzebowała w tej chwili umysłu Greengrassa i jego umiejętności, najważniejsze, że była w stanie się do tego przyznać. Nie mogła z tym sobie poradzić sama, była to jeden z nielicznych momentów, kiedy nie mogła pozostać samowystarczalna, bo ktoś mógł stracić życie. Mniejsza o to kim był, jakich czynów się dopuścił, jeśli mogła mu udzielić pomocy to zamierzała to zrobić. Na jej warcie nie zginie. Obserwowała uważnie Ambroisea, musiała mieć pewność, że eliksir który wypił jakkolwiek mu pomógł. To nie tak, że zauważyłaby efekty, chociaż może? Dlatego też nie spuszczała z niego oka. Widziała, że jest w złym stanie, ślepy by to dostrzegł. Najwyraźniej wiele go kosztowało dostarczenie tego nieprzytomnego mężczyzny do Wiwerny. Nie miała pojęcia, jak długo trwała droga, ani co wydarzyło się nim dotarli na miejsce. Było zimno, to też nie sprzyjało, może się wyziębił? Skupiała swoje myśli na znalezieniu jakiegoś sposobu, aby mu pomóc. Wydawało jej się jednak, że widzi ciemność, wielkie nic, strasznie ją to irytowało. Odzywał się, może z niezbyt dużym entuzjazmem, ale mówił. To chyba dobra oznaka? Próbowała sobie tłumaczyć, że to na pewno dobry znak. Tyle, że nadal nie do końca chyba odnajdywał się w rzeczywistości. Czy powinna go ruszać? Nie miała pojęcia, nie znała się na tym. Znowu sięgnęła do torby, której zawartość tym razem wysypała na ziemię. Może było tu coś jeszcze, coś, co bardziej mogło pomóc. W amoku przeglądała te fiolki, przerzucała je w powietrzu nie do końca przejmując się tym, że może coś stłuc. - Masz tu coś na głowę? Kurwa, nic mi nie mówią te eliksiry. - Mówiła bardziej do siebie, niż do niego, nie sądziła bowiem, że byłby w stanie sam sobie pomóc. Uniosła głowę, aby na niego spojrzeć, zachwiał się na tym nieszczęsnym krześle, może powinna przenieść go na ziemię? Jeśli tak dalej pójdzie sam zaraz na niej wyląduje. Wstała, bez ostrzeżenia wzięła go pod rękę i jak najostrożniej tylko potrafiła położyła go na ziemi, tuż obok eliksirów, do których wróciła. Jeszcze szybciej, bardziej nerwowo zaczęła je przeglądać. - Pomogę ci, kurwa, pomogę ci. - Mruczała pod nosem, tylko jeszcze nie do końca wiedziała jak, ale wiedziała, że musi to zrobić. RE: [02.1965] Stay in the shadow | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 08.09.2024 Eliksir wiggenowy był obrzydliwy. Za każdym razem, gdy musiał go wypić, wzdrygał się i walczył z odruchem wymiotnym przez kilka następnych minut. Z tego względu wiedział, że go przyjął, nawet jeśli jednocześnie wydawało mu się, że nie był sobą i tylko z zewnątrz uczestniczył w całej sytuacji. Otumanienie sprawiało, że nie był tak responsywny, jakby tego chciał. Całe resztki siły wkładał w to, żeby pozostać przytomnym, choć odlatywał nawet mimo jednoczesnego kaszlu, który ogarnął go po poczuciu ohydnego smaku na języku. Nie był w takim stanie od dobrej dekady. Mylił sytuacje i pojęcia w swojej głowie. Wydawało mu się, że powinien być w swoim łóżku, tymczasem czuł twardość i niewygodę krzesła a ręka podająca mu medykamenty nie była ani ręką siostry, ani ręką macochy. Zapach pomieszczenia i perfum kobiety też niewiele mu mówiły. - Któryś z od...wywarów dr...re...ege...renu...reneru...nerujących - machnął ręka w nieokreślonym kierunku, próbując trafić tam, gdzie musiała być jego torba. Robił to całkiem na oślep, ale miał nadzieję, że domyśliła się, o co mu chodzi. - Za...od...podkręci za...wy...działanie wiggenow...tego - dodał, bo nawet w tym stanie wiedział, co pił. Miał dobry węch i smak. Odnotował, co mu dała. Nie. Nie oszukiwał się, że był tak czujny, że nie wypiłby eliksiru z cudzej ręki. I że świadomie zrobił to, bo podała mu go znajoma osoba a nie ktoś obcy. To, że go przedtem powąchał było odruchem uzdrowiciela. Nawet w tym stanie zachował podstawowe instynkty. Zawsze z odległości wąchał nieznane substancje, zanim przyłożył je jeszcze bliżej twarzy a potem w ostateczności wypił. Był na tyle półprzytomny, że gdyby skutecznie przymaskowała coś zapachem eliksiru wiggenowego, nie byłby w stanie tego stwierdzić. Ani przez chwilę nie skupił się na kolorze substancji ani innych cechach, które powinien sprawdzić poza zapachem. Nieświadomie jej zaufał, godząc się na przyjęcie tego, co mu podała, bo tak piorunująco bolała go cała głowa. Nie tylko wewnątrz. Również u podstawy czaszki i w paru innych miejscach razem z napiętymi, rozgrzanymi, ale sztywnymi mięśniami. Paradoksalnie, eliksir wiggenowy działał. Nie jakoś znacząco, bo Ambroise wylał na siebie znaczną część dawki zamiast ją przyjąć, ale był bardziej responsywny niż można byłoby założyć, że będzie. Owszem, nadal mamrotał i mylił słowa, walcząc z plączącym się językiem, ale odnotowywał próby nawiązania kontaktu. - Pacjent? - Spytał powoli, marszcząc brwi. Miał pacjenta? On był pacjentem? To było kłopotliwe skomplikowane. RE: [02.1965] Stay in the shadow | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 08.09.2024 Cóż. Yaxley zbyt często sięgała po wiggenowy, żeby nie mogła się z nim nie zgodzić. Był obrzydliwy, ale przynosił efekty. Nic nie pomagało w regeneracji jak on. Miała tego świadomość, szkoda, że nikt jeszcze nie postanowił nieco podrasować jego smaku, to chyba nie powinno być specjalnie trudnym zadaniem, a na pewno ułatwiłoby życie tym, którzy musieli go spożywać. Gdyby znała się choć trochę na eliksirach pewnie sama zajęłaby się czymś takim. Sprawianie, że mikstury były bardziej przystępne dla ludzi, smaczniejsze, i nie powodowały odruchu wymiotnego. Ciekawe dlaczego nikt jak dotąd nie postanowił zająć się takimi błahostkami. Westchnęła jedynie ciężko. Nie łatwo było z niego wyciągnąć te informacje. Próbowała zrozumieć, co do niej mówił, ale aktualnie nie był najlepszym partnerem do dyskusji. Wiedziała, że jest źle, że próbuje walczyć ze słabością, musiała mu pomóc ją pokonać. Wywar regenerujący, chyba o to mu chodziło, oby, wolałaby nie mieć na sumieniu innego czystokrwistego, nie daliby jej żyć gdyby wyzionął ducha przez źle podany eliksir. Szukała na tej kupce medykamentów tego, o czym wspomniał. Przeglądała etykiety, raczej niezbyt dokładnie, spieszyło jej się. Musiała działać szybko, miała nadzieję, że jej wybaczy, jeśli nie do końca sięgnie po to, co miał na myśli. Nie szkodzić, zasada którą mieli się kierować medycy, na szczęście ona nie była uzdrowicielem, więc jej to nie dotyczyło. Wybrała jedną z fiolek, która była odpowiednio opisana, otworzyła ją, nie wiedzieć czemu ponownie zanim podała to powąchała. Wypiła w swym życiu wiele podobnych mikstur, zapach wydawał się jej znajomy, więc to nie mogło być nic, co mogłoby mu zaszkodzić. - Pij to. - Rzuciła tonem, który nie akceptował sprzeciwu. Wręczyła mu buteleczkę w rękę. Oby faktycznie spotęgowało działanie wiggenowego. Im szybciej stanie na nogach tym większe prawdopodobieństwo, że i ten drugi wyjdzie z tego cało. Zerknęła jeszcze w stronę mężczyzny leżącego na łóżku, aby się upewnić, że w ogóle walka ma jeszcze sens. Widziała unoszącą się do góry klatkę piersiową - oddychał, mieli więc jeszcze trochę czasu. Ulżyło jej, nie chciała mieć bowiem na sumieniu żadnego trupa. - Najpierw ty, później pacjent. - Próbowała podeprzeć go, aby łatwiej było mężczyźnie wlać w siebie kolejny eliksir. Liczyła, że to pomoże mu wypić jego większą część, szkoda by było, aby znowu rozlał sporą część na siebie. Musiała mieć pewność, że wreszcie uda jej się mu pomóc, że będzie myślał jasno. Jej ruchy był coraz bardziej nerwowe, spieszyła się, bo bała się, że zaraz zabraknie im czasu. RE: [02.1965] Stay in the shadow | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 08.09.2024 W każdym innym wypadku byłby upokorzony i rozwścieczony sam na siebie. Nie cierpiał zależności od kogoś. Nie lubił nie być samodzielny. Wszelkie przejawy litowania się nad nim uznawał za tak dużą potwarz, że starał się być samowystarczalny w każdych warunkach. Jako młody chłopak napatrzył się, jak ludzie zachowują się wobec tych, wobec których odczuwają współczucie. Szybko uświadomił sobie, że ich poczucie winy spowodowane niemożnością pomocy było dużo gorsze niż sama choroba. Dlatego jak najszybciej wrócił do sprawności po wypadku w Hogwarcie, robiąc wszystko, żeby uwierzono mu, że był w pełni sił i kosztowało go to tyle co nic. Umyślnie minął się z rzeczywistością. Nie potrzebował niechcianego wsparcia. Prawdopodobnie dobrze się stało, że był półprzytomny i nie zarejestrował momentu, w którym stał się dla kobiety ciężarem. Zamiast pomagać pobitemu czarodziejowi, musiała zajmować się nim, Greengrassem jak małym, nieporadnym dzieckiem. Nie chciał być wobec niej opryskliwy, ale pewnie by był, gdyby w pełni rozumiał swoje położenie. Nawet teraz wiedział podświadomie, że powinien być wdzięczny a nie był. - Nie będę łatwiejszy - wymamrotał na znak, że nie był aż tak nieprzytomny, żeby nie skorzystać z okazji. Może był półżywy i miał niemal dziewięćdziesiąt procent szans na to, że prędzej czy później zwali się z krzesła na podłogę, ale nadal potrafił mieć (ułomnie) cięty język a błysk w oku nie tylko od gorączki. Choć nie było tego widać, kiedy podtrzymywał głowę w dłoniach. Lekko kiwał się na boki, czego nie zauważał, bo całą uwagę starał się skupić na buteleczce wciśniętej mu w rękę. Przez cały czas marszczył brwi, oddychając ciężko i szybciej niż zazwyczaj. - Nie wiem, skąd ci ufam - słowa przychodziły mu z pewnym trudem. Wiedział, że miał do czynienia z kimś, kto powinien otrzymać trochę jego zaufania. Mgliście rozpoznawał twarz. Wiedział, że nie była nieznajoma, jednak przez dziwne rozmazywanie, które robiły jego oczy i przez łupiący ból głowy mógł tylko zagryzać zęby i liczyć na to, że nie pożałuje tej ufności, gdy umysł mu się rozjaśni. Miał wiele osób, które w teorii mógł nazwać przyjaciółmi, ale w żadnym razie nie chciał mieć u nich długów wdzięczności. Dałby im zbyt dużą władzę, wykorzystaliby ją bez wahania w bardzo złym momencie a on musiałby się na to zgodzić. Jeszcze przed chwilą było znacznie gorzej. Teraz sapał je i cedził przez zęby, ale był bardziej zrozumiały. Nie bulgotał ani nie mylił słów. Eliksir wiggenowy działał, nawet w tak małej ilości jaką przyjął. Nie przywrócił Greengrassowi całych utraconych sił, ale był dobrą podstawą do odzyskiwania utraconych sił. Potrzebował drugiego eliksiru, aby stanąć na nogi, dlatego ostrożnie złapał podaną buteleczkę. Nie mógł nic poradzić, że znowu ją powąchał. - Jedną trzecią - zakomunikował cicho. Ani nie do końca do siebie, ani nie konkretnie do kobiety. Nie powinien wypić więcej niż jednej trzeciej zawartości buteleczki, której starał się nie wylać. Ręce mu się trzęsły, ciało domagało się położenia. Mimo to strzepnął rękę Geraldine, kiedy chciała go podeprzeć. Nadal czuł się okropnie, ale ocucił się na tyle, żeby powrócić do schematu człowieka gardzącego litością. Zanim uniósł butelkę do ust i wypił haustem porcję, wymamrotał: - Ciężko? - oczywiście, miał na myśli ofiarę bójki. RE: [02.1965] Stay in the shadow | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 08.09.2024 Cóż, zapewne rozumiałaby to uczucie. Ona także nie znosiła być zależna od kogokolwiek, szczególnie w dziedzinie, w której powinna radzić sobie sama. Zdarzały się jednak sytuacje, kiedy nie miało się w pełni wpływu na to, co działo się wokół. Tak jak dzisiaj. Normalnie pewnie olałaby temat, coś jednak skłoniło ją do tego, aby podejść do przybyszów, którzy pojawili się w Wiwernie, gdy dostrzegła znajomą twarz, tylko upewniła się, że decyzja, którą podjęła była słuszna. Chcąc nie chcąc, nie była w stanie zignorować Greengrassa, który znajdował się przed nią nie do końca świadomy tego, co dzieje się wokół. Gdyby była w podobnej sytuacji i spotkała kogoś znajomego pewnie też liczyłaby na to, że jej pomoże. Tak powinny działać znajomości wśród czystokrwistych. Powinni się wspierać, jeśli pojawiały się ku temu powody. Może i nie czuła się w pełni jak typowa arystokratka, ale wiedziała, że czasem pochodzenie może pomagać, że czasem znajomości się przydają, szczególnie w podbramkowych sytuacjach. Wbrew temu co sobie myślał nie stał się jej ciężarem, był nadzieją, światełkiem w tunelu. Dzięki niemu mogło im się uratować tego konającego mężczyznę. Sama na pewno nie była w stanie sobie z tym poradzić. Dlatego też zaangażowała się w pomoc jemu, gdy wreszcie dojdzie do formy będzie mógł pomóc tamtemu z którym było zdecydowanie, z którego obrażeniami nie umiała sobie poradzić. Nie wiedziałaby nawet jak zacząć. Dlatego tak uparcie próbowała doprowadzić go do porządku, bo wiedziała, że on będzie wiedział, co powinni zrobić. - Kto powiedział, że lubię łatwych. - Chyba wracał do siebie, a przynajmniej tak się jej wydawało, kiedy usłyszała ten komentarz. Cięty język, błysk w oku - tak go zapamiętała z ich ostatnich wspomnień. Dobrze, że go to nie opuszczało, to mogło wróżyć szybki powrót do pełni sił, a przynajmniej tak sobie wmawiała. - To nie jest odpowiedni czas na rozmowy o zaufaniu. - Nadal jej nie kojarzył, wcale jej to nie przeszkadzało, grunt, że wykonywał jej polecenia, to było najważniejsze. Wspólnymi silami może uda im się ogarnąć ten bałagan. Nie zależało jej nawet na tym, aby po wszystkim zorientował się, że to była ona. Nie liczyła na nic w zamian, pomagała mu, bo chciała to zrobić, bo coś jej mówiło, że postępuje słusznie, może też dostrzegła, że ma do niego delikatną słabość, czego pewnie sama przed sobą nie chciała przyznać. Najważniejsze, że dał sobie pomóc, instruował ją, dzięki czemu mogła działać, przede wszystkim nie robiła też tego po omacku. To ułatwiało jej podejmowanie decyzji. Stała się trochę asystentką medyka nie będącego w formie. Wypił kolejny eliksir, miała nadzieję, że to wystarczy do tego, aby stanął na nogi, by mógł pomóc temu nieszczęśnikowi, który znajdował się w łóżku. Zapewne będzie w stanie mu pomóc, jak chociaż trochę się ogarnie, właściwie czy aby na pewno? Musiał doprowadzić siebie do porządku, by myśleć jasno, nie sądziła bowiem, że dzięki samym wskazówkom, które będzie jej dawał poradzi sobie z kimś w jego stanie. To było dla niej zbyt wiele, choć jeśli zostanie podstawiona pod ścianą pewnie będzie musiała działać, zdecydowanie wolała uniknąć tej odpowiedzialności, nie chciała być winna czyjejś śmierci. - Raczej ciężko. - Tak naprawdę to nawet nie wiedziała, za bardzo była skupiona na tym, aby Greengrass wrócił do pełni sił by ocenić stan drugiego poszkodowanego. RE: [02.1965] Stay in the shadow | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 08.09.2024 Prawdopodobnie zaśmiałby się z tej odpowiedzi, ale zamiast tego wydał z siebie charczący kaszel. Nawet w tym stanie umiał docenić trafną uwagę. - Jak tak stawiasz sprawę - odsapnął, gdy przestał kaszleć. No. Nie był łatwym człowiekiem. Jeśli takich lubiła to właśnie trafiła na swój szczęśliwy wieczór. Nie wątpił, że planowała go spędzać inaczej, ale voilà!, miała swoje lubiane trudności. - Mówisz, jakbyś rozważała otrucie - wymamrotał - mnie, ale ktoś to już chyba zrobił? Za późno? Próbował być zabawny? Powoli wracały mu siły, ale nadal czuł się jak ryba wyrzucona z wody prosto na ruszt przy ognisku. Eliksir wiggenowy był skuteczny. Działał, ale jakim kosztem. Gdyby sam był w sytuacji, w której miałby siebie leczyć (no, rozważając opcję rozdwojenia) dobrałby kilka innych eliksirów, żeby uniknąć łykania tego jednego. Nie miał pretensji do swojej opiekunki, że zrobiła inaczej. Jako laik pewnie postąpiłby podobnie. Nie musiał być światły i w pełni przytomny, żeby zauważyć, że nie była lekarzem. To się czuło, nawet przez wiadro otumanienia na głowie. Poza tym nie miał siły wyjaśniać, co powinna zrobić, żeby lepiej odczuwał leczenie. Gorzki lek leczył równie dobrze, może agresywniej, ale w porządku. Wypił drugą porcję równego paskudztwa co eliksir wiggenowy i opadł na oparcie, niemal zsuwając się nogami w pół na podłogę. Oddychał ciężko, nieregularnie, ale nie było najgorzej. Potrzebował tylko trochę czasu. Musiała mu go dać. Zasłużył na to, bo był grzecznym pacjentem. Mało kulturalnym, ale się słuchał. Powoli zamrugał oczami, rozmasowując skronie. - Co do chuja testrala? - Pomasował się po głowie, palcami usiłując wyczuć zgrubienie na samym czubku. Już tam było. Stamtąd bolało go teraz najbardziej. Często zadawał sobie to pytanie. Nie we własnym kontekście i nie na głos, ale często. Niemal codziennie gościło w jego mózgu, gdy odbywał dyżur w szpitalu. Nie zdarzały się spokojne dni pozbawione przypadków, które wywoływały konsternację. Nie u nich. U nich było tego dużo a swoje dodatkowo dokładali niektórzy młodszy stażem pracownicy albo członkowie personelu pomocniczego. Jasne, on też czasami robił coś, co wprawiało innych w osłupienie. Bywało, że zbędnie improwizował, wynajdował koło na nowo, bo wydawało mu się, że tak powinien. W większości przypadków wystarczyło trzymać się oficjalnych wytycznych, ale to dzięki odbieganiu od normy jeszcze nie zwariował. Gdyby musiał cały czas powtarzać te same schematy, najpewniej dawno temu straciłby zawodową iskrę. Stałby się jednym z tych poważnych, ponurych magomedyków snujących się po korytarzach jak zwiastuny śmierci. Nie chciał tego. Śmierć była dla niego specyficznym tematem. Z jednej strony był z nią pogodzony. Upierał się, że rozważył wszystkie wizje przyszłości i dopuszczał do siebie każdą okoliczność. Na zgon pacjentów reagował chłodnym profesjonalizmem. Nie bał się kontaktu z rodziną zmarłego. Umiał przekazać informacje z szacunkiem i powagą. Przez ostatnie lata stracił kilku uzdrowicieli, z którymi się trzymał a nawet jednego stażystę. Niedawno minął rok od wypadku, przypominając Greengrassowi o kruchości egzystencji. Stracił przyjaciół i członków rodziny. Zetknął się z tak dużą ilością śmierci, że ta mogła stać się jego codziennością. Na zewnątrz nie okazywał głębokich uczuć. Wewnątrz za każdym razem targało nim przekonanie, że mógł zrobić coś więcej. Być może zawiódł, nie oszukał śmierci, kiedy dała mu okazję do tego. Zabrał tego człowieka z mrocznej alejki w samym środku nacierającej zamieci śnieżnej, która nadciągała nad Londyn. Gdyby go tam zostawił, delikwent nie miałby szans. Do rana byłby zimnym trupem przykrytym warstwą śniegu. Postąpił słusznie, moralnie a jednak nadal zawodził, bo nie był w stanie dojść do siebie. Jego umysł był powolny. Czuł, że zużył wiele sił i nie wracały tak szybko jak powinny. Obraz przed oczami zaczął się wyostrzać. Łupanie w głowie zanikało. Ból mięśni pozostał wraz z towarzystwem sztywnienia karku i suchości w ustach. Ten typ eliksirów wysuszał śluzówkę, Ambroise czuł to nawet w nosie, jakby nawciągał się piachu przez usta i nozdrza. Oczy także go piekły, ale były w stanie skupić się na jednym punkcie. Wziął kilka głębszych oddechów, napawając się możliwością wdychania i wydychania powietrza zanim nie został ofiarą gwałtownego kaszlu. Na oślep wyciągnął rękę przed siebie. - Wody - zacharczał, ale się poprawił - proszę - potrzebował napić się czegoś zwilżającego usta. Potem mógł dochodzić do tego, jak wyglądała sytuacja. Niepokoiło go, że było ciężko. RE: [02.1965] Stay in the shadow | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 08.09.2024 Cóż, nie zamierzała się oszukiwać, nie znosiła ułatwień, wręcz przeciwnie. Im więcej komplikacji się pojawiało tym lepiej, dzięki temu nie było nudno. Sytuacja w której znalazła się tego wieczora była dla niej raczej nietypowa. Nie udzielała nigdy nikomu pomocy, nie w ten sposób. Raczej po prostu podrzucała rannych do uzdrowicielów, aby to oni zajęli się problemem. Nie zrobiła tego, bo byli na Nokturnie, tylko Merlin jeden wiedział, co doprowadziło ich do tego, że znajdowali się w takim stanie, nie chciała, żeby Ambroise miał większe kłopoty. Mogła mu tylko ich niepotrzebnie przysporzyć. Wolała aby sam zadecydował o tym, jak ma się to zakończyć, to był tylko i wyłącznie jego wybór, ona w zasadzie tutaj tylko sprzątała. Pojawiła się przypadkiem, nie wiedziała co się dzieje, nie mogła podejmować decyzji. To nie była jej rola. - Nie wiem, co ci się stało. Nie jestem medykiem, otruć mogłabym cię ewentualnie przypadkiem. - Nie zamierzała nawet udawać, że wie, co się dzieje, że zna się na tych wszystkich eliksirach. Lepiej, żeby to wiedział, nawet jeśli nadal nie do końca rozumiał, co działo się wokół niego. Może to go otrzeźwi, świadomość, że jest skazany na opiekę laika, który nie miał zielonego pojęcia, co powinien robić. Wcale nie była dumna z tego powodu, musiała wrócić do tych tematów, tego była pewna, nie chciałaby się znowu znaleźć w podobnej sytuacji bez wiedzy dzięki której mogła pomóc potrzebującym. Będzie musiała poprosić kogoś o krótki instruktaż z pierwszej pomocy. Wiele fiolek wyrzuciła z jego torby, pewnie sięgnęłaby po kolejne, gdyby tylko wiedziała jak działają. Niestety nazwy mikstur wypisane na fiolkach nic jej nie mówiły, wbrew temu co mówił wcale nie chciała go otruć, zupełnie przeciwnie chciała mu pomóc jak najmniejszym kosztem. Pamiętała, co stało się z jej kuzynem, co stało się gdy podała mu przeterminowany eliksir, wolałaby nie sprawdzać jak zadziała dawka nieodpowiedniego, szczególnie na Greengrassie. To mogłaby być za duża strata dla jego rodziny, wolała nie zadzierać z arystokracją no i trochę też sama nie chciała zrobić krzywdy akurat mu. Nie wyglądał najlepiej mimo przyjętych medykamentów. Zastanawiała się przez chwilę, czy aby na pewno wszystko zrobiła poprawnie. Postępowała według jego wytycznych, powinno być dobrze. Efekty pewnie pojawią się za jakiś czas, tylko czy właściwie mieli go aż tyle? Nie miała innego wyjścia, musiała czekać. Nie znosiła czekać, wolała działać, ale wyjątkowo nie mogła tego zrobić. Wyciągnęła fajkę z papierośnicy, obracała ją między palcami, musiała zająć czymś dłonie, nie chciała tu palić, bo bała się, że dym mógłby tylko jeszcze bardziej go zamroczyć. To było naprawdę duże poświęcenie jak na osobę uzależnioną od tytoniu, oby to docenił. Włożyła sobie papierosa za ucho, aby jej nie kusił. - Chuj testral ci nie pomoże. - Skomentowała jeszcze krótko, widziała, że dotyka swojej głowy. Może to w nią oberwał? Stąd pewnie wynikałoby to zaćmienie i nieogarnianie tego, co działo się wokół. To, że być może poznała przyczynę, która doprowadziła go do takiego stanu nie do końca dawało jej odpowiedź w jaki sposób mogła mu pomóc. Nie miała pojęcia, w jaki sposób powinna działać z podobnymi urazami, musiała liczyć na to, że eliksir wystarczą. Nie przestawała go obserwować, jakby jej spojrzenie mogło mu w jakikolwiek sposób. Musiała być czujna, sprawdzać, czy widać efekty przyjętych eliksirów. Nie wyglądał najlepiej osuwając się na tym krześle, trochę ją to martwiło. Bezsilność uderzała w nią coraz mocniej, co jeśli to nie pomoże? Będą mieć trupa w łóżku. Nie, żeby był to jakiś problem, najwyżej zakopie go w lesie, ale mimo wszystko wolałaby wybrać mniej inwazyjną drogę. Potrzebował wody, akurat to była w stanie dla niego zrobić, bez mniejszego problemu. Wyczarowała jednym, zwinnym ruchem dzbanek pełen zimnej wody, zbliżyła się do niego, jednak nie zamierzała wręczyć mu go w dłoń. Obawiała się, że nie byłby go w stanie utrzymać. Zamiast tego zbliżyła naczynie do jego twarzy, jakby chciała go zachęcić do tego, żeby zwilżył usta. RE: [02.1965] Stay in the shadow | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 08.09.2024 - Pocieszające - burknął bez przekonania. Skoro mówiła o otruciu go przez przypadek, najpewniej dopuszczała tę możliwość. Z jednej strony to oznaczało zakończenie męki. Nie musiałby się czuć tak fatalnie jak teraz, gdyby nie żył. Problem w tym, że mogła go przypadkiem otruć i przy okazji wziąć do tego najgorszy możliwy eliksir. Zacząłby się zginać. Później wić się w konwulsjach, dusiłby się własną śliną i wymiotowałby do krwi. Wszystko w asyście charków i jęków. Potem bardzo blisko plucia narządami wewnętrznymi. Jednocześnie byłby rozgrzany i zimny. Jeśli miałby szczególnie szczęście, to dawka zabiłaby go szybko, ale nie na tyle szybko, żeby nie doznał bólu. Nie poznawał kobiety. Nie rozpoznał w niej Geraldine Yaxley. Bo i jakże? Był zbyt rozproszony, rozpalony i nieswój. Obraz mazał mu się przed oczami, nie mógł skupić wzroku na jednym punkcie na zbyt długo. Wiedział, że rozmawiał z blondynką w okolicy średniego wieku (tak, z jakiegoś powodu dodał jej lat, może to była barwa głosu a może jego majaki) i to mu na teraz wystarczyło, bo nie znał zbyt wielu takich osób. To oznaczało, że najprawdopodobniej mógł się czuć spokojniejszy o dług wdzięczności, ale nie miał stuprocentowej pewności. Mogła być dużo gorsza niż się przedstawiała. Może teraz bardzo się wkopał, zaciągając przysługę u żony mafii albo kogoś równie ważnego. Nie wiedział. Wiedział, że jeśli umrze, nie zazna świętego spokoju. Będzie ją nawiedzać. Znajdzie i podejmie wszystkie środki, jeśli medykamenty poślą go w konwulsjach do grobu. Minęła minuta, potem dwie, trzy, cztery, pięć. Greengrass miał problem z mierzeniem czasu, który jednocześnie dłużył się mu i uciekał przez palce. Najwidoczniej go nie otruła. Przypadkiem czy celowo. Czuł się trochę lepiej. Mógł złapać głębszy oddech i nie obawiał się już o treści żołądkowe. Nadal płonęły mu płuca, ale dochodził do siebie na tyle, żeby odczuć potrzebę napicia się wody. Stracił jej naprawdę wiele z organizmu wraz z zimno-gorącymi potami, które jeszcze nie przeszły. Zareagował jawnym grymasem, gdy dotarło do niego, że nie mógł wziąć dzbanka we własne dłonie. Tak, miała rację mu go nie dając. Najpewniej nie utrzymałby tego ciężaru, ale tu wracał do swojego oryginalnego przekonania. Nie cierpiał uczucia bycia zdanym na czyjąś łaskę i opiekę. Ugryzł się w język tylko dlatego, że zrobił to faktycznie. Rzeczywiście przypadkiem zagryzł zęby na zdretwiałym języku i poczuł ból, który odciągnął go od komentowania, że nie jest małym dzieckiem a woda nie jest wrzątkiem w czajniku. Niechętnie skorzystał z pomocy, czując jak zimno przyjemnie rozchodzi się w gardle. Potrzebował pić. Najchętniej dużo i łapczywie. Był jak spragnione zwierzę, korzystał z nachylonego dzbanka aż za bardzo. To nie mogło się dobrze skończyć. Bez ostrzeżenia bujnął się w bok na krześle i (całe szczęście) zdążył złapać mały kosz na śmieci, zanim zwrócił całą treść żołądka. Ponowne szczęście tkwiło w tym, że nie jadł nic od śniadania. Całkiem ostrożnie jak na swój stan osunął się na klęczki obok kosza. Z twarzą prawie tam zaburzoną, na oślep odgonił kobietę ruchem dłoni. Tu nie zniósłby asysty. Musiał sobie poradzić i skorzystać z resztek sił. Przynajmniej był już przytomniejszy. RE: [02.1965] Stay in the shadow | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 08.09.2024 - Raczej niezbyt. - Nadal trochę kuło ją to, że nie potrafiła działać pewnie, nie w tej sytuacji. Była biegła w wielu dziedzinach magii, a w tej chwili żadna z nich nie mogła się przydać. To ją frustrowało, powodowało, że Yaxleyówna nieco się gotowała. Nie znosiła być bezużyteczną. Niestety nawet ona nie potrafiła radzić sobie z każdym problemem, a szkoda. Naprawdę próbowała poszerzać granice, rozwijać wiedzę jednak nauczenie się niektórych czynności leżało poza jej granicami. Szkoda, ale została stworzona do odbierania życia, a nie ratowania. Smutna prawda. Okazywało się, że zabijanie było zdecydowanie prostsze, mniej wymagające. Może nie powinna go straszyć, i wspominać głos o tym, że działała po omacku, mimo wszystko wolała być szczera. Uprzedzić, jak może skończyć się jej pomoc. Lepiej, aby spodziewał się tego, że coś może pójść nie tak. Oczywiście nie specjalnie, nie skrzywdziłaby go celowo. Jeśli zaczęłoby się robić naprawdę źle zamierzała go stąd zabrać do zaufanej uzdrowicielki, wiedziała, że nie będzie zadawała pytań, być może także znała mężczyznę. Miała plan awaryjny, jednak póki co wolała nie mieszać w to dodatkowych osób, jeśli pojawi się taka konieczność na pewno się nie zawaha. Była w całkiem niezłej formie po polowaniu, zdążyła się już ogrzać, te nerwy które pojawiły się w między czasie doprowadziły ją do porządku, do gotowości. Jakby nie patrzeć to poza raną na policzku nic złego jej się dzisiaj nie przytrafiło, była najmniej poszkodowaną osobą w tym pomieszczeniu, może szkoda, że tak się stało. Zdecydowanie wolałaby, żeby to jej życie leżało na szali. Miała skłonność do poświęcania się dla innych, nie bała się tego, że może odejść, zupełnie przypadkiem. Nie obawiała się śmierci, była gotowa się z nią spotkać chociażby teraz. Przynajmniej tak sobie wmawiała, bo przecież miała przed sobą całe życie, jednak oszukiwała sama siebie jaka to jest nieustraszona, jakby nic tak naprawdę się dla niej nie liczyło. Wcale tak nie było, jak każdy inny chciała stąpać po ziemi jak najdłużej. Nie miała najmniejszego problemu z tym, że udzielała mu pomocy. Pewnie każdy zachowałby się podobnie, gdyby znalazł się na jej miejscu. Nie, to też nie było prawdą. Nokturn rządził się swoimi prawami, tu mało kto interesował się losem innych osób, mieli w nosie to, czy ranny dożyje poranka. Niech zdycha w spokoju. Ona nie była z Nokturnu, nie należała do tej społeczności, odwiedzała to miejsce od czasu do czasu, upewniała się w tym, że nie do końca tu pasuje, ale nadal wracała. Nie zamierzała jednak wsiąkać w nie za bardzo. Bała się tego, że może skończyć jak mieszkańcy Nokturnu, będąc obojętna na wszystkie krzywdy, myśląca tylko o sobie. Mimo tego, że wiele była w stanie zrobić dla pieniędzy, czy przysług, to jednak nadal nie umiała przejść biernie obok tych, którzy potrzebowali pomocy. Kiedyś na pewno pożałuje swojego zaangażowania w los obcych osób, nie był to jednak jeszcze ten moment. Dostrzegła ruch, nie przewidziała go jednak, a więc nie mogła odpowiednio szybko zareagować. Odskoczyła do tyłu, aby dać mężczyźnie przestrzeń. Najwyraźniej musiał pozbyć się zawartości swojego żołądka. Wiedziała, że wymioty mogły przynieść ulgę w najróżniejszych sytuacjach, może więc to wcale nie był zły znak? Wiele razy trzymała włosy koleżankom, kiedy przedobrzyły z alkoholem, nie sądziła jednak, aby teraz jej pomoc była potrzebna. To mogłoby uderzyć w męskie ego, miała tego świadomość. Dlatego też odwróciła wzrok, przynajmniej na chwilę, aby dać mu trochę przestrzeni. Nie zamierzała jednak stąd wyjść, bo obawiała się, że nie skończyłoby się to dobrze. Czekała chwilę, aż się uspokoi, w między czasie wyczarowała kolejny dzbanek z wodą. Mógł jej jeszcze potrzebować, chociaż trochę obawiała się, że jeśli dalej będzie w siebie wlewał jej takie ogromne ilości to zaraz zaliczą powtórkę z rozrywki. RE: [02.1965] Stay in the shadow | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 08.09.2024 W stanie rozkojarzenia widocznie nie potrafił posługiwać się sarkazmem, ale pluł na to. Mogło być znacznie gorzej. Mógł zostać obrabowany lub otruty a nie tylko wzięty za kogoś, kto uważał czyjąś niekompetencję w zakresie eliksirów za pocieszającą. Nie skwitował tego w żaden sposób. Ani swoim standardowym poruszeniem brwiami, parsknięciem ani niczym innym. Był zbytnio zajęty przełykaniem gęstej śliny świadczącej o postępującym odwodnieniu. Prawdopodobnie powinien poprosić kobietę o wyjęcie odpowiedniego eliksiru na przywrócenie utraconych elektrolitów, ale nie ufał jej osądowi w sprawie doboru właściwej buteleczki, skoro ona sama nie ufała sobie. Miał zbyt wiele różnych substancji o podobnej nazwie i niemal tym samym kolorze. Pomyłka była bardzo łatwa. Szczególnie w pośpiechu i nerwach. - Wobec tego dojdę do siebie - zawiesił się szukając słowa - manualnie, jeśli pozwolisz - zakończył, próbując naturalnie zwilżyć struny głosowe, ale niemal już nie miał śliny. Czuł się paskudnie, parszywie. Niedawna poważna choroba nie styrała go tak jak ten wieczór. Tak właściwie to nie był stuprocentowo pewien, że wciąż mieli ten sam dzień. Dopuszczał, że przemajaczył ostatnie dwadzieścia cztery godziny. Ponadto wiedział, że to byłoby bardzo, bardzo złe. Nie do końca pamiętał, z jakiego powodu, nie zaszedł tak daleko. Z tyłu głowy miał przeświadczenie, że tak długi sen świadczyłby o nieszczęściu i to nie tylko jego. To była diametralna różnica w stosunku do tego co przechodził podczas choroby w rodzinnej posiadłości. Tam mógł położyć się z myślą, że był sam w swojej przypadłości. Nikogo nie zaraził i mógł wyzdrowieć o własnych siłach. Tutaj jego los zależał od innej osoby, która nieważne jak bardzo się starała, sama wyraźnie zaznaczyła, że nie jest uzdrowicielem. Nie chciał być na nią zdany. Nie tylko, żeby nie robić jej problemów, ale też przez to, że to nie była naturalna sytuacja dla żadnego z nich. Ponadto nadal myślał o tym natrętnym czymś, co miał z tyłu głowy. Zapominał o czymś bardzo istotnym. O kwestii życia i śmierci, a przecież on nie umierał. I wtedy to do niego doszło. Wraz z pierwszą falą torsji po wypiciu zbyt dużej ilości wody na raz, znowu przypomniał sobie o tym, o co pytał. Pacjent. Ten pobity człowiek, przez którego mieli teraz to wszystko. Chciał znać jego stan, dostał poważną odpowiedź a potem całkiem mu to uciekło. Ich najważniejszy priorytet nie był traktowany priorytetowo, a Ambroise mógł teraz niewiele zrobić. Miał wrażenie, że jeszcze chwila i wypluje żołądek, ale wreszcie mdłości odpuściły. Organizm pozwolił mu się wyprostować, chwycić ręką brzeg krzesła i oprzeć policzek o materiał na oparciu. - Wody - ponownie poprosił zachrypniętym głosem, tym razem zmuszając się, żeby ograniczyć to, ile powinien wypić. - Szklankę. Nie ufam sobie, żeby nie wypić więcej - zaznaczył. Bardzo potrzebował płynów, ale nie mógł widzieć ich niezliczonej ilości. Potrzebował pohamować się do szklanki, którą wypił duszkiem, gdy tylko ją dostał. Podziękował kiwnięciem głowy, mrużąc zmęczone oczy, żeby bliżej spojrzeć na towarzyszkę. Niestety, nadal mazał mu się obraz. Był ostrzejszy, ale nieidealny a Greengrass miał dziwne przeświadczenie, że musieli mieć ze sobą coś wspólnego. Skądś ją znał. Jeszcze nie rozumiał, skąd. - Podaj mi moją torbę, proszę - odezwał się. Musiał sam poszukać sobie kilku odpowiednich eliksirów do zażycia, żeby móc stanąć na nogi. Jako tako. Pacjent go potrzebował. Przynajmniej oddychał, Ambroise widział ruch jego piersi. |