![]() |
|
[09.1966] soif de vivre || Ambroise & Geraldine - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [09.1966] soif de vivre || Ambroise & Geraldine (/showthread.php?tid=4080) |
RE: [09.1966] soif de vivre || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 21.10.2024 No cóż. Założył ręce na piersi, krzyżując ramiona i taksując ją dobitnym spojrzeniem. Tak. To nie była wina tylko zasługa, ale w tej chwili przyznałby to po swoim zimnym, sztywnym trupie. - Miałem umiejętność trzymania rąk przy sobie - jakby na potwierdzenie rozłożył dłonie, przebierając palcami a potem znów wsuwając je głęboko w kieszenie z wymownym wyrazem twarzy. To było trudne. - Teraz jej nie mam. Jak dla mnie to niewymowna strata, szczególnie w przypadku wszystkich wydarzeń towarzyskich, na które musimy i będziemy zmuszeni chodzić - czym innym była sytuacja taka jak tu i teraz, gdzie granice były płynne i tak właściwie to oni je sobie wyznaczali. Mogli z powodzeniem dojść do wniosku, że były całkowicie niepotrzebne, bo znacznie lepiej było znowu skrócić ten niechętnie przyjęty dystans. Prawdę mówiąc wcale nie był temu dalszy niż jeszcze przed kilkoma chwilami. Jeszcze bardziej szczerze to przedstawiając: nawet nie usiłował kryć się z tym, w jaki sposób pożerał ją teraz spojrzeniem. Wystarczył jeden mały gest, ruch małym paluszkiem, wypowiedziana albo niema sugestia. Spojrzenie, które mógłby uznać za dostatecznie przeciągłe, żeby było zaproszeniem do zamknięcia jej w ramionach i przyciśnięcia do drzewa w pocałunku. Później kolejnym i jeszcze jednym - w nieprzerwanej kaskadzie pocałunków towarzyszących z chwili na chwilę coraz bardziej nieskoordynowanym ruchom palców usiłujących poradzić sobie z warstwami ubrań i małymi, irytującymi guziczkami, których tym razem nie mogliby pogubić. - No dobrze. Może nie na manowce, ale pokuszeniu już nie zaprzeczysz - mógł ewentualnie zgodzić się na tę wersję, ponieważ w innym wypadku zamierzał tak czy siak trwać przy swoim: zwodziła go i cholernie mu się to podobało. W żadnym razie nie chciał, żeby przestawała to robić. Wręcz przeciwnie. Ambroise sam stosunkowo jasno dawał do zrozumienia, że nadal nie zapomniał o tamtej obietnicy złożonej przed Lithą i podczas niej, a więc poniekąd właśnie o dalszym leśnym zwodzeniu. W gruncie rzeczy nie musieli wcale ograniczać się do magicznych bestii, żeby móc mieć tu całkiem satysfakcjonujące polowanie. Był w stanie to sobie wyobrazić. Raczej od razu. Niewątpliwie nieskrywaną, podświadomie przywołaną na twarz miną odkrywając teraz wszystkie karty i to, co przeszło mu przez myśl. Standardowo nie włączał się zbyt aktywnie w to, co robiła. To były jej zajęcia. Akceptował je, nawet jeśli czasami miał niewielkie obiekcje dotyczące bezpieczeństwa, bo obiecał to robić. Chciał ją taką jaką była. Bez zmian, bez wygładzania krawędzi, bez fałszu i nadmiernie różowych okularów (choć i tak w dalszym ciągu patrzył na wszystko z zadziwiającym jak na siebie optymizmem). Natomiast nie miałby nic przeciwko drobnej zamianie ról na kilka chwil. - To niemożliwe - w pierwszej chwili zaznaczył stanowczo, mierząc Geraldine spojrzeniem pełnym powątpiewania w to, czy naprawdę miała na myśli to, co powiedziała. Że niby miałby być bardziej zazdrosny? Może jeszcze chorobliwie? Zaborczy, terytorialny? Coś z tych rzeczy? Coś więcej? Niedoczekanie. Nie zrobiłby się. To sugerowało, że był zdolny do czegoś takiego a nie, że praktycznie z automatu znajdował się w tym stanie, odkąd zaczął pojmować swoje uczucia do niej. - Nie da się - pokręcił głową, kryjąc uśmiech poprzez zaciśnięcie warg, choć oczy raczej go sprzedawały - już bardziej - ostatecznie pękł i zaśmiał się krótko w typowy dla niego szczekliwy sposób (skądś brały się te plotki, że byli przydupasami wilkołaków, nie?). W rzeczywistości z jakimikolwiek wilkołakami miał do czynienia wyłącznie niechętnie w zakamarkach mrocznej części magicznego Londynu - a więc z ludźmi pokroju Traversa. Oraz nieczęsto w szpitalu i trochę częściej w przypadku nagłych wezwań do prywatnych pacjentów. Tam ostatnio szerzyła się niepokojąca plaga wilkołactwa wywoływana głównie przez członków innej czarnoksięskiej rodziny, już nie Traversów, choć to nie oznaczało, że ich bardziej lubił. Przeciwnie. Nadal wolał widywać wyłącznie elementy wilkołaków - sierść, zęby czy pazury jako składniki eliksirów. Zresztą tylko trochę mniej powszechne niż jad czy jaja akromantuli, o których rozmawiali z taką łatwością i pewnością powodzenia, że nie miał wątpliwości, że jeszcze wieczorem zabierze się... ...a może się zabiorą?... ...za przerabianie bestii w coś znacznie bardziej przydatnego. - Muszę zatem co nieco rozjaśnić ci niektóre sprawy - stwierdził ochoczo i całkiem czule, nie po to, żeby wytykać jej brak wiedzy a po to, żeby zaoferować całkiem spory kawał własnej. - Są takie stworzenia jak akromantula, które z powodzeniem sprzedasz za czterysta, może nawet pięćset czy sześćset galeonów więcej, jeśli będziesz dzielić je na względnie stabilne składniki i oferować je kilku niezależnym kupcom. Pół litra samego jadu to ponad sto galeonów. A mają go znacznie więcej. W jednej części są nieopłacalne z perspektywy kogoś, kto nie chce bawić się w dalszą odsprzedaż. Dla ciebie lub dla kogoś tworzącego eliksiry to mało rentowny interes. Za dużo odpadu. Choć właściwie sformułowanie odpad nie jest zbyt dobre. Właściwie wiele zależy od tego, do kogo się skierujesz. Dla jednego to śmieci po zdobyciu najważniejszych składników. Dla drugiego to smaczne kąski zniszczone przez nieuważną rękę kogoś, kto ma je w dupie - stwierdził w zamyśleniu. Tak, na te tematy mógł prowadzić naprawdę długie dyskusje. Szczególnie, że o ile nie miał bladego pojęcia na temat sposobu zabijania magicznych bestii. Stosunkowo od niedawna mógł przyłożyć trochę swojej ręki w dzielenie zabitych stworów na składniki eliksiralne, kiedy jakiś trafił do ich domu. Miał w tym wcześniejsze doświadczenie, ale stopniowo uczył się większej praktyki w radzeniu sobie z truchłem na stole a nie jego jedną trzecią czy jedną czwartą, piątą, szesnastą. O tyle znał się na wycenie gotowych produktów i półproduktów. Gdyby ta akromantula miała trafić do jednej osoby - zleceniodawcy zainteresowanego kupnem całości, cena byłaby bardzo korzystna, ale nie tak wyjątkowo kusząca jak suma wychodząca z przeznaczenia jeszcze kilku - kilkunastu godzin na zajęcie się ścierwem, podzielenie go i sprzedaż w kilku różnych miejscach. Zresztą... ...to nie był teraz ich faktyczny temat, skoro wykorzystanie całości należało do nich. Czuł podekscytowanie, wprost szczeniacką fascynację, radość z tego, co mu oferowała. Ze wszystkiego, co mu oferowała. Teraz i tu, ale głównie wcześniej. Raz niemal głupio to odtrącił, teraz nie zamierzał popełnić tego błędu. Nigdy więcej. - Oj tak. Jesteśmy - zmrużył oczy, zaraz mimowolnie znowu rozszerzając powieki i odruchowo poprawiając pasek przy spodniach. Wystarczyło naprawdę niewiele, żeby wywołać w nim chęć odpuszczenia dalszego tropienia magicznej bestii. Przynajmniej na jakiś czas. Tak właściwie nie potrzebowali wiele, żeby w tym momencie zaspokoić pierwsze potrzeby. Nie wyjątkowo mało - to raczej nie wchodziło przy niej w grę, natomiast to wcale nie musiało rozwalić im polowania. Wręcz przeciwnie, był zdania, że wyłącznie by je uświetniło, toteż raz jeszcze posłał Geraldine znaczące spojrzenie, nieznacznie poruszając przy tym brwiami. Nie podjęła tematu, toteż odetchnął głośniej z rozczarowaniem, układając sobie torby na ramieniu i płaszcz przerzucony przez plecy. Ruszył tuż za nią stosunkowo żwawym krokiem, nie narzekając przy tym na głos tylko od czasu do czasu zatrzymując spojrzenie u dołu pleców Geraldine i wzdychając na tyle cicho, na ile to było wskazane, ale jednocześnie bardzo słyszalnie. Co prawda odłożenie wszystkiego, co nie było tropieniem i zabijaniem pająków na potem nie brzmiało fatalnie. Spędzenie trochę czasu w głuszy i wyłącznie w swoim wzajemnym towarzystwie było całkowicie satysfakcjonującym kompromisem, ale w dalszym ciągu musiał postawić na swoim i dać do zrozumienia, jak bardzo się przy tym poświęca i jaki jest wyrozumiały wobec priorytetów. Nawet takich mających działać na jego korzyść. Poniekąd będących prezentem. Czymś, co bardzo ochoczo przyjmował, ciesząc się na tę możliwość. Nawet wtedy, kiedy natrafili na ten nasilony zapach i w głowie Greengrassa zaczęły pojawiać się wątpliwości odnośnie natury akromantuli. - Domyślam się, ma moitié - stwierdził spokojnie, bo to nie zależało od niej, intencje i zamiary były bardzo konkretne i naprawdę go cieszyły. Wyłącznie nie mogli przewidzieć tego, że być może właśnie tym będą musiały zostać: planami. Ambroise zdecydowanie nie lubił, gdy coś szło nie po jego myśli. Tym bardziej, że mocno napalił się na te wszystkie działania, jakie mógł podjąć mając świeżą akromantulę w swoich rękach. Nie ukrywał niezadowolenia, ale nie przebijało się przez ton jego głosu, jakim wypowiadał się w kierunku Geraldine. Poza tym nic nie było stracone, więc jego zawód był obecnie szczątkowy, nie tak znaczny. - Ogólny plan się nie zmienia - stwierdził wręcz, żeby ją pokrzepić. - Widzimy, strzelasz, zabijasz. W razie czego ja dorzucam kilka zaklęć - dobrze było być na tej samej stronie, postępując zgodnie z tym, co już zaplanowali. Z tym, że Greengrass w takim przypadku nie zamierzał stać w miejscu. Nie, jeśli chodziło o czarną magię, która najpewniej pochodziła właśnie od zwierzęcia albo czegoś z tym związanego. Raczej wykluczał dopuszczenie możliwości, że Geraldine zajmie się tym całkowicie sama. Oczywiście, jeśli ten pierwszy strzał nie zadziała. Wszystko mogło się zdarzyć. - A potem ją sprawdzamy i najpewniej zbieramy się do domu, bo jeśli czarna magia pochodzi od niej to prawdopodobnie będzie bezużyteczna - tego Roise już nie powiedział, zachowując tę opinię dla siebie, żeby niepotrzebnie nie zniechęcać ukochanej. Tym bardziej, że raczej nie widział konieczności wycofywania się z polowania. Jasne. Być może nie mieli pozyskać żadnych składników z akromantuli, ale sama sprawa była bardzo ciekawa. Interesowało go źródło tego słodkiego, ale ciężkiego i na swój sposób gryzącego w nos, śmierdzącego zapachu. To raczej nie było coś, co zbyt często spotykało się w środku lasu. Nawet w takich rejonach jak ten, na który jeszcze jakiś czas temu patrzył mniej łaskawym okiem, bo walijscy botanicy i zielarscy zleceniobiorcy podpadli mu nie raz, nie dwa. Obecnie polubił ich nieczęste wizyty w okolicy, zazwyczaj wiążące się ze spacerami po lesie lub innymi aktywnościami na zewnątrz albo w wiosce znacznie bardziej niż w posiadłości Yaxleyów. Czemu zresztą wcale się nie dziwił. Tak czy owak, nawet jeśli bestia miała być niespecjalnie przydatna w kontekście warzenia eliksirów to w dalszym ciągu był nią zainteresowany. Szczególnie, że zawsze istniała możliwość, że może się mylić i podkręcone cechy akromantuli mogą być wyśmienitą bazą do prowadzenia eksperymentów nad eliksirami. Ewentualnie, że sprzedadzą ją dobrze na czarnym rynku, gdzie takie eksponaty zawsze znajdą kupca. Gorzej, że choć naprawdę mocno próbował wypatrywać wzrokiem ruchu w krzakach i wyraźnego kształtu bestii, ta wcale nie nadchodziła. Nie odnajdywał jej, za to coś nad jego głową również znacząco zaszeleściło. A później z prawej i lewej strony... RE: [09.1966] soif de vivre || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 21.10.2024 - Na szczęście większość osób, które pojawiają się na tych wydarzeniach towarzyskich już sobie uświadomiła, że należymy do siebie. - Pojawiali się przecież razem na niektórych wydarzeniach towarzyskich, dzięki czemu większość czystokrwistych zauważyła, że mają się ku sobie. O to im chodziło, była to dosyć istotnia kwestia, która powodowała, że nie kręcili się wokół nich już inni. Jasne, miała świadomość, że to nie był jeszcze szczególnie oficjalny związek, w pełni przypięczętowany, czy co tam właściwie robili poważni czarodzieje, nie powinni więc pozwalać sobie na zbyt wiele, jednak nieszczególnie ją to aktualnie obchodziło. Nie miała zamiaru przejmować się plotkami, nawet jeśli by się jakieś pojawiły. Ich rodziny miały świadomość o tym, że mają się ku sobie, i nie wydawało jej się, aby im to przeszkadzało. - Możemy na nie chodzić i znikać z nich bardzo szybko. - Najistotniejsze w końcu było to, aby ktoś zauważył ich obecność, to wystarczało. Zresztą od lat tak robiła, ograniczała udział w tych spędach do minimum. Nikt się jej o to szczególnie nie czepiał. Jej rodzice po prostu chcieli, aby nie dała o sobie zapomnieć, więc dokładnie to robiła. Pojawiała się, uśmiechała się do kogo trzeba, a później ulatniała się całkiem zgrabnie. Te przyjęcia z Ambroisem nabierały zupełnie innego znaczenia, lubiła się pojawiać u jego boku, sprawiało jej to zdecydowanie większą przyjemność, niż te wcześniejsze komenty, gdy zazwyczaj bywała na tych spotkaniach sama. Tyle, że faktycznie trudno było jej się skupić na czymkolwiek innym, gdy on znajdował się obok niej. Niby sala była pełna ludzi, a widziała tylko jego. Dziwne to było okropnie, ale nie zamierzała z tym walczyć, tak już musiało być. Może miłość właśnie tak wyglądała? Czuła na sobie jego wzrok, bardzo dobrze znała to spojrzenie, dlatego też nie sama przyglądała się drzewom znajdującym się tuz obok niej. Nie chciała się rozpraszać, później będą mogli się zająć przyjemnościami, teraz musiała się skupić (nie, żeby była z tego powodu zadowolona). - To prawda, temu nie mogę zaprzeczyć, ale wcale nie jest mi z tego powodu przykro. - Cóż, nauczyła się już kilku sztuczek, zresztą to praktycznie nie było potrzebne, bo miała wrażenie, że Ambroise nie wymagał zbyt wiele. Wystarczyło odpowiednie spojrzenie, aby zwrócić uwagę na to, czego potrzebuje. - Nawet o tym nie myśl... - Potrafiła odczytać w jego wzroku dokąd właśnie zmierzały myśli mężczyzny. Ktoś musiał być teraz rozsądny, dziwnym trafem padło na nią i przypominać o tym, że mieli robotę do zrobienia. Nie wydawało jej się, aby kiedykolwiek dała mu jakieś sygnały co do tego, że mogłaby nie być lojalna w jego stosunku. Cóż, to nie tak, że sama nie była zazdrosna. Pamiętała jak się wkurzyła, kiedy pojawił się na ich ostatnim nie do końca wspólnym przyjęciu z tą blondynką, wolała zdecydowanie nie doprowadzać do tego, aby ponownie pojawiały się w niej takie emocje. - Zawsze się da, Roise, ale nie chciałabym w sumie tego sprawdzać. - To jej wystarczało, zresztą nie chciała mu dawać żadnych powodów do wątpliwości. Należała do niego i tyle, nie musiał być o nią zazdrosny, bo nie była w stanie spojrzeć na nikogo innego. Za bardzo namieszał jej w głowie, zależało jej aktualnie tylko i wyłącznie na Greengrassie, pokochała go, okazał się być elementem, którego brakowało w jej życiu, chociaż nie miała o tym pojęcia, nim się do niego nie zbliżyła. Wydawało jej się bowiem, że ma wszystko, zdecydowanie tak nie było, dopiero teraz życie faktycznie wydawało jej się być pełne. Słuchała uważnie tego, co miał jej do powiedzenia. Zdecydowanie miał w tym większe doświadczenie, powinna się tego spodziewać. - Mógłbyś zostać moim przedstawicielem handlowym. - Tak, wtedy nie musiałaby się niczym martwić, widać, że posiadał wiedzę, która mogłaby się przydać w tej dziedzinie, chociaż był to tylko głupi komentarz, bo wolałaby go mimo wszystko nie mieszać w swoje sprawy. Już kiedyś ustalali, że nie będą krzyżować swoich ścieżek zawodowych, a na pewno nie tych bardziej wątpliwych, bo to mogło sprowadzić na nich kłopoty. Wolała, aby nie mówiono o nich jako o duecie w przypadku interesów, które prowadzili. Zazwyczaj polowała na to, na co dostawała zlecenia, więc po prostu sprzedawała truchła w całości, chyba nie miała wystarczająco głowy i energii do tego, aby poświęcać temu więcej czasu. To wydawało jej się być najszybszym sposobem, może nie takim, który przynosił największe zyski, ale nie potrzebowała nie wiadomo jakiego przychodu i bez tego przecież była bogata, nigdy nie narzekała na brak funduszy, miała tyle pieniędzy, że nie do końca wiedziała, co z nimi robić. Gdyby tylko chciała pewnie do końca życia nie musiałaby pracować, tyle, że właśnie dla niej to nie do końca była praca, bardziej styl życia, gdyby zaprzestała polować to by zgasła, potrzebowała tego do ezgsytowania w tym świecie. Kiwnęła jedynie głową i ponownie odwróciła wzrok, miała wrażenie, że Ambroise coraz bardziej testuje jej cierpliwość, robił wszystko, aby wyprowadzić ją z równowagi, najgorsze było to, że faktycznie niewiele jej trzeba było, aby rzuciła to wszystko w pizdu i wpadła w jego ramiona. Było to więc prawdziwe wzywanie, póki co jakoś potrafiła się mu oprzeć, ale tylko i wyłącznie dlatego, że wiedziała, że tak, czy siak to zakończy się w ten sam sposób, na pewno będą zadowoleni, tylko nieco odsuną to w czasie. Nie ucieknie im to. Nie umykało jej to wzdychanie, kiedy przemierzali leśną gęstwinę. Nie odwróciła sie jednak ani razu, ani tego nie skomentowała, bo wiedziała, że może ich to sprowadzić w złym kierunku. Nie mogła się nadziwić jednak jego próbom, zdecydowanie myślał, że pęknie, ale miała zamiar mu pokazać, że jak się na coś nastawi to nie ma zmiłuj. Zamierzała na początku doprowadzić łowy do końca, to było zdecydowanie jej priorytetem w tej chwili. - Cóż, czyli dobrze, że zabrałam ze sobą drewno do lasu. - Mówili, żeby tego nie robić... Nie bez powodu przyszła tutaj z nim, naprawdę chciała, żeby zrobili to razem, aczkolwiek nie spodziewała się, że będzie jej potrzebna faktyczna pomoc ukochanego. Nie przewidziała, że może to mieć jakiś związek z czarną magią, to nieco wszystko komplikowało. Chciała mu sprawić całkiem miłą niespodziankę, prezent - taki, który faktycznie była sama w stanie zorganizować, a chyba diabli mieli to wziąć. Czy w ogóle był sens ryzykować? Nie sądziła, że stworzenie skażone czarną magią im się do czegoś przyda. Zaczynała się więc nieco irytować, mógł to dostrzec, bo zaczęła jej drgać powieka - zazwyczaj tak się działo, gdy coś szło nie po jej myśli. - Jasne, tak zrobimy. - Mogli spróbować się trzymać pierwotnego planu, chociaż powoli przestawała wierzyć w to, że faktycznie wypali. Nadal nie była w stanie dostrzec tego stworzenia. Widziała jedynie ruch obok Ambroisa, trochę ją to wyprowadziło z równowagi. - Uważaj. - Krzyknęła jedynie i zaczęła strzelać, miała nadzieję, że jej wysłucha i faktycznie odsunie się nieco, nie chciała ponownie go uszkodzić. Więc zaczęła strzelać, najpierw w miejsce, w którym sama widziała ruch, później nad mężczyzną. Tyle, że nadal nic nie widziała. - Czy ona może być niewidzialna? - Zapytała odskakując kilka kroków do tyłu. Nie miała pojęcia, czy czarna magia mogłaby zrobić coś takiego, jeśli tak, to mieli trochę przesrane. RE: [09.1966] soif de vivre || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 21.10.2024 - Trudno byłoby być na to ślepym - zauważył z szerszym uśmiechem pełnym zadowolenia z takiego obrotu sprawy. - Niech widzą i wiedzą. Cała reszta to tylko formalność - którą zostawiali na później, bo nie była aż tak znacząca w kontekście tego, co mieli i w jaki sposób żyli. Dopóki obojgu odpowiadało to budowane życie, dopóty Ambroise nie poczuwał się do tego, żeby cokolwiek formalizować, nawet jeśli w ich środowisku robiło się to raczej stosunkowo szybko, bo dla tradycyjnych wartości. A tak naprawdę dla wpływów i kontaktów. Nie potrzebowali być w centrum uwagi, przechodzić przez wszystkie etapy organizacji licznych wydarzeń towarzyskich, przejmować się zachowaniem konwenansów. Jednocześnie prawdopodobnie oboje byli tak samo świadomi, że nie wypadało zrobić tego prywatnie, bo dla elity byłoby to niedopuszczalne. Należało zrobić show ze swojego rozkwitającego związku. W żadnym wypadku nie miał na to ochoty. Nie po to budowali coś na uboczu, nie ograniczając się tylko do Londynu, żeby później dać się złapać w pułapkę grania pod publiczkę w taki sposób, w jaki im zagrano. - Za jakiś czas osiągniemy w tym taką wprawę, że z powodzeniem ograniczymy to do minimum - zapewnił na słowa Geraldine, kiwając głową, choć nie wyjaśniając, o co mu chodzi. Tak właściwie to chodziło mu o zbyt wiele elementów, żeby o nich teraz dywagować. Mieli polowanie do odbycia. Wystarczyło, że to stanowiło dostateczne wyzwanie, szczególnie w przypadku jego pozostałych intencji. I wodzenia na pokuszenie. Niewątpliwego wodzenia za nos obietnicami i sugestiami. - Ależ o czym? - Zrobiłby całkiem niewinną minę, gdyby tylko umiał kontrolować oczy. A tak jak z trzymaniem rąk przy sobie, nie był w stanie tego robić w jej przypadku. - To nie moja wina, że jeszcze nie spełniłaś obietnicy szukania kwiatu paproci - dopowiedział jedynie na swoją obronę, wplatając w to wszystko znaczącą sugestię, że w jego wizji gościnnie występowała również tamta biała zwiewna sukienka z odkrytymi plecami i delikatnym, śliskim materiałem. Nie doczekałaby trzeciej okazji, ale przecież czystokrwiste kobiety (i chyba ogólnie większość mu znanych) przezornie deklarowały niechęć do powtarzania stylizacji. W jego prywatnej ocenie głównie z prostego powodu, że zazwyczaj nie było możliwości, aby takowa dotrwała nienaruszona do następnego ranka. Szczególnie w przypadku, w którym wcześniej przez cały wieczór należało zbytnio ograniczać kontakt fizyczny, powstrzymać się przed co bardziej wymownymi gestami. Choć on sam raczej nijak nie stronił od dawania wyraźnie do zrozumienia, że nie są wyłącznie tymczasowymi towarzyszami. Była jego kobietą. Z czasem samoistnie zaczęła stawać się centrum jego świata. Nie powiedziałby tego na głos - zawsze był drewniany w mówieniu o uczuciach. Uważał takie deklaracje za żenujące, jeśli to on miałby je wygłaszać. Wolał czyny od słów. Tak właściwie to wszelkie konieczne, żeby podkreślić poważne zamiary. - Mamy tu zgodność - odrzekł kwitując to kiwnięciem głowy, po czym dodał profilaktycznie. - Ale wiedz, że jeśli bym musiał to bym się nie zawahał - w dwóch krótkich słowach była jego. Nie chodziło o to, że mógłby powątpiewać w tę świadomość z jej strony. Nie musieli tego uściślać. Ufał jej pod tym względem. W innym wypadku nie oddałby swojego serca z taką łatwością, przyjmując wzajemność od niej i starając się zadbać o powierzone mu uczucia. Nawet w tych ostrzejszych chwilach. W rzeczy samej nie mógłby natomiast darować komuś próby odebrania mu jej względów. Szczególnie, gdy byli ze sobą szczerzy i jasno podążali w tym samym kierunku. Gdyby pragnęła zmienić coś w swoim życiu, nie trzymałby jej na siłę. Nie zrobiłby niczego wbrew niej, ale w dalszym ciągu by o nią walczył. To też już kiedyś określił. Nie był mięczakiem i frajerem. Był w stanie zawalczyć o upragnioną przyszłość, szczególnie tę wspólną, bez której teraz nie wyobrażał sobie praktycznie niczego. Ani dni, ani miesięcy, ani tym bardziej lat. Nie dopuszczał do siebie perspektywy, że mógłby zawalić coś tak spektakularnie, że ich starannie, pieczołowicie budowane życie razem mogłoby nagle przestać istnieć. Chciał być z nią i chciał być dla niej. Kolejność nie była istotna. Jedno wynikało z drugiego. Było zespolone. - Mógłbym - przytaknął, nie mógł nie przyznać temu racji, nawet jeśli już na samym początku dyskusji na temat wspólnego życia zdecydowanie wykluczyli możliwość stworzenia dwuosobowego biznesu na czarnym rynku. - Natomiast będzie rozważniej, jeśli odeślę cię do kogoś, kto jest niemal tak dobry jak ja - podkreślił nie pozostawiając wątpliwości, że miał o sobie iście eksperckie mniemanie i raczej nie zamierzał ukrywać, że ma się za jednego z najlepszych graczy. Zbyteczna skromność nie przynosiła u Ambroisa niczego poza poczuciem zażenowania tym, że w ogóle trzeba było się do niej posuwać, żeby nie zostać oetykietowanym jako wywyższający się. Jeżeli mógł uniknąć mówienia o sobie nie w zgodzie z faktycznym stanem rzeczy to nie omieszkał podkreślać własnej wartości. Szczególnie, że jak każdy człowiek miał swoje mocne i słabsze (ale nie słabe, rzecz jasna) strony. Otoczenie bardzo chętnie słuchało samobiczowania się, czerpiąc z tego skrywaną satysfakcję. Było też pierwsze do pogardy i komentowania, kiedy ktoś nie chciał się kajać i sobie umniejszać. Z uwagi na to raczej nie przejmował się opiniami. Jeżeli był w czymś dobry, nie zamierzał mówić, że inni są lepsi. Szczególnie, kiedy tak nie uważał. Człowiek, o którym teraz mówił był raczej ekspertem w swojej dziedzinie tak jak on. Pracowało się z nim względnie dobrze. Miał swoje dziwactwa, ale nic przesadnie rażącego. Greengrass darzył go umiarkowanym zaufaniem, co w półświatku czasami znaczyło więcej niżeli przyjaźń poza szarą strefą. Natomiast, kiedy dopuścił do siebie tę możliwość, przyłapał się na myśleniu, że to raczej nie był zbyt dobry pomysł. Szczególnie, że mógłby ją tam przekierować nieoficjalnie, a ten człowiek raczej nie lubił ludzi z zewnątrz. Ta współpraca mogłaby się nie tylko nie ułożyć, ale być brzemienna w skutkach. Z drugiej strony szkoda było marnować bardzo dobrą okazję do tego, żeby w znaczniejszym stopniu wejść na rynek i zaznaczyć tam swoją pozycję. To było kuszące. Możliwe, że aż trochę za bardzo, bo ustalili, że raczej wykluczają taką możliwość. Tymczasem Greengrass podrapał się po policzku, rzucając Yaxleyównie zamyślone, trochę badawcze spojrzenie. - Choć po namyśle - odezwał się marszcząc czoło i przygryzając usta. - Wróćmy do tego tematu w domu, dobrze? - W tych okolicznościach powoli nie wykluczał dopuszczenia możliwości nieznacznego nagięcia ustaleń, jeżeli odpowiednio by do tego podeszli. O ile w ogóle mieli o tym ponownie porozmawiać, bo nie wykluczał (a wręcz był przekonany), że Geraldine rzuciła swój komentarz bez większego zastanowienia. Natomiast on bez głębszego przemyślenia dopuścił do siebie myśl, że być może to nie było znowu aż takie głupie i nierozsądne. Na ogół nikt nie pytał o pochodzenie towaru. Pośrednictwo lubiło milczenie. Odbywało się w porozumieniu odnośnie tego, że patrzono na jakość i cenę. Dyskutowano o warunkach, negocjowano stawki, pytano o siłę składników i o ich czystość, ale raczej nie o pochodzenie. Jeśli nie odciąłby się do końca od reszty swoich zleceniodawców to być może byli w stanie osiągnąć porozumienie również w tym zakresie. Bądź co bądź chciał, żeby miała jak najpewniejsze warunki. Nawet nie finansowe. Nie chodziło o pieniądze, choć bez wątpienia duże sumy kusiły. Zarówno u niej jak i u niego nie była to nadrzędna wartość. Natomiast Ambroise raczej skłaniał się ku dalej idącej myśli. Znacznie łatwiej i dyskretniej handlowało się mniejszymi towarami. Było to dużo dyskretniejsze. Wbrew pozorom sprawianym przez konieczność nawiązywania kontaktów nie z jedną a z kilkoma osobami. Można było rozproszyć część odpowiedzialności i uwagi. Znacznie łatwiej było pozbyć się dowodów w razie takiej konieczności. Strata nie była taka duża. Poza tym mógłby wziąć na siebie trochę odpowiedzialności za bezpieczeństwo ukochanej. A to, choć nie wyraził tego na głos, dosyć mocno do niego przemawiało. Może nie chciał wchodzić z butami w to, co zazwyczaj robiła. Szanował jej prywatne zajęcia równie mocno, co ona jego. Mieli w tym naprawdę znaczącą jednorodność. Coś, czego Greengrass nie spodziewałby się po swoim związku, toteż nigdy wcześniej nie chciał się angażować. Z początku był zaskoczony takim obrotem spraw. Teraz raz na jakiś czas starał się dyskretnie zrobić coś, żeby docenić wyrozumiałość ze strony Geraldine. Nie wątpił, że to działało w obu przypadkach. Dostrzegał to tak jak ona z pewnością widziała jego uczynki, ale o tym też milczeli. To była część porozumienia zawodowego. Nie mieli współpracować otwarcie, więc tego nie robili. Za to nikt nie bronił od czasu do czasu dołożyć do czegoś swoje trzy knuty, upewnić się, że jest dobrze albo sprawić, że będzie lepiej. Bądź co bądź to rzutowało również na ich normalne życie i to znacznie bardziej niż wiele innych aspektów. Nawet te czystokrwiste zobowiązania nie były tak znaczące. Odbębniali je niemal bezwiednie. Wychodzili razem do ludzi, pokazywali się na nielicznych koniecznych wydarzeniach, zmywali się w drugim dogodnym momencie (pierwszy byłby zbytnią przesadą). Nie mógł powiedzieć, że tego nie lubi. To był teatrzyk, czasami nawet szopka. Wiedział o tym od zawsze i raczej chodził tam z niechętnego obowiązku a nie z własnej nieprzymuszonej woli. Nie mógł dać o sobie zapomnieć, więc brał udział we wszystkim, gdzie mógł zostać zauważony, zapamiętany i wywrzeć wrażenie. Natomiast ostatnio zaczął czerpać z tego trochę więcej przyjemności. Nie musiał już zabawiać pierwszych lepszych towarzyszek z przypadku albo narzuconych przez kogoś z rodziny, które wcześniej zazwyczaj przyjmował bez słowa sprzeciwu, żeby mieć spokój. Z odpowiednią osobą u boku mógł znacznie lepiej się bawić, robiąc z tego grę towarzyską. Czasami (raczej częściej niż rzadziej) również ich prywatną igraszkę. Tak jak teraz, kiedy przeszywał wzrokiem plecy kobiety, zatrzymując spojrzenie na dłużej to tu, to tam. Szczególnie tam. Rzecz jasna okropnie się przy tym rozpraszał, co nie było właściwe podczas polowania. Szczególnie tego pierwszego, na które go ze sobą świadomie zabrała (nie liczył tamtego zlecenia sprzed niemal roku). Usiłował pokazać się od dobrej, godnej zaufania strony, żeby to nie był jedyny raz. Zdecydowanie chciał być jej uzdrowicielem na miejscu wtedy, kiedy sytuacja mogła wymknąć się spod kontroli. Niestety nie mógł zbyt wiele poradzić na to, jakim torem podążały jego myśli. Sprowadzał się na ziemię, rozglądając się czujnie po okolicy tylko po to, żeby zaraz znowu umknąć myślami i lekko mówiąc - znowu sprowadzić na ziemię, tyle tylko, że ją. W zielone usychające paprocie albo na miękkie poszycie z mchu, który przez ostatni czas zgromadził całkiem spore ilości wody (to akurat było interesujące w obliczu panującej suszy) wydając z siebie chlupnięcie pod butem. Chyba nie byłby zbyt komfortowy, ale mieli wiele innych możliwości. Wystarczyło tylko, żeby się do niego odwróciła. Była bliska kapitulacji. Musiała być. Widział to w jej chodzie, ruchu bioder, wygięciu pleców w przesadnym wyprostowaniu się. Odczuwał z tego powodu pewną satysfakcję. Jednakże jednocześnie także także gorzko-słodki zawód spowodowany pełną świadomością, że jeśli się uparła to raczej nie było zmiłuj. Mógł dawać jej do zrozumienia, że jutro bądź później nie jest w żadnym stopniu zadowalające a ona miała czerpać z tego frajdę. Z jego wleczenia się za nią jak pies z wywalonym językiem. Cóż. Poniekąd sam to na siebie sprowadził. Raczej celowo i świadomie po tamtej pamiętnej rozmowie. Chciał, żeby czuła się bardziej wartościowa w jego oczach. Nie tylko wystarczająca, ale znacznie więcej. Nie miał oporów przed tym, żeby adorować ją jak nikogo nigdy wcześniej. Szczerze, intensywnie, płomiennie i bez grama sztuczności albo wymuszenia. Był bezpośredni i szczery w tym, że w gruncie rzeczy nie potrzebowała długo, żeby go sobie owinąć wokół palca. Rzecz jasna bardziej niż twierdził, kiedy przerzucali się komentarzami. Pewne rzeczy nie musiały być wypowiedziane, żeby mieć moc i ujście w rzeczywistości. Mimo wszystko trudno byłoby mu przełknąć słowa o tym, że jednocześnie szalał za nią jak napalony szczeniak i żywił w stosunku do niej całkiem poważne, dojrzałe uczucia. Było w tym wiele kontrastów, ale wszystko i tak składało się w perfekcyjną całość. - Poczekaj... ...co? - Posłał dziewczynie spojrzenie wyrażające powątpiewanie w to, co usłyszał, bo tak właściwie nie wiedział czy powinien to uznać za zawoalowany komplement, czy poczuć się urażony a może podejść do tego neutralnym wzruszeniem ramionami. Drewno do lasu tak? Uważał się raczej za bardzo przydatny element ich dwuosobowej grupy. Nie odstawał od Geraldine tempem wędrówki, nawet jeśli narzucała im je całkiem szybkie. Potrafił odnaleźć się między drzewami, bo naturę znał równie dobrze, co ona, nawet jeśli od innej strony. Poza tym bez jego wyczulonego nosa i wiedzy na temat arkanów ciemnych sztuk magicznych może nie byłaby w stanie zignorować zapachu, ale pewnie nie od razu pojęcie czarna magia przeleciało by jej przez myśl. Uważał ją za naprawdę inteligentną i doświadczoną łowczą, ale po ciemnej stronie magicznego Londynu to on kręcił się mimo wszystko znacznie częściej. A tam potrafiło naprawdę jebać czarnoksięstwem. Gorzej niż trawą w zaułkach przy czynszowych kamienicach na Nokturnie. Stracił czujność. Wczuwając się w atmosferę, zdecydowanie się rozproszył i dopiero krzyk Geraldine sprawił, że odruchowo odskoczył w tył, niemalże od razu celując różdżką w górę i puszczając pierwsze zaklęcie, które przyszło mu do głowy. Starą, dobrą Drętwotę!, która od niczego się nie odbiła. Pająka tam nie było. Skurwysyn z powodzeniem mógł być niewidzialny, choć przecież Geraldine sama mówiła, że jej go opisywano. Nie było czasu się nad tym zastanawiać. - Pod wpływem eliksiru tak - rzucił pospiesznie, rozglądając się we wszystkie strony i instynktownie nie stojąc zbyt długo w jednym miejscu. Odruchowo zbliżył się do dziewczyny, cały czas usiłując monitorować sytuację. - Pod wpływem zaklęć? Możliwe, że również tak. Obie metody nie powinny być zbyt stabilne. Możliwe, że to chwilowe i nie utrzyma niewidzialności zbyt długo - raczej zakładał, że bydlę będzie pojawiać się i znikać, bo zbyt długa niewidzialność nie była łatwa do osiągnięcia. Nawet w wyniku czarnej magii. Chwilowo jednak mieli całkiem przesrane. - Za tobą - rzucił, celując różdżką w krzaki i posyłając kolejną salwę nietrafionych zaklęć. - Kurwa mać. RE: [09.1966] soif de vivre || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 21.10.2024 - Cała reszta? - Zapytała niewinnie, jakby zupełnie nie wiedziała, czym była ta cała reszta, chociaż potrafiła się przecież tego domyślić. Nie potrzebowali tego. Formalizowanie ich relacji nie było im zupełnie potrzebne, nie wydawało jej się, aby to miało cokolwiek zmienić. Dla niektórych to było potrzebne, wiedziała zresztą, że większość arystokracji traktowała takie związki jako relacje biznesowe. Nie do końca jej to odpowiadało, Ambroise miał podobne podejście, z tego, co udało jej się zauważyć. Nikt ich nie swatał, nikt nie doprowadził do tego, że byli ze sobą, to było coś, co udało im się stworzyć razem, wspólnie i była z tego powodu zadowolona. Nie uważała więc, że powinni myśleć o tym, aby kogoś dopuszczać do tego, co udało im się zbudować. Dobrze im było na uboczu, mogli tworzyć swój mały świat z daleka od wścibskich oczu. Oczywiście nie obeszło się bez pokazania się wspólnie, bo istotne było to, aby ludzie wiedzieli, że coś ich łączy, nikt jednak tak naprawdę nie miał pojęcia jak wyglądała ta relacja naprawdę. Może to i dobrze, bo nie zdawali sobie sprawy, jacy byli razem silni. - Tak, doświadczenie jest ważną rzeczą, na szczęście nabywamy go sporo. - Grunt, że się w tym zgadzali. To, co działo się między nimi było prawdziwe i tylko to się dla niej liczyło. Nie sądziła w ogóle, że będzie kiedykolwiek miała tyle szczęścia w swoim życiu, nie marzyła o takich związkach, nie spodziewała się, że w ogóle będzie potrafiła się w kimś zakochać. Był pierwszym, któremu oddała swoje serce w całej okazałości i nie chciała nic w zamian, dobrze jej z tym było. - Och, oczywiście, to moja wina. - Przewróciła nieco zbyt teatralnie oczami. Jakoś tak się stało, że nie trafili do lasu od czasu tej nieszczęsnej Lithy. Znaczy osobno pewnie w nim byli, ale nie razem. Zdecydowanie musieli to nadrobić, bo Yaxleyówna nie znosiła wychodzić na niesłowną, dlatego właśnie zamierzała bardzo szybko tym razem wrócić do tematu, aby nie mógł jej dłużej tego wypominać. - Znajdziemy ten nieszczęsny kwiat. - Tak, we wrześniu na pewno im się to uda, właściwie to przecież dokładnie wiedzieli, czego mieli szukać, a kwiat paproci stał się całkiem zgrabną metaforą. Miała nadzieję, że nie rozczaruje go brakiem sukienki. Niestety rzadko kiedy po nie sięgała, zdecydowanie preferowała ubiór taki, jaki miała na sobie teraz. Skórzane spodnie, jego koszulę i swoje ciężkie buty. Od czasu do czasu sięgała po inne stroje, ale były to naprawdę wyjątkowe okazje. Wydawało się jej nawet, że dzięki temu, że tak rzadko nosiła sukienki, to zawsze kiedy jakąś na siebie nakładała to robiła większe wrażenie, bo to nie było dla niej typowe zachowanie i wszyscy zwracali uwagę na tę odmianę. Była to całkiem dobra metoda na wymuszenie kilku komplementów. - Bardzo często się we wszystkim zgadzamy. - Dodała z uśmiechem, chciała zwrócić na to uwagę, chociaż wydawało jej się, że on też to dostrzegał. Nie mieli problemów z tym, aby znajdować kompromisy, wychodziło im to całkiem nieźle, jak na to, że byli naprawdę silnymi indywiduami. - Wiem, że byś się nie zawahał. - Zrobiłaby to samo, gdyby chodziło o niego. Nie miała by problemu z podjęciem decyzji. Gdyby jakaś lampucera się wokół niego zaczęła krecić najpiewniej wyciągnęłaby ją za włosy i pokazała, gdzie jest jej miejsce. Geraldine nie należała do szczególnie wyrozumiałych osób, szczególnie jeśli chodziło o niego. Nie znosiłaby myśli, że ktoś próbuje zachwiać ich spokój. Nie chodziło o to, że bała się o swoją pozycję, nie wydawało jej się, aby powinna czuć się zagrożona, bo Ambroise co krok udowadniał jej jak wiele dla niego znaczy, tylko bardziej dla swojego własnego spokoju postąpiłaby w ten sposób. - Myślę, że niemal tak dobry jak ty, to będzie ktoś wystarczający dla mnie. - Nie miała szczególnie wielkich oczekiwań. Faktycznie może był to całkiem dobry moment, aby przemyśleć to, jak wyglądały jej sprawy biznesowe. Ryzykowała tak, czy siak, więc nic to nie zmieniało. Może akurat uda się jej zacząć zarabiać na tym więcej. Skoro już się w to angażowała to może warto było rozważyć różne możliwości, szczególnie, że Greengrass naprawdę wydawał się być biegły w tych sprawach. Było widać, że zajmowali się podczas tych swoich szemranych biznesów zupełnie czym innym. Ona raczej nie nawiązywała relacji, dostarczała towar, często pośrednikom i tyle. Mało kto ją kojarzył, co w pewien sposób też ułatwiało jej funkcjonowanie między światami. Raczej nikt nie powiązałby jej z nielegalną ścieżką kariery, a to też było dla niej dosyć istotne. Wolała trzymać się na uboczu, aby jej rodzina nie była powiązana z wątpilwymi interesami. Ambroise mówił o tym tak, jakby faktycznie miał w tym spore doświadczenie. Tak właściwie nigdy nie wypytywała go bardzo szczegółowo o to, czym konkretnie się zajmował. Nie potrzebowała tego do niczego, dzisiaj zupełnie przypadkiem zeszła na ten temat, to nie tak, że chciała go ciągnąć za język. Przywykła do tego, że nie wie o wszystkim, tak miało być. Rozumiała, że od tego mogło zależeć ich wspólne bezpieczeństwo, a przynajmniej starała się tak to sobie tłumaczyć. Zresztą i tak sporo jej powiedział, aktualnie jej to wystarczało, nie potrzebowała żadnych innych informacji. Dostrzegła to zamyślenie, które pojawiło się na jego twarzy. Nie miała pojęcia, co chodzi mu po głowie, wierzyła jednak, że prędzej, czy później się tym z nią podzieli. Oby to zrobił, bo na pewno sama zapyta go o to, nad czym się tak główkował. - Jasne, możemy wrócić, porozmawiamy w domu. - Las w sumie nie był najlepszym miejscem na dyskutowanie o sprawach bieznesowych, szczególnie podczas polowania. Powinni się skupić na tropieniu, a nie rozważaniu, jakie opcje są dostępne. W sumie była zadowolona nawet, że jej nie zbywał, tylko chciał wrócić do tego tematu. Wydawało jej się, że będzie jej w stanie podsunąć jakiś całkiem niezły pomysł, tak, na pewno był w tym lepszy od niej (o to akurat nie było trudno). Yaxleyównie średnio szło nawiązywanie relacji biznesowych, to nie był jej konik. Nie wydawało jej się, aby dobrym posunięciem było angażowanie się Ambroisa zbyt mocno w jej biznes, to mogłoby przystworzyć im kłopotów, plus mogliby się niepotrzebnie jeszcze zacząć kłócić o pracę. Lepiej jakby trzymali tamtą strefę życia z dala od siebie, tak było bezpieczniej. Przynajmniej tak się jej wydawało. Dopóki nie wchodzili w szczegóły było to całkiem zdrowe. Nie chciałaby, żeby zaczęli się za bardzo angażować w swoje sprawy, bo miała wrażenie, że akutalna metoda działa całkiem nieźle. Gdy miała jakiś problem mogła z tym do niego przyjść, nie musiała się tłumaczyć, to naprawdę wiele dla niej znaczyło. Nie sądziła, że jakikolwiek, inny mężczyzna byłby w stanie zrozumieć to, jak wygląda jej praca w tych mniej legalnych obszarach. On to wiedział, siedział w tym zdecydowanie głębiej od niej, wiedziała więc, że zawsze jest w stanie znaleźć jakieś rozwiązanie. To był kolejny powód przez który czuła się przy nim bezpiecznie. Właściwie nigdy jeszcze nikt się tak o nią nie troszczył, to było dla niej coś zupełnie nowego, ale nie zamierzała tego odrzucać, naprawdę dobrze było mieć świadomość, że jest ktoś, komu na tobie faktycznie zależy. To było niesamowite. Wiedziała, że byłby dla niej w stanie poruszyć niebo i ziemię. Tak właściwie, to może byliby w stanie stworzyć podobnie mocno działający duet i w pracy. Na pewno tak było, nie wiedziała jednak, czy faktycznie chciałaby to sprawdzić. Lubiła mieć wolną rękę jeśli chodzi o sprawy związane z łowczym biznesem, i tak dosyć mocno się ograniczała, bała się, że mógłby negować niektóre z jej decyzji, nie ma się co oszukiwać, nie uważała się za jakiegoś rekina biznesu. Miała do niego ogromne zaufanie, jednak to były sprawy których z nikim nie dzieliła, przynajmniej jak do tej pory. Może był to odpowiedni moment, aby spróbować to zrobić, z drugiej strony jednak nie była do tego, aż tak mocno przekonana. Musieliby ustalić kolejne oficjalne zasady, których powinni przestrzegać, o ile w ogóle dojdzie do takiej współpracy. Wiedziała, że jego wsparcie może być nieocenione. Posiadał spore umiejętności, które mogły się jej przydać podczas wypraw do lasu, ale właśnie i tak miał dosyć dużo swoich własnych obowiązków. Pracował przecież w Mungu, a na drugi etat załatwiał te swoje mniej legalne sprawy. To było sporo jak na jedną osobę, gdyby zaczął angażować się w to co robiła, to miałby jeszcze mniej czasu na odpoczynek. Jasne i tak nie spędzali go wtedy razem, ale nie mógł ciągle pracować. Nie chciała, żeby się przemęczał, i tak miał naprawdę dużo na głowie, bez sensu, aby jeszcze zajmował się jej sprawami. Jego wzrok palił jej plecy, czuła go na sobie, właściwie to nie tylko na plecach. Jego spojrzenie ją przeszywało i nie potrafiła przestać o tym myśleć. Naprawdę trudno jej było iść przed siebie i to ignorować, nie miała pojęcia, jak to możliwe, że tak na nią działał. To było coś niesamowitego. Niestety musiała się jeszcze skupić na szukaniu śladów, przyszli tu przecież polować. Chciała mu zrobić prezent, wiedziała, że ten inny też mógłby być równie interesujący, ale jednak miała zamiar upolować tę wielką akromantulę specjalnie dla niego. Nikt nigdy nie patrzył na nią tak jak robił to on, nikt nigdy nie doceniał jej tak bardzo. Ta więź była czymś wyjątkowym, doceniała to co mieli, nie chciała tego stracić, dlatego ona również robiła co mogła, aby żyło im się lepiej. Chciała mu dać wszystko, co miała. Zasługiwał na to. - Nie, nic, nic. - Może faktycznie nie do końca przewidziała tego, że może odebrać ten komentarz w różny sposób. Nie miała nic złego na myśli, gdzie tam. Nie potrafiła chyba aktualnie dokładnie powiedzieć o co jej konkretnie chodziło, kiedyś mu to wytłumaczy, na całe szczęście w końcu znaleźli się w miejscu w którym mogła pojawić się akromantula, więc nie musiała się martwić tłumaczeniem tego, co miała na myśli. Naprawdę doceniała jego obecność, przecież to właśnie on od razu połączył ten specyficzny zapach z czarną magią, jej samej pewnie zajęłoby to nieco dłużej. Na pewno. Poruszał się po lesie równie zgrabnie co ona, do tego całkiem nieźle szło mu ciskanie zaklęciami, co też już miała szansę zauważyć. Naprawdę był pomocny podczas tej wędrówki. - Ktoś mógł jej podać eliksir? - Tylko właściwie po co. Co miało na celu uczynienie tego wielkiego pająka niewidzialnym? To nie miało żadnego sensu. - Pojebana akcja. - Mruknęła cicho pod nosem. Zastanawiała się przez krótką chwilę od czego powinna zacząć, trudno jej będzie trafić w niewidzialnego przeciwnika, wolała nie strzelać na oślep, bo mogła zranić Greengrassa, zdecydowanie tego nie chciała. Postanowiła więc póki co zrzucić z ramienia kuszę i sięgnąć po różdżkę. Wydawało się, że rozproszenie zaklęcia, eliksiru, chuj wie czym został potraktowany pająk to był dobry początek. Dzięki temu będą mogli wiedzieć gdzie się znajduje. Problematyczne tylko było trafienie w niego tym zaklęciem rozpraszającym. Nie zwlekała jednak, wymachiwała różdżką, mrucząc pod nosem zaklęcia liczyła na to, że choć jedne w niego trafi. RE: [09.1966] soif de vivre || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 21.10.2024 Zdecydowanie zrozumiał to, co Geraldine ma na myśli, gdy tylko odezwała się z tym swoim pozornie niewinnym pytaniem. To nie był pierwszy raz, kiedy prowadzili rozmowę w ten sposób. Wręcz wyjątkowo dobrze potrafił umykać przed kontrowersyjnymi tematami. Robił to przez pół roku, więc z powodzeniem mógł to zrobić jeszcze raz czy dwa w wypadku takiej konieczności. Niemalże z marszu. Czyżby już o tym zapomniała? Z pokerową twarzą obdarzył ją jak najbardziej neutralnym spojrzeniem, powoli kiwając głową. Nawet nie drgnęła mu powieka. Nie zamierzał tak łatwo przyznać na głos tego, z czego oboje doskonale zdawali sobie sprawę. Na swój sposób to byłoby zbyt dużym falstartem, nawet mając świadomość tego jak szybko postępowała ich relacja. Nie uważał, żeby to było teraz tak konieczne. Wolał uczynki od deklaracji. Raczej nie sądził, żeby spodziewała się po nim, że postanowi ot tak oświadczyć jej się pośrodku lasu podczas polowania na jakiegoś nieokreślonego stwora. Jasne. To wcale nie byłoby aż tak niezgodne z ich stylem życia i charakterem obojga. Nie brzmiało całkowicie idiotycznie, ale raczej nie na tyle dobrze, by Greengrass mógł to kiedykolwiek rozważać bądź zrobić. Abstrahując od tego, co myślał od samego początku. Chcieli żyć w spokoju, niekoniecznie być na świeczniku. Podejmowanie takich decyzji wiązało się z naturalnymi konsekwencjami w postaci wyjścia z cienia, odbębniania dziesiątek rozmów, brania udziału w jeszcze większej ilości wydarzeń, z których nie byliby w stanie się wymknąć, bo dotyczyłyby ich dwojga. Nie. To nie było coś, co pasowałoby do sposobu, w który teraz żyli. - Cała reszta - powtórzył po dziewczynie, tylko nieznacznie kołysząc się przy tym na piętach swoich butów do chodzenia po lesie - kontrastujących z ciężkimi buciorami Geraldine, bo znacznie lżejszymi i bardziej przystosowanymi do stawiania uważnych kroków, aby nie zadeptać przyrody. Te jego również były wysoko za kostkę, ale wykonane z bardziej miękkiej skóry wzmacnianej wyłącznie w kilku newralgicznych miejscach. W innym wypadku smukle dopasowującym się do stopy i sprawiającymi wrażenie integralnej części stroju. Niczego mocno odróżniającego się od lekkich, choć już jesiennych ubrań. Z uwagi na swoją przypadłość potrzebował szytych na miarę, dopasowanych elementów garderoby. W tym odpowiedniego obuwia, aby stawiać jak najcichsze kroki, co również zdecydowanie ułatwiało im teraz polowanie. W żadnym wypadku nie chciałby przedzierać się przez las jak dzik przez rumowisko. Wbrew pozorom z powodzeniem udawało mu się skradać wtedy, kiedy rzeczywiście to było potrzebne. Dbał o detale, odpowiednie akcesoria, przykładał uwagę do szczegółów mogących mu pomóc lub zaszkodzić. W tym momencie zagłębił się płaskimi obcasami butów w mech, bezwiednie bujając się w przód i w tył z równie niewinną miną, co ta u Geraldine. Jeżeli chciała kontynuować ten temat, Ambroise nie zamierzał od niego uciekać. Rzecz jasna dopuszczał możliwość, że prędzej czy później poruszą również kwestie związane z formalizacją związku. Tym bardziej, że u czystokrwistych czarodziejów to była bardziej kwestia miesięcy, roku, może góra dwóch niż wielu długich lat. Natomiast dopóki nie dawała mu do zrozumienia, że mogło jej jakoś szczególnie zależeć na tym, żeby odstawił swoją część szopki, dopóty się z tym nie wychylał. Oczywiście w żadnym razie nie chodziło mu o nazywanie szopką tego, co tworzyli. To było poważne. Napełniało go szczęściem i poczuciem spełnienia, które narastało z tygodnia na tydzień wraz z pewnością, że to przy niej chciał spędzić resztę życia. Tu nie było miejsca na wątpliwości. Poprzez pojęcie szopki miał na myśli wszystkie nudne, żmudne konwenanse - rozmowy z ojcami, adorację matki za to, że udało jej się wychować (tak, niestety tak) wyśmienitą kobietę, organizację przyjęć i tak dalej. To napawało go niechęcią do postępowania w zgodzie z powszechnie przyjętymi normami. Nie dało się tego uniknąć, ale może po prostu nie w najbliższym czasie? - I nie sądzę, żebyśmy mieli kiedykolwiek przestać - dopowiedział gładko. Raczej to nie był jeden z tych przypadków, w których mieli szybko osiągnąć pewien konkretny poziom wtajemniczenia i przejść z nim do codziennej rutyny. Tak jak od czasu do czasu napomykali (czasami pozytywnie, czasami w formie zawoalowanego wyrzutu) nie byli najnormalniejszym związkiem. Prawdę mówiąc mocno odbiegali od wszelkich standardów. Nie, żeby w czymś mu to przeszkadzało. Wręcz przeciwnie - cieszył się, że tak było. Nie wyobrażał sobie, aby mogło być inaczej. Ani z kimś innym. Nie. Byli dwiema połówkami tego samego debila. - Zatem, ma moitié, z pewnością ucieszy cię informacja, że w tym wypadku także mamy wybitną zgodność - dokładnie tak jak to stwierdzić, właśnie to zrobił - zgodził się z Geraldine. - To twoja wielka, wielka wina, która nie zostanie zapomniana do czasu znalezienia tego... ...kwiatu - uprzedził ją, zezując przy tym znacząco na pobliskie paprocie. Rzecz jasna nie kwitły i nie miały zakwitnąć specjalnie dla nich. Czy Ambroisa to ruszało? W żadnym razie. Jedynym, co w tej chwili go mogło poruszać był sposób, w jaki szła te pięć kroków przed nim (szybko zrobił z nich trzy i pół) kołysząc biodrami w taki sposób, że robiło mu się duszno i gorąco, mimo chłodnych powiewów wiatru. Cholera to było oczywiste, że by się nie zawahał w przypadku tego, o czym mówili. Jak i przed tym, żeby w przeciągu jednej chwili podjąć decyzję o odwleczeniu polowania w czasie (nawet, jeśli to miała być akromantula!), co zapewne by zrobił, bo był tego naprawdę bliski, ale jakimś cudem udało mu się skierować myśli na bardziej rzeczowe tory. Na temat eliksirów mógł rozważać równie wprawnie, co na temat zielarstwa i, trzeba tu było zachować szczerość, seksu. - Możliwe, że niekoniecznie - zamyślił się jeszcze głębiej, przesuwając palcami po włosach i bezwiednie poprawiając złotą zapinkę z tyłu głowy trzymającą wszystkie kosmyki z dala od jego twarzy; w każdym innym przypadku przy tym tempie marszu i powiewach wiatru już dawno miałby je w oczach i najpewniej także w ustach. Ostatecznie rozpiął klamrę, na nowo zebrał wszystkie włosy w kucyk i spiął je z tyłu głowy w chaotycznym nieładzie. Akurat na to nigdy nie zwracał specjalnej uwagi. Nie przykładał wiele myśli do tego w jaki sposób to robi. Wręcz przeciwnie - liczyła się wygoda, szczególnie w chwilach jak ta. Ambroise lubił określać się mianem ze wszech miar praktycznego mężczyzny. Potrafił analizować sytuację. Często dosłownie na pniu. Jedynie nie zawsze postępował zgodnie z wyrachowanym osądem. W zależności od sytuacji, potrafił zachować zimną krew, ale przez większość czasu nie miał na to cierpliwości. Jego krótki lont ukazywał się częściej niż Greengrass mógłby sobie tego życzyć. Oczywiście nie miał za to do siebie pretensji. Został sprowokowany, więc musiał zareagować w taki a nie inny sposób to było bardzo proste i wyjaśnienie tego szczególnie przed samym sobą nie stanowiło żadnego problemu. Mimo to potrafił myśleć logicznie, zagłębiając się we wszystkie za i przeciw podejmowanych decyzji. Robił to dokładnie w tej chwili, dochodząc do wniosku, że człowiek, o którym wspomniał Geraldine najpewniej nie powinien mieć z nią żadnej biznesowej relacji. A to był najlepszy z najgorszych. Ambroise miał całkiem sporo znajomości, szczególnie pośród osób związanych z warzeniem eliksirów i rynkiem zbytu na składniki, a dosłownie nie był w stanie przywołać z pamięci nikogo innego, kto mógłby się nadawać. To oznaczało dwie możliwości: albo mogli ponownie rozważyć wszystkie za i przeciw temu, aby jednak nawiązać między sobą stosunki inne niż romantyczne. Albo mogli uznać temat za niebyły, a Geraldine mogła w dalszym ciągu parać się dokładnie tym, co robiła do tej pory bez zagłębiania się w temat dysponowania towarem w inny sposób. Oba scenariusze miały równie dużo plusów, co minusów. Zresztą jeszcze jakiś czas temu nie wyobrażałby sobie, że w ogóle weźmie pod uwagę możliwość współpracy biznesowej w zakresie innym niż te przypadkowe wspólne zlecenia, które chwilowo przestały im się trafiać. Z powodzeniem mogli być neutralni na tym gruncie, nie musieli głębiej wnikać w to, co akurat robią. To miało pozytywny wpływ na ich prywatną relację - ich rozwijające się głębokie uczucie. Odpowiadało mu to, że mógł być z nią całkowicie szczery w sprawach zawodowych. Nigdy nie pomyślałby, że to będzie możliwe, ale miało miejsce, działało wyjątkowo dobrze, przynosiło mu ulgę, bo nie wyobrażał sobie, że miałby cokolwiek przed nią ukrywać na dłuższą metę. Raczej wykluczał tę możliwość. Wystarczyło im tamte kilka miesięcy aż do momentu, kiedy i tak wszystko się wylało. Całe szczęście bez konsekwencji, których Ambroise się obawiał. Dlatego tym bardziej odpowiadało mu to, że nie zadawała zbyt wiele pytań. Odpowiedziałby na nie mniej albo bardziej chętnie, możliwe że z łatwością, ale zapewne raczej z wahaniem i rezerwą. W dalszym ciągu nie chciał, żeby miała go za kogoś, kim nie jest; persona, którą był w półświatku była staranną kreacją nie mającą zbyt wiele wspólnego z tym, kim chciał być przy niej i dla niej. Z uwagi na to ostatnie na samym początku wykluczył możliwość tworzenia wspólnych układów biznesowych w tamtym miejscu. Prędzej czy później mieli ponownie na siebie tam wpaść. Spotkanie wtedy w lesie mówiło samo za siebie. Nie dało się tego uniknąć. Natomiast żywił przekonanie, że to nie miało być coś, co sprawi mu przyjemność. W zależności od okoliczności, oczywiście, bo mogło obyć się bez zgrzytów (nie między nimi, bardziej dopuszczał myśli, że między ich zleceniodawcami), ale mogło być również sztywno i nieprzyjemnie. Być może mogli tego uniknąć dzięki prostemu połączeniu wspólnych sił? Dopiero teraz tak naprawdę o tym pomyślał. To była pierwsza ostrożna myśl. Towarzyszyło temu powolne przekonanie o tym, że skoro od jakiegoś czasu pojawiali się razem na wszystkich przyjęciach i wydarzeniach społecznych to co więksi ludzie półświatka i tak zdawali sobie sprawę z tego, kim ona była dla niego a on dla niej. Możliwe, że dopuszczano możliwość, że nie podzielili się ze sobą tym elementem życia. Natomiast ci ludzie nie byli głupi. To nie były osoby pokroju młodego Traversa. Zresztą właśnie raczej takich jak ten typ mógł się obawiać w kontekście wspólnego pojawiania się na językach ludzi z Nokturnu i głębszych warstw nielegalnego Londynu. Osób mściwych, zacietrzewionych, pochopnych i trudnych do kontrolowania. - Tak. Tak zrobimy - zapewnił, biorąc to sobie do serca bardziej niż wcześniej, bo skoro ten temat wrócił na tapetę (po długim czasie, ale jednak) to oznaczało, że należało zaktualizować ustalenia, na jakiej stopie mieli być przy tych interesach. Nie wątpił, że niezależnie od przebiegu rozmowy mieli podjąć najsłuszniejszą możliwą decyzję wynikającą z zaufania, wzajemnej troski i chęci znalezienia równowagi między interesami a życiem prywatnym. Nigdy nie sądził, że zmieni swoje podejście w tym zakresie, ale ta pierwsza zawodowa część schodziła na dalszy plan, gdy chodziło o dobro Geraldine. Był w stanie zmniejszyć ilość zleceń, brać mniej nocnych dyżurów, spędzać znacznie więcej czasu wspólnie zamiast nie wiadomo gdzie. To właśnie do domu wracał z największą przyjemnością. Nie kluczył po Londynie ani innych okolicach, jeżeli nie musiał. Tak jak obiecał, wracał do niej, gdziekolwiek była. W Whitby czy na Horyzontalnej - w obu miejscach mogli mieć dom, bo oczach Greengrassa przede wszystkim był on tam, gdzie mieli siebie nawzajem. Zabawne jak łatwo dopuścił do tego, żeby wywróciła mu życie niemalże do góry nogami. Choć jednocześnie miał poczucie akceptacji i wcale nie czuł się przymuszony do tego, by cokolwiek zmieniać. To było w tym najsłodsze. Ambroise po prostu chciał to robić. Tak jak teraz chciał być w tym lesie na polowaniu na gigantycznego pająka, co jeszcze rok lub dwa lata temu skwitowałby pogardliwym śmiechem i niewybrednym komentarzem. On i świat zwierzęcy? Miotanie z różdżki do zmutowanej akromantuli? Uniki i wygibasy przed czymś, co nawet nie było widoczne? No prędzej wypiłby pół litra ognistej w jednym długim łysku, zapijając to jeszcze kolejnym litrem księżycówki. Tak niemożliwe to było. - Kupujący i hodowcy mają różne pojebane intencje - zauważył, śledząc wzrokiem upadającą kuszę i nawet nie pytając o zmianę planu. Strzelanie bełtami na oślep raczej napawałoby go znacznie mniejszym optymizmem niż próby ustrzelenia bestii jednym z wielu zaklęć, które mamrotał niemal nieprzerwanym ciągiem, cały czas w ruchu i przygotowany (przynajmniej tak sądził) na atak z każdej możliwej strony. Chyba wyłącznie nie z tej, z której nadszedł - całkowicie od boku, lecz przy tym również z powietrza. Trafiona jednym z zaklęć któregoś z nich, akromantula zwaliła się na ziemię, przy okazji podejmując próbę dorwania i przygniecenia pierwszej lepszej ofiary. Ewidentnie nie była wybredna. Była za to bardzo widoczna: gigantyczna, rozjuszona i najprawdopodobniej jeszcze bardziej głodna, mocno poruszając szczękoczułkami z głośnym klekotem. Greengrass odskoczył w bok, odruchowo łapiąc ciężką kuszę i robiąc to, co rzekomo dało się z nią zrobić. Przyjebując z niej pająkowi w jedno z oczu. Trysnęła posoka, ale bestia wcale nie padła. Wręcz przeciwnie, rozjuszyła się jeszcze bardziej, miotając się dookoła. RE: [09.1966] soif de vivre || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 22.10.2024 To nie tak, że chciała go podstawić pod ścianą, tyle, że trochę sam zaczął ten temat. Yaxleyówna lubiła wprowadzać w ich rozmowy nieco chaosu, dlatego też właśnie odezwała się w ten sposób. Zresztą mieli w tym wprawę, przez długi czas błądzili w niedopowiedzeniach, można było nawet stwierdzić, że byli w tym specjalistami, chociaż wcale nie był to powód do dumy. Potrafili unikać pytań i odpowiedzi bardzo precyzyjnie. Było to męczące, owszem, ale wtedy wydawało się być najlepszym i jedynym rozwiązaniem. - Cała reszta nie jest nam do niczego potrzebna. - Wolała nieco sprostować sprawę. Miała to, co było jej potrzebne do szczęścia. Nie potrzebowała formalności, na pewno nie teraz. Nie wydawało jej się, że byłaby gotowa na podjęcie takich kroków. Jasne, była pewna swoich uczuć, którymi darzyła Greengrassa, nie była jednak pewna tego, czy poradziłaby sobie z oficjalną drogą. Miała świadomość, jak to wyglądało u większości czystokrwistych i zdecydowanie nie była jeszcze gotowa na poczynanie takich kroków. Dobrze jej było z tym, co potrafili sobie sami stworzyć. Nie potrzebowali do tego pierścionków, publicznej aprobaty, czy czegokolwiek innego. Mieli siebie, swój domek nad morzem i to jej wystarczało. Po raz kolejny postępowali według swoich zasad, a nie tego, jak wypadało postępować w podobnych sytuacjach. Ceniła sobie tę ich indywidualność, uważała, że była nietypowa i pasowała do całej reszty ich życia. Nie byli normalną parą, co zresztą ustalili już dawno temu, była nawet z tego dumna w pewien sposób. Nie wydawało jej się, aby powinni to zmieniać. Nie chciała tracić czasu na pojawianie się na przyjęciach, zapewnianie obcych osób o ich silnym uczuciu, to było niepotrzebne, zależało jej przede wszystkim na tym, aby to im było dobrze, a zdecydowanie robili wszystko, aby tak było. Nic więcej się nie liczyło. Mieli siebie i w tej chwili to było wszystkim, czego oczekiwała. Zresztą tak naprawdę nie miała żadnych oczekiwań, może poza tym jednym, że Ambroise nigdy nie zniknie z jej życia, że będą trwali przy swoim boku bez względu na wszystko. Nie chciała go stracić, nigdy. Tylko tego była pewna. Nie potrzebowali żadnych oficjalnych deklaracji, a jedynie tylko i wyłącznie tych, które mieli już za sobą. Wiedzieli na czym stoją, mieli świadomość, że chcą tego samego. To było najistoniejsze. Połączyło ich silne uczucie, które nie miało się nigdy wypalić, tak - nie sądziła, że możliwe by było to, żeby kiedykolwiek z niego zrezygnowała. Stał się sensem jej życia, chociaż pewnie jeszcze długo nie będzie w stanie mu się do tego przyznać. Nie potrafiła mówić o swoich uczuciach, nie była w tym dobra. Wierzyła jednak, że oczekują od siebie tego samego, a przynajmniej wyczuwała, że z jego strony to wszystko jest równie silne. Jej intuicja zazwyczaj się nie myliła. Tym razem nie mogło być inaczej. Zresztą nigdy nie zakładałaby nawet, że będzie w stanie obdarzyć kogoś tak silnym uczuciem, nie sądziła, żeby to co do niego czuła mogłoby się kiedykolwiek zmienić, bez względu na to, w jaki sposób by postępował. Opętał ją całkowicie. Nie zamierzała kontynuować tematu. Nie był to odpowiedni czas i miejsce na takie rozmowy, zresztą aktualnie nie wydawały się jej być potrzebne. Raczej mieli jasno określone podejście, zresztą podobne do siebie, jak praktycznie w każdej dziedzinie życia. Nie wydawało jej się, że w jakikolwiek sposób mogłoby to zaszkodzić ich relacji. Nie potrzebowali tego formalizować, mogli być pewni swoich uczuć, nie musieli się martwić tym, że bez magicznego pierścionka czar pryśnie. Budowali swój związek na dosyć silnych fundamentach (może nie od samego początku), jednak aktualnie wszystko wydawało się działać odpowiednio. Nie musieli zawracać sobie głowy tymi niepotrzebnymi pierdołami. Może kiedyś, gdy faktycznie ich rodziny zaczną trochę bardziej interesować się tematem. Miała świadomość, że nie będą mogli w nieskończoność żyć na kocią łapę, bo nie tak to wyglądało w ich świecie. Póki jednak nikt nie zawracał im głowy, nie wtrącał się w to, co tworzyli, to nie musieli się martwić tym oficjalnym podejściem. Mogli cieszyć się tym, co aktualnie mieli, żyć chwilą, właściwie to całkiem nieźle im to wychodziło, przynajmniej zdaniem panny Yaxley. Nie odmówiłaby mu pewnie, gdyby kiedyś postanowił sformalizować ten związek, nie umiałaby mu odmówić, chociaż zdecydowanie to byłoby bardziej w jej stylu. Zarzekała się, że nie nadaje się na żonę, że nie da się usidlić i ograniczyć swojej wolności, tak, na pewno. Wystarczyło, że pojawiła się odpowiednia osoba, a byłaby gotowa to dla niej zrobić. Jak widać wiele może się zmienić na przestrzeni kilku miesięcy. Nigdy nie spodziewałaby się, że aż tak wiele. Otworzyła oczy, zaczęła doceniać zupełnie inne rzeczy niż dotychczas. Przywiązanie, które kiedyś uważała za słabość teraz dodawało jej siły. Jakież to życie potrafiło być przewrotne. - To dobrze, nie chciałabym przestawać. - Zdecydowanie podobało jej się to, że ciągle dowiadywali się czegoś nowego, ciągle stawiali się w nowych sytuacjach, nie mogli narzekać na nudę. Jasne, osiągnęli pewną stabilność, mieli siebie, jednak nie była to typowa, zwyczajna relacja. Musieli znajdować swoje własne rozwiązania, szukać odpowiednich ścieżek, którymi mogli podążać, bo tak naprawdę nie mieli skąd brać gotowych rozwiązań. Nie spotkała nigdy żadnej pary, która żyłaby w ten sposób. Oni sami tworzyli swoje zasady i się nimi kierowali. - Zamierzam doprowadzić do tego, żeby była bardzo szybko zapomniana. - Tak, aktualnie stało się to jej celem. Nie chciała ponownie wracać do tematu niespełnionych obietnic, musiała faktycznie udowodnić mu, że dotrzymuje słowa. Szczególnie w takich sytuacjach, zresztą sama bardzo chciała spełnić akurat tę obietnicę. Wiązała się ona raczej z obustronną przyjemnością, nie było więc sensu odwlekać tego w czasie. Oczywiście najpierw polowanie, później będą mogli sprawdzić, jak bardzo wygodne jest leśne runo w tej głuszy. O tak, mogliby sprawdzać różne poszycia leśne i zacząć prowadzić jakiś ranking, które było najbardziej wygodne. To nie wydawało się być wcale takim głupim pomysłem, niestety nie podzieliła się nim jeszcze, bo nie był to chyba sezon, kiedy można było realizować taki ranking. Szkoda, że nie wpadła na to wcześniej, chociażby podczas tej nieszczęsnej Lithy, kiedy złożyła mu tę obietnicę. Nie potrzebowała do tego kwitnących kwiatów paproci, to było chyba najmniej istotnym elementem układanki, chociaż w przyszłym roku nie zamierzała odpuszczać poszukiwań. Roise wspominał o tym, że był to całkiem unikatowy kwiatek, więc zamierzała go wreszcie z nim znaleźć, aby jego również mógł wykorzystać do tych swoich eliksirów, czy czego tam tylko chciał. Bardzo chciała, żeby miał możliwość pracować nad tą wyjątkową rośliną. Geraldine w ogóle była w stanie przynosić mu najróżniejsze, wyjątkowe komponenty, bo widziała, że kiedy je dostawał to cieszył się jak dziecko, lubiła go widzieć w takim stanie, miała zamiar robić to coraz częściej, skoro sprawiało mu to taką ogromną przyjemność. Naprawdę zależało jej na tym, aby był szczęśliwy, chociaż przez chwilę, dzięki takim pierdołą, które mogła mu przynosić do domu bardzo często. - Niekoniecznie? Teraz to się trochę zgubiłam. - Najpierw wspominał jej o tym, że znał kogoś, kto był prawie tak dobry jak on, a teraz sugerował, że jednak nie? Powoli zaczynała nie nadążać za jego tokiem myślenia, o czym oczywiście nie omieszkała nie wspomnieć. Nie miała problemu z tym, aby dzielić się swoimi wątpliwościami. Wolała dopytać, upewnić się o to, o co dokładnie mu chodzić. To wydawało jej się prostsze, szczególnie po tym, co przeżyli kiedy w ich życiu rządziły niedopowiedzenia. Tamten okres zdecydowanie nie był dla nich najzdrowszy. Prawda zawsze przynosiła lepsze efekty, dlatego też próbowała po nią sięgać praktycznie za każdym razem. Nie miała pojęcia, że Ambroise zaczął już rozważać kolejny pomysł. Ten, o którym sama przed chwilą myślała. Może przedyskutują to faktycznie w domu, chociaż trochę bała się co może wyniknąć z tej dyskusji. Póki co wolała zostawić to wszystko, i nie kombinować jakoś szczególnie z tymi swoimi usługami, przecież to jakoś działało, może nie niewiadomo jak wspaniale, ale jednak przynosiło jej dochód, klientów, więc nie było wcale tak źle jak mogłoby się wydawać, oczywiście mogłoby też być zdecydowanie lepiej, ale to nie był moment, aby się nad tym jakoś głębiej zastanawiać. - Tylko nie dzisiaj, dobrze? Porozmawiajmy o tym jutro, dzisiaj chciałabym się zająć bardziej przyjemnymi sprawami. - Tak, nastawiła się już na to, że dokończą to, czego nie udało im się zrobić tutaj przez to polowanie. Wiedziała, że nie unikną tej rozmowy, bo temat ponownie się pojawił i lepiej go było szybciej wyjaśnić, aby znowu nie został zamieciony pod dywan, ale byłaby bardzo rozczarowana, gdyby to właśnie tym zajęli się po powrocie do domu. Zakładała zupełnie inny scenariusz, dużo bardziej przyjemny i faktycznie zamierzała za nim podążać. Szczególnie, że rozbudził w niej pożądanie właściwie w krótki moment, miała zamiar je zaspokoić, dzisiaj. Później, skoro nie mogła zrobić tego od razu. Na pewno nie miała zamiaru o tym zapomnieć, zbyt wiele ją kosztowało trzymanie się przy nim w ryzach. To była bardzo męcząca próba cierpliwości, a powinien wiedzieć, że nie miała jej zbyt wiele. Jakoś jednak udało jej się to wygrać, przynajmniej jak na razie. Właściwie jeszcze nie mogła być taka pewna, jak zakończą ten dzień w lesie, bo to był dopiero jego początek. Bardzo zależało jej na tym, aby to polowanie poszło gładko, najlepiej bez żadnych nieoczekiwanych utrudnień, czy dziwnych zdarzeń. To był pierwszy raz, kiedy zabrała go ze sobą do lasu, z kusza na ramieniu, naprawdę chciała, żeby wszystko poszło po najmniejszej linii oporu - bywało tak dosyć często. Wchodziła do lasu, tropiła zwierzynę, zabijała ją i już. Bez żadnych komplikacji, naprawdę to nie było nic nietypowego, szczególnie dla łowczej z jej doświadczeniem. Oczywiście dzisiaj, kiedy znajdował się obok niej, kiedy chciała mu pokazać, że naprawdę jest profesjonalistką nic nie szło po jej myśli. Była rozczarowana, miała wrażenie, że los specjalnie z niej drwi. Dzięki temu będzie mógł znowu kwestionować jej umiejętności (tak jak to robił z tym nieszczęsnym strzelaniem z kuszy). - Bez sensu, wkurwiło mnie to tylko. - Nie zamierzała ukrywać swojego niezadowolenia. Jej misterny plan poszedł się jebać w pizdu. Była zła, że tego nie przewidziała. Tylko z drugiej strony, czy to dało się przewidzieć? Była w lesie który znała, liczyła na to, że wszystko będzie tutaj jak zawsze, a ktoś (już ona się dowie kto!) pokrzyżował jej plany i jeszcze zrobił z niej idiotkę przed jej chłopakiem. Tego było zbyt wiele. Irytacja w niej rosła, bo cóż, Geraldine bardzo łatwo było wyprowadzić z równowagi. Całkiem zgrabnie miotali na przemian zaklęciami. Dobrze było wiedzieć, że i w tym się zgadzali, mimo, że nie padły między nimi żadne słowa. Współpraca szła im całkiem nieźle - spodziewała się tego, nawet nie myślała, że mogłoby być inaczej. W końcu któreś z nich trafiło w zwierzę. Nie miała pojęcia które, bo te zaklęcia latały w powietrzu co kilka sekund, to nie było jednak istotne. W końcu stworzenie padło na ziemię i wreszcie mogli zobaczyć jak się prezentuje. Faktycznie była wielka, chociaż tyle z tej opowieści się zgadzało, nie zmieniało to jednak faktu, że Yaxley nadal była wkurwiona o to, jak się potoczyło to polowanie. Nie tylko ona była wkurwiona, akromantula najwyraźniej miała takie samo nastawienie jak Geraldine. Dostrzegła moment, w którym Ambroise złapał za kuszę i strzelił nią w bestię, rozczuliło ją to nawet trochę, bo najwyraźniej słuchał tego, co do niego mówiła. Nie mogła się jednak cieszyć tym momentem zbyt długo, bo najwyraźniej to nie zadziałało w pełni, no nie zdechła tylko dalej próbowała go zjeść. - Masz kurwiu za swoje... - Krzyknęła jeszcze w momencie, w którym wyciągała sztylet z cholewki swojego buta. Wbrew pozorom te jej trepy były bardzo praktyczne - przynajmniej podczas polowania. Później panna Yaxley jak zawsze wykazała się działaniem pełnym rozsądku - wzbiła się w powietrze i skoczyła na stworzenie, właściwie to po stwierdziła, że wbije jej sztylet w łeb, dzięki czemu ona w końcu wyzionie ducha. RE: [09.1966] soif de vivre || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 22.10.2024 - Cieszę się, że stawiasz sprawę tak jasno - zauważył bez mrugnięcia okiem czy drgnięcia mięśnia twarzy, po czym skwitował to wzruszeniem ramionami. Nie był sarkastyczny. Rzeczywiście doceniał tę bezpośredniość i szczerość przekazu płynącego z ust jego dziewczyny. To był bez wątpienia jeden z tematów, które powinni poruszyć prędzej czy później. Oboje nie byli zbyt wprawni w prowadzeniu dyskusji na temat uczuć, toteż nie wymagał od nich zbyt głębokich analiz tej sytuacji. Geraldine nie musiała mu nic wyjaśniać. To było w tym wszystkim najpiękniejsze w swojej prostocie. Ambroise po prostu wiedział. Wystarczyło dłuższe spojrzenie i dwa kiwnięcia głową. Jeden porozumiewawczy pomruk pod nosem zamiast wypowiedzianego na głos: - Daj mi znać, jeśli coś się zmieni, okay? Załatwił to najbardziej gładko jak tylko się dało, aby żadne z nich nie wyszło z tej przelotnej rozmowy z niewłaściwym wrażeniem. Czuł zadowolenie z tego jak dobrze dopełniali się również na tej płaszczyźnie. Nie chciał działać oficjalnie bez całkowitej chęci ze strony obojga, a sprawę znacząco ułatwiała świadomość, że oboje nie pałali chęcią ku narzuceniu sobie dodatkowych sztywnych ram postępowania. Nie tak wyglądało ich idealne życie. Budowali je według własnych reguł gry. Na bazie kompromisów, czasami może podszytych mocną chęcią postawienia na swoim, bo oboje byli przy tym chorobliwie upartymi ludźmi, ale ostatecznie po tych wszystkich sekretach, jakie miały ujście kilka miesięcy wcześniej, Ambroise nie sądził, że może istnieć cokolwiek, odnośnie czego nie będą w stanie porozmawiać. Bez wątpienia niektóre z tych rozmów miały nie być tak spokojne i pełne wyrozumiałości, ale liczył się ostateczny efekt a ten miał być pozytywny. Musiał być. Po tym wszystkim, co razem przeszli i co sobie wyznali, wymieniając się częścią kontroli, otwierając przed sobą nawet najbardziej zakurzone malutkie szufladki w duszy - pełne sekretów, kurzu i pająków. Miał pewność, że to musiało być trwałe. Mało kto wytrzymałby z kimś takim jak on. Musiał to przyznać pomimo wręcz absurdalnej ilości odniesień, jakie robił do bycia najlepszą partią. Nie bez powodu przez lata stronił od czegokolwiek trwałego. Nie chodziło nawet o to, że nie chciał ryzykować złamanego serca. Po prostu nie był w stanie go przed nikim otworzyć. Spotykał wiele kobiet na swojej drodze. Żadna nie wzbudzała w nim tak silnych emocji. Nie była w stanie go rozgonić a potem uspokoić w przeciągu zaledwie kilku minut. Nie dawała mu pewności, że z powodzeniem sama poradzi sobie ze wszystkim, co mu imponowało (choć nie powiedziałby tego na głos) ale jednocześnie nie pozwalała mu otoczyć się opieką. Starał się nie przekraczać niepisanych granic, dając od siebie wszystko, ale nie żądając zbyt wiele. On - człowiek twardo wierzący w sens reguły wzajemności. W tym wypadku nie oczekiwał. Miał wszystko, czego mógłby pragnąć a nawet znacznie więcej. Te wszystkie rzeczy, o których nie wiedział, że mogą w ogóle zaistnieć w przypadku osoby tak uwikłanej w wątpliwe moralnie sprawy jak on. Kogoś, kto nie wyobrażał sobie życia w klatce zobowiązań. Tymczasem świadomie zakładał przydomowy ogródek, uczył się przyrządzać coś więcej niż eliksiry - coś zjadliwego, choć piekarza czy cukiernika zdecydowanie nie miało z niego być. Przynosił kwiaty do domu. Dbał o atmosferę i drobne gesty czułości. Nie nadużywał słów. Czasami wręcz był nadto milczący w wyznaniach, które mogłyby mieć naprawdę słodki smak, gdyby wypowiedział je na głos, ale milczał. Czasami zapominając się tak jak w tej chwili i dopowiadając coś do rozmowy wcześniej prowadzonej spojrzeniami. - Profilaktycznie uprzedzam. Znasz mnie - zaakcentował dokładnie to, co już doskonale wiedziała na jego temat: traktował ją jak równą sobie, jak swoją partnerkę i kogoś, z kim chciał spędzić resztę życia, ale jednocześnie bardzo poważnie traktował swoją rolę, poczucie obowiązku i nie chciał niedopowiedzeń. Poruszanie się po grząskim gruncie nie wchodziło w grę, kiedy udało im się zbudować coś na stabilnych podstawach. Nie rozmawiali o tym całkowicie wprost, ale nie sądził, aby pozostawiał pole do niedopowiedzeń. Słysząc od niej stanowcze słowa przeczące temu, że mogłaby potrzebować od niego czegoś więcej, przyjmował to do wiadomości, akceptował, aprobował i nie zamierzał poruszać tego tematu ani postępować wbrew jej oczekiwaniom. Rozumiał, dlaczego mogła nie chcieć od niego nic oficjalnego. Odpowiadało mu to prawdopodobnie równie mocno, co jej, szczególnie że nie przejmował się swoim kawalerskim stanem. W tym momencie nie było podstaw do tego, aby dalej plotkować na temat jego podejścia do związków. Mimo to w dalszym ciągu słyszał co nieco na swój temat, uniesieniem brwi kwitując wszelkie niewybredne komentarze. Czasami nie tylko jemu obrabiające dupę, a odnoszące się również do niego i Geraldine. To sprawiało, że tym niechętniej chciał grać pod publiczkę. Jeśli mieliby posunąć się dalej w oczach otoczenia (we własnych to było naturalne i nie wymagało publicznych przysiąg) chciał mieć pewność, że oboje są na to zdecydowani i gotowi na kilka miesięcy wywrócić swoje spokojne życie do góry nogami. Później najpewniej wracając do upragnionego życia zgodnie z własnymi regułami, ale wszystkie przygotowania do rzędu uroczystości zawsze były cyrkiem na kółkach. Był jednym z ostatnich osób ze swojego otoczenia, które nie miały tego za sobą, więc zdążył naoglądać się, napomagać i nauczestniczyć w wielu takich ciągach przyjęć. Całkowicie świadomie od tego stronił... ...ale miał pewność, że zgodziłby się przechodzić przez to wszystko, gdyby to było to czego chciałaby jego ukochana. Nie wyobrażał sobie siebie w tej roli. Prawdę mówiąc nigdy nie planował być czyimś mężem, ale to samoistnie zaczęło ulegać zmianie odkąd Ambroise pojął, że tak właściwie to była kwestia czasu. Tak właściwie to czasu i miejsca, które musiały zgrać się odpowiednio, żeby mógł trafić na kogoś, dla kogo byłby w stanie rozważyć zmianę większości swoich przekonań odnośnie życia rodzinnego. Rzecz jasna nie od razu. To był powolny proces, ale na tej płaszczyźnie nie miał już aż tylu niemniej jednak nie. Tu mógł poczuć się bardziej elastyczny. Wszystko, byleby mieć z nią długą wspólną przyszłość pełną barw i tchnienia kreatywności, którego zdecydowanie im nie brakowało i nie miało zabraknąć. - Obiecuję ci to - a nie rzucał słów na wiatr, tak? Był słownym człowiekiem. Lojalnym temu, w co wierzył i ludziom, którzy byli dla niego istotni. A ona właśnie taka była. Ma moitié - drugą połówka. Nie krył się z tym określeniem, choć nigdy właściwie go nie wyjaśnił. To było jego czułe słówko. Jawny sekrecik? Coś, czego nawet jeśli była świadoma to z nim nie poruszała, więc mogli cieszyć się tym w ciszy. Niewypowiedziane słowa były równie znaczące, co te zadeklarowane. Bywało, że czuł potrzebę złożenia obietnicy na głos, żeby podkreślić wagę tego, czego zamierzał dopilnować. Czasami nie wahał się przypominać o tych usłyszanych przyrzeczeniach, sugerując, że nadeszła odpowiednia okazja, aby je wypełnić. Z nią zresztą trudno byłoby o brak takiej okazji. To praktycznie się nie zdarzało. Natomiast bycie tutaj w tym konkretnym lesie miało wyłącznie uświetnić wszystko, co planowali już przed Lithą, więc okrucieństwem wobec siebie nawzajem (nawet większym niż to, jak bardzo się teraz wstrzymywali z dotykiem) byłoby z tego nie skorzystać... ...po polowaniu. Czemu to musiało być tak późno? No cóż. Przynajmniej spróbował odwrócić swoją uwagę eliksirami. - Nie wiem czy nie wolałbym sam obdarzyć cię tym nieoficjalnym patronatem - odrzekł niespiesznie, powoli ważąc słowa w zamyśleniu. - Choć to może złe słowo. Po prostu nie wiem czy nie lepiej będzie, jeśli rozważymy najbardziej oczywiste możliwości - a więc to, że podejmą współpracę pod kilkoma konkretnymi warunkami i nie robiąc wokół tego zbyt wiele szumu, ale dając do zrozumienia, że ona ma świadomego, poinformowanego pośrednika a on dostawcę znającego się na rzeczy. Tym samym nie musieliby być ze sobą otwarcie powiązani w tamtym świecie. Tylko trochę zwiększyliby ryzyko powiązania ich interesów ze sobą. A korzyści mogłyby być niewymierne. Z drugiej strony nie miał czasu na głębsze rozważania a wątpliwości również przenikały mu umysł pod postacią tych samych myśli, co z początku: że to mogło zbyt mocno i parszywie odbić się na ich mirze domowym, który był dla Greengrassa ważniejszy. To nie była odpowiednia chwila na dzielenie się swoimi za i przeciw. Tym bardziej, że może byli w lesie, ale las także miał oczy i uszy. Tysiące, setki tysięcy oczu i uszu. - Nie dzisiaj - przytaknął bez wahania, szczególnie słysząc te następne słowa, na dźwięk których rozszerzyły mu się źrenice. - Oj zajmiemy się nimi. Bez dwóch zdań - pochłaniał ją wzrokiem. W dalszym ciągu nie mógł ani nie chciał zbyt wiele na to poradzić. - Wiesz, że wcale nie musimy czekać na nadejście wieczoru? - Nie mógł nie spróbować ten ostatni raz, bo skoro ponownie poruszyli naprawdę obiecujący temat to grzechem byłoby nie wspomnieć, że polowanie dało się odrobinę odłożyć w czasie. Szczególnie, że było stosunkowo wcześnie. Mieli naprawdę dużo czasu. Przynajmniej w oczach Greengrassa, który nie znał się na polowaniach i tym, ile trwają. Dla niego wyprawy do lasu były znacznie bardziej przewidywalne i dało się mniej więcej wyrokować, ile mogą zająć. Z pewnością nie aż tyle, żeby musieć odwlekać najprzyjemniejszą część dnia, pozostawiając ją na sam wieczór. Najpewniej późny. Patrzył na to znacznie bardziej niechętnie niż na obcisłe spodnie swojej kobiety. Okrutnie wodziła go za nos. Musiała to kiedyś wreszcie przyznać. Nawet jeśli robiła to wszystko, żeby zrobić mu naprawdę przyjemną niespodziankę, z której cieszył się jak chłopiec tuż przed dostaniem prezentów urodzinowych. Nie spodziewał się, że będą robić coś takiego, toteż podszedł do tego z jeszcze przyjemniejszym zaskoczeniem. Nie spodziewał się również tego, że szybko zmieni się w wątpliwą przyjemność walki z czymś, co bez wątpienia było dziełem wpływu czarnej magii. Nie dało się tego zakwestionować ani temu zaprzeczyć. Bestia była zwinna, silna i przede wszystkim niewidoczna. Na ich szczęście (choć bardziej podkreśliłby tu naturalny talent i imponująco płynną współpracę) tylko do momentu dostania zaklęciem. Nareszcie takim, które pomknęło wprost do celu, ujawniając akromantulę w pełnej skurwionej krasie. Wściekłą, rozjuszoną i gotową zjeść go jednym kłapnięciem zębów, gdyby nie cios kuszą (no, mógłby być z kuszy, ale z dwojga złego lepiej w tę stronę niż w żadną). - Och, och - sapnął Ambroise, śledząc wzrokiem upadającą kuszę a następnie ten nagły akrobatyczny pokaz w wykonaniu ukochanej. No cóż. Mógł się spodziewać, skąd czerpała inspirację w domowym zaciszu. Natomiast obserwowanie tego z tego poziomu, gdy chodziło o rzeczywiste zagrożenie a nie o rozgorączkowane igraszki było... ...imponujące? W rzeczy samej. Raczej nie spodziewał się tego, z jaką lekkością była w stanie utrzymać się na wielkim, szamoczącym cielsku olbrzymiego pająka. Prawdopodobnie powinien od razu zareagować na to w jakiś aktywny sposób, ale przytkało go na dobre kilka chwil. Wystarczające do systematycznego wbijania sztyletu w łeb potwora, który z pełną pewnością powinien paść od tego trupem, ale ewidentnie nie dostał takiej informacji. Nie grał zgodnie z przewidywalnym scenariuszem. Ani myślał zdechnąć. Czy przy życiu podtrzymywała go czysta wściekłość i żądza krwi, czy czarna magia, eliksiry lub coś jeszcze, o czym nie mogli teraz wyrokować - to nie było jasne. Natomiast wcale nie należało zbyt wiele się zastanawiać. Przynajmniej nie do momentu, kiedy nie będą w stanie zająć się truchłem. - Kuszą? - Ni to zaoferował, ni to zawyrokował, ni to zasugerował powrót do pierwotnego rozwiązania tylko ze znacznie bliższego dystansu. Był gotowy rzucić jej tę kuszę lub ze znacznie mniejszym prawdopodobieństwem spróbować uruchomić to ustrojstwo i oddać jak najcelniejszy strzał z odległości między gigantyczne, paciorkowate oczy akromantuli. Niezależnie od rozwiązania w żadnym przypadku nie zapewniał, że rzut lub strzał doleci. Pająk zdążył odszarpać się już całkiem daleko. W dalszym ciągu niekontrolowanie się rzucając. Na tyle, że Greengrass wolał nie ryzykować rzucania zaklęcia. Przynajmniej, dopóki Geraldine w dalszym ciągu siekała bestię od góry, siedząc na niej jak co poniektórzy (debilni) mugole na byku. To było ich pierwsze prawdziwe wspólne polowanie, toteż jeszcze starał się być bardziej wyrozumiały dla kompletnego braku planu i improwizacji. Jedynie raczej pilnie poszukiwał możliwości uwzględnienia się w sytuacji bez niepotrzebnego wtrącania się w coś, o czym nie miał zielonego pojęcia. Piękne stare czasy, kiedy (jeszcze) starał się słuchać poleceń i opinii bardziej doświadczonej osoby zamiast porywczo rzucać się do akcji. Ach, łezka kręci się w oku... ...później było już coraz gorzej, przez lata nakręcając spiralę porywczości, ale no... ...nie o tym... Pająk - wielkie, włochate bydle o twardej skórze i inteligencji błyszczącej w ogarniętych pierwotną żądzą oczkach jak paciorki. Musiał zginąć. Najlepiej czym prędzej. RE: [09.1966] soif de vivre || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 22.10.2024 Przytaknęła mu jedynie. Nauczyła się, że mówienie wprost o swoich oczekiwaniach było dość istotną sprawą. Po tym, co przeżyli na początku tego roku zdecydowanie wolała jasno określać swoje potrzeby. To ułatwiało wspólne funkcjonowanie w tym świecie. Wiedziała, że nie ominie ich ten temat, musieli to też przegadać, żeby mieć jasność i wspólnie określone cele. To było dość istotne. Najistotniejsze było to, że potrafili już mówić o tym, co nie do końca było wygodne. Mieli świadomość jak wyglądają kolejne etapy życia wśród arystokracji. Jasne, mogli jeszcze przez jakiś czas udawać, że to ich nie dotyczy, ale to nie miało sensu. Temat wyszedłby prędzej, czy później. Niestety tak funkcjonował ten świat, którego byli częścią. Nigdy tego do końca nie zaakceptowała. Nie podobało jej się to, że tak usilnie podążano za tymi dawno przyjętymi zasadami. Wiedziała, że to nie jest jej sposób na życie. Nigdy nie zależało jej na tym, żeby przesadnie się dostosowywać, było to zdecydowanie łatwiejsze, kiedy miała go u swojego boku, kiedy jej rodzina wiedziała, że jest ktoś z kim łączy swoją przyszłość. To było bardzo wygodne, bo przestali wchodzić z butami w jej życie, przynajmniej jak na razie. Nie poruszali tematu ewentualnego małżeństwa, bo samo to, że zaczęło ją łączyć coś z kimś z odpowiednich kręgów było wystarczające. Tym bardziej, że powtarzała usilnie, że nigdy do tego nie dojdzie, jak widać to się zmieniło. Pewnie myśleli, że bardzo szybko zmieni też podejście do tych bardziej konkretnych spraw. Ona jednak nie zamierzała się spieszyć, i nie wynikało to z braku pewności co do zamiarów Ambroisa, tylko z tego, że była to kolejna rzecz, którą mieli zrobić po swojemu. Najchętniej w ogóle ominęłaby tę oficjalną fetę, ale wiedziała, że to raczej nie było możliwe. Kiedyś będą musieli to zrobić, przez kilka miesięcy zaangażować się bardziej w pokazywanie się w odpowiednich kręgach, które powinno zostać zakończone wielkim przyjęciem weselnym. Nie znosiła takich sytuacji, nie czuła się w nich dobrze, mimo, że całkiem nieźle radziła sobie na salonach. Zdecydowanie wolałaby uniknąć bycia centrum zainteresowania tych wszystkich ciekawskich ludzi. Chciała ich trzymać jak najdalej od ich wspólnego życia, które tworzyli. Tak było wygodniej, bezpieczniej, lepiej. Zauważyła, że coraz prościej przychodziła im rozmowa. To było całkiem pokrzepiające, dzięki temu nie pozostawiali ani grama pola na domysły, które mogły mieszać im w głowach. Właściwie układali sobie po swojemu całe życie, każdy jego element, dzięki czemu nic nie działo się bez przyczyny, nawet w tym ich sporym chaosie. Potrafili sobie radzić ze wszystkim, co los rzucał im pod nogi. Oczywiście nie zawsze przychodziło im to łatwo, jednak nauczyli się kompromisów, pomimo tego, że oboje byli bardzo uparci i lubili stawiać na swoim. Yaxleyówna sama miała wrażenie, że dzięki niemu dojrzała. Nauczyła się dostrzegać coś więcej niż tylko swoje racje, to był spory krok ku zmianom na lepsze. Ogólnie wydawało jej się, że dzięki niemu stawała się trochę innym, jednak może faktycznie lepszym człowiekiem. Nie myślała tylko o sobie, to już dawno było za nią. Priorytetem stało się ich wspólne dobro, ich plany na przyszłość, która miała być bardzo kolorowa. Na pewno nie zamierzała dopuścić do tego, żeby zabrakło w ich życiu tego żaru, który aktualnie je wypełniał. Zresztą nie sądziła, że możliwe jest to, aby się on wypalił. Miała wrażenie, że zostali dla siebie stworzeni, że jakaś wyższa siła sprowadziła ich na swoje drogi z większego powodu. Razem tworzyli idealną całość. Po tym jak zaczęli być ze sobą tak blisko nie potrafiła sobie wyobrazić siebie bez niego. - Tak, znam cię. - Doceniała to, że dzielił się z nią swoimi przemyśleniami. Była świadoma wszystkiego, co miało się dziać w ich życiu. Ambroise okazywał jej sporo szacunku tym, że traktował ją jako równą sobie. Wiedziała, że to nie jest typowe zachowanie, nie u większości mężczyzn. Rzadko kiedy wprowadzali swoje kobiety w swoje sprawy. Raczej ich zdanie nie wydawało im się istotne. W ich przypadku było zupełnie inaczej, byli w stanie dyskutować niemalże o wszystkim, pokazywać sobie różne strony problemu, a później razem ustalać wspólny front. To też nie było wcale takie łatwe w przypadku ich dosyć mocno upartych charakterów, ale jakoś udało im się wypracować metodę. Czasem wymiana zdań była trochę napięta, ale to nie było ważne, grunt że udawało im się później dojść do konsensusu. Emocje opadały i wszystko wracało do najlepszego porządku. To było ważne, bo nie było istotne to, w jaki sposób dyskutowali, tylko to, że potrafili później uspokoić nerwy i znajdować wspólne rozwiązania. - Lubię takie obietnice. - Dodała jeszcze, bo to oznaczało, że faktycznie bardzo szybko jej oczekiwania zostaną spełnione. Ambroise nie rzucał słów na wiatr, dotrzymywał obietnic. Przynajmniej jak na razie nigdy jej w tym nie zawiódł, a to w przypadku tego dnia wiązało się z jego całkiem przyjemnym zakończeniem, którego zdecydowanie chciało każde z nich. Dobrze było wiedzieć, że czas właściwie nie miał wpływu na to, jak wygląda ich relacja, nadal pragnęli siebie tak samo mocno, jak na samym początku, tak właściwie to wydawało jej się, że ona jeszcze usilniej. Jakby każdy mijający dzień powodował, że był bardziej jej. Nie sądziła, że kiedykolwiek będzie w stanie się nim w pełni nasycić, ciągle pragnęła więcej i więcej, bez względu na to ile by od niego nie dostawała. Wpatrywała się w niego dłuższą chwilę, kiedy wspomniał o swoim własnym patronacie. Czyli dobrze podejrzewała, dobrze jej się wydawało. Była to chyba najbardziej oczywista opcja, chociaż nie do końca dokładnie ją zakładała. - Możemy to przedyskutować. - Tak, nie zamierzała od razu skreslać takiej możliwości, chociaż miała świadomość, że to mogło nieco skomplikować ich wspólne życie. Powinna się zastanowić nad tym, czy nie za bardzo namiesza to w ich relacji. Nie do końca czuła, że odpowiednia może być kooperacja na wszystkich płaszczyznach życia. Wydawało jej się zresztą, że służyło im niezbyt mocne zaangażowanie w to, czym się zajmowali zawodowo. Nie dało się jednak ukryć, że te zajęcia można było ze sobą powiązać, bo zajmowali się poniekąd tym samym, tylko trochę na innych etapach. Może faktycznie to było nieuniknione? Cóż, powinni to przegadać, to była najlepsza opcja. - Wiem, bo przecież my nic nie musimy. - Dodała uśmiechając się przy tym od ucha do ucha. Już dawno doszli do tego, że nic nie musieli, a wszystko co robili było spowodowane tylko i wyłącznie chęcią. - Cierpliwość to ogromna cnota, Roise. - Dodała jeszcze. Tak, sama miała z nia ogromny problem, ale próbowała się jej nauczyć. To wcale nie były łatwe lekcje, szczególnie, gdy znajdował się tuż obok niej i patrzył na nią w ten sposób. Mimo wszystko coś już sobie założyła i zamierzała doprowadzić to do końca, później będzie czas na te prawdziwe przyjemności. Geraldine potrafiła sobie coś naprawdę mocno ujebać, i ciężko było z tym walczyć, bez względu na to, jak silne argumenty się pojawiały ku temu, aby skłonić ją do zmiany zdania. Ambroise aktualnie posiłkował się tymi najsilniejszymi, a i tak udawało jej się z tym walczyć. Przynajmniej starała się, aby dokładnie tak było. Nie zmieniało to faktu, że gdyby w tej chwili spróbował jej chociaż dotknąć, to nie byłoby już odwrotu. Byłaby gotowa porzucić wszystko, aby w pełni mu się oddać, tu i teraz. Na szczęście nie siegnął po te metody, bardzo dobrze, bo to by był dopiero cios poniżej pasa. Wolała myśleć, że ma nad tym co robi chociaż odrobinę kontroli. Nie zakładała, że będzie musiała modyfikować swój sprytny plan. Nie, żeby jej to sprawiało większe problemy, bo to zazwyczaj było płynne. W przypadku łowców nigdy przecież nie można mieć pewności, co faktycznie zastaną na miejscu, to na pewno było nieco bardziej nieprzewidywalne od tego, czym zajmowali się chociażby tacy zielarze, nie, żeby umniejszała ich osiągnięciom. Myśliwi musieli być bardzo elastyczni, na całe szczęście Geraldine myślała szybko, to znaczy bardziej działała szybko, bo nie zawsze było to spowodowane jakimiś dlugimi przemyśleniami. Działała spontanicznie, tak, to było pewne. Nie było w niej strachu, to mogło być nieco kontrowersyjne, ale zdecydowanie nie lękała się potwora z którym przyszło jej walczyć, wręcz przeciwnie widać było w jej oczach błysk spowodowany możliwością zmierzenia się z bestią. Uwielbiała to uczucie, kiedy adrenalina zaczynała krążyć w jej żyłach, gdy przestawała się zastanawiać nad swoimi czynami i po prostu płynęła z prądem, tak jak teraz. Brakowało w tym wszystkim głębokich przemyśleń, ale nie wydawało jej się to istotne, liczyło się tylko zabicie bestii, nic więcej. Nie zastanawiała się nad tym, że to w sumie pierwszy raz, kiedy Ambroise widział, jak działała, może to i lepiej, bo wtedy pewnie zabrakłoby jej tej uroczej spontaniczności. Wyciągała i wbijała sztylet w łeb potwora, przy okazji walczyła z tym, żeby nie spaść z jego grzbietu, co wcale nie było takim prostym zajęciem, ale to nic nie dawało. Miała wrażenie, że to jednak nie będzie takie proste. Niestety. Zeskoczyła w końcu z bestii, właściwie to sturlała się z niej na plecy. - Tak. - Tylko tyle była w stanie z siebie wyrzucić, wyciągnęła jednak przy okazji rękę, aby złapać kuszę, liczyła na to, że Ambroise domyśli się tego, że oczekuje iż jej ją rzuci. Wtedy w końcu sięgnęła do kołacznu po bełty i zaczęła strzelać, teraz widziała swój cel, wiedziała bardzo dobrze co musi zrobić. Starała się strzelić jak największą ilością w potwora, nie było szans, żeby mógł to przeżyć, nawet jeśli był modyfikowany przy pomocy czarnej magii. Wszystko można było zabić i zamierzała teraz to udwodnić. Gdy skończyły jej się bełty w końcu opadła na ziemię, oddychała spokojnie, nie spoglądała na akromantulę, miała nadzieję, że to wystarczyło, bo inaczej będzie musiała zacząć w sobie szukać pokładów energii, które były bardzo głęboko ukryte. RE: [09.1966] soif de vivre || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 22.10.2024 Odnosił wrażenie, że rzeczywiście znała go znacznie lepiej niż ktokolwiek inny. Nawet własnej rodziny nie wciągnął tak głęboko w to, co robił i kim był. Nie mówiąc o przyjaciołach, których wolał obdarzać lojalnością i opieką, nie dostarczając im powodów do niepokoju ani nie uświadamiając nikogo o niebezpieczeństwach. Zazwyczaj raczej starał się odgonić ludzi od ryzyka. Geraldine była wyjątkiem. Wiedział, że to był tak samo jej świat jak jego. Robili bardzo podobne rzeczy, choć na innych poziomach i etapach. On był raczej kimś, kto włączał się już po fakcie - po tym, gdy ktoś taki jak ona zadbał o wytropienie i upolowanie bestii, przyniósł ją zleceniodawcy lub pośrednikowi, który podejmował dalsze kroki w kierunku sprzedaży, podzielenia na składniki, przerobienia na preparaty. Oboje pracowali w terenie, ale robiąc całkiem inne rzeczy. Nie zamierzał czynić jej wyrzutów o narażanie się, skoro sam mógłby dostać takimi w formie rewanżu. Już to zrobili. Tak właściwie jednokrotnie w naprawdę paskudny sposób i parokrotnie w formie niezadowolonych, drobnych nawiązań podczas spin, których nie dało się uniknąć. Nie w przypadku tej więzi, którą mieli, a która sprawiała, że jednocześnie jej ufał i starał się być kimś godnym zaufania. Nie widział innej możliwości. Przyszłość malowała się jasno. Dopóki podejmowali decyzje wspólnie i w zgodzie ze swoimi przekonaniami, dopóty nie potrzebował nic więcej poza nimi, ich domem, wspólnotą. Wszystko inne było zbędne. - No więc czemu się powstrzymujemy? - Spytał zaczepnie z dłońmi wyciągniętymi z kieszeni po to, żeby zapleść ramiona na piersi, wychylił się przy tym w przód. Niby nic nie musieli a jednak coś (nie, nie coś, to była czysta przekora) sprawiało, że gadali zamiast przejść do czynów. W teorii wystarczyło, żeby wykonał jeszcze jeden jawny krok, tym razem już bez odsuwania się od Geraldine, ale z drugiej strony chciał zostawić jej trochę pola do popisu. Lubił, gdy przejmowała inicjatywę w odpowiednio nakręcony sposób. Tyle tylko, że z oślim uporem nie schylała się, żeby podjąć rękawicę. Mógł się tego spodziewać, jednakże wciąż westchnął ciężko. Szczególnie na te kolejne słowa. Bezsens. - Nie jestem Macmillanem - podkreślił, jakby nie była świadoma tego, że nie miał niemal żadnego powiązania z naczelnymi czarodziejskimi kapłanami; religia nie była czymś, do czego Greengrass przykładał szczególną uwagę, raczej nie postępował zgodnie z tymi duchowymi wskazówkami. Wręcz przez większość czasu się z nimi dyskretnie mijał. - Jeśli już to Mulciberem - dodając po chwili namysłu, posłał jej pozorumiewawczy uśmieszek. Nie można mu było odmówić powiązań z tą częścią rodziny, nawet jeśli jego własna matka nie była osobą, z którą Ambroise utrzymywał jakiekolwiek kontakty. Nie został wymazany przez swoich krewniaków. Bądź co bądź, spędził z nimi połowę młodości, szczególnie od czasu, kiedy Evelyn Rowle zaczęła być Evelyn Greengrass i dom w Dolinie Godryka stał się mu znacznie bardziej obcy i nieprzyjazny. To z kuzynkami z Mulciberów trzymał się w dzieciństwie, nieświadomie przyswajając sporą dawkę ich wpływów. Tym bardziej, że większość z nich była starsza i wtedy wydawała mu się (im zresztą również) dorosła. Obecnie również nie stronił od kontaktów z ludźmi, którzy po wyborze mugolaka na Ministra Magii niemalże całkowicie wycofali się w cień. Tym łatwiej znalazł dzięki temu z nimi wspólny język, korzystając z wpływów, kontaktów a czasami również renomy na Ścieżkach. Należało mu się to jak smokowi zamek pełen kosztowności. To sprawiało, że jeszcze bardziej oddalał się od bycia cnotliwym - czy to pod kątem zachowań, czy to cierpliwości i opanowania trawiącego go ognia. Nie mogła tego sama podsycać a potem dziwić się woni dymu. W przypadku Mulciberów aż prosiło się stwierdzić, że ten mógł być całkiem przyjemny, kadzidłowy i otumaniający. Jeśli już miał czemukolwiek zawierzyć to jej, nie ludziom usiłującym narzucić mu to, co powinien robić, jak należało według nich postępować i w co wierzyć, by być dostatecznie cnotliwym, aby doznać duchowego wzniesienia jeszcze za życia. Geraldine Yaxley mogła być jego nową religią. Z tym, że nie było w niej miejsca na standardowe boskie cnoty. Sami ustalali, co było a co nie było właściwym sposobem wyznawania siebie nawzajem. Milcząca, platoniczna adoracja była pozbawiona sensu. Nie widział powodu, żeby być męczennikiem, więźniem swoich własnych tłumionych popędów, wyższym człowiekiem, nic z tych rzeczy. Pod kątem cierpliwości, była mu ona zazwyczaj dość nieznana i nie po drodze. Potrafił zachować pokerową twarz, zaczekać na odpowiedni moment, ale nie przy Geraldine. Tu dopiero uczył się wstrzemięźliwości, nie będąc przy tym zbyt pojętnym magistrantem. Rozkładał ręce - co mógł na to poradzić, jeśli nie chciał nic na to radzić? Po co zmieniać coś, co działa? Zawsze tak twierdził i nawet jeśli to, co między nimi zaistniało było w pewnym stopniu sprzeczne z tym podejściem do życia (wcześniej działało bycie samemu, teraz widział, jak marne to było) to uważał ich relację raczej za potwierdzenie reguły. Szanując wzajemnie swoje nawyki i charaktery, tworzyli naprawdę dobrze działający związek. Nie musiał wywracać wszystkiego do góry nogami, żeby się dostosować do jej potrzeb i oczekiwań. W drugą stronę działała ta sama zasada wzajemności. Usiłował odsunąć od siebie przejawy niepokoju i chęci ochrony Geraldine przed całym złem tego świata, bo od wielu lat obracała się w tym skutecznie, manewrując w trudnych warunkach bez jego wkładu (starał się o tym pamiętać). Raczej przejść z tym do porządku dziennego, spróbować wszystko rozumieć, akceptować, wspierać a nie blokować. W pewnym sensie to polowanie było dowodem, że mogli działać jako naturalny duet. Być może myśl o nawiązaniu ostrożnej współpracy nie była tak głupia? W innych okolicznościach pewnie czepiłby się tego słówka dla zasady. Natomiast w tej chwili miał jasność, co do jej oczekiwań a sytuacja nie sprzyjała żartom, więc bez dalszego zawahania zamachnął się kuszą tak, żeby dorzucić ją w ręce Geraldine. Całkiem nieźle i bez większego przeliczenia się w analizie toru lotu. Później z pewnością zamierzał nawiązać do swojego własnego cela. Szczególnie, że mowa była o kuszy a wszystko, co dotyczyło Yaxleyówny i tej broni stanowiło dla Ambroisa doskonały materiał do żartów. Obecnie był skupiony, zbyt skoncentrowany na pająku i walczącej z akromantulą Geraldine, żeby pozwalać sobie na jakiekolwiek reakcje mogące rozproszyć którekolwiek z nich. Szykował się na okoliczność natychmiastowej reakcji. Nie miał zamiaru stać jak kołek, jeśli nadarzy się okazja i będzie potrzebny. Aktualnie widział, że mógłby być raczej zbędnym elementem w naprawdę popisowej walce, więc nie zaangażował się bez potrzeby, zamiast tego bacznie obserwując rozwój sytuacji do momentu, kiedy bestia osunęła się na ziemię z ciężkim, głuchym tąpnięciem, targana pośmiertnymi drgawkami. - Jasna cholera - sapnął z koktajlem skrajnych emocji, nie ruszając się z miejsca przez kilka kolejnych sekund, zanim nie mrugnął i nie wychylił się w przód, robiąc kilka kroków. - Zdechła? - wyglądała na martwą, ale wolał się profilaktycznie upewnić zanim dopuści do siebie możliwość rozluźnienia ciała i całą resztę reakcji w następstwie walki. Wielokrotnie był świadkiem różnych starć. Leczył ich konsekwencje, rany doznane w trakcie walki zarówno z ludźmi, jak i ze stworzeniami tego pokroju, choć chyba jeszcze nigdy nie chodziło o coś tak jawnie spaczonego czarną magią. Mimo to jeszcze nigdy nie zareagował na to w taki sposób - rozszerzonymi źrenicami i falą gorąca, przesuwając językiem po zębach. - Zapomnij o wieczorze - nie było mowy, kurewsko go tym nakręciła. RE: [09.1966] soif de vivre || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 22.10.2024 Yaxleyówna również nie chwaliła się specjalnie nikomu tym, co robiła w wolnym czasie. Nie chciała wysłuchiwać niepotrzebnych komentarzy najbliższych. To było zbędne, wolała aby nie wiedzieli o tym, czym się zajmowała. Nie chciała się dzielić tą częścią życia z nikim. To było niepotrzebne. Mimo wszystko otworzyła się przed Ambroisem, przed nim nie chciała mieć żadnych tajemnic. Czuła, że to byłoby nieodpowiednie, za bardzo jej na nim zależało. Zresztą dosyć szybko doszli do tego, że i to ich łączy. Lawirowali na granicy dwóch światów i całkiem nieźle im to wychodziło. Zdarzyło im się może na początku nieco o to pokłócić, to nie należało do tych szczególnie przyjemnych wspomnień, aczkolwiek z czasem wszystko sobie wyjaśnili i znaleźli metodę, aby nie doprowadzać do kolejnych niesnasek. Ona sama uważała, że to byłaby hipokryzja, gdyby czepiała się go o to, że zajmuje się nie do końca legalnymi rzeczami, przecież robiła to samo. Może też dzięki temu łatwiej było jej to zaakceptować, nie sądziła, aby ktoś spoza ich kręgu byłyby w stanie to zrozumieć. To wcale nie było takie łatwe. Właściwie mieli sporo szczęścia, że trafili akurat na siebie, to ułatwiało im tworzenie wspólnego życia. Może nie miało być najłatwiejsze, ale jednak wiedzieli na co się piszą, mogli zrozumieć drugą stronę, a to było naprawdę sporo. - Bo chcemy. - Dodała przeszywając go wzrokiem. Nie, nie chciała tego robić, nie chciała się powstrzymywać, ale jasno określiła, że powinni zająć się teraz polowaniem. Zdecydowanie nie zamierzała zmieniać zdania, bo nie wyszłaby na poważną. Musiała skupić się na tym, aby doprowadzić ich do celu. To nie było najłatwiejsze polowanie w jej życiu, a wszystko przez to, że był tutaj z nią. Oczywiście nie przeszkadzała jej ta jego obecność, tylko nieco ją rozpraszała, właściwie to nie było wcale takie złe. Lubiła się z nim droczyć w ten sposób, to było całkiem przyjemne. Udawało jej się jakoś zwalczać tę palącą potrzebę, która zaczynała wypełniać jej ciało. Cóż, może kiedyś dojdzie w tym do prawdziwej wprawy, chociaż nie do końca chciało jej się w to wierzyć. Zdawała sobie sprawę, że wystarczyłby jeden gest, jedno spojrzenie, a ta jej cierpliwość o której wspominała bardzo szybko odeszłaby w zapomnienie. Na szczęście Ambroise nie podszedł do niej, nie dotknął jej, wiedziała, że wtedy polowanie musiałoby zostać przesunięte w czasie. Nie byłoby odwrotu. - Na szczęście. - Skomentowała jeszcze. W jej mniemamniu Macmillanowanie byli nieco pierdolnięci i nie do końca uważała ich za stabilnych. Oczywiście nie zamierzała ukrywać przed nim co sądzi o tej rodzinie. Religia nigdy nie była w jej życiu istotna, obchodziła sabaty, bo wszyscy to robili, ale nie doszukiwała się w tym żadnego, głębszego znaczenia. Teraz wspomniała o tej cnocie tylko i wyłącznie dlatego, żeby odwrócić jego uwagę od tego, co zamierzała z nim zrobić. Musiała zmienić temat, bo czuła, że zbliżała się do granicy swojej własnej cierpliwości, a nie miała zamiaru dać mu tej wygranej. Była uparta jak osioł, to prawda i zamierzała trzymać się bardzo dokładnie swoich ustaleń. Wszystko miało przebiegać według tego, co sobie założyła. W sumie ciężko było stwierdzić, która cecha w przypadku Geraldine miała na nią większy wpływ, czy upór, czy porywczość, pewnie w zależności od dnia i sytuacji. W tej chwili zdecydowanie był to ten ośli upór, który nie pozwalał jej w ogóle brać pod uwagę innych możliwości niż dalsze podążanie w głąb lasu. Była z siebie nawet trochę dumna, że udało jej się postawić na swoim. Lubiła wygrywać, bez względu na to, jaka by to nie była sytuacja. Zresztą miała świadomość, że tak, czy siak i tak dostanie to, czego pragneła, tylko nieco później. W sumie podwojna wygrana, czy mogłoby być lepiej? Nie. Mogło być jednak lepiej w przypadku tego starcia z akromantulą, które zdecydowanie nie przebiegało po jej myśli. Wszystko co się działo było bardzo chaotyczne, nie zakładała w ogóle takiego scenariusza, ale walka wcale nie wyglądała na bardzo niezgrabną, mimo tego, że plan się rypnął. Dobrze, że przyszła tutaj z nim, to naprawdę ułatwiło jej starcie z potworem. Nie musieli ze sobą rozmawiać, wiedzieli w jaki sposób powinni działać, aby osiągnąć sukces. Łatwo im przyszła ta współpraca, przez co może i nawet trochę mogła zmienić zdanie na temat tego, o czym mieli później dyskutować, później znaczy jutro, bo zdecydowanie nie był to temat na dzisiaj. Była wkurwiona, chciała szybko pozbyć się problemu, dlatego działała w ten sposób. W sumie nie była z niej wcale taka zła łowcza, wręcz przeciwnie, ojciec zawsze wspominał jej, że wyróżnia się na tle młodego pokolenia. Nie traktowała tego raczej szczególnie poważnie, bo co innego niby miał jej mówić? Była jego córką, w jego oczach zawsze wygrywała z innymi, bez względu na to, w jaki sposób by nie postępowała. Miała tego świadomość. Zdawała sobie sprawę, że taka seria bełtów musiała zabić akromantulę, bez względu na to w jaki sposób została zmodyfikowana. Nie było innej możliwości, no chyba, że była martwa zanim ją zaatakowali, to trochę zmieniłoby postać rzeczy. Na całe szczęście nie było, az tak źle. - Nie wiem, chyba zdechła, jakby nie zdechła, to pewnie próbowałaby nas dalej zabić. - Yaxleyówna nadal leżała na mchu i uspokajała oddech. To nie była wcale najprostsza walka, zresztą w ogóle nie zakładała, że może dojść do czegoś takiego. Miała zamiar załatwić sprawę szybko i gładko, a nie popisywać się swoimi umiejetnościami, zresztą nie sądziła, że mogłaby tym zaimponować Greengrassowi, to nie było przecież nic wielkiego. Tym zajmowała się na co dzień, wiedział o tym, jak wygląda jej życie. Z drugiej strony nigdy faktycznie nie widział jej w akcji. Podniosła się w końcu do siadu. Przeniosła wzrok na truchło stwora, faktycznie nie żył. Czyli problem został zażegnany. Ulżyło jej, że mieli to za sobą, po chwili przeniosła wzrok na swojego ukochanego. Przyglądała mu się uważnie, przeszywała go wzrokiem, trochę ciekawa jego reakcji na to, co się przed chwilą wydarzyło. Jej oczy błysnęły, kiedy usłyszała jego komentarz, teraz już nic jej nie powstrzymywało, jej upór nie był porzebny, zareagowała więc dosyć szybko po prostu wstała i znalazła się tuż obok niego. Mogła wreszcie zaspokoić tę palącą potrzebę, którą odczuwała praktycznie od samego początku wejścia do lasu. Pocałunek, który złożyła na jego ustach nie był delikatny, wręcz przeciwnie, bardzo łapczywy, jakby miał być ostatnim pocałunkiem w jej życiu. |