Secrets of London
[20.06.1972] Co robimy w ukryciu || Ambroise, Geraldine & Astaroth - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20)
+--- Wątek: [20.06.1972] Co robimy w ukryciu || Ambroise, Geraldine & Astaroth (/showthread.php?tid=3941)

Strony: 1 2 3 4 5


RE: [20.06.1972] Co robimy w ukryciu || Ambroise, Geraldine & Astaroth - Ambroise Greengrass-Yaxley - 23.09.2024

- Zaczynam skłaniać się ku temu samemu zdaniu - skwitował krótkim chrząknięciem, bo był jednocześnie rozbawiony i zmieszany tym wszystkim.
Szczególnie tym, że nieważne co robił, wracała jak bumerang. Nie mógł się ostatecznie odsunąć, bo nawet jak mu się wydawało, że wszystko było już dawno zamknięte... ...bam!... ... tłuste palce wspólnego zaniepokojonego znajomego dźgały go między łopatki i znowu robił coś związanego z ich relacją. Nawet nie rejestrował, kiedy się na to godził. Szedł jak dzieciuch, żeby załatwić sprawy. Dopiero później łapał się na tym, że ten jeden uczynek bez zastanowienia łamał ponad roczny brak kontaktu i znów zaczynali się zachowywać, jakby nie rozmawiali ze sobą od ledwo przedwczoraj.
- Spytałbym czy mam ci przypomnieć, ale nie. Nie wciągniesz mnie w to. Nie teraz ani nigdy - pokręcił głową z nieznacznym, lekko gorzkim uśmieszkiem.
Gdyby miał zacząć wymieniać wszystkie chwile, w których usłyszał o tym jak bardzo czegoś żałowała (głównie zadawania się z jego dupą i innych wariacji na ten temat) to nie wystarczyłoby im ani tego wieczoru ani następnego dnia.
Cóż. Nawet nie dopuszczał myśli, że mógłby tego dnia tak po prostu nie dożyć. Nie był specjalistą od wampiryzmu. Przyjął mniej wyjątkowe wyjaśnienie, więc całe zachowanie Astarotha tłumaczył uzależnieniem od narkotyków lub innych substancji. Ten temat był mu znany. Instynktownie skłonił się ku znanemu.
- Gorszy wieczór - uściślił znacząco, żeby zasugerować, że to nic takiego.
Ot. Kobiece humorki. Wzloty i upadki. Poalkoholowa werwa zmieniła się w postalkoholową depresję.
Widział, że Geraldine się spięła. Nie zareagował na te spojrzenia, ale je dostrzegł. W tym momencie nie próbował dyskutować z nią, czemu ukrywała przed bratem prawdziwy powód swojego pijaństwa ani ile Astaroth wie o całej sprawie. Coś tam mgliście mówiła odnośnie zaangażowania młodszego brata i jego konfliktu z tym teoretycznie bliźniaczym, ale ta cała część miała równie duże i liczne dziury, co pozostała historia, którą usłyszał tego wieczoru. Zanim zacznie sam skakać z tematu w temat i doszukiwać się prawdy, postanowił zaczekać na ich poranną (a może raczej popołudniową) rozmowę. Taką, gdzie alkohol nie będzie głównym narratorem. Na przeszkadzającego kaca miał eliksiry w medycznej torbie.
No właśnie. Czując wagę ciążących mu zakupów na wolnym ramieniu, powoli odstawił je na podłogę i odsunął nogą pod ścianę, żeby nie przeszkadzały w przejściu. Postanowił zostawić je we w miarę dogodnym miejscu. Skoro już nie musieli zakradać się do sypialni Geraldine jak para złodziei albo (jak to musiało wyglądać w oczach jej lokatora) parka nastolatków w chuci. Mimo że Geraldine wyraźnie zachowywała się inaczej to dla Greengrassa wszystkie okoliczności wypadły całkiem-całkiem. Jasne, interakcja z kimś na głodzie narkotykowym nigdy nie była przyjemna, ale równie nieprzyjemne było krycie się po domu i udawanie nieobecności. Teraz przynajmniej mogli normalnym tonem rozmawiać w jej pokoju.
Oczywiście nie planował dalszych długich rozmów. To nie miałoby sensu, skoro alkohol parował z krwi Yaxleyówny. Zaraz miała być bardziej marudna, ospała i zmęczona. Nie było nic zdrożnego w tym, że prowadził ją do łóżka. W tym wypadku zachowywał się bardziej jak jej przyjaciel. Gdyby nie okazjonalne myśli i wspomnienia, nie dałoby się być bardziej platonicznym przyjacielem niż on tu teraz. Nie wiedział, ile Astaroth wie o tym wszystkim, co odmerliniło się między nim a Geraldine przez kilka lat. W gruncie rzeczy go to nie obchodziło a jeśli by miało, to tak jak mówił w barze: on sam dałby sobie w ryja, gdyby odstawił to wszystko hipotetycznej dziewczynie (będącej faktyczną siostrą - Roselyn). Swojej siostry broniłby przed dupkami, więc dopuszczał dostanie po mordzie raz czy dwa, gdyby dostał ku temu powód. Oczywiście. To nie znaczyło, że nie miałby się bronić. Stąd wolał w ogóle zapomnieć o przeszłości.
Teraz zachowywał się w porządku. Cała jego niewymuszona postawa na to wskazywała. Nie miał sobie nic do zarzucenia. Ani nikomu innemu w tym pomieszczeniu. Zwracał uwagę na niesamodzielność Astarotha i dziwaczny przebieg rozmowy świadczący o tym, że Rina (chyba po raz pierwszy w życiu) dała sobie wejść na głowę. Tego wieczoru usłyszał i zobaczył tyle rzeczy, które nie były w jej charakterze, że dopuszczał kolejną. Tyle tylko, że nie teraz, kiedy się ledwo trzymała na nogach. Na dodatek zaczynał odnosić wrażenie, że gdyby Kimi była obecna to jeszcze może uszłoby im to płazem, bo ona zajęłaby się włożeniem pokarmu w niesamodzielne ręce młodzieńca. Ale już ustalili, że Kimi nie było. Była Geraldine i był on.
Jeżeli tak mocno ją to wybijało z rytmu, że jej brat będzie chodzić głodny to okay. Powstrzymał niezadowolone westchnienie i na jej spojrzenie odpowiedział własnym: takim twardszym i mniej zaniepokojonym a bardziej niezadowolonym. Jednocześnie dawał jasny przekaz:
- Zrobię mu tę pierdoloną kanapkę, ale nie będę jej kroić w jebane kwadraciki ani nie odkroję skórki. Masło orzechowe i dżem czy ser z szynką? Jak dam pomidora to ma zjeść pomidora - nie powiedział tego na głos, oczywiście.
Nie był bez serca. Chłopaczyna ledwo się trzymał na nogach. Może powinien zabrać skrzata domowego do nowego mieszkania, skoro bez opieki nic nie jadł przez cały dzień, ale Ambroise w to nie wnikał. Na co dzień to był ewidentnie problem Kimi i Riny. Musiały poczynić nowe ustalenia odnośnie opieki nad niepoczytalnym lokatorem zanim uda im się go wyleczyć albo podejmą decyzję o wysłaniu go na odwyk w Lecznicy Dusz.
- Nie przejmuj się tym - odezwał się do kobiety, po czym wrócił wzrokiem do Astarotha i kiwnął głową. - Poradzimy sobie, prawda? Wiem, gdzie co jest, jeśli zbyt wiele tu nie poprzestawialiście - zapewnił dając do zrozumienia, że i od tej medycznej strony byłby skłonny pomóc z drgawkami i nerwowością, jeśli tylko wszystko potrzebne było na miejscu.
Odruchowo uspokajająco pogłaskał Geraldine po boku. Nie widział problemu. Ewidentnie nic nie widział.


RE: [20.06.1972] Co robimy w ukryciu || Ambroise, Geraldine & Astaroth - Astaroth Yaxley - 23.09.2024

Wpatrywałem się w Geraldine. Proponowała mi znalezienie zastępstwa dla Kimi, ale skręcało mnie na samą myśl o gryzieniu jej, a co dopiero innych osób, szczególnie że wcześniej ojciec zaserwował mi paradę żuli i meneli. Nie wiedziałem, skąd brał tych ludzi, ale jedno trzeba było im przyznać - zrobiliby wszystko dla odrobiny kasy. Może moja trauma do picia krwi nie byłaby tak ogromna, gdyby nie kochany tatuś.
Phi! Nie, jednak picie krwi same w sobie było odrażające. Nic nie mogło tego przebić ani pogorszyć. Bleh.
A jednak piękna pokusa by zatopić w którymś z tej dwójki swoje kły była tak słodka... Już czułem smak życia na swoim języki, czułem jak wypełnia mnie całego, po koniuszki palców, jak chwytam powietrze, naiwnie czując, że żyję... Takie głupie, ale takie fajne. To uczucie. Nie żyłem, ale przez chwilę mogłem poczuć się ciepły i żywy.
Ale o czym my to rozmawialiśmy...? Ach tak! Pokręciłem nerwowo głową.
- Nie chciałbym. To trudne z nią, a z innymi... jeszcze bardziej... potworne - stwierdziłem z bólem, to ostatnie słowo właściwie wypowiadając bezgłośnie. Z przerażeniem poruszyłem ustami, jak gdybym nie chciał tego przyznawać głośno. Nie chciałem właściwie tego przyznawać głośno, nie chcąc przypieczętować tego jako prawdy, a jednak byłem potworny i robiłem potworne rzeczy. Niezależnie od intensywności starań, to nie miało się zmienić. Nie wybielę bardziej swoich białych kłów. To było awykonalne.
Rzuciłem głodne spojrzenie na Ambroise’a. Mógł mieć nieodparte wrażenie, że odpowiadam mu na propozycję kanapkową w podobny sposób: chcę kanapki pokrojone w jebane kwadraciki, nawet nie waż się zostawiać tej pierdolonej skórki, bo dostaniesz pomidorem po ryju. Ale tak naprawdę, to raczej zastanawiałem się, czy ładnie pachnie, bo kiedy ktoś ładnie pachniał, nie jebał potem, fajami i ogólnie gorzelnią, to jednak przyjemniej się z niego spijało krew. Miałem okazję szczególnie się o tym przekonać na początku miesiąca, o czym Geraldine na szczęście wciąż nie wiedziała. Laurent jej nie powiedział.
Laurent...
Geraldine miała rację. To nie był dobry pomysł. To nie był dobry pomysł. To był bardzo zły pomysł, a jednak... coś we mnie drżało, kiedy myślałem o wycofaniu się. Nie mogłem się wycofać. Miałem potrzebę. Mrowiło mnie coraz bardziej. Może Ambroise był byłym - i najwyraźniej aktualnym, przynajmniej dziś - Geraldine, a także przyjacielem rodziny, ale jednak... Los wybrał za nas? Hmm? Mogłem to zganić na los albo przypadek? Zapewne mogłem.
I pojawiła się okazja by się zbliżyć, mimo że nie chciałem się zbliżać, ale jednak ostatecznie to wcale nie wydawało się być takim złym pomysłem. Ożywiłem się. Nienaturalnie, niespodziewanie się ożywiłem. Jakaś nowa energia... Zapowiedź późnej kolacji...? Cóż, albo po prostu chęć przyjacielskiej pomocy, czyż nie? Nie wszystko musiało być znowu takie złe w moim wampirzym wykonaniu.
Zrobiłem kolejne kroki w kierunku Ambroise’a i kuchni.
- Pomogę ci. Czego potrzebujesz? Pokażę ci - zaoferowałem się oszołomiony. Może bardziej oczarowany? Miałem wrażenie, że czuję ciepło od nich bijące, od tej dwójki, chociaż było to fizycznie niemożliwe.
Niby beztrosko, niby niewinnie, ale jednak kątem oka obserwowałem Ger, jakby była drugim drapieżnikiem w pobliżu. Nie, żadnym drapieżnikiem. Po prostu mogła namieszać. A nic się nie działo. Nic się nie działo. Po prostu byłem pomocny, prawda? Mogłem sobie ufać w pełni, czyż nie? Byłem dorosły, dorosły i dojrzały. Miałem wszystko pod kontrolą. Byłem na swoim, przewidywalnym terenie.


RE: [20.06.1972] Co robimy w ukryciu || Ambroise, Geraldine & Astaroth - Geraldine Greengrass-Yaxley - 23.09.2024

- Nie udawaj, że jesteś tym szczególnie rozczarowany. - Rzuciła jeszcze zaczepnie. Dobrze było mieć go obok, znowu, chociaż na chwilę. Nie, nie, nie. Nie mogła tak myśleć, zdecydowanie powinna go znowu od siebie odsunąć,  zdystansować, nie pozwolić mu się zbliżyć. Tyle, że teraz nie była w stanie tego zrobić, zresztą czuła, że po tym, co dzisiaj z siebie wylała to szybko się go nie pozbędzie. W tej chwili nawet trochę jej się to podobało, jutro na pewno będzie tym wkurwiona.

- Jak tam chcesz, nie będę cię wieść na pokuszenie, mój drogi. - Wciągnęła go przecież w wiele dziwnych sytuacji, ciągle przynosiła kłopoty. Była niczym fatum nad nim ciążące, co najgorsze zdawała sobie z tego sprawę. Wiedziała, że lepiej mu będzie bez niej. Nikt nie mógłby być przy niej szczęśliwy, zbyt wiele razy została porzucona, aby myśleć inaczej. Dlatego wspominała głównie te dobre chwile, były niczym drobne gwiazdki na ciemnym niebie. Szkoda było czasu na żałowanie tego, co nie wyszło, przecież gdyby się nie zdecydowała, żeby się w coś zaangażować, to nie byłoby tych świateł w ciemności, które nadal dostrzegała.

Ulżyło jej, gdy Ambroise postanowił trzymać się jej wersji o kiepskim humorze. Tak naprawdę przecież nie oszukiwali Astarotha, miała gorszy wieczór, może nie spowdowany jakąś głupotą, ale nadal to był tylko jeden, gorszy wieczór. Może nie do końca jeden, bo ostatnio zdarzało się ich coraz więcej, ale dzisiaj faktycznie trochę przegięła nawet jak na siebie. Zupełnie nad tym nie panowała, zazwyczaj do takiego stannu doprowadzała się jedynie w swojej sypialni, szczególnie od momentu, w którym jej młodszy brat u niej zamieszkał.

Nie sądziła, że Ambroise będzie skłonny się dla niej poświęcić, zrobienie kanapki młodszemu bratu tylko po to, żeby się od niej odczepił było naprawdę błyskotliwym pomysłem. Tyle, że w tej sytuacji nie miało najmniejszego sensu. Zjebała, wiedziała, że zjebała. Upewniała się w tym spoglądając na Astarotha, miała wrażenie, że on przygląda się im jakby mogli zostać jego kolacją. To nie wróżyło nic dobrego. Kurwa, dlaczego Kim nie było tu, kiedy mogła się na coś przydać? Będzie musiała z nimi przedyskutować temat jego odżywania się, nie zamierzała pozwolić na to, aby taka sytuacja się powtórzyła. Nie mógł przebywać tutaj głodny, bo kurwa mógł zrobić krzywdę osobom, na którym jej zależało. Mogłaby nie przyprowadzać tu ludzi, ale bez przesady, to było jej pierdolone mieszkanie.

Gerry zauważyła iskrę w oku brata. Wiedziała, że jest na straconej pozycji. Do tego była pijana, jakie w ogóle były szanse, na to, że uda jej się uspokoić nieogarniętego wampira, który praktycznie wcale nie potrafił panować nad swoim głodem? Bardzo znikome. Szczególnie, że nie panowała prawie wcale nad swoim ciałem. Zaczęła oddychać nieco szybciej, zaniepokojna, wiedziała, że zaraz może wydarzyć się tutaj coś, z czym sobie nie poradzi.

Drgnęła, gdy poczuła jego dłoń na swoim boku, niby zwykły odruch, ale brakowało jej jego ciepła, obojętność nie działała na nią dobrze, a dzisiaj wiele razy jej dotykał, tak jak dawniej. Musiała zadbać o jego bezpieczeństwo.

- Roise, nigdzie nie pójdziesz. - Wysunęła się krok przed nim, jakby chciała go zakryć swoim ciałem. Jeśli Astaroth zamierzał zrobić mu krzywdę, to będzie musiał zacząć od niej.

- Astaroth, kurwa, zostaw mojego chłopaka w spokoju bo nie ręczę za siebie. - Cóż, Ambroise nie był może już jej chłopakiem, Yaxleyówna nadal jednak traktowała go jako coś swojego, a że była mocno terytolialna to zamierzała pokazać bratu, że nie ma szans, żeby umożliwiła mu zbliżenie się do stojącego za nią mężczyzny.

- Idź coś wpierdolić na ulicy, jebie mnie to, jak chcesz mogę znowu zaangażować w to ojca. - Była trochę roztrzęsiona, jednak ton jej głosu był naprawdę chłodny, jakby zupełnie jej to wszystko nie ruszało. Pamiętała, że nie do końca odpowiadali mu ludzie, których Gerard do niego przyprowadzał, ale nie zmieniało to faktu, że mógł sobie robić posiłki z jej znajomych, nie było nawet takiej opcji.




RE: [20.06.1972] Co robimy w ukryciu || Ambroise, Geraldine & Astaroth - Ambroise Greengrass-Yaxley - 23.09.2024

Prychnął, parsknął, niemal wywrócił oczami. Wszystko na raz połączone w jedną reakcję na coś, w czym miała rację. Nie czuł się zawiedziony. Powinien się czuć, ale tak nie było. Jedynie wolałby prowadzić tę rozmowę na trzeźwo, choć wtedy najpewniej wcale by nie rozmawiali. Wiedział, że spierdolił ich kontakty na trzeźwo. Po alkoholu ewidentnie więcej mu zapominała.
- Na to chyba trochę za późno - skwitował bardzo cicho i ponuro raczej do siebie pod nosem niż do niej, kierując zmieszane spojrzenie w drzwi.
No cóż. To była bardzo specyficzna kwestia. Drażliwy temat, jeśli miałby być zupełnie szczery. A nie chciał być ani ze sobą ani tym bardziej z Geraldine. Szczególnie tą pijaną, z którą teraz rozmawiał, bo ona mogłaby to bardzo różnie odebrać a on nie chciał wplątać się jeszcze bardziej. No. Niż to zrobił do tej pory. Był trzeźwy, ale nie miał aż takiej przewagi ani kontroli nad przebiegiem ich rozmowy.
Tak właściwie to szybciutko przekonał się, że nie miał żadnej władzy nad niczym. Ktoś inny rozdawał karty, którymi grali. Im dłużej toczyła się dyskusja tym bardziej obawiał się, że talię tasował im coraz bardziej nerwowy ćpun na głodzie. Jakby ten wieczór nie był dostatecznie dziwny a konfrontacja z Astarothem w jego normalnym stanie psychicznym nie wystarczyła.
Niezbyt rozumiał wyznanie wypływające z ust młodego Yaxleya. Czy jeszcze mówili o robieniu kanapek z pomidorami przez nieobecną Kimi? Czy temat zszedł na pokrętne wyznanie, że Astaroth czuje się winny z powodu kupowania ich u kogoś innego? Dlaczego Ambroise odnosił wrażenie, że nie chodziło o jedzenie a o jakąś pokrętną alegorię dla zdrady? Robienie kanapek z kimś innym brzmiało jak żenujące określenie na współżycie, ale kto tam wiedział Astarotha. Nie zdziwiłby się, gdyby ten po seksie życzył sobie przynoszenia mu kromek chleba w kwadracikach, żeby uzupełnić stracone kalorie. Ćpuny miewały różne pomysły. Greengrass nie spodziewał się, że będzie świadkiem podobnych dyskusji, bo nie obchodziło go, co kto robił ze swoim związkiem i czy wyciągał to z sypialni do burdelu albo gdzieś indziej. On swój związek spierdolił. Tak właściwie to wszystkie związki spierdolił, ale ten konkretny bardzo spektakularnie. Nie był odpowiednią osobą, żeby kogoś oceniać pod tym kątem. No poza tym, że takie wyznania powinny być kierowane do odpowiedniej osoby, której tu z nimi (jak wielokrotnie ustalili) nie było.
Kanapkę mógł Yaxleyowi zrobić, ale zastępować Kimi w inny sposób nie planował. Geraldine mogła być spokojna. Ten wieczór miał się zakończyć najnormalniej jak się dało. Ambroise to obiecał i planował dotrzymać słowa. Wyłącznie potrzebował zorientować się w sytuacji, która na pewno wyglądała gorzej niż było w rzeczywistości. Wystarczyło, żeby się wszyscy uspokoili.
Tak. Teraz był pierdolonym rozjemcą i szefem kafeterii w jednym. Może frytki do tych kanapek? Keczup może być, skoro pomidory gryzą w zęby? Łódeczki, proste czy karbowane? Oranżada z gazem czy sok pomarańczowy?
- Pójdę do kuchni. Wiem, gdzie jest - zaoponował, przy czym zrobił krok do przodu, żeby zrównać się z Geraldine, bo chyba trochę przesadzała.
Potrafił sobie poradzić z niepoczytalnymi ludźmi. Tak właściwie to już uważał za sukces, że Astaroth zaoferował pomoc. Chłopak może i brzmiał przy tym jak rozdygotany pedofil z budki z obwoźnymi lodami, ale chyba po prostu tak teraz miał. Nałóg objawiał się różnie.
- Macie napoje? Albo dasz radę zrobić siostrze herbatę? Przydałoby się czegoś napić - zwrócił wzrok na Yaxleya, posyłając mu badawcze spojrzenie.
No ni chuja nie podejrzewał, że proponowanie napitku może się spotkać z tak skrajnie różnym odbiorem. Szczególnie, że zaraz rozproszyły go słowa Geraldine, na które może powinien zareagować oburzeniem, zaprzeczeniem lub wyparciem, ale...
Kurwa. Ten wieczór dał mu dotychczas do zrozumienia, że nie powinien dyskutować ze wszystkim, co słyszy.
Jeśli nadal mówiła to, co myśli i mógłby wierzyć, że to nie alkohol nią sterował, to nie nienawidziła go aż tak do końca. Miał tego kolejne potwierdzenie.
- Rina, nie przesadzaj. To nic takiego - zapewnił ją z trudem panując nad zmęczeniem w głosie, bo nie rozumiał, o co ten cały szum. - Nie wiem, co was oboje dziś opętało - totalnie nie przywykł do bycia głosem rozsądku w pomieszczeniu i czuł się z tym co najmniej dziwnie nie na miejscu - Ale może skoro tak to wygląda, to usiądźmy razem w kuchni. Zrobimy wszystko, co trzeba, żeby naprawić zaniedbania panny Kimi i my dwoje wrócimy do pokoju? - Niby pytał, ale nie planował przyjmować odmowy. W końcu był tą najlogiczniejszą osobą w pomieszczeniu. Musiał mieć przywileje z tego wynikające. Używał karty przewagi albo coś w ten deseń.
- Kuchnia. Wszyscy - powtórzył, gdyby nie został zrozumiany.


RE: [20.06.1972] Co robimy w ukryciu || Ambroise, Geraldine & Astaroth - Astaroth Yaxley - 25.09.2024

Manipulacja, gra, podchody - nawet nie zauważałem granicy, kiedy przechodziłem w trans spowodowany pragnieniem krwi. Nadarzała się okazja, więc moje ciało zaczynało brnąć w jej kierunku, umysł zaczynał zawodzić, myśli walczyły ze sobą, ale jednak podświadomość wiedziała jedno. Kły, krew, nasycenie. Tak, tak. Chciałem tego, pragnąłem tego jak diabli, mimo że potem miałem się za to nienawidzić, ale teraz o tym nie myślałem. Teraz wszystko wydawało się być w porządku, układało się w piękną, może nawet symetryczną całość.
Taaak, potrzebowałem. Chociażby kropli krwi. Jedną kroplę. JEDNĄ. Nie więcej. Uronię ją, z rozkoszą skonsumuję, a potem pójdę spać. Nikt nie będzie przecież płakał przez jedną kroplę krwi.
Obecność Geraldine tylko wszystko komplikowała. Coś mi mówiło, że należało się jej pozbyć, ale to były złe podszepty. Geraldine miała mnie pilnować - odezwało się jakieś niknące echo. Może wcale nie rozbrzmiało. Wydawało mi się. Może właśnie nie istniało? Bo niby czemu Geraldine miała mnie pilnować? Nic się nie działo. Nic złego. Byłem grzeczny. Panowałem nad sobą, pomimo głodu. Robiłem się słaby, bardziej martwy, ale wszystko było w porządku.
Ale jednak spiąłem się, kiedy Geraldine podniosła głos. Jej słowa mnie raniły. Kompletnie nic nie rozumiała, okazywała brak współczucia w mojej niedoli, jak zwykle myślała egoistycznie. Zamiast trzymać mnie w ryzach, wyrzucała mnie na zewnątrz, bym to tam szukał ukojenia w pożarze, który coraz bardziej opanowywał moje wargi.
Wkurzała mnie. Miałem ochotę zrobić jej na złość, syknąć złowrogo i wypić z nich obojga tyle krwi, że leżałaby półprzytomna przez tydzień w tym swoim ogólnodostępnym łóżku. Miałem ochotę warczeć, rozrywać, niszczyć.
A jednak stałem. Było we mnie tak wiele opanowania. Powinienem być z siebie dumny...
Tyle że żalu nie potrafiłem opanować. Geraldine mnie zraniła. Jej słowa mnie zraniły.
- Twojego chłopaka? Który to już w tym tygodniu?! - zapytałem złośliwie Geraldine, dając tym samym jej chłopakowi do zrozumienia, że nie miał co się oblewać w wyjątkowości. To była tylko jedna, marna chwila. Potem go stąd wyrzuci, bo stanie się problemem.
Zaraz też zwróciłem się do Ambroise’a:
- Dla Geraldine, zamiast herbatki, raczej czystą whisky - dodałem z równym jadem... i chociaż w tym przypadku powinienem skończyć i trzasnąć drzwiami... Chuj, albo tymi od swojej sypialni, albo nawet tymi frontowymi. Tak, powinienem wyrzucić to z siebie, po czym trzasnąć drzwiami, ale jednak... T0 nie tak grało moje ciało jak powinno. Stałem tam. Stałem do tego czasu, póki nie zrobiłem kolejnego kroku w ich kierunku. Półświadomie, bezcelowo na pierwszy rzut oka, ale jednak miało to bliżej określony cel. Właśnie to, aby znaleźć się bliżej celu.  Blisko, najbliżej.
Przełknąłem ślinę. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, że drżę. Nie mogłem dłużej być grzeczny. Kolejny raz powtarzałem w głowie jej słowa o ulicy i angażowaniu ojca.
Złożyłem ręce na piersi. Stałem teraz niczym słup, nie do ruszenia. Pewnie, na rozstawionych nogach, ze złożonymi rękoma, ale gotowymi się rozplątać. Obserwowałem uważnie każdy ich ruch. To było ważne.
- Wiesz co, Ger? Nieczuła suka z ciebie. Myślałem, że zależy ci na mnie, ale ty tylko włazisz w tyłek ojcu. Może faktycznie powinnaś zdechnąć pierwsza - stwierdziłem, uśmiechając się do niej szeroko, tak bardzo wymuszenie, oczywiście przy tym ukazując parę ostrych kłów.
Pytanie, czy wolała oddać się dobrowolnie, czy bezsensownie walczyć w tym stanie...?
Przekrzywiłem głowę, jakbym czekał z ciekawością na jakąś odpowiedź. Bawiłem się nią...? Niczym kocur swoją mysią zdobyczą?


RE: [20.06.1972] Co robimy w ukryciu || Ambroise, Geraldine & Astaroth - Geraldine Greengrass-Yaxley - 25.09.2024

Pijana Geraldine była całkiem przystępną wersją siebie, mówiła co myślała, nie było to nietypowe też dla tej trzeźwej, ale w tym wypadku wypadała się całkowicie przestać filtrować swoje myśli. Normalnie nie było z nią, aż tak źle. - To dobrze. - Odparła jeszcze, bo chyba była aktualnie zadowolona z takie kolei rzeczy. Ciekawe, czy rano coś się zmieni, czy w ogóle będzie pamiętała swoje zachowanie. Z drugiej strony nawet jakby pamiętała, to przecież mogłaby udawać, że nie. Nie wiedziała jednak, czy Greengrass będzie jej skłonny odpuścić to wszystko, co się wydarzyło. Mogła mieć nadzieję, tak, przecież ona umierała ostatnia.

Konfrontacja z bratem okazała się być zdecydowanie trudniejsza, niż przewidywała. Nie spodziewała się, że spotka go na głodzie, powinna była o tym pomyśleć. Najgorsze było to, że Ambroise musiał się temu przyglądać, zupełnie nieświadomy tego, o czym rozmawiali. Było jej przez to kurwesko głupio, powinna go była uprzedzić, a teraz sytuacja stawała się coraz bardziej niebezpieczna, czuła, że może nie być w stanie uspokoić brata. Zaklęła w duchu, alkohol nie był w tej sytuacji jej przyjacielem, powodował, że szybciej traciła nad sobą kontrolę, zaczęła prowokować Astarotha i doprowadzać go do granicy, której nie powinien przekroczyć.

- Nigdzie nie pójdziesz Roise. - Powtarzała się, ton je głosu wydawał się być jednak coraz bardziej władczy. Nie mogła mu pozwolić tam wejść. Nie miał pojęcia na co się pisze.

- Nie będzie mi robił żadnej zasranej herbaty, wyjdzie stąd w podskokach. - Nie powinna traktować brata w ten sposób, wiedziała o tym, ale to wydawało jej się najlepszą opcją. Mógł aktualnie zranić kogoś obcego, albo jedno z nich, a nawet oboje, wybór w tym wypadku był prosty, wolała, aby jego kły spotkały się z szyją kogoś kogo nie znali.

Greengrass próbował, rozumiała jego pobudki, nie wiedział jednak, że to co mówił nie miało najmniejszego sensu, sama do tego doprowadziła. To całkiem miłe, że chciał w cywilizowany sposób pomóc im rozwiązać problem, tyle, że to nie pomogłoby w niczym.

Zignorowała więc zupełnie jego zaproszenie do wspólnego robienia kanapek. Przeniosła wzrok na brata, który zaczął się do nich zbliżać. Kurwa mać.

Yaxleyówna potrafiła uderzyć tak, żeby zabolało. Miała nadzieję, że słowa które wypowiadała wkurzą Astartoha na tyle, że postanowi opuścić mieszkanie, nie spodziewała się, że zadziałają odwrotnie. Nie przewidziała takiej możliwości.

- To nie jest twój zasrany interes. - Wysyczała przez zęby, Astaroth też potrafił kąsać, całkiem celnie, Ger zaczęła bowiem irytować się coraz mocniej. Była w swoim, pierdolonym mieszkaniu, to miało być jej bezpieczne miejsce, ostoja, a było tego przeciwieństwem.

Och, oczywiście nie mógł jej odpuścić też uwagi o alkoholu, strasznie wyszukana zaczepka, nie opowiedziała na nią. Zresztą w stanie w którym aktualnie się znajdowała na pewno nie pogardziłaby whisky, byłaby hipokrytką, gdyby powiedziała, że jest inaczej.

Zbliżał się do nich coraz bardziej, a po chwili zatrzymał i przybrał tę pozycję obronną, wiedziała, że bardzo szybko może przejść do ataku. Wampiry przecież były szybsze od ludzi, to ją kurewsko irytowało, do tego wszystkiego nie była aktualnie w pełni sił, nie miała pojęcia, czy będzie sobie z nim w stanie poradzić najebana. Odruchowo sięgnęła dłonią do paska od spodni, aby sprawdzić, czy miała przy nim jeden ze swoich sztyletów. Trochę się uspokoiła, gdy wyczuła go pod palcami. Nie był może najlepszym narzędziem do unicestwienia wampira, jednak mogła go chociaż odrobinę uszkodzić.

Oczy jej się zaszkliły, gdy usłyszała kolejne słowa brata, zaczęła oddychać bardziej nerwowo, dłonie zacisnęła w pięści próbując opanować gniew, który wypełniał ją w tej chwili do szpiku kości. Było źle, skurwiel uderzył tam, gdzie najbardziej ją bolało, w ranę, która nie zdążyła się zabliźnić. Przypomniał o tym, że to co się wydarzyło było jej winą, tylko i wyłącznie. W tej chwili go nienawidziła, mimo, że był przecież jej młodszym bratem.

- Chętnie zdechłabym pierwsza, niestety nie miałam tyle szczęścia, uważaj na słowa, bo zabiję cię drugi raz, teraz skutecznie. - Nie umknęło jej to, że pokazał kły, na chwilę spojrzała na Ambroise'a który znajdował się obok, nie mogła jednak teraz poświęcić mu wystarczająco czasu, bo mieli przed sobą dziką bestię, która najwyraźniej miała chęć sobie zrobić z nich dzisiaj kolację.




RE: [20.06.1972] Co robimy w ukryciu || Ambroise, Geraldine & Astaroth - Ambroise Greengrass-Yaxley - 25.09.2024

Nie spodziewał się takiego obrotu sprawy, ale nie dał tego po sobie poznać.
No proszę. Miałby się poczuć urażony? Byli w przedszkolu?
- Sześćdziesiątego dziewiątego. Gówno cię to obchodzi - nie planował prostować, że nie był już facetem Geraldine a jeśli Astaroth próbował uderzyć tym w jego ego to bez powodzenia.
Rok, dwa lata temu, trzy czy jeszcze bardziej wstecz wpadłby we wściekłość. Poczułby się zraniony. Brat Geraldine celnie ugodziłby w bolesny punkt, gdzie była wtedy skaza. Być może to drobne pęknięcie zostałoby jeszcze bardziej naruszone przez tę sugestię. Problem w tym, że w siedemdziesiątym drugim Astaroth Yaxley był już tylko bezbronnym frajerem.
Żadnej rysy nie było. Nie było w co uderzać. Ambroise sam o to zadbał przy pomocy własnych destrukcyjnych rąk. Zamiast czekać aż to pęknie, porozbijał wszystko na drobne kawałki. Sześćdziesiąt dziewięć albo więcej. To było bez znaczenia. Może gdzieś tam zakłuło, ale głównie wywołało pogardliwy uśmieszek. Przyszedł tu, żeby być rozjemcą. Nieświadomie stał się najspokojniejszą osobą w pomieszczeniu.
Kurewsko źle by było, gdyby przypomniał im wszystkim, że z jakiegoś powodu zwykle odchodził od negocjacji. To ktoś inny był negocjatorem. Ambroise miał bardzo krótki lont. Mógł im zrobić te jebane kanapki a potem wepchnąć je Astarothowi do gardła, jeżeli tego wymagała sytuacja. Pokroiłby je na małe kwadraciki (zgodnie z życzeniem!) idealne, żeby wcisnąć je młodzieńcowi do tchawicy.
Kromka chleba, plaster sera, szynka i drugi pierdolony kwadracik. Patyczek z oliwką w dupę, bo to i tak była jedna długa rurka. Prędzej czy później mieliby koreczki.
Jeszcze się powstrzymywał, bo starał się być wyrozumiały. Nie pisał się na to, żeby być najrozsądniejszym człowiekiem w domu. Najchętniej wypisałby się z tej roli. Natomiast nie mógł. Próbował kontrolować sytuację jak potrafił. Nie było to łatwe, zważywszy na to, że miał do czynienia z ćpunem i pijaną. Sam najchętniej zapaliłby skręta, bo trzeźwość umysłu była tu chora.
- Wyśmienicie. Racz zatem zapierdalać po butelkę - strzelił na niego palcami jak bucowaty klient na kelnera.
Skoro tak rozmawiali to niech będzie. Umiał podejmować gierki. Może brat Geraldine nie znał go od tej strony. Zawodowo zachowywał się jak uosobienie kultury i profesjonalizmu. Przez większość czasu nosił się jak dystyngowany, niewzruszony szlachcic. Natomiast Astaroth zapominał, że Ambroise też kiedyś był rozwścieczonym, nabuzowanym dzieciuchem. Umiał gryźć i szczekać. W dodatku miał w tym lata przewagi wynikające z wieku.
- Fakt. Nigdzie nie pójdę - odezwał się łagodniej do Geraldine, ale prawie natychmiast wbił wzgardliwie spojrzenie w Astarotha. - Za to on wypierdala po twoją whisky - jasno sugerował, że nie musiała tego pić.
Jak na jego gusta to mogła roztrzaskać szkło bratu na głowie. Był uzdrowicielem. Mogli to załatwić na miejscu. Nie musieli ograniczać się do godzin szpitala.
Greengrass nie reagował na dziwne zachowania młodego narkomana. W swojej karierze widział nie takie próby zaznaczenia dominacji. To na niego nie działało. Tym bardziej odkąd obracał się w świecie, w którym sporo działało na zasadzie praw dżungli. Cały czas monitorował poczynania Yaxleya, ale nie zmieniał pozycji. Nie spinał ciała. Stał wyluzowany. Nawet przesadnie. Nie musiał się napinać jak jebany pawian. Zresztą wystarczy, że ktoś inny to robił. To było śmieszne i godne politowania.
Mogłoby być dalej równie żenująco. Wiele wskazywało na to, że mogą wymieniać wrogie spojrzenia i przerzucać się inwektywami (to akurat umiał i nie mógł powiedzieć, że nie lubi). Greengrass nie dawał się tak łatwo sprowokować, kiedy chodziło o niego. Już nie. To miał w pewnym stopniu za sobą. Natomiast jego powieki się rozszerzyły a oczy pociemniały, kiedy zaczęło do niego docierać to, co wypluł z siebie mały (wysoki - tak, ale mały) parszywiec. Nie wsłuchiwał się w odpowiedź ze strony Geraldine.
Dostrzegł kły ćpuna (tak, to nadal ćpun, nawet jeśli zmienił substancję) dokładnie w tym samym momencie, w którym zamachnął się jedyną torbą, której nie zdążył nigdzie postawić.
- Masz, mały kurwiu - wysyczał jednocześnie z atakiem na niewyparzoną mordę Astarotha, bo prawie nigdy nie zdarzało mu się podnosić głosu.
Tak. To był jebany wampir i również owszem, bo zamiast wyciągnąć różdżkę z kieszeni Ambroise rzucił się na niego całym ciężarem ciała, mając w planach wykorzystać element zaskoczenia (Geraldine wciąż mówiła, co jej leży na sercu) i może przy dobrej passie nadziać Yaxleya na to, co miało zostać z drewnianej konsoli za plecami Astarotha.
Rozsądek zostawił w Mungu. Wampiryzm leczył pięścią.
Zamiast kanapek serwował shish kebap.


RE: [20.06.1972] Co robimy w ukryciu || Ambroise, Geraldine & Astaroth - Astaroth Yaxley - 28.09.2024

Nie było litości. Było jedynie pragnienie, które zamierzałem ukoić za wszelką cenę. Słowa, walka, ból - nie miały znaczenia, blakły w obliczu potrzeby, która rosła we mnie; to jedyne, na czym mogłem się skupić, co celebrować. Byłem głodny. Mrowienie w dziąsłach nie było już tylko prowieniem, ale ogniem, który sprawiał mi ból. Potrzebowałem poczuć na nich krwi, potrzebowałem jej by ugasić ten pożar. Tylko ona mogła to uczynić, dlatego była najważniejsza, a reszta stała się tylko środkami, które miały przybliżyć mnie do osiągnięcia celu. Taaak.
Robiłem to odruchowo, instynktownie, jak gdybym przerabiał to wcześniej miliony razy. Nie przerabiałem. Nie miałem skłonności do bycia okrutnym, przynajmniej poza łowieckimi polowaniami. Bywałem raczej jednostką przyjazną, taką, z którą każdy chciał się trzymać. Szkolny prefekt i członek drużyny Quidditcha - olśniewałem. Potrafiłem przewodzić, potrafiłem również wspierać. Miałem szerokie grono przyjaciół, stałych imprezowiczów. Nie czułem się samotny, ale jedna noc, jedno zdarzenie najwyraźniej zmieniły wszystko.
Umarłem. I odrodziłem się na nowo. Z bagażem, który czynił ze mnie potwora. PRAWDZIWEGO potwora. Najwyraźniej takiego potwora, który nie tylko wysysał krew z ciała. Robił również inne rzeczy, okrutne i podłe.
Nigdy nie posądzałem Geradline o to, co się ze mną stało. To nie była jej wina, chociaż wiedziałem, że tym się zadręcza. Może właśnie dlatego użyłem tych, a nie innych słów. W tej chwili nie miałem wyrzutów sumienia. Zapewne potem miały nadejść, ale teraz czułem jedynie satysfakcję. Wyprowadzałem ją z równowagi. Co prawda, to nie pijana Geraldine się na mnie rzuciła jako pierwsza, ale Ambroise... Nie zamierzałem wybrzydzać, szczególnie że tak brzydko się do mnie odzywał. Z wyższością, kiedy był tylko słabym człowieczkiem. Na dodatek, rzucał się na wampira z torbą z zakupami.
Zasługiwało na litość, ale nie mogłem mu jej dać, więc się odepchnąłem od mebla, na który wpadliśmy. Śmiałem się przy tym. Nie byłem pewien, czy był to śmiech dominacji, czy może paniki [zależy od kostek]. Potrzebowałem stanąć na nogach, bo mnie zaskoczył z tym wszystkim. Drobny chaos, ale to normalne. Polowania nigdy nie były proste i przewidywalne, ale teraz... teraz to już miałem prawdopodobnie z górki?
Jeśli się udało, zamierzałem unieruchomić mu rękę i się wgryźć w jego przedramię.

To rzucam na AF, żeby było ciekawie. Czy uda mi się wyswobodzić na kolację?
[roll=PO]


RE: [20.06.1972] Co robimy w ukryciu || Ambroise, Geraldine & Astaroth - Geraldine Greengrass-Yaxley - 28.09.2024

Stało się to, co było nieuniknione. Geraldine nie była w stanie tego powstrzymać. Cóż, znajdowały się w tym miejscu trzy osoby, z których żadna nie należała do szczególnie spokojnych. Powinna się tego spodziewać, ale kurwa nie miała świadomości, że jej brat będzie siedział głodny, nie była pierdolonym jasnowidzem.

Nie zdążyła zareagować, wskoczyć między nich, bo Ambroise jak zawsze musiał być szybszy, nie powstrzymał się, rzucił się na Astoartoha, jak dzik pędzący w maliny.

Kurwa mać.. Będzie musiała ich powstrzymać, na całe szczęście Geraldine nie była drobną kobietą, bo dorównywała im wzrostem i siłą, mogła wbiec między nich nie obawiając się, że ją zdepczą, tyle, że pojawił się ktoś jeszcze... Słodka Pierdoła, jej szczenię wyszło z salonu najwyraźniej zaniepokojone odgłosami, które usłyszała. Rzuciła się w stronę mężczyzn, którzy dopiero co rozpoczęli bójkę.

Decyzja była prosta - Yaxleyówna musiała zająć się nią. Póki co była stworzeniem, które miało najmniejsze szanse na to aby nie zostać zdeptanym, czy poturbowanym.

Ruszyła w stronę psa, nie zwracała uwagi na to, jak przebiega walka. Usłyszała dźwięk pękającego szkła, ale póki co nie widziała żadnego na podłodze. Rzuciła się w stronę zwierzaka, żeby zabrać go z miejsca, w którym toczyła się bójka. Pierdolony burdel na kółkach. Jej mieszkanie.

Miała problem z tym, żeby go złapać, bo była, a jakże nawalona, więc zajęło jej to dłuższą chwilę, w końcu jednak jej się udało, zamknęła go w którejś z sypialni dla gości, bo znajdowała się ona najbliżej, wreszcie chwyciła za sztylet, który miała u boku i ruszyła w stronę mężczyzn.




RE: [20.06.1972] Co robimy w ukryciu || Ambroise, Geraldine & Astaroth - Ambroise Greengrass-Yaxley - 28.09.2024

Puściły mu hamulce. Miał naprawdę krótki lont. Nie potrzebował wiele zachęty, żeby wybuchnąć i dać ujście narastającemu gniewowi. Przez cały wieczór starał się panować nad emocjami. Jak na siebie Ambroise dotąd okazywał nieprzewidziane pokłady spokoju i wyrozumiałości, choć wieczór potoczył się fatalnie na długo przed tym jak zaczął odprowadzać Geraldine do jej mieszkania.
Panował nad sobą, kiedy Ronald wezwał go do baru. Starał się być opanowany w okolicznościach nieplanowanego spotkania z Yaxleyówną, choć to samo w sobie zazwyczaj wystarczyłoby, żeby poruszyć w nim niewłaściwą strunę. Był w miarę opanowany podczas ich rozmowy. Starał się brać wszystko na chłodno i nie irytować się niedopowiedzeniami. Kiedy chaotycznie przedstawiła mu historię, która ewidentnie miała na nią destrukcyjny wpływ także zacisnął zęby. Zamiast pałać gniewem i chcieć wziąć sprawy w swoje ręce, Ambroise zaoferował jej wsparcie.
Złamał swoje własne obietnice, że da jej od siebie spokój. Greengrass jakimś cudem zignorował poczucie, że wszystkie jego podjęte środki były tak naprawdę o dupę potłuc, bo życie Geraldine wcale się nie poprawiło, kiedy odszedł. Odsunął się, dał jej odetchnąć po ich burzliwym związku. Usiłował tłumaczyć przed samym sobą, że złamał krąg i pozwolił im wydostać się z pętli toksycznego współuzależnienia.
Starał się na chłodno analizować swoje dalsze kroki, bo przecież obiecał jej, że nie będzie dłużej problemem a jednocześnie poprzysiągł, że nie zostawi jej z innymi problemami. Thoran zdecydowanie był dla niej większym niebezpieczeństwem niż Ambroise i jego popierdolenie umysłowe. To mógł być wystarczający pretekst do zaangażowania się w konflikt.
Nie chciał myśleć, że tak naprawdę od dawna czekał na jakikolwiek pretekst i ten całkiem mógłby mu pasować. To by znaczyło, że był zdesperowany, niesłowny i na tyle zły, żeby źle życzyć Geraldine byleby tylko zyskać szansę cofnięcia swoich kiepskich decyzji. To założenie go wkurwiało.
O tak.
Zanim zjawili się w mieszkaniu był już wkurwiony pod skórą. Potrzebował wymówki do tego, żeby dać temu ujście i zdjąć maskę z twarzy. Długo nie dopuszczał do siebie myśli, że jest coraz bardziej zirytowany. Żartował i uśmiechał się. Dbał o pozory. Starał się wmówić sobie, że jest najspokojniejszą osobą w pomieszczeniu i może być rozjemcą.
Chuja był a nie rozjemcą.
Wystarczyła iskra zapalna w postaci pochopnej wypowiedzi ze strony Astarotha wypowiedzianej w złym momencie do złej osoby. Ambroise nie wpadłby w taką furię, gdyby mściwe wyrzuty zostały skierowane w jego stronę. Wyśmiałby je. Może w dalszym ciągu byłby opanowany i tylko trochę bardziej podkurwiony.
Nie mieli się tego dowiedzieć.
Ambroise wpadł w furię prawdopodobnie dorównującej furii jego nieoczekiwanego przeciwnika. Przestało się dla niego liczyć to ile rozpierdolą po drodze ani nawet to czy rzucanie się na wampira z pięściami jest dobrym pomysłem. W dupie miał to, że nie było.
Nigdy nie był spokojny, ale ostatni rok coś w nim zmienił. Rosnące zainteresowanie ciemnymi sztukami tajemnej magii, interesy na Nokturnie i na ścieżkach: to wystarczyło, żeby pojawiła się w nim nowa okrutność. Kiedy Ambroise rzucił się na Astarotha nie był tym samym człowiekiem. Był zdecydowany, żeby rozgromić przeciwnika.
Chciał nim wytrzeć podłogę, która jakimś cudem nie pokryła się szkłem ze szczątek zakupów. Eliksiry wytrzymały zetknięcie w parszywym ryjem Yaxleya. Ambroise nie zwrócił uwagi na to, gdzie upadła torba.
Greengrass całkiem skupił się na młodym wampirze. Astaroth może był sprawniejszy i dysponował siłami wampira, ale Ambroise miał tę przewagę, że nie raz nie dwa tłukł się z knypkami na Nokturnie. Miał siłę tura i dziką furię. Śmiech ze strony Yaxleya tylko jeszcze bardziej go wkurwiał.
Starli się w walce. To była sprawa między nimi dwoma. Nie patrzył na Geraldine, ale oczekiwał, że nie wmiesza się w to, bo to były teraz ich sprawy.
Uzdrowiciel chciał leczyć krwiopijcę tym, co miał pod ręką: pięścią.
Planował złapać go bez ostrzeżenia za włosy z tyłu głowy i bez wahania przypierdolić twarzą Astarotha o podłogę, żeby wampir mógł dostać to, czego chciał - nażreć się krwią. Tyle, że własną z nosa wciśniętego w kafelki. Nie byłby niezadowolony, gdyby gdzieś przy okazji wydarł Yaxleyowi trochę włosów i naruszył mu skalp.

Czy pogłaszczę Astarotha po główce i zapoznam go z podłogą?
[roll=N]