Secrets of London
[02.1965] Życie i śmierć Williama "Farciarza" Rosiera || Ambroise & Geraldine - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [02.1965] Życie i śmierć Williama "Farciarza" Rosiera || Ambroise & Geraldine (/showthread.php?tid=3863)

Strony: 1 2 3


RE: [02.1965] Życie i śmierć Williama "Farciarza" Rosiera || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 11.09.2024

- Nie ma tu nic takiego, co mogłoby być groźne - zapewnił starając się zrozumieć, że to rzeczywiście mogło być przytłaczające. - Jeśli nie będziesz wsadzać nosa w nieznane gatunki, oczywiście - uśmiechnął się nieznacznie, trochę bez przekonania.
On czuł się dobrze z tą całą głuszą, ale wyobrażał sobie, że jego samotnia potrafiła być bądź co bądź napełniająca lękiem. Dziwiło go, co prawda, że działała właśnie tak na Geraldine, która powinna być odporna na przebywanie pośród jeszcze dzikszej natury, ale nie próbował tego kwestionować. Miał wiele więcej problemów, nad którymi mógł się zastanawiać.
- Chodzący trup - mruknął niemalże niedosłyszalnie, po czym spojrzał na Yaxleyównę. - A jednak trzeba było doświadczenia, żeby stał się całkowitym trupem - stwierdził również prawie bezgłośnie, jakby bardzo się nad tym zastanawiał.
Musiał wykorzystać te same umiejętności, które zazwyczaj pomagały mu utrzymać ludzi przy życiu. Z tą jedną różnicą, że wtedy musiał zabić. To nie było coś, z czym łatwo przechodziło się do porządku dziennego. Potrzebowali więcej niż jednej butelki alkoholu.
- Wszystkie moje możliwości są w tym samym składziku, co kolejna butelka - zapewnił.
Może po alkoholu miało mu się zachcieć działania, którego pragnęła. Trochę w to wątpił, ale niewątpliwie chciało mu się pić.
- Widzę, że twoje standardy też nie są za wysokie - mruknął sarkastycznie.
Dla większości ludzi to byłaby znacząca różnica. Czuć się doskonale, wręcz wybitnie a niezaprzeczalnie chujowo. Normalnie pewnie starałby się poprawić jej humor, lecz teraz nie miał ku temu żadnych predyspozycji. Sam był nie w sosie, poirytowany i przytłoczony. Nie chciał emanować tym na Geraldine, próbował być względnie uprzejmy, nawet jeśli niespecjalnie mu to wychodziło.
- Nie wiem, kto o niego wypytuje - westchnął ciężko, kręcąc głową. Dużo od tego zależało. - To chyba nie Rosierowie tylko raczej niezadowoleni klienci, którzy nie mogą kupić ulubionej gazety. A to oznacza, że nie po tygodniu - znowu pokręcił głową. - Czy to daje miesiąc? Nie wiem - nie chciał niczego zakładać, bo miał wrażenie, że to byłoby mylące.
Ostatnim czego potrzebowali była zbytnią pewność siebie. Nie mogli łudzić się, że mieli zbyt wiele czasu. To byłoby nieostrożne i aroganckie a arogancja, jak wiadomo, prowadziła do zguby. Musieli rozważyć możliwość, że czas niemal im się skończył. Podchodzili do drugiej części ostatecznego testu, na której wynik już nie mogli nic poradzić.
- Przecież wiesz, o czyje ręce pytam - odpowiedział cicho.
Był poważny i (jak miał nadzieję) zrozumiały. Chodziło mu o rodzinę Williama. Ród znany ze swojego umiłowania do mody i do ustanawiania najnowszych trendów. Czy mogli chcieć wykorzystać do tego błotoryje? Zastanawiał się, czy chcieli wypróbować swoje projekty przed wprowadzeniem ich w kolejnym sezonie. Być może po to ryzykowali kupnem truchła zwierzęcia z nielegalnego źródła, choć wolałby się mylić. Chciał wiedzieć, na ile to było prawdopodobne. Czy Billy Farciarz mógł pracować dla własnej rodziny próbując wkupić się w łaski krewnych, którzy nim gardzili? Ambroise wolałby, żeby chodziło o kogoś innego, kto dałby Williamowi zlecenie. Nie chciał zadzierać z tak potężnymi ludźmi jak Rosierowie.
- Czy może chodzić o modę, Geraldine? - Spojrzał jej prosto w oczy, prostując i zginając palce. Sztywniały mu z wewnętrznego zimna, które zbierało się w nim na myśl, że mogła odpowiedzieć twierdząco.


RE: [02.1965] Życie i śmierć Williama "Farciarza" Rosiera || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 11.09.2024

- Tak się składa, że większość jest mi nieznana. - Jasne, potrafiła rozpoznać podstawowe gatunki, które rosły w lasach, wiedziała, co może ją poparzyć, czy skrzywdzić, ale tutaj było inaczej. Czuła się jakby była zamknięta w klatce, na zewnątrz zdecydowanie było łatwiej uciec od nieznanego. Mogło to być nawet uznane trochę za ignorancję, ale nie zamierzała sobie zaśmiecać głowy poznawaniem gatunków roślin, nie ponad to ile tej wiedzy potrzebowała.

Nie bała się dzikiej natury, a tego co mogło zostać stworzone przez człowieka, może w tym był pies pogrzebany.

- Myślę, że obeszłoby się i bez doświadczenia. - Dobicie nie wydawało się być czymś trudnym. Sama pewnie by to zrobiła, może nie w taki cywilizowany sposób jak Ambroise, pewnie po prostu wbiłaby mu sztylet w głowę, bo to działało na wszystkie istniejące stworzenia, nawet ludzi. W końcu też byli zwierzętami. Jeden odpowiedni ruch zapewne zakończyłby jego istnienie. Zastanawiała się nad tym, czy faktycznie byłaby w stanie wtedy sięgnąć po rękojeść i bez zawahania wbić mu ostrze tam, gdzie powinna. Pewnie tak, ale sporo by to ją kosztowało. Zresztą nawet teraz wydawało się, że odpowiedzialność była równa. Ona też miała krew na rękach, chociaż nie wbiła tego sztyletu. Podjęli wspólną decyzję, taką, a nie inną, mężczyzna nie żył. Nie było o czym dyskutować.

- Myślałam, że stać cię na więcej. - Powiedziała nieco rozczarowanym tonem. Próbowała trochę z nim pogrywać, wzbudzić w jego oczach tę iskrę, którą znała. Chciała zobaczyć, czy nie zgasła na zawsze przez to, co się wydarzyło. Najwyraźniej póki co, nie mogła spodziewać się cudów. Rana była dosyć świeża, pewnie kiedyś się zabliźni.

- Może nie są zbyt wysokie, ale wystarczające. - Nie miała szczególnie wielkich oczekiwań. Szczególnie teraz. Co innego jej pozostawało? Powiedziała, że będzie na uboczu, nie mogła zatracić się w tym, co kochała najbardziej, w przemocy, wybrała więc drugą opcję - alkohol. Zawsze mogło być gorzej, alkohol nie wydawał się jej być niebezpieczny dopóki piła w samotności, w swoim mieszkaniu. W innym przypadku mógł być wrogiem, a nie sprzymierzeńcem, bo rozplątywał język, zachęcał do destrukcyjnych zachowań. Z dala od ludzi, w swojej jaskini po prostu chlała i spała, nic szczególnie absorbującego i szkodliwego. Ciekawe, kiedy i to się jej znudzi.

- To co wiem, usłyszałam na Nokturnie. - Może nie powinna mówić, że się tam pojawiła, ale wolała, żeby wiedział skąd zaczerpnęła swoich informacji. To mogło powiedzieć im coś o tym, kto mógł szukać Rosiera. Liczyła na to, że Ambroise nie przyczepi się do tego, że tam polazła. Nie zamierzała mu się tłumaczyć ze swojego zachowania. Musiała wiedzieć, a że miała asa w rękawie o którym prawie nikt nie wiedział, to mogła sobie na to pozwolić.

- Ach tak, wspominali o gazetach, dziwne, że nigdy nie widziałam go na Pokątnej. - Albo po prostu nie zwróciła uwagi, Farciarz nie wyglądał jak ktoś, kto wbudziłby zainteresowanie panny Yaxley.

Zmrużyła oczy, nie zrozumiała o co mu chodzi, bo w ogóle nie zakładała takiej możliwości. To nie mogło być sedno problemu, nie chodziło o Rosierów, była tego niemalże pewna. Na co im błotoryj? - Nie ma szans, żeby chodziło o modę. - Ton jej głosu był bardzo pewny, to nie tak, że szczególnie znała się na modzie, ale to nie mogło być to.

- Feniksy, smoki, gromoptaki, na pewno nie błotoryje. - Zaczęła wymieniać stworzenia, które mogły wydawać się atrakcyjne dla rodziny projektantów. - Czy właściwie widziałeś kiedykolwiek błotoryja? - Zapytała sięgając po butelkę z alkoholem. - To nie są szczególnie odpowiednie materiały do szycia ubrań, a do tego są brzydkie. Tu na pewno nie chodziło o modę. - Nadal w to brnęła. - Bardziej jakiś twórca eliksirów, czy kaletnik, gwarantuję, że nie był przeznaczony do tego, żeby zrobić z niego ubrania. - Nie chodziło o rodzinę trupa, to zlecenie nie mogło być dla nich, przynajmniej miała taką nadzieję, wolała nie zadzierać z arystokracją.




RE: [02.1965] Życie i śmierć Williama "Farciarza" Rosiera || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 11.09.2024

- Powinnaś się doszkolić - ocenił. - Na okoliczność zetknięcia się z nimi gdzieś w głuszy. Tam nie będę mógł ci pomóc - tak, sugerował, że jeśli tutaj przypadkiem dotknęłaby czegoś niewłaściwego to mógłby jej pomóc.
Oczywiście, nie zachęcał Yaxley do macania wszystkich roślin po kolei. W tym stanie nie nadawał się na nauczyciela, ale przy czymś tam mógł jej doradzić, gdyby tego potrzebowała. W tej kwestii doświadczenie było niezbędne. Najwidoczniej do mordowania już nie. Przynajmniej w oczach Geraldine.
- Muszę się nie zgodzić - powiedział krótko. - Mogło być dużo gorzej, gdyby nie ono. Dłużej, nie tak... ...gładko - prawie wypluł ostatnie słowo.
Tak, pacjent mógł dusić się przez długie minuty. Doznać więcej bólu tylko dlatego, że źle złapałby poduszkę. To był niechlubny przypadek wykorzystania doświadczenia.
- Więcej niż tamto? - Spytał bez ogródek. Niepokornie, prześmiewczo, bardzo ponuro.
Na więcej niż zabicie drugiego, bezbronnego człowieka?
Nawet jeśli tamten już umierał, powinni dać mu umrzeć w swoim czasie. Sytuacja zmusiła ich do szybszego, bardziej bezwzględnego działania, więc musieli żyć z tą decyzją. Zamknąć tę sprawę raz na zawsze. Rozmówić się ze sobą i postarać się wepchnąć te wspomnienia do zakurzonego pudełka na strychu niepamięci. Problem w tym, że próbował to zrobić, ale nie potrafił. Topiąc wyrzuty sumienia w alkoholu i próbując odgonić je razem z chorobą, czuł się strasznie niepodatny na własne próby zażegnania obu kryzysów.
- Powinnaś mierzyć wyżej - polecił jej, choć sam mierzył teraz bardzo nisko.
Mniej więcej na wysokość butelki z bimbrem dzieloną przez jedną drugą wysokości szklanki z herbatą. Geraldine trzymała się lepiej. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Wyglądała bardzo normalnie. Najwyraźniej wróciła także do zwykłego stylu życia.
- Na Nokturnie? Rzetelne miejsce, żeby zbierać informacje. Próbowałaś przyczaić się pod latarnią, rozumiem - nie ukrywał, że ta wieść bardziej go zirytowała niż wprawiła w zachwyt nad umiejętnościami kamuflażu Geraldine.
Jasne, nie wiedział o niej zbyt wiele. Prawie nic, jeśli miał być szczery. Była łowczynią i kłusowniczką, mogła być bardzo dobra w kryciu się w cieniu. To nie zmieniało faktu, że wyraźnie prosił ją o ostrożność i powstrzymanie się przed różnymi nielegalnymi aktywnościami. Tymczasem sama mu sugerowała, że miała gdzieś ich niepisaną umowę. Nawet jeśli tylko przypadkiem zabłąkała się na Nokturn...
...nie no, kurde, nie wierzył w to, że mogłaby to zrobić. Nie mogłaby przypadkiem trafić na tamtą ulicę. Była zbyt inteligentna i za bardzo znała się na topografii miasta. Udowodniła to, kiedy wymykali się bocznymi uliczkami, żeby zniknąć z Londynu zanim teleportują się do tamtego lasu. Pamiętna noc nie była zbyt wyraźna w jego wspomnieniach. Tłumione nerwy spowodowały wiele luk, ale to jedno wiedział. Geraldine nigdzie nie znalazłaby się przypadkiem. To oznaczało, że celowo poszła na Nokturn. A to naruszyło te kruche fundamenty zaufania, jakie dla niej miał. Nie powiedział tego na głos, ale jego spojrzenie stwardniało.
- Sprzedawał je tam w miarę regularnie. Chyba nie codziennie, dlatego nikt się nie zorientował, ale po kilku dniach jego nieobecność najpewniej zaczęła być odczuwalna - zamiast zarzucać jej złamanie warunków umowy, zwrócił się ku wyjaśnieniu tego, dlaczego musiał minąć jakiś czas zanim klienci Billy'ego dostrzegli coś podejrzanego.
O jego nieoficjalnej klienteli nic nie wiedział. Nie mógł wyrokować czy ktoś był umówiony z Farciarzem w celu odebrania nielegalnie pozyskanego błotoryja. Prawdopodobnie tak. Mimo to cała sprawa zaczęła wychodzić na jaw dopiero wtedy, kiedy to ludzie na Pokątnej zorientowali się, że nie mogą kupić swoich gazet. Jeżeli ktokolwiek rozpuszczał mniej jawne wici na Nokturnie, może Geraldine to wiedziała, ale chwilowo nie dzieliła się z nim żadnymi konkretnymi informacjami. Nie wiedział czy jeszcze może jej ufać, skoro grunt zaczął palić się pod nogami.
- Nie - przyznał bez zbędnego zastanowienia, bo nie widział nawet tego truchła, które było przyczyną całego zamieszania.
To w geście Yaxleyówny było pozbycie się tamtego dowodu. Wtedy ufał jej, że to zrobiła. Wspomnienie o Nokturnie naruszyło także to przekonanie, ale znowu wybrał milczenie. Nie pytał o to, co zrobiła z błotoryjem. Nie chciał wiedzieć. Jeśli go sprzedała, wolał nie mieć tej świadomości, żeby nie musieć podważać resztek zaufania, jakie do siebie mieli.
- Przynajmniej to nie jawny rodzinny biznes - skwitował z zastanowieniem.
Mógł odczuwać ulgę na myśl, że to nie byli Rosierowie, ale należało dopuścić możliwość, że rodzina Williama kręciła jakieś poza modowe interesy na boku. Tak czy inaczej, nie mieli żadnego nowego tropu w związku ze zleceniodawcą mężczyzny. Nie posunęli się ani o krok.


RE: [02.1965] Życie i śmierć Williama "Farciarza" Rosiera || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 11.09.2024

- W głuszy będę miała gdzie uciec, tu jest trochę jak w klatce. - Powiedziała jeszcze przenosząc wzrok na rośliny, które znajdowały się wokół nich. Były nawet na swój sposób imponujące, jednak nie trzymałaby czegoś takiego w swoim domu.

- Bez względu na metodę i tak skończyłoby się dla niego tak samo. - Wzruszyła jedynie ramionami. Szybciej, czy dłużej, co to właściwie za różnica skoro i tak Rosier gnił teraz pod ziemią? Czy naprawdę przejmował się w jaki sposób doprowadzili do jego śmierci. Nie miała pojęcia, może był wdzięczny, że zrobili to w miarę humanitarnie, albo w ogóle mu to było obojętne, bo i tak miał umrzeć.

- Na pewno może być coś więcej, zawsze. - Dobicie człowieka nie warunkowało możliwości. Jasne, przekroczyli granicę, chyba bardziej się nie dało, chociaż byli jeszcze tacy, którzy zabijali umyślnie. Robili to dla przyjemności, ich dwójka nie należała do tego grona. Mieli sumienia, które dawały teraz o sobie znać, świadczyło to o ich człowieczeństwie, a przynajmniej w ten sposób to sobie tłumaczyła. Nie potrafiła zrozumieć jak bardzo spaczonym człowiekiem trzeba być, aby robić to z radością. Czy wśród wszystkich morderców pierwsze razy był przypadkowe? Czy z każdym kolejnym zaczynało im to sprawiać większą przyjemność? Bała się, że kiedyś się to powtórzy, że już nie ma odwrotu, że skoro tak łatwo było im zadecydować o losie obcego człowieka to nic już nie będzie w stanie powstrzymać jej instynktów. Zdarzało jej się z kimś pobić, bardzo mocno, jednak nigdy nie skończyło się to śmiercią. Tutaj sytuacja była zdecydowanie inna, ale czy faktycznie, aż taką różnicę sprawiał powód dla którego to robiła? Czy mogła się wybielać, czy różnili się na tle innych morderców? Nie mogła tego ocenić.

- Nie mam zbyt wielkich ambicji. - Nie w tej chwili. Aktualnie najważniejsze było to, aby jakoś przeżyć. Nie rzucać się w oczy, egzystować, co nie do końca jej pasowało. Nie była przyzwyczajona do życia jak ofiara, nigdy nie musiała się chować, raczej ona atakowała, teraz role nieco się odwróciły.

- To nie do końca tak, ale mam swoje metody, dzięki którym nikt mnie nie zauważył, pewne ukryte talenty. - Wyczuła irytację w jego głosie, musiała więc chociaż trochę wyjaśnić, że nie do końca wyglądało to tak, jak myślał. Czy powinna mu zdradzić swoją kolejną tajemnicę? Czy coś by to zmieniło? Gdyby tylko chciał i tak mógłby zniszczyć jej życie. Raczej w tej chwili zależało im na tym samym.

- Czy ludzie naprawdę aż tak zwracają uwagę na to kto sprzedaje im gazety? - Nie mogła tego zrozumieć. To była jedna z wielu twarzy, mijanych codziennie, czy faktycznie każdy zwracał uwagę na takie szczegóły? Nieco ją to zdziwiło, bo sama nie przywiązywała wagi do takich rzeczy, zresztą nie kupowała gazet, zazwyczaj się gdzieś spieszyła, pędziła przed siebie.

- Chyba faktycznie będę musiała cię zabrać do lasu. - Rzuciła jeszcze. Po raz kolejny udowadniał jej, że potrzebuje lekcji, najlepiej praktycznej. Gdyby zabrała go do Snowdonii mogłaby mu pokazać wiele gatunków magicznych stworzeń, mieszkały tuż przy jej rodzinnej rezydencji, to tam nauczyła się je rozpoznawać i je zabijać.

- Tak, chociaż tyle dobrego, bo wolałabym nie zadzierać z nikim od nas, to mogłoby się źle skończyć. - Była świadoma jak czystokrwiści reagowali na przemoc związaną z członkami ich rodzin. Byli przewrażliwieni, w większości, na pewno chcieliby dorwać sprawców.




RE: [02.1965] Życie i śmierć Williama "Farciarza" Rosiera || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 11.09.2024

- Tak, zgadza się. To klatka, ale szklana - przyznał obejmując pomieszczenie szerokim ruchem dłoni. - Nie sądzę, byś miała problem z wydostaniem się.
Ot co. Rozbiłaby jedną szybę czy dwie a że miała przy sobie płaszcz, może nawet niespecjalnie by się przy tym poraniła. Może nie była to tak otwarta przestrzeń jak las. Faktycznie, ale nie była również trudna do pokonania jak całkowicie zamknięta przestrzeń. Z dwojga złego, bywały dużo bardziej duszące przestrzenie.
Na myśl nasuwał mu się na przykład tamten pamiętny pokój. Wiedział, że musi tam wrócić, wrócić do Białej Wiwerny, żeby zażegnać męczące go koszmary o tych czterech ścianach zaciskających się wokół niego. Jeszcze nie teraz, teraz się nad sobą użalał i pił, ale już niedługo.
- Wspaniale, że doceniasz mój wkład w gładki przebieg tej - uniósł brwi i prawie wypluł ostatnie słowo - sprawy - zakończył sarkastycznie.
Jasne, nie mógł jej oceniać. Ona też tkwiła po pas w tym bagnie. Zapewne wyniosła stamtąd całkiem poważną traumę, ale to nie dawało jej prawa, żeby go oceniać. To on dobił tego pacjenta. Może w świetle prawa oboje byli mordercami, ale to jego ręce zakończyły życie tamtego człowieka. Gdyby nie precyzja, mógłby nie tylko go dobić, ale przedtem jeszcze skazać na cierpienie i znacznie bardziej powolne umieranie. Tak, wbrew pozorom było to możliwe.
- Zatem jeszcze nie dorosłem do tego, by spełnić tak wysokie oczekiwania. Muszę być sprawniejszy - wzruszył ramionami. Irytowała go tym swoim podejściem, jakoby nic się nie stało. Dużo bardziej niż podczas wszystkich poprzednich spotkań i to łącznie.
Odnosił wrażenie, że wzięła sobie za cel pokazanie mu, że nic się nie stało. Problem w tym, że robiła to chyba w najgorszy możliwy sposób. Poprzez negowanie wszelkiego poczucia winy, jakie powinien czuć ktoś, kto zabił kogoś zaledwie kilka dni wcześniej. Tak, to jego ręce dobiły Rosiera, nie szczupłe dłonie Geraldine. Nie musiała czuć tego wszystkiego, co on odczuwał, ale to nie znaczyło, że musiała zachowywać się w ten sposób.
- Odnoszę wrażenie, że jest inaczej - zmierzył ją spojrzeniem. Długim i poważnym. - Na przykład teraz masz ambicję, by być tutaj największym dupkiem - uniósł brwi, nie czekając na to, co mogła odpowiedzieć.
Tak. Dokładnie to miał na myśli. Przenigdy nie nazwałby jej suką. Nie miał jej za kogoś takiego, nawet jeśli teraz trochę działała mu na nerwy to i tak żywił do niej szacunek. Natomiast to nie zmieniało faktu, że zachowywała się tak jak to nazwał. Jak dupek.
Ponadto znacząco nadużywała jego zaufania. Jasne, przynajmniej była z nim szczera odnośnie wyprawy na Nokturn, ale w żadnym razie nie uważał, by coś takiego było stuprocentowo bezpieczne dla ich...
...sprawy.
Była wysoką, postawną kobietą wyróżniającą się z tłumu. Mogła się przebrać za kogo chciała, nawet za starego dziada w długiej pelerynie i spiczastym kapeluszu. Mogła użyć eliksiru wielosokowego, jeśli miała do niego jakikolwiek dostęp, ale nadal nie ufał temu, co powiedziała. Mimo to był gotów dać jej szansę wyjaśnienia.
- Jesteś metamorfomagiem? - Spytał uważnie, bo to była jedyna odpowiedź na jej ukryty talent, jaką miał. Jedyne wyjaśnienie, które by go teraz usatysfakcjonowało i uspokoiło.
- Czy ja wiem? - Nigdy się nad tym nie zastanawiał, ale po dłuższym namyśle niezbyt pewnie pokiwał głową. - Chyba tak? Evelyn raczej przykłada do tego sporą uwagę - stwierdził, nie tłumacząc, kim była wspomniana kobieta.
Zakładał, że Geraldine znała jego sytuację z plotek czystokrwistych. Nie kłamał, gdy podczas balu wspominał jej, że na jego temat krążyło całkiem sporo różnych plotek. Jedne były całkowicie wyssane z palca, inne miały w sobie ziarnko prawdy a jeszcze inne były tak właściwie całkiem trafne. Zazwyczaj się nimi nie przejmował i teraz też tak było. Jedyną rzeczą, jakiej nie chciał dodać do tej puli było bycie zimnym mordercą.
- Żeby się mnie pozbyć? - Spytał odruchowo w przypływie czarnego humoru.
Nie zakładał tego na serio, ale nie mógł powstrzymać się przed tym komentarzem. Może i był teraz pochmurny i nieprzyjemny, ale zazwyczaj wykazywał się pewnym poczuciem humoru (choć w tym wypadku w kierunku makabrycznego), które najwidoczniej odzyskiwał pod wpływem kolejnych dawek alkoholu. Nie wiedział, którą mają godzinę, ale był już nieźle wstawiony.
- No tak - przyznał z pozorną lekkością w głosie, pociągając duży łyk prosto z butelki - gorsze od jednego trupa są tylko trzy trupy - podsumował, nie dodając już tego, co pomyślał w tej samej chwili.
Że nie mieli żadnej gwarancji, iż zemsta nie objęłaby także ich rodzin.


RE: [02.1965] Życie i śmierć Williama "Farciarza" Rosiera || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 12.09.2024

- Gdyby coś złapało mnie za nogę mogłabym mieć problem, chuj jeden wie, co za rośliny tu hodujesz. - Może faktycznie powinna nadrobić lekkie braki w zielarstwie, aby poczuć się bezpieczniej, ale chyba nie był to najlepszy moment, jej umysł nie był szczególnie jasny w tej chwili. Może kiedyś, jak chociaż trochę się ogarnie.

Wyczuwała sarkazm, widziała, że nie do końca podoba mu się to, w jaki sposób przebiega ta sprawa. Próbowała udawać, że nic się nie stało. Dla niej też nie było to wcale proste, szczególnie z tym jego podejściem. Nie zamierzała jednak teraz usiąść i się rozklejać. Zaciskasz zęby i idziesz do przodu, bez względu na to, co się wydarzyło, tak uczył ją ojciec. W tym sposobie w jaki została wychowana nie było miejsca na niepotrzebne emocje, na słabości, chociaż przecież też miała prawo do przeżywania wszystkiego, co się wydarzyło. - Ja pierdole, Ambroise, dziękuję, że zrobiłeś to dla mnie, a teraz przeze mnie jesteś taki rozjebany, tego ode mnie oczekujesz? Mam się przed tobą kajać? Potrzebujesz, żebym pogłaskała cię po głowie? Kurwa, dla mnie to też coś nowego. - Nigdy w życiu nikt niczego za nią nie zrobił, ani dla niej. Obwiniała się o to bez przerwy. Nie chciała, żeby zatracił siebie przez nią, to zabolałoby ją bardziej niż śmierć Rosiera, który był tylko nieznajomym.

- Nic nie musisz, na pewno nie dla mnie, zrób to dla siebie. - Nie mógł tak tkwić tutaj oddalony od świata. Oddalać się od wszystkiego, co miało dla niego znaczenie. To go zniszczy, prędzej niż później, jeśli dalej będzie się tak zaszywał. Jasne, minęło niewiele czasu, ale im szybciej staną na nogi, tym szybciej wszystko wróci do względnej normalności. Czy nie prościej było udawać, że nic się nie stało? Chociaż przed wszystkimi innymi, to nie wzbudzałoby niepotrzebnych podejrzeń.

Prychnęła w głos. - Jeśli ma ci to pomóc to mogę być największym dupkiem, jakiego znasz. - Wcale, ale wcale jej nie przeszkadzało to, że w ten sposób ją odbierał. Mieli w tym wszystkim tylko siebie, nikt inny nie wiedział o tym, co się wydarzyło. Próbowała mu pomóc tak, jak umiała, a Yaxleyówna nie była szczególnie empatyczna, nikt jej tego nie nauczył. Dlatego robiła to tak bardzo nieporadnie, szorstko, w ten sposób okazywała swoją troskę.

- Ciepło, ale to nie to, nie urodziłam się z takimi umiejętnościami, niestety. - Metamorfomagia była bardzo przydatną zdolnością, ubolewała nad tym, że los nie zechciał jej tym pobłogosławić, to mogłoby bardzo mocno ułatwić jej życie. Nie dała mu też gotowej odpowiedzi, niech sam się domyśli, co innego mogło to być. Może mu się uda, chociaż możliwości było wiele, a tylko jedna prawdziwa.

Nie miałą pojęcia, kim była Evelyn, najwyraźniej jednak bardziej przejmowała się otoczeniem od niej. Może to był problem Yaxleyówny, że nie interesowała się niczym, co nie mogło jej przynieść jakichś korzyści. Plotki po niej spływały, nie wchodziła w dyskusje z ludźmi, którzy je rozpowiadali. Ciekawość wzbudzało w niej tylko to, co mówili o niej, albo o osobach, które znała mniej lub bardziej. Rosiera nie kojarzyła, może nawet kiedyś coś jej ktoś wspominał, ale nie był osobą, która zapisała się w jej pamięci. Teraz się to zmieniło, nigdy o nim nie zapomni, zabawne, że dopiero po tym jak musieli go zabić. Nigdy wcześniej nie widziała w nim nic wartego uwagi.

- Jakbym chciała się ciebie pozbyć już dawno bym to zrobiła. - Powiedziała śmiertelnie poważnym tonem, bo zirytował ją ten żart. Po raz kolejny sięgnęła po butelkę, alkohol naprawdę jej się przyda, jeśli dalej mają prowadzić rozmowę w ten sposób. Była zmęczona, więc powoli zaczynała odczuwać lekkie upojenie, szczególnie, że nie panowała nad ilością trunku, którą w siebie wlewała, bo robiła to bezpośrednio z butelki.

- Ile razy mam ci powtarzać, że nie będzie już żadnych trupów, będziesz żył, czy tego chcesz, czy nie, już ja się o to postaram. - Nie było innej możliwości, jeśli ktoś się nimi zainteresuje, to sama się nim zajmie, w końcu miała już doświadczenie.




RE: [02.1965] Życie i śmierć Williama "Farciarza" Rosiera || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 12.09.2024

Musiał uśmiechnąć się na ten obrazek. To były całkiem logiczne obawy, które nadal wywołały u niego niewielki uśmieszek.
- Zapewniam, że nic cię nie złapie za nogę - stwierdził racząc się herbatą, jak gdyby nigdy nic. ,- Wszystkie takie rośliny stoją głębiej i wyżej. Gdybyś je rozdrażniła, najprędzej zaatakowałyby ci tchawicę - dodał kulturalnie.
Jakaż szkoda, że jakiekolwiek przejawy tejże kultury tak szybko opuściły pomieszczenie. Uprzedzając, że nie jest dobrym gospodarzem, nie przewidywał przechodzić do zaognionych sporów z żadnym z gości. Szczególnie nie z nią, bo przecież grali do jednej bramki. A jednak nim się obejrzał, stanęli przeciwko sobie. Kolejny test, który tym razem zawalali.
- O ja pierdolę - wycedził przez zaciśnięte wargi, obdarzając Geraldine naprawdę podłym spojrzeniem. Takim zarezerwowanym dla gnid, z którymi musiał mieć do czynienia a nie chciał przebywać w ich towarzystwie.
Rzecz w tym, że tego nie planował. Nie nienawidził jej. Siedzieli razem w bagnie i powinni współpracować zamiast wdawać się w zaognione konflikty. Gdzieś tam z tyłu głowy to wiedział. Problem w tym, że kurewsko działała mu teraz na nerwy. Nachodziła go w jego własnym domu w jego najbezpieczniejszym miejscu i próbowała rządzić całą sytuacją. Może by jej się to udało, gdyby nie ta drobnostka, że zachowywała się jak jakiś futurystyczny robot z fikcji naukowej wymyślonej przez mugoli. Nigdy nie kazał jej zakładać tych spodni i próbować mierzyć ich kutasy. Nie przywykł (nie zamierzał) do tego, że jakakolwiek kobieta starała się mieć chuja większego od niego. Tym bardziej w jego własnym domu.
- Właśnie, kurwa, o to chodzi, Geraldine - oznajmił zimno. - Nie o to, że jestem, kurwa, rozjebany. O to, że na każdym kroku usiłujesz mi to pokazywać. Zajebiście, że jesteś silna, ale to nie znaczy, że inni są, kurwa, słabi. Nie jesteś moim tatusiem, żeby mnie bronić ani twoim projektem, żeby mnie naprawiać - był rozgoryczony.
Jeśli kiedykolwiek wcześniej sądził, że nawiązali wspólny język to teraz zaczynał myśleć, że się grubo mylił. Mieli kilka miłych interakcji, ale to wspólny problem decydował o wszystkim. Zamiast go zażegnać, walczyli ze sobą i to było kurewsko niewłaściwe, ale najwidoczniej musiał czuć się zobowiązany, żeby uświadomić pannę Geraldine Yaxley, że cały świat nie kręcił się wokół niej i nie modlił się do niej jak do mugolskiego bożka.
O, słodka Geraldine, pomóż mi, bo zgrzeszyłem.
- Nie potrzebuję, żeby ktokolwiek mi czymś pomagał - odpowiedział bez zawahania.
To było jeszcze bardziej irytujące niż pokazywał. Nie mogła z dnia na dzień oczekiwać, że ktoś, kto praktycznie nigdy nie przyjmował jakiejkolwiek pomocy nagle stanie się jej kukiełką. Da się wymodelować, zaszyć rozdarcia na ubranku, wypchać ubytki przy pomocy waty. Jasne, przyzwyczaiła się do tego, że ludzie działają pod jej dyktando.
Widział to teraz wyraźniej niż przedtem. Problem w tym, że on nie był jedną z takich osób. Nie planował oddać pełnej odpowiedzialności w cudze ręce. Nieważne czyje one były. Nie chodziło nawet o zaufanie. Wziął na siebie znaczną część tej sprawy, więc miał dać sobie z tym radę. Samodzielnie. Bez kogoś, kto próbowałby dyktować mu, kiedy powinien kichnąć a kiedy mógł się napić. Jeśli chciała być zbawcą, to nie pod tym adresem.
- Ustalmy coś sobie raz na zawsze - upił haust alkoholu - to nie ja jestem osobą, o którą powinnaś się tu martwić. Ja sobie radzę. Nie pałętam się po miejscu zbrodni wbrew temu, co ustaliliśmy. Nie próbuję kontrolować niekontrolowanego. Ha. Nie próbuję nawet ciebie kontrolować, bo gdybyś mi powiedziała, że jesteś cholernym metamorfomagiem, machnąłbym na to moją cholerną ręka. Ale nim nie jesteś i za cholerę nie wiem, co tam wyrabiasz, ale mi się to nie podoba - nie krzyczał, nawet nie podnosił tonu. Cedził słowa przez zęby. - Ale czy wiszę ci na karku i lamentuję o nie, Geraldine, nie rób czegoś takiego! to niebezpieczne! powiedz mi chociaż, jak to robisz, Geraldine, zaklinam cię, musisz być bezpieczniejsza!, otóż nie.
Tak. Zjebał się do niej, ale na swoją obronę (której nawet nie potrzebował) miał to, że ona zrobiła to pierwsza. Sprowokowała go do reakcji. Może w jakiejś swojej zwalonej gierce, żeby udowodnić sobie i jemu, że nie był ponurym alkoholikiem kryjącym się w swojej szklarni. Nie miał zielonego pojęcia, co kryło się w głowie Geraldine. Ponadto nie wiedział, czy chce to wiedzieć. Próbowała być tą silniejszą jednostką w ich relacji. Wchodziła w męską dynamikę, prawdopodobnie próbując mu pomóc, ale zgrzytając z tym, że on nie był małą dziewczynką. Skoro mówił, że tego nie potrzebuje, to znaczyło, że tego nie potrzebuje. To było takie proste. Nie był babą.
- Zajebiście, Geraldine - powiedział powoli, niemalże niewzruszenie i dużo bardziej sucho niż przedtem - pójdź jeszcze kilka razy dowiadywać się o niego na Nokturnie, na pewno nam to pomoże - nie ział sarkazmem, ale nie potrzebował go okazywać.
Jeśli tak bardzo starała się, żeby teraz wszystko zaczęło wracać do normy, robiła to spektakularnie źle. Tak właściwie, to gorzej się chyba nie dało. W jego oczach było jej blisko do tego, żeby zacząć wypytywać swoje kontakty. Tak bardzo chciała odzyskać pełną kontrolę nad sytuacją (zgadza się, tą której nigdy nie miała), że to ocierało się o świrowanie. Patrzył na nią teraz jak na maniaczkę kontroli próbującą ustawić wszystko pod swoje dyktando. Jakże szkoda, że świat nie chciał się dostosować.


RE: [02.1965] Życie i śmierć Williama "Farciarza" Rosiera || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 12.09.2024

Wypuściła głęboko powietrze, jasne, niech wzbudza w niej jeszcze większy lęk. Bez nogi mogłaby się obejść, ale mimo, że nie znała się szczególnie na anatomii to była pewna, że złapanie za tchawicę mogło się wiązać ze zdecydowanie gorszymi konsekwencjami. - Pocieszające, nie ma co. - Burknęła jeszcze.

Komunikacja nie była jej mocną stroną, szczególnie w momencie w którym była podminowana. Specjalnie go prowokowała, chciała zobaczyć, czy jeszcze jest w stanie wzbudzić w nim jakiekolwiek emocje, zadziałało, więc w sumie była zadowolona z efektu, mimo tego, że aktualnie pokazywał jej swoją irytację. Jakoś to przeżyje.

- Gdybym uważała, że jesteś słaby nie wplątałabym się w to, nie z tobą, rozumiesz? - Nie zamierzała zakończyć tej dyskusji, nie teraz. Wcale nie czuła się silniejsza od niego. Nie znali się zbyt dobrze, to prawda, pewnie znalazłby jakąś inną osobę, której bardziej ufała, gdyby miała wybierać z kim wolałaby utknąć z podobnym problemem, ale tak się składa, że trochę była pod ścianą, więc radziła sobie z tym, co fortuna jej podsunęła. - Masz jakiś kompleks tatusia, czy o co chodzi? - Mogła ugryźć się w język, ale tego nie zrobiła, nie miała w zwyczaju panować nad słowami, które wychodziły jej z ust. Musiał do tego przywyknąć, czy tego chciał czy nie. Zacisnęła mocniej dłoń na butelce, bo zaczynało ją powoli to wszystko irytować. Nic nie szło po jej myśli, nie przywykła do tego, strasznie ja to wkurwiało, a w jej przypadku wystarczał moment, aby straciła nad sobą zupełnie panowanie.

- Nie zamierzam niczego naprawiać, przecież nie jesteś zepsuty, to próbuję ci kurwa uświadomić. - Najchętniej właśnie wstałaby i stąd wyszła, bo trochę czuła, że rozmawia ze ścianą. Widziała, że nie potrzebuje pomocy,  rozumiała z czego to wynika, ale do chuja Merlina, byli w tym wszystkim razem. Czy tego chciał, czy nie, nie zamierzała odpuścić, najwyraźniej zostanie jego wrzodem na dupie, trudno, może ją za to znienawidzić.

- Nigdy w życiu nie musiałam się chować. - Powiedziała nieco spokojniejszym i łagodniejszym tonem. Wbrew pozorom jego argumenty do niej docierały. Znowu zrobiła po swojemu, wbrew temu co ustalili, to nie było właściwe, mógł stracić do niej zaufanie, a nie o to jej chodziło. - Chciałam po prostu zobaczyć, czy właściwie jesteśmy zagrożeni, a jeśli tak to jak bardzo, potrzebowałam uzyskać jakichkolwiek informacje. - Wpatrywała się teraz w butelkę, bo trochę jej się zrobiło głupio. Nie powinni ze sobą rozmawiać w ten sposób, wymieniać wyrzutami, jeśli będą tak działać, to bardzo szybko wszystko będzie mogło się spierdolić. Jako, że wcześniej nie miała żadnych, nawet najdrobniejszych informacji o trupie, to próbowała dowiedzieć się czegokolwiek. Nie mogła spać spokojnie bez identyfikacji tego, którego zabili.

Milczała dłuższą chwilę, próbowała zebrać myśli, czuła, że grunt coraz bardziej osuwa się jej pod nogami. Nie mogła tego spierdolić, bo to mogło skończyć się stratą wszystkiego.

- Wiem, że możesz sobie poradzić z tym sam, ale nie o to chodzi. Jesteśmy w tym razem, to się zmieniło, nie będę stała z boku. Masz rację, nie powinnam ci pierdolić tego wszystkiego, ale to mój pierwszy raz, działam po omacku. Nie znoszę nie panować nad tym, co dzieje się wokół. - Przyznawanie się do błędów nie było dla niej naturalne, rzadko kiedy to robiła, nie chciała go jednak do siebie zrazić, musiała odpuścić, chociaż trochę.

- Nie odjebałabym niczego głupiego, na Nokturnie nikt mnie nie widział, tak naprawdę z nikim nie rozmawiałam, tylko słuchałam. - Właściwie chyba wypadało mu powiedzieć w jaki sposób. Cóż, i tak wiedział o niej gorsze rzeczy, to chyba nie powinno nic zmienić. - Jestem animagiem, oczywiście nielegalnym, nikt o tym nie wie, znaczy teraz już ty wiesz. - Kolejna tajemnica, którą mógł dopisać do listy.




RE: [02.1965] Życie i śmierć Williama "Farciarza" Rosiera || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 12.09.2024

Taki obrót spraw nie był w jego dzisiejszym terminarzu. Nie było w nim także ich spotkanie, choć dopuszczał do siebie, że prędzej czy później miało do tego dojść. Mimo to wyobrażał to sobie w całkiem inny sposób. Znacznie spokojniejszy i zrównoważony. Bez tych wszystkich pułapek trudnej komunikacji, w jakie wpadali. No cóż. Rzeczywistość szybko zweryfikowała plany.
- Byłaś w to wplątana na długo przede mną - niemal wszedł jej w słowo.
Bez wyrzutu, bez wytykania, prawda w najczystszej postaci. Informacja podana na talerzyku od alkoholowej herbaty. Posłał jej ciężkie spojrzenie, nie mniej gniewne niż przed chwilą, ale na swój sposób wyrozumiałe. Mógł się wściec, że sugerowała swój nikły wkład w wywiązanie się tej sytuacji. Nie miała możliwości wyplątania się z tego, bo tamten człowiek umarłby na śniegu w pustej, wąskiej alejce z kartką z dowodami w kieszeni. Gdyby wezwano stróżów prawa do zamarzniętego trupa, Geraldine i tak mogłaby nieświadomie stać się główną podejrzaną. Mogłaby być w jeszcze większym bagnie i nawet by o tym nie wiedziała.
Ciężko było stwierdzić, który scenariusz przebiegał gorzej. Dla Greengrassa był to ten faktyczny, nie hipotetyczny. Gdyby zostawił Rosiera w burzy śnieżnej, mógłby nie być w to zbytnio zamieszany. Nie siedziałby tu teraz i nie sapałby gniewnie na to, co mówiła mu Yaxleyówna. Gdyby zabrał rannego do baru, ale Geraldine nie zainteresowałaby się sytuacją, również byłoby inaczej. Czy lepiej? Nie jemu oceniać.
Nie mogli cofnąć czasu i podjętych decyzji. Na to było już za późno. Mogli reagować na to, co się działo. Spokojnie. W najlepszy możliwy sposób przyczaić się gdzieś. Lub robić to, co właśnie robili. Kłócić się o konsekwencje sprawy, wytykać sobie zachowania w afekcie, coraz bardziej tracić zaufanie do tej drugiej strony. Właśnie. Przede wszystkim robić to ostatnie: dzielić się na strony zamiast nadal grać do jednej bramki. To nie było ani dobre, ani rozsądne, ale Ambroisem kierował teraz długo tłumiony gniew. Frustracja nakłaniała go do tego, żeby wytykał Geraldine każde niewłaściwe, nieprzemyślane słówko a alkohol ochoczo temu kibicował.
- A ty? - Odgryzł się, jakby byli w przedszkolu. Twoja stara jest tak gruba, że na Super Bowl zabiera swoją łyżkę, właśnie na ten poziom kłótni teraz wchodzili a on nie widział, jak absurdalnie to wygląda. - Masz kompleks bycia swoim? - Zapytał grubiańsko.
No przecież każdy znał tego człowieka. Przynajmniej w środowisku czystokrwistych mówiono o nim bardzo różne rzeczy. Tak samo jak o całej rodzinie Yaxleyów i o tym, jakie zasady rządziły ich życiem. Normalnie mógłby współczuć jej trudnego dzieciństwa pełnego treningów, wyzwań i reguł surwiwalowych. Teraz śmiał twierdzić, że usiłowała być kopią wymagającego Tatusia Łowcy. Na dodatek marną, bo pozbawioną chuja, którego tak bardzo chciała mieć. Nie mogła wyhodować jaj, nawet jeśli bardzo tego chciała.
- Nie wiem, jaką ci wyrządzili krzywdę, że uważasz coś takiego za normalne - parsknął bez owijania w bawełnę. - Bo to takie nie jest, Geraldine. Nie pomaga się ludziom poprzez traktowanie ich jak tresowanych zwierząt.
Świetnie. Naprawdę świetnie, że uważała, że nie był zepsuty. Bardzo by to docenił, gdyby nie postanowiła okazać mu sympatii w najmniej sympatyczny sposób. Nie mogli uraczyć się alkoholem i przedyskutować nowych informacji. Najwidoczniej tak to nie działało. Musieli pożreć się jak para zdziczałych zwierząt. Najwyraźniej to był styl Yaxleyów. Tak długo obracali się w towarzystwie magicznych bestii, że innych ludzi traktowali jak swoje zoo.
Był zły. Może trochę za bardzo jak na to, co właściwie słyszał. Do pewnych tematów nie potrafił podchodzić z dystansem. Nie miał w sobie niemal żadnych pokładów wyrozumiałości dla tego, co uważał za nienaturalnie. Pechowo było tym zainteresowanie jego osobą i jego stanem zdrowia. Czy to fizycznym czy psychicznym. Nie chciał dyskutować o tym jak przechodził przez to, co się wydarzyło. Nienawidził słabości. Nie cudzej (do tej miał wiele cierpliwości), własnej. Cudza litość miała trujący posmak goryczy i śmierdziała zgnilizną. W tym wypadku rozkładającym się trupem.
- Wybitna łowczyni - zagryzł zęby, żeby nie powiedzieć nic więcej, bo skoro ona nieco spuściła z tonu to i on musiał tego spróbować.
Nie przychodziło mu to łatwo, mimo że wiedział, że w tej kłótni nie miało być wygranych, więc powinien odpuścić. Nie chciał być tym, który rozszarpywał gardła, żeby wygrać okrągłe nic.
Jeszcze mocniej zacisnął szczękę, masując ją palcami lewej ręki, bo w prawej nadal trzymał skręta. Teraz już patrzącego go w dłoń, bo zbyt mocno go rozżarzył, kiedy próbował się uspokoić kolejnymi pociągnięciami.
- Daję ci możliwość stania z boku. Nie musisz być zawsze w samym środku wichury. Skorzystaj z tego, kurwa - odezwał się odrobinę spokojniej. Nadal twardo, ale bez otwartej wrogości. - Nie wywalam cię z naszego pierdolonego bagna. Mamy do niego takie same prawo, ot kurewska ironia, ale nie musisz się w tym czołgać po omacku - miał problem z tym, żeby przekazać to, o co mu chodziło, ale liczył, że powinna być w stanie to zrozumieć.
Nie chciał, żeby była bardziej zaangażowana niż musiała być. Nie musiała ponosić wszystkich konsekwencji, tylko tę swoją część. Mniejszą, nawet jeśli równie niewygodną. On brał na siebie całą resztę. Podjął tę decyzję wtedy i nie zamierzał zmieniać zdania. Nie chciał dzielić się swoimi przemyśleniami na temat tego, jak to było być mordercą. Mógł wziąć trochę jej, ale jego były jego.
- Jesteś animagiem? Jakimś - zaczął zbity z tropu tym, czym nagle postanowiła się podzielić. Tak, mógł brać te wszystkie sekrety, ale tego po prostu się nie spodziewał. - Czymś? Jebanym nietoperzem albo coś? - Nie wiedział czemu właśnie to mu przyszło do głowy ani czemu wstawił w to całkowicie niepotrzebne przekleństwo. W żadnym razie nie chciał jej obrazić. Był po prostu zaskoczony.


RE: [02.1965] Życie i śmierć Williama "Farciarza" Rosiera || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 12.09.2024

Nie łatwo było o spokojne spotkanie, kiedy żadne z nich nie zamierzało spuścić z tonu. Zdecydowanie mieli dosyć trudne charaktery, co tylko utrudniało rozmowę, powinna się była tego spodziewać. Nie bez powodu zwróciła na niego uwagę, kiedy się poznali. Wydawało jej się teraz, że są do siebie podobni. Każde chciało rządzić swoim życiem, być niezależnym od innych, ale na to było już zbyt późno. Musieli współpracować, czy im się to podobało, czy nie. Może kiedyś uda im się rozmawiać w bardziej cywilizowany sposób. Początki relacji biznesowych, czy nie bywały mocno skomplikowane, a to było coś więcej niż tylko biznes. Od tego zależała ich przyszłość, wolność i jeszcze więcej rzeczy, na których stratę nie mogli sobie pozwolić.

- Nie, nie byłam wplątana w to, miałam tylko mu przynieść błotoryja. - Wysyczała jeszcze przez zęby. Gdyby nie to, że Ambroise przytargał go wtedy do Wiwerny żyłaby nadal w błogiej nieświadomości, co mogło być zdecydowanie wygodniejsze. Nie wiedziałaby, że jej klientowi stała się krzywda, nie miałaby pojęcia o tym, że może ją ktoś z tym powiązać. To byłoby prostsze.

Powinni zainteresować się tym, kto mu to zrobił. Powinni znaleźć faktycznego winnego odpowiedzialnego za śmierć Rosiera, chociaż czy to by coś teraz zmieniło, skoro to oni zakopali go w lesie? Zbyt wiele myśli ją nawiedzało, nie miała pojęcia, które naprawdę miały sens, a które mogły tylko namieszać. Trochę za dużo się działo, a ona nie była w pełni sił, nie myślała jasno, była kurewsko zmęczona tym wszystkim.

- Mojego ojca w to nie mieszaj! - Uderzył chyba w najbardziej czuły punkt. Yaxleyówna była bardzo związana z Gerardem, chciała być najlepszą wersją siebie po to, aby był z niej dumny. Wychowywanie w domu pełnym męskich potomków, którzy mieli większe predyspozycje do tego, aby zajmować się tym, co ona. Inni członkowie rodziny nie mogli zrozumieć dlaczego ojciec pozwalał jej na to wszystko. Wydawało im się, że to tylko chwilowe zachcianki bogatej dziewuchy, a ona znalazła w tym sposób na życie. Wychowywał Ger na podobą sobie, chociaż kobiety raczej nie były miło widziane w towarzystwie łowców. On coś w niej widział, to czego inni nie dostrzegali, nie mogła go zawieść. Nie chciała jednak go kłopotać swoimi problemami, musiała sobie ze wszystkim teraz poradzić sama, znaczy nie do końca sama bo jeszcze było tu miejsce dla Greengrassa, co niesamowicie ją irytowało.

- Nikt nie wyrządził mi krzywdy, sama tego chciałam, sama sobie to zrobiłam. - Sięgnęła ponownie po papierośnicę i wsadziła sobie peta w usta, odpaliła go niemalże od razu, zaciągnęła się dymem. Musiała się uspokoić, bo zbliżała się do granicy, a nie chciała wyrzucać z siebie słów, które mogły przynieść jeszcze więcej problemów. Czasem się zastanawiała, jakby to było, gdyby postępowała tak, jak chciała jej matka. Gdyby wybrała dla siebie inną ścieżkę, jak chociażby ciepłą posadkę w ministerstwie. Nie sprawiałaby problemów, nie pakowała się ciągle w jakieś gówno. Wiedziała, że by się tam udusiła, prędzej, czy później, nie miała pojęcia skąd brało się u niej to ciągłe podążanie za niebezpieczeństwem. Może faktycznie krew Yaxleyów robiła swoje, może nie chodziło tylko wychowanie. Nie potrafiła tego ujarzmić.

- Nigdy się o nikogo nie troszczyłam. - Rzuciła w eter. Może na swoje wytłumaczenie? Nie potrafiła tego robić. Jak do tej pory jedyną osobą którą się przejmowała była ona sama. Jasne, miała znajomych, pilnowała Erika w Hogwarcie, gdy dowiedziała się, że jest wilkołakiem, czy walczyła w imię swoich mugolskich przyjaciół. Zawsze jednak robiła to siłą, w tym przypadku to nie była metoda, a ona nie umiała działać inaczej niżeli siłą. Wkurwiało ją to strasznie.

- Chuja warta łowczyni. - Zdawała sobie sprawę, że zawiodła. Nie musiał jej tego przypominać. Miała świadomość, że powinna była wymyślić inne rozwiązanie, ale nie mieli czasu. Działali nie do końca przemyślanie i teraz przyszło im się mierzyć z konsekwencjami. Póki co może nie były zauważalne, poza tym, co działo się w ich głowach, ale mogło się to skończyć różnie.

- Nie potrafię stać z boku, zawsze jestem pierdolonym okiem cyklonu. - Nie musiała się odsuwać, brała to czego chciała, tym razem nie mogło tak być i zdecydowanie nie chciała się z tym pogodzić.

Nadal uważała, że wina była równa, dlatego nie umiała znieść tej myśli, że go dotknęło to bardziej. Nie chciała tego dla niego, to było niesprawiedliwe, dlatego zamierzała odpokutować swoje winy. Przyłazić tu i sprawdzać, czy jakoś się ma, zawracać mu dupę, aby się w tym wszystkim nie zatracił. Nie potrafiła postawić się na jego miejscu, ale to nie oznaczała, że nie była gotowa spróbować go wesprzeć.

- Mówiłam ci, że znam się na transmutacji. - Wzruszyła jedynie ramionami i pociągnęła kolejny łyk alkoholu z butelki, a później zrobiła coś głupiego. Sięgnęła po różdżkę, którą miała przy pasie i rzuciła na siebie zaklęcie. Bez sensu było o tym opowiadać, skoro mogła mu to pokazać. Tak było szybciej. Zamiast Yaxleyówny na jej miejscu siedział niezwykle uroczy, czarno-biały skunks. Zeskoczył z fotela, aby zaprezentować się w pełnej okazałości. Trwało to krótką chwilę, bo niemalże od razu wróciła do swojej ludzkiej formy. - Niestety to nie nietoperz. - Dodała jeszcze nadal stojąc przed Greengrassem.