Secrets of London
[14.01.1971] Changes | Geraldine & Ambroise - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [14.01.1971] Changes | Geraldine & Ambroise (/showthread.php?tid=4111)

Strony: 1 2 3


RE: [14.01.1971] Changes | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 29.10.2024

Zdecydowanie oddalili się od siebie przez tą zupełnie niepotrzebną sytuację i wcale jej się to nie podobało. Była zła, że ta rozmowa toczyła się w ten sposób, bo miała wrażenie, że przez to jeszcze bardziej się mijali. To nie przynosiło nic dobrego, wręcz przeciwnie. Nie pamiętała kiedy ostatnio tak mocno się ze sobą ścieli. Nie znosiła się z nim kłócić, przez lata nauczyła się szukać kompromisów, znajdować rozwiązania, które w miarę pasowały jednej i drugiej stronie. W tej chwili nie potrafiła znaleźć czegos takiego tutaj, to chyba nie było możliwe.

- Na pewno mam większe doświadczenie od jakiegoś grajka quidditcha. - Bez względu jak dobry w sporcie by nie był, to nie świadczyło o jego innych umiejętnościach. Ona przynajmniej potrafiła obronić się siłą, w tym starciu, które stoczyła nie miało to większego znaczenia, ale potrafiła o siebie zadbać, przynajmniej w większości sytuacji, w których się znajdowała. Przecież wiedział, nie była, aż takim laikiem, na pewno miała większe szanse na przeżycie od Davida.

- Nie doszukuj się w tym logiki. - Powiedziała jeszcze chłodno, bez większych emocji, bo nie było sensu szukać czegoś, co nie istniało w tamtym momencie. Miała tego świadomość.

- Nie, nie przygotował, szkoła nikogo nie przygotowała do tego, z czym idzie im się mierzyć. - Im, nie jej. Nadal nie uważała, że ta wojna była czymś, co dotyczyło jej. Starała się oddalić tę myśl, chociaż jej zachowanie świadczyło o tym, że podjęła juz decyzję, chwyciła za różdżkę i próbowała z tym walczyć, chociaż nie do końca wiedziała jak. To nic nie zmieniało, nie była bierna na krzywdę niewinnych, nigdy nie miała w zwyczaju przechodzić obok czegoś takiego obojętnie, już w Hogwarcie stawała w obronie słabszych. Tyle, że to nie był Hogwart, to nie były tylko głupie zaczepki, a prawdziwy pokaz sztuk czarnomagicznych, powinna o tym pamiętać. Niestety tego nie zrobiła, podeszła do sytuacji lekkomyślnie - nie udawała, że to się nie wydarzyło. Miała tego świadomość, wiedziała, że to było głupie, ale teraz, teraz nie mogła już z tym nic zrobić.

- Może po prostu przestań ze mną rozmawiać, bo to i tak nie ma żadnego sensu. - Wysyczała cicho przez zęby, trudno było ją zrozumieć, bo dochodził do tego jej walijski akcent, który zawsze objawiał się w sytuacjach, w który zaczynała się denerwować. Niestety, dzięki temu łatwo można było odczytać emocje, które ją wypełniały. Straciła grunt pod nogami, już wczoraj, dzisiaj jeszcze bardziej zakopywała się w niekończącej się otchłani. Wpadła w nicość i nie potrafiła się z niej wydostać, zaczęła w niej brodzić, a nikt nie podał jej ręki, wręcz przeciwnie, miała wrażenie, że Ambroise nie chce, żeby stamtąd wyszła. Dokładał jej co chwilę, coraz to bardziej nieprzyejmne komentarze. Nie było to szczególnie budujące, jej nastrój jeszcze bardziej się pogorszył.

- Ja jestem absurdalna? - Nie zamierzała się już wcale powstrzymywać, skoro on nie miał zamiaru tego robić, to mogła odwdzięczyć mu się tym samym. - Czego właściwie ode mnie oczekujesz, co? - Miała znowu obiecać mu, że to się nie powtórzy? Łatwo było rzucać słowa na wiatr, nie zamierzała tego robić, tym bardziej, że sytuacja była dużo bardziej dynamiczna, niż zakładała na samym początku. Nie była pewna, co jeszcze spotka ją w nadchodzących miesiącach, jak mogłaby mu mówić o tym, jakie decyzje podejmie skoro nie miała pojęcia, co jeszcze może się wydarzyć.

Nigdy nie było im lekko, cóż, podążali drogą, którą mało kto by wybrał. Była pełna niepewności, ryzyka, ale z tym nauczyli się jakoś żyć, okazało się jednak, że mogło być gorzej, że pojawiły się czynniki, które wychodziły poza zakres tego, co sobie wypracowali. To komplikowało ich życia jeszcze bardziej, mieszało dość mocno w tym, co udało im się zbudować. Miała tego świadomość, nie powinni się jednak poddawać, nie chciała tego robić, chociaż bała się, że to będzie ich jedyną możliwością. Bolało ją to ogromnie, naprawdę nie chciała, żeby doprowadzali się do skraju, ale chyba to musiało się wydarzyć.

- Wybornie. - Mruknęła cicho pod nosem. To nie tak, że nie poczuła ulgi z powodu, że nigdzie się nie wybierał, chociaż w tej chwili zdecydowanie wolałaby, żeby dał im trochę czasu na ochłonięcie. Ta rozmowa toczyła się zdecydowanie nie tak jak powinna. Nie chciała tego robić w ten sposób. Był najważniejszą osobą w jej życiu, miała wrażenie, że zupełnie niepotrzebnie go rani. W sumie to od wczoraj to robiła. Nie mogła wyjść z tej pętli. Nie potrafiła tego zrobić w tym momencie, nie miała czasu na to, aby wymyślić jakieś rozwiązanie.

Najgorsze było to, że nie mogła wstać i stąd wyjść, uciec przed ta konfrontacją, chociaż w sumie, może to była jakaś metoda. Na pewno ucieszyliby się, gdyby zwolniła to łóżko w Mungu, była przekonana, że znalazłby się ktoś, kto go bardziej potrzebował. Widziała, że przestał na nią patrzeć, dostrzegła to.

Miała wrażenie, że ta sala szpitalna robi się coraz mniejsza, że zaczyna brakować w niej tlenu, jeszcze chwila i się udusi. Nie potrafiła jednak teraz się podnieść, tkwiła w tym nieszczęsnym łóżku i się w niego wpatrywała, ale on na nią nie patrzył. Mijali się dzisiaj okropnie, nie miała pojęcia, jak i czy w ogóle da się to naprawić.

- Może kiedyś zrozumiesz. - Nie życzyła mu tego, aby znalazł się w analogicznej sytuacji, wiedziała, że było to bardzo niebezpieczne, jednak łatwo było mówić o tym, co powinno się robić, kiedy nie do końca miało się świadomość, jak zareagować, gdy faktycznie to się wydarzy.




RE: [14.01.1971] Changes | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 29.10.2024

Również w tym mieli wiele wprawy. Przez lata coraz trudniej mu było chować urazę i pielęgnować frustrację. Zamiast tego wylewali ją na siebie nawzajem. Ostro i gwałtownie, ale krótkotrwale, dochodząc do konsensusu nawet bardziej niż do ugody.
Ugoda oznaczała ustępstwa a w tym wszystkim jakimś cudem zazwyczaj udawało im się wypracować wspólne stanowisko, nie poświęcać się jedno dla drugiego i nie ponosić kosztów, które mogłyby skumulować się i doprowadzić do kolejnej awantury.
To nie tak, że spotulniał przy niej jak baranek. W dalszym ciągu potrafił odciąć się z jadowitą precyzją. Tym bardziej im bliżej siebie byli, poznając swoje wszystkie strony. Znał jej mocne i słabe punkty tak dobrze jak ona znała jego. Przynajmniej tak mu się wydawało. Do dziś. Ostatnie dwanaście godzin naruszyło tę pewność.
Szczególnie, że umknęła przed poruszonym przez niego tematem. Wyślizgnęła się jak wąż, znowu wracając do mugolskich dzieci, które potrzebowały jej matronatu znacznie bardziej niż oni potrzebowali zachowywać swoją neutralność. Nie mógł tego nie zauważyć. Oczywiście, że zwrócił na to uwagę.
To, że nie wytknął Geraldine tego, co zrobiła (albo czego nie zrobiła - nie odpowiedziała) wynikało z czegoś znacznie gorszego od gniewu, który mógłby na nią wylać zadając jej cierpkie pytanie: czy na tej płaszczyźnie również się obecnie rozjeżdżają? Nie chciał tego robić.
Fundamenty ich domu zaczęły rozjeżdżać się pod naciskiem wypowiedzianych słów, ale to te przemilczane zadawały najsilniejsze ciosy. Budowali sobie życie w Piaskownicy, o ironio losu, teraz uświadamiał sobie wieloznaczność nazwy miejsca, którą wybrali z najlepszymi intencjami. Teraz zaczęła być wymowna.
Nie chciał być panem włości w postaci zamków budowanych na piasku. Wszystko się układało. Latami utwierdzał się w przekonaniu, że są sobie pisani. Nie mógł wyobrazić sobie życia z kimkolwiek innym. Nikt go tak nie dopełniał, choć to nie było całkiem właściwe słowo na to, co było między nimi.
Oboje byli indywidualnymi, pełnymi jednostkami. Nie dwoma połówkami tego samego jabłka. Bardziej czereśniami z drzewa w ogrodzie, które pierwszy raz w tym roku dało soczyste owoce, których smak zdążyli zapomnieć przez zimę, która trwała już zbyt długo i nie chciała odejść.
Udawało im się zostawiać to za drzwiami ciepłego, bezpiecznego domu. Bardzo długo podejmowali starania, żeby to, co dzieje się poza granicami Whitby nie uderzało w ich życie budowane w tamtym miejscu. Nie milczeli w trudnych tematach. Nie zamykali oczu, uszu i ust, ale wiele tygodni udawało im się utrzymać wspólny front w tym, że to nie jest ich wojna.
Nie była mu w stanie powiedzieć, czemu nagle zmieniła podejście. Zeskoczyła z tematu wspólnego życia i tego, czego tak właściwie chciała, aby nie musieć rzucać się do przodu za każdym razem, gdy poczuje wewnętrzny zew. Przeszła w mieszankę ofensywnej defensywy. Cały czas skupiała się na tamtych mugolakach, jakby to było niepodważalne wytłumaczenie.
Jak gdyby to oni byli dla niej czymś, za co poprzysięgła walczyć. Nie własne bezpieczeństwo ani wspólna przyszłość, nawet nie możliwość powrotu do domu na jeszcze jeden dzień.
W tej chwili, kiedy on żył teraźniejszością patrząc jak przyszłość przecieka mu przez palce jak krew z rany. Geraldine zawiesiła się w przeszłości i to nie tej, dla której mógłby żywić szacunek. Miał wrażenie, że rozmawia z kimś sprzed lat. Ta wersja Yaxleyówny nie patrzyła na konsekwencje mogące odbić się na kimś innym poza nią samą. Wbrew temu, co uparcie twierdziła.
- Uważaj, żebyś się nie zdziwiła - syknął kręcąc głową. - Wiesz, że jednym z takich oprawców był uzdrowiciel? Stąd. Dokładnie z tego oddziału. Ira Slughorn. Ciapciak, ale złoty człowiek. Na pewno powiedziałby ci dzień dobry na klatce schodowej. Kto wie, ile razy to zrobił. Mieszkał na Horyzontalnej w tym samym budynku. Wiesz? - Tym także nie musiał uderzać w dziewczynę, szczególnie nie w stanie, w którym była i mając świadomość jej awersji do szpitala.
Zdawał sobie sprawę z tego, co zrobił dopiero wtedy, kiedy słowa opuściły jego usta. Na ułamek sekundy się zreflektował. Zamrugał, pokręcił głową, prawie zapewnił ją, że mimo wszystko Mung był bezpiecznym miejscem a on nie miał zamiaru schodzić ze swojego krzesła aż nie dowiedzą się, że mogą stąd wyjść. Był na posterunku, trzymał gardę nawet mimo wściekłości i przemęczenia. W ostatnich tygodniach niemal chronicznego.
Natomiast to byłoby kłamstwo tak po prostu powiedzieć, że gdziekolwiek jest jeszcze bezpiecznie. Poprzednia noc uderzyła w Dolinę. Reszta mogła (ale nie musiała) być kwestią czasu. Może ta wiedza mogła przebić się przez skorupę tłumaczeń i wymówek. Jeśli nie to już nie wiedział co może zrobić, żeby się z nią porozumieć.
- Wyśmienicie, że się rozumiemy - furknął, z tym, że podkreślenie tej oczywistości niewiele zmieniło.
Właściwie to nic. Uznawała, że David jest wyłącznie grajkiem Quidditcha. Właśnie tego chcieli teraz niemal wszyscy rozsądni ludzie. Powinna to wiedzieć. Żadne z nich nie chodziło po mieście i nie obnosiło się ze swoimi umiejętnościami wtedy, kiedy warto to było zachować dla siebie. Szczególnie on w oczach wielu ludzi był wyłącznie uzdrowicielem. Takim typem jak Ira, choć może nie tak łagodnym.
Zeszła noc uświadomiła mu jeszcze jeden wspólny mianownik. Tak jak Ira był w stanie posunąć się do ostatecznych kroków. To, że z innych pobudek nie zmieniało rzeczywistości.
- Jeśli właśnie tego chcesz to mogę - mogli tu siedzieć w całkowitej duszącej ciszy. - Sama chciałaś, żebym się nie wahał - nie sądził, że musi o tym przypominać.
Ich rozmowa miałaby miejsce niezależnie od tego, co padłoby z ust Riny, ale sama zaprosiła go do dzielenia się wszystkimi przemyśleniami. Mimo to mógł jej pójść na rękę i wymownie zamilknąć, choć nie na długo. Znała go. Prawdopodobnie powstrzymałby się przez góra dwadzieścia minut, może pół godziny i wybuchłby na nią ze zdwojoną siłą. Tym razem jeszcze mniej się hamując.
- Zachowujesz się jak dziecko - odbił wyrzut, bo tak - była absurdalna, nie potrzebował wycofywać swoich osadów, szczególnie że ani nie chciał, ani nie zamierzał; brał pełną odpowiedzialność za wywarczane słowa.
- Nie wiem - uniósł brwi, agresywnie kręcąc głową. - Nie mam pojęcia, czego mogę od ciebie oczekiwać. Po tobie też nie - zarzucił jej wbrew temu, co powinno opuścić jego usta, żeby wszystko naprawić. - Czego ty oczekujesz od nas. Ode mnie - powinni mieć jasność sprzed niecałej doby, ale już jej nie mieli.
Tak właściwie to nie pamiętał kiedy ostatnio czuł się tak ślepy i wodzony za nos jak w tej chwili. Prawdopodobnie wiele lat temu, ale od tamtego czasu powinni wydorośleć, dojrzeć, nauczyć się ze sobą rozmawiać i nie uciekać przed żadnymi tematami.
- Wyśmienicie - we wściekłości zdecydowanie nadużywał tego słowa; wszystko zawsze było jadowicie wyśmienite, kiedy w rzeczywistości waliło się na łeb na szyję.
Tego dnia to była lawina.
To były bardzo wymowne słowa. Nie był pewien czy zdawała sobie sprawę z ich podwójnego znaczenia i z tego, że to zawsze działało u nich w dwie strony. Jeśli on miałby się postawić na jej miejscu, ona musiałaby być na tym teraz u niego. Ta świadomość go nie cieszyła ani nie satysfakcjonowała. Nie chciał takiego rozwoju spraw. Nie potrzebował brać odwetu w ten sposób.
- Uważaj czego sobie życzysz - odmruknął, powstrzymując się, żeby wierzchem dłoni nie przesunąć po twarzy ani nie poruszać ramionami, które instynktownie wygiął do przodu.
Jemu również brakowało tlenu, jakby ktoś wyssał cały z sali, w której panował chłód niepodobny do niczego wcześniej, co znał. Mógł sobie wyobrażać, że podobne uczucie pojawiało się w obecności dementora, ale żadnego tu z nimi nie było. To było wewnętrzne wrażenie pustki i wszechogarniającego zrezygnowania. Nie chciał dłużej prowadzić tej rozmowy, ale wyjście nie wchodziło w grę.


RE: [14.01.1971] Changes | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 29.10.2024

Całkiem nieźle szło im wypracowanie wspólnych rozwiązań, właściwie przegadywanie problemów, szukanie różnych rozwiązań, wybieranie najlepszych, próby dostosowania się do tego, z czym musieli sobie radzić. Po tylu latach spędzonych razem przychodziło im to całkiem naturalnie. Nauczyli się żyć razem, podejmować wspólne decyzje. Czasem wydawało jej się, że wręcz do wszystkiego podchodzili jako duet, nie było w tym jednostek, tylko ta wspólnota, którą utworzyli. Rzadko kiedy pozwalali sobie na egoistyczne posunięcia, właściwie to praktycznie nigdy. To, co wydarzyło się wczoraj było anomalią, odejściem od normy, na które ona się zdecydowała, a co najgorsze nie miała nawet żadnego, logicznego argumentu, którym mogłaby się wybronić, spróbować wyjaśnić dlaczego właściwie to zrobiła. Obce dzieciaki nie powinny być dla niej priorytetem, to była prawda, niestety jakimś cudem doszło do tego, że przez chwilę myślała głównie o nich. Może gdyby miała swoje własne dzieci, to przestałaby ryzykować, to nie powinien być argument, ale mógł zadziałać, zresztą i bez nich miała przecież rodzinę. Miała jego, chociaż czuła, że dawno nie była taka bliska straty. Przez jedną głupią, nieprzemyślaną decyzję mogła przekreślić to, co udało im się razem stworzyć. To w jaki sposób teraz rozmawiali nieco otworzyło jej oczy, rozumiała, że wczorajsze wydarzenia nie tylko na niej odcisnęły swoje piętno. Dostrzegała to po jego zachowaniu, musiało to zrobić na nim większe wrażenie niż wydawało się jej na początku, wcale nie to pozytywne - wręcz przeciwnie.

Jego kolejne słowa spowodowały, że otworzyła szerzej oczy. Przypomniała sobie mężczyznę o którym wspomniał. Kojarzyła go nawet z imienia i nazwiska, co było sporym wyczynem, bo raczej nie zwracała na to uwagi. Kojarzyła twarze, miała jednak problem z tym, aby przypisać do nich imiona, szczególnie, gdy ktoś wydawał się jej nijaki, zbyt wiele ludzi poznawała w swoim życiu, aby zapamiętać każdego. Jego akurat pamiętała, bo wydawał jej się być strasznie rozmemłany, zastanawiała się nawet jak to możliwe, że pracuje w Mungu, bo wyglądał na takiego, co mdleje na widok chociażby kropli krwi. Jak widać była ślepa. Ci ludzie chodzili między nimi, żyli jakby nic się nie stało, a kiedy przychodził odpowiedni moment przywdziewali swoje płaszcze i maski i atakowali tych, którzy chwilę wcześniej mogli poddawać im rękę. To było dosyć poruszające, w końcu nie mogła tak właściwie wiedzieć, że ktoś z jej przyjaciół nie postanowił się zaangażować w to w taki sposób, przecież nie mogła być tego pewna. Co gdyby ktoś znajomy pojawiłby się wtedy przed nią, czy byłaby w stanie odebrać mu życie? Pewnie nie. Dlatego właśnie powinna się trzymać od tego z daleka, to nie była ich wojna.

- Nie wiedziałam. - Rozumiała do czego zmierzał, albo próbowała to zrozumieć. Właściwie zaczęła przejmować się czymś innym, co gdyby połączył ją z przeciwną stroną, co jeśli przez to mógłby stwierdzić, że i Ambroise jest w to zamieszany? Nie kryli się ze swoją relacją, tak właściwie to wszyscy wiedzieli o tym, że są razem, bo przecież nigdy nie ukrywali swojego związku. Mimo, że nie pokusili się po bardziej oficjalne rozwiązanie, to niezaprzeczalne było to że tworzyli parę. To nie była żadna tajemnica, nigdy nie musieli kryć się przed światem. Mogła przystworzyć mu niepotrzebnych problemów, jakby już nie miał wystarczających działając na różnych płaszczyznach.

Nigdzie nie było bezpiecznie. Ci ludzie znajdowali się wszędzie, nie obnosili się ze swoimi poglądami, wiedli normalne z pozoru życia. To było najgorsze. Powinna zastanowić się nad tym komu warto ufać, czym się dzielić, o czym mówić.

- Przepraszam. - Mruknęła cicho, tak, że dźwięk wychodzący z jej ust można było usłyszeć. Chyba zaczęło do niej docierać to, że faktycznie zachowała się nieodpowiednio. Niepotrzebnie ryzykowała, niepotrzebnie mieszała się w to starcie. To nie było tego warte, zasługiwali na coś więcej od życia, niżeli mieszanie się w nieswoje sprawy. To nie był konflikt który musiał ich dotyczyć, może niełatwo można było trzymać się na uboczu, ale na pewno było to możliwe. Musiała tylko nieco utemperować swoje nie do końca przemyślane odruchy, które nie przynosiły im niczego dobrego.

- Trudno jest mi teraz oczekiwać czegokolwiek, bo ta sytuacja nie jest normalna, nie jest czymś do czego przywykliśmy, a pewnie szybko się nie zakończy. - Skoro wojna została wypowiedziana będzie trwała dopóki któraś ze stron nie osiągnie swoich celów. Nie miała pojęcie ile to zajmie i jak właściwie będzie wpływało na ich życie. Zresztą po tym, co wydarzyło się wczoraj mieli już świadomość, że czy tego chcieli, czy nie, to dotyczyło również i ich, chociaż mogli mówić, że wcale tak nie było.

Oczy jej błysnęły. Nie podobały jej się słowa po które sięgał, naprawdę, chciał sugerować, że zachowuje się jak dziecko? To był taki argument, że chyba niżej nie dało się sięgnąć. - Stać cię na więcej. - Rozczarowały ją te słowa, strasznie. Wydawało jej się, że nie rozumie zupełnie czym się kierowała, wcale nie było jej łatwo, nie wiedzieć czemu miała wrażenie, że myślał, że dla niej to była zabawa. To wcale nie wyglądało w ten sposób.

- Myślałam, że będziemy zawsze trwać u swojego boku, tak po prostu, co by się nie działo. Mieliśmy być swoim wsparciem, swoją siłą, mam wrażenie, że moje wyskoki mogą ci tylko zaszkodzić. - Podzieliła się tym, co zaczęło ją męczyć. Nie zamierzała oczywiście stawiać się oficjalnie po żadnej ze stron, ale chyba już jedną z nich wybrała, czy tego chciała czy nie. Nie odpowiadało jej zachowanie przez które niewinni tracili życia. Nie akceptowała tego, zauważyła już, że jej reakcja nie była jednorazową, to nie był pierwszy raz. Za pierwszym razem nic się jej nie stało, zupełnie nic, może ją nieco drasnęli, ale ten drugi raz należał do tych o których nigdy nie zapomni. To bym chyba jeden z jej najgorszych dni w życiu, nie tylko przez ten ból który wypełniał jej ciało, a przez to, że zawiodła jedyną osobę na której naprawdę jej zależało. Zachowała się chujowo, a najgorsze było to, że on to wszystko widział. Był tam, kiedy zaciekle walczyła z wrogami, którzy przecież oficjalnie nie byli jej przeciwnikami.

Nie miała już w sobie od dawna tych ryzykanckich zapędów, raczej o nich zapomniała. Naprawdę trzymała się tego, co ustalili. Podążała swoją drogą, ale nie była lekkomyślna, oduczyła się tego i właściwie nie żyło jej się z tym wcale tak źle. To nie tak, że mogła być pewna, że nic jej nie grozi, bo zajmowała się w końcu polowaniem na potwory, to nie było bezpieczne zajęcie, ale całkiem skutecznie niwelowała niepotrzebne ryzyko

- Męczy mnie to. Wiem, że spodziewałeś się po mnie czegoś więcej, przykro mi, że cię zawiodłam, boję się, że znowu to zrobię. - Ton jej głosu był już zdecydowanie spokojniejszy, docierało do niej powoli, że faktycznie powinna patrzeć na sytuację nieco szerzej, tyle, że nie wiedziała, czy jest w stanie. Co jeśli znowu go zawiedzie, nie chciała doprowadzać do takich sytuacji, nie chciała, żeby się o nią martwił, bo to nie było zdrowe ani dla niej, ani dla niego.

- Masz rację, powinnam uważać, to nie jest do końca to co miałam na myśli. - Miotała się strasznie w tym co mówiła, ale widocznie sama nie do końca potrafiła odnaleźć się w tym wszystkim.




RE: [14.01.1971] Changes | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 29.10.2024

Skąd mieli wiedzieć komu mogą zaufać, jeśli świat wywrócił się do góry nogami? Ambroise nie wierzył w dobro ani w zło. To były abstrakcyjne pojęcia na długo przed wybuchem wojny. Powinni myśleć o tym w kategoriach przegranych i zwycięzców, bo to oni później pisali historię według swojej narracji. Źli mogli być dobrzy, dobrzy mogli być źli. Liczyło się nie to kto ma rację a to, kto przetrwa, by tę rację głosić.
Sądził, że mają tu jasność. Wycofali się na dalszy plan. Podejmowali ryzyko. Prawdopodobnie znacznie więcej niż wielu im znanych ludzi opowiadających się po którejś ze stron, ale to nie było nic nowego. Radzili sobie ze znanymi trudnościami. Mieli swoje nawyki, które pozostały z nimi mimo upływu lat i te, które na nowo stworzyli albo wypracowali już razem.
Ich życie było pełne specyficznych rytuałów. Małych, codziennych i dużych, rzadszych, ale nie bardziej wyjątkowych. Przywykł do tego stanu rzeczy. Uważał, że to do nich pasuje, skoro przychodzi im naturalnie i niewymuszenie. Co jakiś czas weryfikowali coś starego, dodawali coś nowego.
Miesiące temu prawie w innym życiu czynił plany, żeby dorzucić do tego coś, co zostanie z nimi przez resztę czasu i będą to wspominać nawet na stare lata. Nie sądził, że pokrzyżuje mu to cudza walka i jak nigdy zacznie zastanawiać się nad tym, co będzie za tydzień, miesiąc, dwa miesiące. Łapał się na tym, że instynktownie nie wybiega w przyszły rok ani półrocze. Kwartał był najdalszym, co dostrzegał.
Wydarzenia z Doliny Godryka odebrały mu także to. Teraz przez szaleńczo długie godziny bał się o następny dzień. Nie chciał, żeby kiedykolwiek doszło do czegoś takiego. Nie mógł cofnąć czasu ani podjętych decyzji. Nie czuł się jeszcze na siłach, aby mówić o tych swoich. Szczególnie, że byli w szpitalu, gdzie ściany mają uszy.
Mung nie był całkowicie bezpieczny. Ira otworzył oczy Ambroisa na chwilę przed tym, gdy zamknął swoje. Ironia? Nie zarzucał ukochanej, że nie wiedziała o poglądach człowieka, który był ledwo jej okazjonalnym sąsiadem z jednego z lokum, gdzie nawet ostatnio nie bywali.
On współpracował z tym człowiekiem w ramach międzyoddziałowych przypadków. W dodatku uczył go o ziołach i eliksirach podczas stażu. Wydał mu dobrą opinię, mimo że miał go za słabe ogniwo, które ma wiedzę teoretyczną i predyspozycje do używania właściwych medykamentów, ale pewnie wymięknie w przeciągu kilku miesięcy. A teraz Ira nie żył i Greengrassowi nie było go szkoda. Zasłużył na to a nawet na gorsze tortury. To była szybka śmierć.
Ambroise na chwilę zawahał się. Zamilkł pogrążony w myślach, niemalże nie zareagował na słowo, które padło z ust dziewczyny. Nie chciał jej tego wytykać, ale przepraszam tu nic nie zmieniało. Nie, jeżeli nie było wyrazem chęci poprawy w przyszłości a on obawiał się, że wie jak to będzie wyglądać - znowu podejmie ryzyko. W którymś momencie oboje znów to zrobią. Mógł oczekiwać, że będzie inaczej, ale na próżno.
- Nie próbuj mydlić mi oczu - uprzedził, mimo że nie powinien dawać jej takiego ostrzeżenia, bo to, że zachowywała się jak dzieciak nie oznaczało, że przez cały czas była nieświadoma i absurdalnie pozbawiona oglądu na sytuację; żyli ze sobą od tylu lat, że oboje wiedzieli jak nie działają u nich próby oszustwa. - N pewno masz jakieś oczekiwania. To jest ten moment, kiedy je formułujesz - stwierdził stanowczo.
Chciał czegoś co rozjaśniłoby tę sytuację. Pierwszego prawdziwego wyrazu szczerości po steku bzdur i po tym kłamstwie, które doprowadziło do tego, że niemal ją utracił. Gdyby mu wtedy powiedziała, że nie jest w stanie nic mu obiecać, Ambroise byłby w dalszym ciągu zły. Sarknąłby na nią sfrustrowany. Mieliby ciche godziny, lecz nie dni - już dawno przestali uciekać się do takich zagrywek.
Połypaliby na siebie z przeciwnych kątów aż któreś postanowiłoby z tym coś zrobić. Znowu by się starli a może nie i od razu przeszliby do etapu godzenia się na kuchennym blacie czy sofie w salonie. W zależności od tego, gdzie tego dnia byłaby ich osobista strefa wojny. Doszliby do porozumienia. Zawsze je osiągali. Żmudniej, trudniej, łatwiej.
To, że wtedy swoją postawą Roise zmusił Geraldine do złożenia deklaracji było faktem, ale jednocześnie oczekiwał, że pójdzie za tym szczerość i dziewczyna rzeczywiście dotrzyma słowa. Wolał brutalną prawdę aniżeli krzywoprzysięstwo. Okłamała go w żywe oczy. To piekło, szczególnie w obliczu wspomnień z zeszłego wieczoru i długiej nocy pełnej dramatów.
Nie był w stanie przejść z tym do porządku dziennego. Prawdę mówiąc chyba nie był w stanie tego zrobić bez ponownej autopsji na sprawie, którą pochowali miesiące temu. Mógłby odetchnąć z ulgą, że to był najgorszy trup, z którym przyszło im się mierzyć, ale nie miał na to nastroju. Nie bawił go humor sytuacyjny. Wręcz przeciwnie.
Zgadza się. Było go stać na więcej, ale ta sytuacja odbiegała od normy. To wykroczyło poza wszelkie ramy, w których umiał przyjąć odpowiednią postawę w zależności od tego, co było odpowiednie. Poruszali się po całkowicie nowym gruncie. Był grząski, niebezpieczny i ciemny. Nowa rzeczywistość była zwodnicza.
Dlatego tym bardziej powinni stać u boku siebie nawzajem, tworzyć wspólny front jak to było od lat zamiast dryfować coraz dalej. Nie chciał puszczać jej ręki. Mieli być swoją bezpieczną przystanią, ale to stało się znacznie trudniejsze do wykonania niż do zadeklarowania. Nie chciał tego przyznać, ale bezwiednie ogarnęło ich także widmo kryzysu. Nie tylko cudzej wojny na horyzoncie, która niepostrzeżenie ogarnęła świat dookoła nich a jeszcze przed chwilą była jak ognista łuna majacząca gdzieś bardzo daleko.
- I? Co w związku z tym? - Do czegoś zmierzała, ale zamiast przejść do rzeczy znowu krążyła wokół tematu.
Chciał, żeby wysławiała się jaśniej, choć on sam wcale nie był lepszy we wszystkim czym w nią ciskał. Jeszcze przed chwilą nie ważył wypowiadanych słów. Teraz oparł łokcie tak, że zapadły się w piankowy materac. Złożył opuszczoną głowę w ramionach. Próbował słuchać Geraldine, ale przede wszystkim nie dać jej do zrozumienia ile go to kosztuje.
Brzydził się własną słabością, jednakże nie mógł uspokoić oddechu ani powstrzymać wilgoci gromadzącej się pod zaciśniętymi powiekami. To go łamało. Nie mógł dać się złamać. Aż za dobrze zdawał sobie sprawę, że to ani nie miejsce, ani nie pora. Tym bardziej, że nie mógł stąd wyjść i przeczekać tego napadu słabości w samotności jak to miał w zwyczaju robić lata temu, gdy było naprawdę źle.
Teraz to był koszmar. Pod powiekami mógł dostrzec wszystkie obrazy wyryte w oczach. Wspomnienia piekły go wewnątrz piersi. Słowa (zarówno wypowiedziane jak i przemilczane, które wisiały między nimi jak całun) przyprawiały go o ciężki oddech. Były imadłem zaciskamy wokół gardła Greengrassa.
...boję się, że znowu to zrobię - on też. Tym bardziej, że nie wiedział w co wierzyć. Zawsze to było proste: po prostu wierzył w nią. Teraz okazała się narglem Lovegoodów. Albo czymś, co nie istniało a w co wierzyli głupi. Albo czymś, co było dla niego przez większość wspólnego życia, ale teraz bał się, że bezpowrotnie wyginęło.
To nie zmieniało jego uczuć do niej jako osoby, z którą chciał spędzić resztę życia. Za to przyprawiało go o lęk, że to życie może okazać się zbyt krótkie i urwane poza jego kontrolą. Za to nie można było przeprosić. Zbył jej słowa. Nie odpowiedział na przyznanie mu racji. Zbyt mocno go to poruszyło.


RE: [14.01.1971] Changes | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 30.10.2024

Nikomu nie mogli ufać, to była chyba najbardziej odpowiednia wersja. Mieli siebie, to powinno im wystarczyć, wiedziała, że tutaj nie ma szans na pomyłkę. Ambroise był jej rodziną, nigdy nie dał jej powodu do zwątpienia w to, że zależy jej przede wszystkim na jej bezpieczeństwie, jej dobrze. Nie ograniczał jej, próbował podsuwać odpowiednie metody, dzięki którym mogła rozwiązywać swoje problemy, działać lepiej. Nikt na całym świecie nie życzył jej lepiej od niego. Miała tego świadomość, nie sądziła bowiem nawet, żeby jej rodzina potrafiła to przewyższyć. Czym mu się odpłacała? Byciem jego utrapieniem.

Jasne, nie zawsze udawało im się od razu dogadać, znaleźć jakieś wspólne rozwiązanie, ale nie zamykali drzwi, kiedy temat nie był do końca wyjaśniony. Potrafili do tego wracać, szukali kolejnych rozwiązań. W tej chwili pojawił się problem, bo nie do końca wiedziała, czy faktycznie istnieje jakieś odpowiednie rozwiązanie. Drogi były dwie, albo byli z nimi, albo przeciwko nim, usilnie próbowała upierać się przy tym, że mogą pozostać neutralni, do wczoraj przynajmniej. Teraz nie do końca wiedziała, czy faktycznie to może przejść, czy jest w ogóle taka możliwość. Byłaby zdecydowanie najodpowiedniejsza, szczególnie teraz, kiedy właściwie dopiero zaczynali uczyć się żyć w tym nowym świecie. Miała wrażenie, że wcale im to nie wychodziło, aż tak źle, jak przypuszczała. Piaskownica okazała się być nie najgorszym miejscem do przeczekania tego wszystkiego. Tyle, czy właściwie mogli spędzić resztę życia na uboczu, w mugolskim miasteczku? Udawać, że ten problem ich nie dotyczy, że nie istnieje, może jakoś udałoby się im przetrwać w ten sposób trochę czasu, ale ile tak właściwie. Nie była tego pewna.

Niczego aktualnie nie była pewna, może jedynie tego, że faktycznie niepotrzebnie namieszała. Tego była świadoma w stuprocentach. Obawiała się, że decyzja, którą podjęła może doprowadzić do rozłamu, który może ich zniszczyć. Nie wybaczyłaby sobie tego, nie dałaby rady znieść myśli, że jest odpowiedzialna za spieprzenie jedynej rzeczy, która miała sens w jej życiu. Nie miała zamiaru brać tego na swoje barki, bo to był ciężar, którego nie mogła udźwignąć.

- Nie próbuje. - Miała przecież świadomość, że to nie miało żadnego sensu, jak nikt inny potrafił ją przejrzeć, dostrzegał jej każde, nawet najdrobniejsze kłamstwo, wyczuwał, gdy próbowała naginać prawdę, to było zbyteczne. Zdawała sobie z tego sprawę. Nie miała jednak pojęcia, jak powinna ugryźć ten problem, który się pojawił. Nie umiała znaleźć rozwiązania. Obawiała się, że faktycznie nie jest w stanie dotrzymać danego mu słowa, że tym razem to ją przerosło.

- Przygotujesz mnie do tego, żebym była sobie w stanie poradzić w każdej sytuacji, powinnam wiedzieć, jak atakować żeby miało to jakiś sens, nie chcę, żeby oni mieli nade mną kontrolę w jakikolwiek sposób. Muszę nauczyć się walczyć, dzięki temu ryzyko, o ile się pojawi będzie mniejsze. - Chciał szczerości, to zamierzała mu ją dać. Nie mogła mu obiecać, że więcej tego nie zrobi, mogła jednak się do tego bardziej odpowiednio przygotować. Wydawał się mieć w tym większe doświadczenie od niej, a przynajmniej tak brzmiał. Ona nie znała się na metodach walki z czarną magią, miał rację co do tego, że w szkole raczej nie nauczyli jej zbyt wiele. Później nie musiała się interesować tą dziedziną, teraz jednak mogło się jej to przydać. - Nie zamierzam angażować się w to bardziej niż do tej pory, nie chcę tego. - Musiała mu wszystko rozjaśnić, pokazać, jak ona właściwie to widzi. - Sam jednak wspomniałeś o tym, że jeden z twoich współpracowników był jednym z nich, lepiej przygotować się na każdą ewentualność. - Miała nadzieję, że jej argumenty do niego dotrą, że wreszcie uda im się porozumieć, na tym przede wszystkim jej zależało.

- Nie chę ponownie cię zawieść, zresztą jeśli będziesz miał pewność, że jestem w stanie chociaż trochę się przed tym bronić, to nie będziesz musiał się, aż tak o mnie martwić. - Starała się podejść do sprawy najprościej jak się dało. Nie zamierzała wychylać się przed szereg, nie zamierzała robić tego nigdy, ale musiała być gotowa na każdą ewentualność, bo jak widać do ataków mogło dojść w każdej chwili.

- W związku z tym, zastanawiałam się nad tym, czy nie łatwiej byłoby ci się pozbyć problemu, nadal, chociaż bardzo bym tego nie chciała, Roise, wiesz, że mi na tobie zależy, kurwa mać, kocham cię, ale czasem nie jestem w stanie zapanować nad pewnymi odruchami. - Pojawiały się i znikały zupełnie znienacka, starała się z tym walczyć, ale nie zawsze się jej udawało, czasem jej porywczy charakter przejmował władzę nad wszystkim innym.

Zwątpienie, które widziała w jego postawie ją przerażało, chyba jeszcze nigdy nie wyglądało to w ten sposób, a przecież naprawdę wiele razem przeżyli. Nie sądziła, że szybko uda jej się odbudować zaufanie, które straciła, nie łudziła się, że było inaczej. Nie patrzył na nią znowu, widziała, że toczył jakąś wewnętrzną walkę, ale nie dzielił się z nią tym. Nie mówił jej wszystkiego, nie pokazywał jej wszystkich swoich emocji. To ją martwiło.

- Oczekuję, że również będziesz ze mną szczery, całkowicie szczery. - Mieli za sobą wiele takich rozmów, a znowu wrócili do samego początku, zdecydowanie wszystko się sypnęło, chociaż jeszcze wczoraj rano życie wydawało się nie być szczególnie skomplikowane, mimo trwającej wojny. Jakoś sobie z tym radzili, jeden nieprzemyślany ruch wystarczył, aby zachwiać ich światem.

Nie spodziewała się, że mogła go skrzywdzić na tyle, że doprowadziła go do łez, nie widziała teraz jego twarzy, więc nie zdawała sobie sprawy z tego, jak bardzo źle się to potoczyło.




RE: [14.01.1971] Changes | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 30.10.2024

Zaufanie było śliską sprawą. Stosunkowo szybko w życiu przekonał się, że najbliżsi kompani potrafili w kilka chwil zmienić się w kąsające węże a nieprzyjaciele stawali się przyjaciółmi w najbardziej osobliwy sposób w nieprzewidzianych warunkach. Nic nie było całkowicie pewne.
Rzecz jasna w dalszym ciągu ufał swoim najbliższym. To grono było adekwatnie wąskie, ale dzięki temu sprawdzone. Mimo to nigdy nie wiedział, co może zmienić podejście nawet najbardziej sprzyjających mu osób. Bywały sytuację, w których należało dokonać wyboru między dwoma złymi opcjami.
W takich chwilach nie byłby zaskoczony, gdyby ktoś z tych czarodziejów postawił na nim krzyżyk, wybierając swoją żonę, męża, dzieci. Szczególnie, że pod skórą miał świadomość, że on również podjąłby decyzję niezgodną z lojalnością wobec jednych, by być lojalnym jedynej stabilności w jego życiu - Geraldine.
Nieważne, jak bardzo go teraz zawiodła. Wstrząsnęła nim. Miał do niej wyrzuty. Ział złością i nie miarkował się w ostrych słowach, ale w dalszym ciągu uważał ją za jedyną osobę, w której intencje może ślepo wierzyć. Tak samo jak bez wahania powiedziałby, że ona miała to samo oparcie w nim.
Nawet w takich momentach, kiedy wszystko zdawało się walić, Roise zamierzał spróbować naprawić to całe gówno. Nie teraz. Nie był w stanie, ale próbowali rozmawiać. Nie zacisnął ust ani nie odwrócił wzroku. Starał się. Nawet, jeżeli większość jego słów do niej nie docierała a druga połowa traciła wydźwięk, bo nie potrafił ubrać myśli w słowa.
- Nie - odrzekł twardo, nie pozostawiał w tym zbyt wiele miejsca na jakiekolwiek ale, bo zaraz podjął temat oczekiwań, których nie mógł spełnić. - Nie będę się z tobą napierdalać na zaklęcia a teoria bez praktyki jest o kant dupy potłuc. Musisz znaleźć kogoś innego - oczywiście, tak tak: nic nie musiała, lecz na tej samej zasadzie on również nic nie musiał i nie zamierzał zbyt głęboko wchodzić w temat, dlaczego żądania Riny były w tym wypadku nie do spełnienia.
Nie wyobrażał sobie, że może ją uczyć czegoś w taki sposób, aby skutecznie umiała się bronić, ale jednocześnie nie ryzykować, że ją przypadkiem skrzywdzi. Nie mogła go prosić o coś takiego. Szczególnie teraz po wszystkich wydarzeniach i po walce, którą wygrał (choć chyba skoro dał tamtym ludziom uciec to nie dokończył sprawy?) ale nie wiedziała, jakim kosztem. Obronił ją - to było jasne, klarowne, jednakże nie sądził, aby zdawała sobie sprawę choć z połowy tego, do czego się posunął, żeby szala zwycięstwa przeważyła się na ich stronie.
Geraldine nie miała zielonego pojęcia, o co go prosi. To mówiło samo przez się. Kierowała ku niemu oczekiwania w taki sposób, jakby oczekiwała, że on ochoczo im przyklaśnie i zacznie zagłębiać się w temat. Najlepiej tu i teraz. Gdyby zdawała sobie sprawę z tego, z czego instynktownie skorzystał poprzedniej nocy, żeby pozbyć się niebezpieczeństwa, nie wyciągałaby tego w szpitalnej sali.
Pokręcił głową wbijając w nią bardzo poważne spojrzenie zielonych oczu. Teraz bardziej piwnych przez słabe światło poranka wdzierające się do sali i rzucające cienie na ich sylwetki. Jej własne tęczówki też były ciemniejsze, bardziej przypominały wzburzone morze w Yorkshire, ale błyszczały wewnętrznym blaskiem i zdecydowaniem. Uporem, któremu Ambroise się przeciwstawiał.
Nie będzie jej nauczycielem. Nieważne, że miał w tym z gruntu więcej doświadczenia, obracał się w takim a nie innym środowisku od wielu lat, mógł znaleźć wiele wytłumaczeń na swój szeroki ogląd na sytuację i nie zamierzał ukrywać przed ukochaną, że zna się na metodach walki z czarną magią na poziomie wyższym od jakiegokolwiek nauczanego w Hogwarcie.
Zapewnił jej dowody na poparcie tej tezy. Pokazał to w praktyce, ale nie - nie mógł pomóc Geraldine w sposób, którego oczekiwała, bo nie podchodził do tematu w sposób, którego się spodziewała. To wydawało mu się całkiem jasne. Trochę szczypało we wnętrzu piersi jak poryte paznokciami przedramiona, bo miała go za zdecydowanie lepszego człowieka. Nie chciał zawieść jej oczekiwań.
- Rozumiem twoje podejście i oczekuję, że ty też zrozumiesz moje - starał się mówić spokojniej, średnio mu to wychodziło, ale już nie z uwagi na złość na Geraldine; no, nie tylko na to, bo na siebie też był coraz bardziej wpieniony. - Mam cię chronić. Będę cię chronić, ale nie w taki sposób - podkreślił mając nadzieję zdusić temat w zarodku.
Wszystkie akcje miały swoje konsekwencje. Już teraz czuł się inaczej. Było mu trudniej, bo wbrew pozorom miał gdzieś tam cień świadomości, że nie targają nim żadne wyrzuty sumienia. No, prócz tych, że nie dał rady dokończyć sprawy. Nie mógł wciągnąć w to jeszcze Geraldine. Szczególnie nie po tym, co od niej usłyszał w następnych chwilach.
- Pozbyłem się problemu. Zrobiłem to zeszłej nocy, choć nie tak jak mógłbym chcieć - stwierdził stanowczo, zaciskając zęby między kolejnymi oddechami i cedzeniem słów. - Uciekli przez las - zasługiwała na to wyjaśnienie, szczególnie że nie miał nic do ukrycia, bo nie zabił tych ludzi - był blisko, ale ich nie zabił, bo chciał jak najszybciej wrócić do niej.
Z jakiegoś powodu w dalszym ciągu po tylu latach byli w stanie wrócić do kwestionowania swoich naleciałości i tego, czy są w stanie być dla siebie bardziej oparciem niż ciężarem. Tak właściwie to Yaxleyówna to teraz robiła. On w nawet najgorszych i najbardziej pochopnych słowach nie użyłby wobec niej połowy tych sugestii. W żadnym wypadku nie nazwałby jej swoim problemem. Nie zasugerowałby czegoś tak absurdalnego, bo to przechodziło ludzkie pojęcie.
- To jest ostatni raz, kiedy słyszę od ciebie coś takiego - zaakcentował kładąc nacisk na każde słowo w tym przekazie.
Nie oczekiwał cudów. W dalszym ciągu okazywał swoją frustrację i zmęczenie tematem. Ona też nie była od niego wiele lepsza w napiętej postawie, ale nie miał zamiaru się z nią cackać, kiedy próbowała mu wjechać na mózg swoimi durnymi przeświadczeniami. Lata świetlne temu przedstawił swoje zdanie odnośnie wszelkich przejawów braku wiary we własną wartość, jakie miała wobec siebie. Tego trupa nie musiała wykopywać. Tu mieli pełną jasność. Przynajmniej do chwili obecnej.
- Więc pracuj nad tym a nie nad tworzeniem w głowie debilnych scenariuszy. Nie pozbędziesz się mnie przez wiele dekad - mógł być na nią wściekły i pienić się na wszystkie zasłyszane słowa, ale tu mogła mieć pewność.
Nie planował się stąd ruszać. Nie miał przy tym na myśli tego krzesła w Mungu. Gdyby nie ich obecne żarliwe dyskusje to pewnie złamałby część przepisów i wcisnąłby się na materac obok niej, ignorując świadomość, że to mogło być niemile widziane. Sam wielokrotnie przymykał na to oko. Szczególnie, gdy chodziło o bliskich uzdrowicieli ze szpitala. Wtedy zazwyczaj naginali dla siebie nawzajem zasady. W przeciągu ostatnich godzin dostał wiele aktów wzajemności i wyrozumiałości, za które musiał się odpłacić, ale chwilowo ignorował tę myśl.
Chodziło mu ogólnie o zatracanie wszystkiego, co udało im się zbudować. Nie sądził, że mógłby być w stanie to zrobić wiele lat temu, gdy dopiero zaczynali wspólne życie. Po tylu latach nie dostrzegał dla siebie innego miejsca niż te u boku Geraldine. Nieważne jak bardzo był go rozjuszała i że na początku tej rozmowy sam zarzucił jej próbę pozbycia się go z życia.
Zamiast tego, choć ział złością, pozwolił jednej konkretnej myśli przelecieć przez przepełniony i przebodźcowany mózg.
Powinien? Ta wojna rzeczywiście mogła trwać latami. W takim wypadku niewiele mogło ulec zmianie, prócz tego, że każdy dzień mógł być tym ostatnim. Nigdy by tego nie dopuścił do głosu, ale poniekąd rozumiał tych wszystkich ludzi, na których niektórzy patrzyli z góry. Niektóre decyzje były całkiem logiczne, gdy brało się pod uwagę pokłosie rozwoju wojny i niepewną przyszłość. Trzeba było czerpać z tego garściami.
Jednakże jednocześnie nie wiedział czy ma na to siłę. W tym momencie wszystko, co usiłował trzymać w dłoni przelewało mu się przez palce. To było ciężkie do udźwignięcia. Nawet przez kogoś takiego jak on, kto uważał się za emocjonalną skałę nie do zdarcia. Potrzebował złapać dech w piersiach. Nie mówić. Nie rozmawiać.
- Nie chcę o tym rozmawiać - wypowiedział to na głos niemalże niedosłyszalnie, potrząsnął pochyloną głową, jeszcze bardziej zaciskając powieki.
Miała co do niego tak wiele oczekiwań, których nie mógł spełnić.


RE: [14.01.1971] Changes | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 30.10.2024

Wydawało jej się, że nie ma lepszej opcji, jeśli chodzi o podobne próby. Ambroise był przecież też uzdrowicielem, gdyby przypadkiem coś się jej stało podczas ich ewentualnego treningu, to mógłby jej od razu pomóc. Może to nie była jego specjalność, w końcu zajmował się przede wszystkim zatruciami, ale nie sądziła, by ktoś z grona jej bliskich, zaufanych osób miał ku temu większe predyspozycje od niego. Wydawał się jej być idealny do tego, aby w tym jej pomóc. Jak widać nie zamierzał jej jednak wcale tego ułatwiać. Odmówił jej, bez zawahania, tak po prostu.

Westchnęła jedynie ciężko i zacisnęła mocniej dłonie na pościeli. Powinna się była tego spodziewać. Nie do końca rozumiała z czego wynika ta odmowa, bo sam pomysł wydawał się jej być całkiem rozsądny. Naprawdę szukała najlepszych rozwiązań, jak widać to nie było jednym z nich skoro tak szybko odrzucił ten pomysł.

- Skoro tak uważasz. - Nie kryła rozczarowania w swoim głosie. Nie chciała szukać kogoś innego, kiedy miała najlepszą możliwość pod ręką. Szkoda, że nie chciał się w to zaangażować.

Nie zdawała sobie sprawy z tego, co się wczoraj wydarzyło, bo była otumaniona, praktycznie nic do niej nie docierało, nie widziała, w jaki sposób walczył. Może gdyby ją o tym poinformował, to by nieco rozjaśniło jej myśli jednak tego nie zrobił. Milczał w tym temacie. Nie dzielił się z nią wszystkim. Czuła, że znowu zaczynają pojawiać się niedopowiedzenia, które kiedyś, dawno temu potrafiły bardzo szkodzić ich relacji. Obawiała się, że to może się powtórzyć, że znowu wrócą do punktu wyjścia. Jasne, sytuacja była bardzo niewygodna, może miała wobec niego zbyt duże oczekiwania, sądziła jednak, że są do ogarnięcia.

- To znajdź lepszy sposób, bo ja aktualnie nie potrafię tego zrobić. - Musiała mieć pewność, że sytuacja jak ta wczorajsza się nigdy więcej nie powtórzy, najłatwiej było zapobiegać, musiała więc przygotować się na to, że to może się powtórzyć. Nie łaziła po Londynie i nie szukała fanatyków Lorda Voldemorta, to oni pojawiali się w jej życiu. Na pewno zdarzy się to po raz kolejny. Wolała więc przygotować się na taką ewentualność, musiała mieć pewność, że będzie w stanie się im przeciwstawić.

To nie tak, że nie czuła się silna, gotowa do walki, wiedziała jednak, że jej dotychczasowe metody mogą na nich nie zadziałać. Nie łaziła też ciągle z kuszą w ręku. Jej sposób walki był dostosowany do mierzenia się z zupełnie innymi przeciwnikami. Nie była słaba, tylko musiała zyskać trochę doświadczenia, a wtedy bez problemu powinna sobie poradzić. Wierzyła w to, że jest wystarczająco bystra, aby się tego nauczyć.

- Skoro uciekli, to pewnie wrócą. - Nie wierzyła w cuda. To nie była opcja którą ona by wybrała. Sytuacja była może dynamiczna i nie pozwoliła Ambroisowi regagować inaczej, ale to, że oni uciekli powodowało, że na pewno wrócą. Miała nadzieję jednak, że nie zapamiętali z kim przyszło im walczyć, nie chciała być z tym łączona. To była kolejna rzecz o którą powinna się zatroszczyć, dosyć trudna do realizacji, być może stwierdzą, że pojawili się w złym miejsce i w złym czasie i przez to stawiali opór. Wolałaby, aby nikt nie myślał o tym, że wybrała jakąś stronę. Musiała mieć na uwadze bezpieczeństwo całej swojej rodziny, przede wszystkim Roisa, ale nie był jedyną osobą o którą się martwiła. To mogło przynieść zdecydowanie większe problemy.

- Jak sobie życzysz. - Stwierdziła jedynie fakt, który zauważyła, juz kiedys to zrobiła, pamiętała, że również próbował sugerować jej, że wcale tak nie jest. Nie mogła się jednak oszukiwać. To było problematyczne, jej nie do końca przemyślane odruchy, mogły przynieść wiele złego. BYł to ubytek, który nie miała pojęcia właściwie skąd wynikał. Gdyby miała choć odrobinę zdrowego rozsądku, to by stamtąd po prostu zniknęła, ale nie miała, wolała walczyć w nierównym starciu.

Najwyraźniej wyjątkowo znaleźli sporo tematów, które postanowili przemilczeć. Skoro nie chciał o tym rozmawiac, nie zamierzała go do tego zmuszać, tyle, że nie do końca jej się to podobało. Nie był to jednak moment, w którym znalazłaby sobie siłę aby z tym walczyć, poddała się. Była zmęczona, marzyła jedynie o tym, żeby stąd wyjść i wrócić do normalności. Tyle, czy właściwie było to możliwe po tym, co się wczoraj wydarzyło? Nie do końca, wiedziała, że nie. Pojawiła się rysa na ich idealnym życiu, której pewnie tak łatwo się nie pozbędą. W tym wszystkim jedynym pozytywem było to, że nie zamierzał jej przez to przekreślić, jedyne, drobne światełko nadziei na to, że może faktycznie wszystko się jeszcze ułoży.

Wojna trochę skomplikowała jej wizję przyszłości, miała wrażenie, że teraz nie mogą patrzeć w nią jak wcześniej, bo nic nie było pewne. Skąd mogła wiedzieć, że nie znajdą się kiedyś zupełnie przypadkiem w jakimś miejscu, z którego nie będzie już powrotu.

Nie mogli mieć pewności, że są bezpieczni, również nie do końca wyobrażała sobie, że mogliby trzymać się całkowicie z dala od tego wszystkiego. Nie dało się żyć w ten sposób.

Pozwoliła sobie w końcu opaść na łóżko. Najwyraźniej potrzebowali potrzeby od tej wymiany zdań, może dobrze in ona zrobi. Przymknęła oczy, próbowała sobie ułożyć wszystko w głowie, chociaż miała wrażenie, że nie do końca jest co układać.




RE: [14.01.1971] Changes | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 30.10.2024

- Tak - odpowiedział krótko zdecydowanie nie mając w planach wyjaśniać, co nim dyktuje.
Gdyby to była inna sytuacja to najpewniej nie miałby aż takich oporów przed włączeniem się w sposób, którego Geraldine po nim oczekiwała. Mógłby spróbować przełamać wewnętrzne opory przed treningową wymianą ognia. Z dużym prawdopodobieństwem byłby w stanie to potraktować jak konieczność.
Zależało mu na tym, żeby sytuacja się nie powtórzyła. Konieczność nauczenia się metod walki zaczęła być jasna. Próbowali nie mieszać się w konflikt, ale konflikt w dalszym ciągu wyciągnął po nich swoje łapska. Trudno było powiedzieć, co miało być dalej. Szczególnie, że pokłosie poprzedniej nocy mieli zbierać nie tylko dziś. Zbyt wiele się wydarzyło. Zmiany były nieuniknione, potrzebowali spróbować się w tym odnaleźć, bo ich świat zatrząsł się w posadach.
Mimo to Roise nie wyobrażał sobie tego momentu, w którym powoli otwiera usta, kiwa głową i stwierdza, że wobec tego rzeczywiście należy nauczyć ją wszystkich metod, z których korzystał w niemalże zwycięskiej walce. A potem zaczyna zagłębiać się w opisy czarnomagicznych zaklęć, powoli przechodząc od teorii do pokazowej praktyki. Nie. Nie chciał, żeby to tak wyglądało, nawet przy pełnej świadomości, że ci ludzie wrócą.
Potrzebował wymyślić coś innego. Z tym, że w tej chwili nie miał do tego głowy. Jakoś nie umiał wyciągnąć królika z kapelusza. Jego głowa była przepełniona, ale jednocześnie bardzo pusta.
- Muszę się zastanowić - odrzekł niechętnie, bo to nie było takie proste.
Szczególnie, jeżeli sam nie planował wcielać w życie jakiegoś innego planu, skoro znał i umiał wykorzystywać element zaskoczenia oraz bardzo skuteczne metody. Doszedł do tego wniosku. Wręcz potrzebował zagłębić się w to jeszcze bardziej - tę świadomość także miał. Geraldine nie powinna. Dla niej musieli wymyślić coś szczególnego.
- Najpewniej tak. Trzeba się na to przygotować - nie musiała mu dawać do zrozumienia, że powinien w inny sposób załatwić całą sprawę i teraz mieli w związku z tym problem.
Miał wrażenie, że słyszy wyrzut w głosie Yaxleyówny. To sprawiło, że niemal zazgrzytał zębami, poruszając szczęką w prawo i w lewo, żeby rozluźnić ścisk. Na próżno. Zgadza się: wiedział, że powinien doprowadzić walkę do końca, ale tamtego wieczoru podjął wiele własnych trudnych decyzji.
Mając do wyboru ściganie popleczników Voldemorta lub powrót do ukochanej osoby, która go potrzebowała, wybrał tę opcję, w której nie porzucał jej na pastwę losu i nie musiał słuchać wyrzutów za to, że nie chciał wrócić za późno, bo odciągnęła go wola zemsty. Nie darowałby sobie, gdyby dał się jeszcze bardziej ponieść nienawiści a potem poniósłby ostateczny koszt tego.
Przede wszystkim był jej mężczyzną, uzdrowicielem, partnerem, wspólnikiem, w tym wypadku również obrońcą i wieloma innymi rzeczami. Miał pełną świadomość tego, że dając tym ludziom uciec wyłącznie odwlekł konieczność ponownej konfrontacji. Był wściekły, że nie dał rady zakończyć tego wtedy, ale nie mógł cofnąć czasu. Zresztą nie podjąłby innego wyboru.
Przynajmniej nie łudził się, że nie wrócą. Szczególnie, że ich widzieli. Jeżeli któraś z tamtych osób skojarzyła jego albo Geraldine (a nie należeli do najmniej charakterystycznych czarodziejów - on w medycznym stroju, ona również raczej mało anonimowa) to odwet miał być kwestią czasu. Szczególnie po tym, co zrobił, żeby wyjść cało ze starcia. To raczej nie mogło odbić się bez echa.
Z tym, że nawet nie zastanawiał się nad innymi scenariuszami niż ten najbardziej bezpośredniej próby zemsty. Ambroise domyślał się, że mogą ich wkrótce zaatakować korzystając z najmniej spodziewanego momentu. Ludzie takiego pokroju mieli nosa do wyczuwania słabości. Potrafili zaatakować dokładnie wtedy, kiedy zadane ciosy mogły być najbardziej tragiczne w skutkach.
Rina miała rację. Powinni przygotować się na tę okoliczność. Miał świadomość, że skoro obronił się raz to prawdopodobnie mógł się obronić także kolejny. Już raz przekroczył niewidzialną granicę. Każdy następny zazwyczaj przychodził łatwiej. Natomiast wiedział, że to oczekiwanie, że wobec tego pokaże jej jak sobie z nimi radzić nie było bezpodstawne. Miało sens. Stanowczo zbyt dużo sensu.
Tym bardziej nie wiedział jak powinien to ugryźć. Memłał to w ustach jak truciznę, której nie chciał przełknąć ani nie mógł wypluć, bo zbyt dużo jadu wypłynęło z jego ust jak na te okoliczności. Powinien nad sobą panować, być wyrozumiały, ciepły i troskliwy. Potrzebowała tego od niego. Tymczasem zaserwował jej dawkę dodatkowych nieprzyjemności, nad którymi nie panował.
Wyciągnęła z tego stanowczo nie te wnioski, które miał na celu. W żadnym momencie tego dnia nie przeszło mu przez myśl traktowanie Geraldine jak ciężar. Był wpieniony, bo zachowywała się jak nieodpowiedzialne dziecko. Miał do niej bardzo dużo wyrzutów. Czuł się oszukiwany, traktowany przez nią gorzej od obcych mugolskich czarodziejów. Szczerze to myślał, gdy jej zarzucał ignorowanie konsekwencji nieprzemyślanych poczynań. Natomiast w żadnej chwili nie pomyślał, że mógłby się przez to odsunąć.
- Moje życzenia nie mają żadnego znaczenia, jeśli tylko udasz, że to robisz - podkreślił, bo w głębi duszy przestał być przekonany, czy Geraldine kiedykolwiek przestała myśleć w takich kategoriach.
Przez lata wydawało mu się, że daje jej dostatecznie dużo dowodów na to, że jego słowa nie są czczo pocieszające. Nie próbowałby mówić jej czegoś, co nie miałoby odzwierciedlenia w jego rzeczywistym podejściu do niej i do tematu, którego ponowne poruszenie rozdrażniło go bardziej niż powinno.
Tym bardziej, że przez głowę przeleciała mu myśl o tym, że tego także nie jest w stanie zrozumieć. Zupełnie, jakby nagle zaczęli nadawać na zupełnie innych falach i przez to całkowicie się rozmijali. A minęły nawet niecałe dwadzieścia cztery godziny odkąd żartowali w kuchni w Piaskownicy.
Zamilkli. Każde w swojej pozycji i we własnym świecie. To wydawało się najlepszą możliwością, ale cisza, która między nimi zapadła nie przynosiła ulgi. Była dusząca, bardzo ciężka. Atmosfera nie rozluźniła się. Niczego nie wymyślili. Do niczego nie doszli. Po prostu przestali rozmawiać.
- Pójdę dowiedzieć się jak to wygląda - odezwał się po bardzo długim milczeniu wypełnionym tylko szpitalnymi dźwiękami docierającymi do nich przez szparę pod drzwiami na korytarz.
Rzecz jasna miał na myśli dalsze decyzje o pozostawieniu Geraldine na jednodniowej obserwacji albo puszczeniu jej do domu. Na pewno było już dawno po zmianie dyżuru a w takim razie powinni dostać jasne informacje o ewentualnym wypisie. Wydawało mu się, że raczej nie powinni ich tu przetrzymać, ale z drugiej strony to była dla niego całkowicie nowa sytuacja. Nie znał się na postępowaniu po takich wypadkach - przynajmniej nie od strony formalnej.
W głębi duszy chciał wrócić do domu, ale jeżeli lepiej byłoby, żeby zostali tu jeszcze przez dwadzieścia cztery godziny to nie miał zamiaru protestować. Tym bardziej, że nie chodziło o niego. Bardzo poważnie traktował całą sprawę. Tak właściwie im bardziej o tym myślał, tym bardziej wydawało mu się logiczne a nawet wskazane, żeby dokładnie wszystko zbadać, przeprowadzić rozmowy i tak dalej. Chyba powinni uzbroić się w cierpliwości.
- Potrzebujesz czegoś? Przynieść ci coś? - Spytał z większym spokojem, ale również z nieskrywaną posępnością, przy czym pierwszy raz od dłuższego czasu podniósł głowę i przeniósł spojrzenie na twarz Geraldine.
Był świadomy tego, że ma czerwone oczy, ale zdążył uspokoić oddech, przełknąć gulę w gardle i opanować się na tyle, żeby udawać kogoś kim nie jest - bardzo spokojnego człowieka. Może tylko trochę zmęczonego.


RE: [14.01.1971] Changes | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 30.10.2024

Nie miała innego wyjścia, jak zaakceptować jego zdanie. Nie mogła go zmusić do tego, aby udzielał jej lekcji. To było ponad nią. Podjął decyzję - musiała się z nią oswoić. Nie do końca jej się to podobało, co pewnie mógł zauważyć w wyrazie jej twarzy, ale to by było na tyle. Nie naciskała. Pewnie miał swoje powody, o których nie chciał jej mówić, tyle. Znajdzie jakieś inne wyjście, poszuka wśród swoich znajomych.

Na pewno nie zamierzała zostawiać tego tematu, musiała się odpowiednio przygotować, bo przecież był to dopiero początek wojny, a już udało jej się oberwać dosyć mocno. Nie mogła sobie pozwolić na kolejne błędy wynikające z jej niewiedzy. To było niedopuszczalne. Yaxleyówna wbrew pozorom naprawdę starała się nie doprowadzać do tego, aby dwa razy popełniać te same błędy, tym bardziej, kiedy mogło ją to kosztować utratę życia.

Bała się czarnej magii, a raczej siły jaka mogła ze sobą nieść. Obawiała się tego, że mogło ją to pochłonąć, jednak w tym momencie zamierzała pokonać ten strach, wiedziała, że jest inna od tych ludzi, którzy chcieli przejąć władzę nad brytyjskim światem czarodziejów. Była ponad to, nigdy nie odczuwała takich potrzeb. Powinna sobie jakoś poradzić z tym, co te umiejętności ze sobą niosły. Nie chciała, żeby strach przed działaniem wykluczył ją z tego wszystkiego.

- Jasne, przecież mamy czas. - Nie spieszyło im się nigdzie, tylko, czy aby na pewno? Skąd mogli wiedzieć, że na dniach sytuacja się nie powtórzy, że znowu nie znajdą się w miejscu, w którym nie powinni, że ktoś nie postanowi zacząć rzucać zaklęciami na ulicy. Tego nie mogli być pewni, już nie. Nie było w tym wszystkim żadnej stałości. Poplecznicy Voldemorta robili to, na co mieli ochotę. Niszczyli ich świat.

- Trzeba. - Spodziewała się, że mogą wrócić, mogli też ją rozpoznać, do tego nie trzeba było mieć szczególnie wielkich, detektywistycznych zdolności. Nie zamierzała się oszukiwać - wyróżniała się nieco na tle innych czarodziejek. Była bardzo mocno charakterystyczna, ktoś na pewno mógł powiązać jej sylwetkę z nazwiskiem. Wolała zakładać najgorsze, niż łudzić się, że mieli w swoich szeregach samych półgłówków. Wolała być gotowa na to, co mogło się jej nie spodobać.

Nie negowała decyzji, którą podjął Ambroise, nie dziwiło ją to, że postanowił zająć się nią. Sama zapewn postąpiłaby w ten sam sposób. Nie mogli jednak zapominać o tym, że oni gdzieś tam się czaili, mogli mieć aktualnie nad nimi przewagę. To ją drażniło. Nie myślała wczoraj o tym, że będzie mogła być z tym powiązana, teraz trochę się tego obawiała, i nie chodziło tylko o nią, a o jej najbliższych, chodziło o niego. Wmieszała go to zupełnie przypadkowo, chociaż zdecydowanie tego nie chciała.

W przyszłości jednak nie powinni dopuszczać do takich sytuacji, oczywiście najlepiej jeśli w ogóle by ich unikali, jednak gdyby doszło do powtórki z rozrywki to wypadałoby mieć pewność, że tamci nie będą mieli możliwości ucieczki. Mieli dwa wyjścia, albo ich zabić, albo łapać, aktualnie było jej obojętne, które mieliby wybrać. Po tym, co zrobili wczoraj z jej umysłem naprawdę było jej wszystko jedno, tym bardziej, że oni na pewno się nad tym nie zastanawiali i wybierali najbardziej brutalne z opcji.

Westchnęła ciężko, gdy usłyszała jego kolejne słowa. Znowu przypominał jej o tym, że go zawiodła. - To zrozumiałe. - Wiedziała do czego zmierza, nie miała zamiaru po raz kolejny popełniać tego błędu, na pewno nie w taki głupi sposób. Jego rady zawsze miały sens, starała się spełniać te wszystkie życzenia, ale tym razem nie wyszło. Nie mogła już tego naprawić, na pewno będzie mierzyła się z konsekwencjami jeszcze przez długi czas. Najważniejsze jednak było to, że póki co jej nie skreślił. Oczywiście nie chciała sprawdzać jego cierpliwości, wydawało jej się, że to co zrobiła wczoraj było wystarczającym ciosem.

Nie znosiła tej ciszy. Milczenie powodowało, że zaczynała się denerwować, wolała, gdy mówił, kiedy dzielił się z nią wszystkimi swoimi przemyśleniami, to było bardzo niewygodne, powodowało domysły, niepewność.

- Nigdzie się nie wybieram. - Póki co nie mogła się stąd ruszyć. Liczyła na to, że kiedy do niej wróci będzie miał jakieś pozytywne wieści, przede wszystkim zależało jej na tym, żeby opuścić to miejsce. Nie znosiła Munga, nie czuła się tu dobrze, teraz będzie jej się kojarzyło z tą rozmową, której nie udało im się skończyć, z dniem kiedy zaczęła zauważać to, że się od siebie oddalili przez jej głupie zachowanie. Miała do siebie ogromny żal, ale to nic nie zmieniało. Nie mogła cofnąć czasu. Cóż, ocaliła może kilka mugolaków, ale co z tego? Nic. Spierdoliła przy okazji coś, co budowali razem przez wiele lat.

- Nie, nie potrzebuję niczego. - Miała ochotę zajarać, ale nie spodziewała się, że mogłaby to zrobić w tym szpitalnym łóżku. Chętnie wyszłaby też na zewnątrz i odetchnęła świeżym powietrzem, ale w tym przypadku była skazana na łaskę uzdrowicieli. Może okaże się, że faktycznie są ją w stanie stąd wypuścić. Zastanawiała się nad tym, jak to będzie kiedy wrócą do domu, czy tam też będzie taka cisza? Wolałaby jej uniknąć. Nie marzyła o niczym więcej, tylko o tym, żeby położyć się w cih wspólnym łóżku, przytulić do niego i przespać ten niewygodny czas, nie do końca wiedziała, czy będzie to możliwe.

Kiedy na nią spojrzał zauważyła jego zaczerwienione oczy, poczuła jeszcze większy ciężar na piersiach, był to dowód na to, jak bardzo go zawiodła i było jej z tego powodu naprawdę przykro, zacisnęła usta i ugryzła od wewnątrz swój policzek. Naprawdę był to jeden z gorszych dni w jej życiu.




RE: [14.01.1971] Changes | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 31.10.2024

- Wiem, że nie mamy - odpowiedział ostrzej niż planował, interpretując słowa Geraldine jako przytyk w swoją stronę.
Czuł się fatalnie z tym, że nie jest w stanie wymyślić planu ot tak na poczekaniu. Zazwyczaj nie miał z tym trudności. W tej chwili w jego głowie gościła przytłaczająca pustka. Miał tam wiele myśli, bardzo dużo refleksyjnego smoczego łajna, wiele wyrzutów do ich obojga, ale zero możliwych rozwiązań trudnej sytuacji.
Co prawda nigdy nie obiecywał Geraldine czegoś podobnego, co ona obecnie złamała i przekreśliła tym pochopnym zaangażowaniem w sprawę mugolaków. Całkowicie celowo nie doprowadził do tego etapu rozmowy, w którym mogłaby zażądać wzajemności. Przysiągł wracać do niej do domu i zamierzał dotrzymać słowa. Przede wszystkim zadbać o to, żeby do niej wrócić, ale...
...chyba mógł sobie wyobrazić, co było tu jedyną opcją, która nie oznaczała bycia nauczycielem w zakresie czarnej magii. Ci ludzie mieli wrócić prędzej czy później. Wściekli, napędzani furią i żądzą zemsty. Mogli na nich czekać w domu, który wtedy momentalnie przestanie być ich bezpieczną ostoją. Albo spodziewać się ataku z zaskoczenia, wciągnięcia w pułapkę, podstępnych zagrywek.
Jedyną możliwością było uprzedzenie posunięć popleczników Voldemorta. Już raz wziął ich z zaskoczenia. Powinien to zrobić ponownie. W tej chwili nie widział żadnego innego wyjścia jak to najprostsze, ale jednocześnie najbardziej ryzykowne. Szczególnie, że towarzyszyła mu przy tym jeszcze jedna myśl: kiedy rozmawiali z Geraldine o zagrożeniu, oboje mimowolnie posługiwali się liczbą mnogą. Mówili o sobie jak o ludziach, którymi byli od wielu lat. Jednością, wspólnym frontem, zespołem...
...ale to musiała być jego samodzielna sprawa. To on ich puścił. Dał im uciec w las zamiast zakończyć sprawę. Teraz musiał to ostatecznie domknąć. Sam. Tym bardziej, jeśli nie chciał jej angażować w coś, co stanowiło dla niego jedyną opcję skutecznej walki z przeciwnikami - rewanż, odpłacenie się tym samym, odbijanie klątw klątwami.
Miała takie samo prawo do odwetu jak on. Nie odbierał jej go. Jedynie przymknął usta i zamilkł wpatrzony w punkt ponad ramieniem Yaxleyówny. Niby spoglądał na nią, ale w tej chwili intensywnie myślał. Przynajmniej próbował ułożyć w głowie ten plan, który z trudem nabierał kształtów. To były toporne myśli. Tak jak sam powiedział: potrzebował czasu, ale poczuł, że go nie mają.
Z lat zostały im miesiące. Z miesięcy dni. Z dni godziny. Minuty przemieniły się w sekundy. Upływ czasu był nieubłagany. Coś, co budowali latami mogło rozpaść się w przeciągu kilku chwil, jeśli nie zapanują nad drżeniem gruntu w posadach ich wspólnego domu. Obawiał się mrugnąć okiem, żeby tego nie stracić.
Poprzedni wczesny wieczór stał się mglistym wspomnieniem. Ambroise odnosił wrażenie, jakby minęło wiele dni odkąd stali w kuchni i rozmawiali ze sobą w bardzo lekki, łatwy sposób. Gdyby tylko wiedział, że to ostatnie momenty przed zawieruchą. Nie rozpoznał ciszy przed burzą. Teraz było za późno, żeby to zmienić.
- Nie sądzę - zakwestionował te słowa, bo zarówno on, jak i ona powinni zdawać sobie sprawę z tego, że gdyby rzeczywiście były zrozumiałe to nigdy nie doszłoby do takiego czegoś.
Na tej samej zasadzie, gdyby faktycznie rozumiała i dopuszczała do siebie jego przekaz to nie wyrażałaby zwątpienia we wszystko, co mieli i w jego szczere intencje. Miał poczucie, że powinni głębiej poruszyć ten temat. Odkopali część pogrzebanego trupa. Teraz należało go ekshumować a potem ponownie pochować. Tym razem należycie.
To nie tak, że zupełnie nie widział w tym podstaw do tego, żeby czuć się połowicznie winny. Nie uważał, że dawał jej jakieś podstawy do powątpiewania w to czy chciał z nią być już do końca życia. Z drugiej strony musiał przyznać, że wojna go zaskoczyła. Taki obrót spraw wybił go z rytmu i pokrzyżował mu plany. Możliwe, że znacznie bardziej, bo może o to chodziło?
Przecież nie był głuchy ani głupi. Słyszał plotki i głosy obcych. Z tym, że nie sądził, żeby to było takie istotne. Nie powinni przejmować się cudzymi opiniami. Szczególnie nie w tym temacie, bo nikt nie towarzyszył im podczas wspólnej wędrówki. Tylko oni mogli wyrokować o tym, co grało a co wymaga jeszcze poprawy.
Nie wątpił, że niezbyt dobrze przyjąłby jakieś jawne poruszenie tematu, ale nie przeszkadzałyby mu dyskretne sugestie, jeśli chciała od niego tej ostatecznej formalności, żeby poczuć się bezpieczniej. Ten krok należał do niego. Nie chciał dopuszczać do sytuacji, w której musiałaby go upominać, bo zawaliłby sprawę.
Tak właściwie to, jeśli dłużej by się nad tym zastanowił, nie zrozumiałby swoich własnych przesłanek, które sprawiły, że zaniechał planów. Nie myślał o tym w tych kategoriach a może powinien? No, nie pomyślał przedtem, bo teraz w plątaninie skrajnych wniosków gdzieś przemknęła refleksja, że może rozciągał wszystko w czasie. Tak właściwie nie wiedzieć czemu.
Niespełna dwa miesiące wcześniej był zdecydowany. Bezwiednie to odsunął od siebie, kiedy zawisło nad nimi widmo wojny. A przecież to nie zmieniało nic ponad to, że tym bardziej powinien coś zrobić, żeby w razie konieczności żadne z nich nie musiało odwoływać się do ludzkiej wyrozumiałości tylko mogło po prostu podejmować decyzje, otrzymywać informacje, dysponować pełnym wachlarzem praw.
Gdyby nie jego znajomości, kontakty i praca w szpitalu to nie mógłby przerwać milczenia przekazaniem zamiaru wypytania o dalsze etapy leczenia albo wypisu. Mógłby spróbować przyciągnąć tu odpowiedniego uzdrowiciela, ale to by było na tyle. Reszta zależałaby od dobrej woli i podejścia dyżurujących magimedyków do tajemnicy lekarskiej. To była niepokojąca myśl, choć podobny niepokój nigdy nie miał ich dotyczyć. Tu w szpitalu, rzecz jasna.
Ale w Ministerstwie albo gdzieś indziej?
To zdecydowanie nie był moment na takie rozważenia.
- Nawet nie próbuj - odchrząknął przytakując, bo choć nie był ekspertem w urazach pozaklęciowych oraz poklątwowych to przedwczesne wychodzenie z łóżka było gigantycznym nieporozumieniem na wszystkich oddziałach.
Szczególnie do czasu, kiedy przyjdzie tu ktoś (najpewniej przyciągnięty informacją o przytomności pacjentki) kto da im zielone światło do powrotu do domu. Albo ich tu dłużej zatrzyma. Wszystko było niemalże tak samo prawdopodobne, jeśli ta druga opcja nie była niestety trochę bardziej do przewidzenia.
- To znaczy, że mogę wyjść? - Zreflektował się, mrugając ociężałymi powiekami piekących oczu. Teraz trochę za suchych tak dla odmiany. - Nie potrzebujesz niczego z zewnątrz. Jasne - powoli kiwnął głową, po czym przelotnie spojrzał na drzwi i wrócić wzrokiem do dziewczyny. - A stąd? - Nie był ślepy tylko zacietrzewiony w gniewnie, przecież widział, że to wszystko narobiło więcej szkody niż pożytku.
Ta ich ostra rozmowa. Milczenie. Narastający dystans. Powinien wyciągnąć rękę. Poniekąd to robił, choć w międzyczasie zdążył się podnieść i zrobić krok w kierunku drzwi. Mógł wrócić i nie wychodzić. Tylko czy tak będzie lepiej?
Po tym wszystkim nie miał już żadnej pewności.