Secrets of London
[02.1971] Czekając na nadejście dnia || Ambroise & Geraldine - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [02.1971] Czekając na nadejście dnia || Ambroise & Geraldine (/showthread.php?tid=4129)

Strony: 1 2


RE: [02.1971] Czekając na nadejście dnia || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 03.11.2024

Odnosił wrażenie, że nauczył się tych niepisanych granic, których nawet nie próbował przekraczać w docinkach. Chodziło mu o drobne, całkiem czułe uszczypliwości. Nie o mocne ciosy. Nie przy niej. Nie chciał jej skrzywdzić, nawet wtedy, kiedy nie do końca panował nad swoimi nerwami. Oboje bywali trudni, ale wypracowanie sobie własnych schematów pomogło. Nie obrażał się już na odwet za niewybredne żarciki. Przyjmował to na klatę, choć tym razem żadnym nie dostał.
- Nie musiałaś - wzruszył ramionami chcąc dać Rinie do zrozumienia, że i tak wiedział swoje.
Była bardzo dumna z bycia łowcą i wszystkiego, co z tym związane. Miała olbrzymią wiedzę. Jeszcze więcej praktycznego doświadczenia. Nie mógł zaprzeczyć, że raz po raz mu tym imponowała. Zawsze miała kolejną kartę w zanadrzu. Nie przestawała go zaskakiwać. Byle brak zainteresowania pułapkami nic nie zmieniał. Wręcz przeciwnie: utwierdzał Greengrassa w przekonaniu, że wobec tego była jeszcze lepsza. Skoro nie musiała się do tego posuwać i znalazła inne metody.
- Odważnie zakładasz, że ja ją mam - stanowczo zbyt mocno wyszczerzył zęby w uśmiechu, kręcąc głową i zniżając ton głosu do porozumiewawczego szeptu. - Nie mam - mógł iść w zaparte, że jest inaczej, ale przy kimś innym niż Geraldine.
Stanowczo zbyt dobrze go znała. Sama myśl, że mógłby mieć wystarczające pokłady cierpliwości do tego, co robił była raczej absurdalna. Mógłby spróbować upierać się przy tym, że wszystkie braki skutecznie rekompensuje sobie zapałem, stąd jest w stanie pokonać niechęć i zniecierpliwienie. Taka oficjalna wersja byłaby naprawdę budująca.
Z tym, że nie miała nic wspólnego z rzeczywistością. Rzecz jasna miał w sobie bardzo dużo uporu i zdecydowania, ale nie zapału. Nie w tym wypadku, bo zapał kojarzył się z ekscytacją. Ambroise był tak daleki od podchodzenia do tego jako do czegoś pozytywnego jak tylko mógł być. Nieświadomie czerpał z czegoś zupełnie innego.
Z pokładów bardziej trudnych, cięższych emocji. Ze wspomnień tamtych chwil, kiedy miał świadomość, że zawiódł, nie był w stanie zapanować nad sytuacją, jego wszelkie starania nie były wystarczające, żeby zapewnić jej bezpieczeństwo. To te uczucia pchały go do wychodzenia na siarczysty mróz, grzebania w grubych księgach, eksperymentów z magią zabezpieczającą. Cierpliwość była cnotą, której jemu również brakowało, ale to desperacja - ta, do której nigdy by się nie przyznał, potrafiła być skutecznym zastępstwem. Pchała go do działania wbrew trudnościom.
A tych nie było mało, bo Piaskownicy wiele brakowało, aby być idealnym punktem ochronnym. Budynek sam w sobie wymagał więcej pracy niż to, co byli w stanie zrobić przez lata. Stare nadmorskie domki ponoć miały to do siebie, że nieustannie należało coś w nich naprawiać. Woda, wilgoć, sól i wiatr robiły swoje. Nie było mocnych przeciwko siłom natury, nawet jeśli posiłkowali się magią, żeby ułatwić sobie życie.
Mimo to Ambroise czuł się tu całkiem dobrze. Znacznie lepiej niż, gdyby w tym czasie mieli urzędować w Dolinie Godryka albo w Snowdonii, bo żadne z tych miejsc nie było całkowicie ich. Wszędzie byliby zdani na kogoś. Ostatnio miał wrażenie, że tylko sobie nawzajem mogą w pełni zaufać. Coraz więcej osób pokazywało swoje prawdziwe oblicze. Częściej niż rzadziej niespodziewanie makabryczne.
Po obu stronach konfliktu byli fanatycy. To, że o tym nie mówiono, nazywając popleczników Voldemorta tymi złymi a mugolacką stronę konfliktu słusznie się broniącą było stanowczym uproszczeniem. Bardzo błędnym. Dobrzy ludzie nie istnieją. Postawieni pod ścianą, wszyscy zaczynali zachowywać się bardziej zwierzęco.
Wydarzenia z Davidem i jego rodziną jasno to pokazały, choć Ambroise już wcześniej to wiedział. Tamci ludzie uciekli. Mając okazję wesprzeć w walce kogoś kto wcale nie musiał ich bronić, mężczyzna rzucił się do odwrotu. Ani przez chwilę nie spróbował walczyć. Brak obrażeń mówił sam przez siebie. To, że nigdy nie wrócił, aby podziękować albo przeprosić również było bardzo wymowne.
Tu liczyła się jednostka. Nie społeczeństwo. Nie dobro wszystkich ludzi tylko swoich najbliższym. Mieli okazję przekonać się o tym szybko i intensywnie. Przynajmniej to była znacznie bardziej łagodna lekcja niż mogła być w tamtej sytuacji. Oszczędzono im poniesienia najcięższych kosztów, choć wcale nie było łatwo. Okupili to, nawet jeśli nie roztrząsali tego tylko działali dalej.
Obiecał sobie zadbać o to, by od teraz być bardziej zachowawczym i nie stracić znowu kontroli. Nie chodziło o niego. W żadnym momencie nie chodziło o niego. On wybrałby bezpośrednią walkę, ale sytuacja była inna.
- Lata doświadczenia, Ma Moitié, jeśli ktoś może chcieć cię wychujać bez konsekwencji to podejmie przynajmniej jedną taką próbę - skwitował tak realistycznie jak się dało. - Jeżeli wybada grunt i wyciągnie z tego wniosek, że może sobie pozwolić na jawny atak to zaatakuje. Nie jesteśmy w tym bardziej ludzcy od polujących zwierząt. Czasami, gdy już to czujesz i widzisz to jest już ta próba generalna a potem nadchodzi ostateczny cios - raczej wierzył w to, co mówi.
Z doświadczenia wiedział, że ludzie w przeciwieństwie do zwierząt czerpali dodatkową rozrywkę z takiego polowania. Lubili korzystać na cudzej chwili słabości. Potrafili miesiącami planować zemstę albo nawet nie - czasami to nie było nic personalnego. Tylko chęć zdobycia wpływów, podkreślenia swojej pozycji, zdobycia trzech galeonów i masy krwawej rozrywki. Świat był brutalnym miejscem. Szczególnie ich nowa rzeczywistość taką była.
- Cieszę się, że tak do tego podchodzisz - uniósł kącik ust, obdarzając ją łagodniejącym spojrzeniem kontrastującym z tym jak wyglądały jego oczy, gdy mówił o tamtych trudnych prawdach.
Zawsze wtedy podświadomie sztywniał, napinał się, zaciskał wargi i bezwiednie zmieniał ton głosu wyzbywając się rodzimego akcentu na rzecz twardej, londyńskiej mowy ulicy - zdecydowanych burknięć, szybkiego wyrzucania z siebie słów. Zupełnie tak, jakby przełączał pstryczek w mózgu.
- Nie potrzebuję sobie nic odbijać - pierwsze słowa jeszcze nosiły znamiona tamtej wcześniejszej twardości, kolejne całkowicie wróciły do bardziej miękkiego i intymnego, ich tonu, który rezerwował wyłącznie dla niej. - To, że tu ty jesteś jest moim większym dobrem. Przecież wiesz. Nie każ mi tego zbyt często powtarzać - nie upominał jej, ale potrafił szastać takimi deklaracjami na prawo i lewo.
Pod tym względem nie zmienił się przez lata. Wolał gesty, czyny, obecność. Fizyczność była dla niego bardziej deklaratywna od słów.
- No dobrze. Miejmy nadzieję, że to nie będą te słynne ostatnie słowa, bo tam nad brzegiem morza jest wyjątkowo ładnie, ale kurewsko zimno - ostrzegł, bo przecież nie chciał, żeby się pochorowała.
On miał sobie poradzić.
To, że w naprawdę wielu chwilach udawało mu się zapominać o własnych ograniczeniach i przez to mimowolnie się nadwyrężać było czymś, czemu nie mógł zaprzeczyć. To nie zaczęło dziać się z dnia na dzień. Zawsze miał tendencję do przesady w tym zakresie. Zdecydowanie angażował się w tematy, którymi musiał się zająć. W szkolnych czasach chodziło o Quidditcha. Później całym sobą rzucił się na staż uzdrowicielski, żeby wyrobić sobie pozycję pośród innych przyszłych uzdrowicieli. Przełożył to na udział w szpitalnym wyścigu o pozycję ordynatora, gdy obecny zacznie odchodzić na emeryturę, na co coraz bardziej się zapowiadało w przeciągu najbliższego roku, może dwóch lat.
Idealny czas, żeby budować sobie solidne podwaliny, choć w ostatnim czasie wszystko zaczęło się komplikować. Szczególnie, że przeniesienie się do innego miejsca niż Horyzontalna, skąd wszędzie było blisko sprawiało, że musiał rozsądniej dysponować ograniczoną ilością wolnych godzin.
W ostatnich miesiącach szczególnie wyraźnie wybierał powroty do domu. W dalszym ciągu stosunkowo często zostawał dłużej, bo napięta sytuacja w ich świecie wymagała od niego czegoś więcej niż zwykłych dwunastek, ale nie przyjmował już każdego dodatkowego dyżuru jak leci. Miał do czego wracać.
Tak właściwie to od kilku lat walczył z zapędem do pracoholizmu. Całkiem skutecznie, ale nie mógł sobie przypisać wszystkich zasług w wyrwaniu go z wiecznej spirali dyżurów i prywatnych wizyt wypełnianych innymi zleceniami. Tak właściwie to był zadziwiająco samoświadomy, że to był od a do z wpływ Geraldine, pilnowanie go w tym zakresie, bycie jego głosem rozsądku, którego słuchał, bo jej ufał.
Nie zawsze był przy tym ochoczy i czasami pozwalał sobie na wyrażenie braku entuzjazmu wobec tych wszystkich sugestii, co powinien a czego nie powinien (nic nie musiał, tak?) natomiast zazwyczaj widział w tym na tyle dużo logiki, że uginał się i brał to pod uwagę.
Wiedział, że nie ma zbyt wielu innych możliwości. To była rola, którą naturalnie wobec siebie przyjmowali, bo i on potrafił stanowczo dać znać, że coś nie jest dobrym pomysłem. Przez lata bezwiednie wyrabiali sobie pewien system, na podstawie którego Ambroise wiedział, że nie chodziło jej o to, żeby go ograniczać. Przynajmniej w teorii.
Czasami to piekło. Od czasu do czasu był niezadowolony z tego, co słyszał. Szczególnie wtedy, kiedy dopiero po komentarzu, uwadze, upomnieniu (nawet takim całkiem czułym jak to teraz) zauważał, że najwidoczniej się zagalopował, bo musiała go sprowadzać na ziemię. Wtedy bywało mu po prostu głupio a on...
...on nie cierpiał czuć się głupio, przechodząc w ofensywę mimo woli. Nader wszystko nie chciał dawać do zrozumienia, że sobie z czymś nie radzi. W jego zawodzie były raczej dwa typy czarodziejów: ci, którzy zachowywali się jak hipochondrycy oraz tacy, którzy nie potrafili zbyt dobrze ocenić własnych sił, bo wydawało im się, że napędzani wolą działania są niemalże niezniszczalni.
Nie trudno było domyślić się, gdzie na tej dwustopniowej skali mieścił się Greengrass. Szczególnie, że nieodmiennie wyznawał zasadę wszystko albo nic odruchowo rzucając się w wir wydarzeń i pracy, przez którą miał na myśli nawet te poranne obchody.
- Niewystarczająco długo - skrzywił się na niewypowiedzianą sugestię oraz na to konkretne słowo.
Jasne, wypowiedziane bardzo czule i z troską, ale gorzej z tobą w tym kontekście miało zbyt wiele wspólnego z prawdą, że może był tu trochę za długo i za wcześnie rano, zanim jeszcze temperatury zaczęły być łatwiejsze do przeżycia. Mimowolnie odnotowywał to jako jedno z tych upomnień, którym nie mógł podskakiwać. A to już niespecjalnie mu się spodobało.
- Może jest trochę chłodno, ale tym lepiej będzie, gdy wrócimy do domu - postanowił ugryźć ten temat od tej strony, uzupełniając to o kolejne jednoznacznie pożądliwo-zaczepne spojrzenie, mrugnięcie i uśmiech. - Gorąca kawa i długa wspólna kąpiel raz dwa zaradzą wszystkiemu - zasugerował, jednocześnie kiwając głową w stronę dużego głazu, który robił mu za punkt odniesienia. - Idziemy dalej? - Tak właściwie to powoli miał w głowie plan działania.


RE: [02.1971] Czekając na nadejście dnia || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 03.11.2024

- Nie musiałam, ale może powinnam. - Miała na myśli to, że może powinna jednak nieco poszerzyć swój zestaw umiejętności, bo jak widać te, które wydawały się być wystarczające aktualnie wcale mogły nie być odpowiednimi. Gdyby wcześniej się zainteresowała innymi dziedzinami związanymi z polowaniami, to aktualnie mogłoby się im przydać podczas trwającej wojny. To w sumie nie było takie głupie, mogłaby podejrzeć pracę kilku znajomych, żeby zobaczyć z czym to się jadło. Szkoda, że nie robiła tego wcześniej, bo mogłaby byc aktualnie już ekspertem w tej dziedzinie, a tak to nie do końca nawet wiedziała od czego zacząć. Nie do końca jej się to podobało, była nawet na siebie trochę zła, że do tej pory była taką ignorantką. Jak wiadomo jednak mądry czarodziej po szkodzie. Ona zdecydowanie zawsze wybierała te bardziej bezpośrednie techniki walki, w dużej mierze w przeciwieństwie do większości czarodziejów wybierała proste metody, broń, siłę fizyczną, a nie magię i rytuały. To mogło być jej słabością, bo przychodziło im się mierzyć aktualnie ze zdecydowanie silniejszymi przeciwnikami od magicznych bestii z którymi była przyzwyczajona walczyć.

- Akurat odwagi nigdy mi nie brakowało. - Tak, to była jedna z tych cech, którą zawsze w sobie miała. Często można było nazywać to nawet brawurą, a nie po prostu odwagą. Była pewna swoich umiejętności, nie zastanawiała się nad konsekwencjami, jakie mogły przynosić jej zachowania, ryzykowała. Nie bez powodu przecież należała do Gryffindoru, tiara umieściła ją tam bo widziała w niej właśnie tę cechę. Gryfońską głupotę, odwagę, jak zwał tak zwał.

- W takim wypadku doceniam, że nie pokazujesz swojego zniecierpliwienia, tylko tak dzielnie nad tym wszystkim pracujesz. - Wiedziała, to znaczy spodziewała się z czego to wynikało. Zostali postawieni pod ścianą, nie mieli za bardzo innego wyboru. Musieli dbać o swoje bezpieczeństwo, interesować się tematami, które kiedyś nieszczególnie ich interesowały. Tak, to miało niestety sens. Nadeszły bardzo wątpliwe czasy, podczas których wypadało, aby potrafili o siebie zadbać. Mniej lub bardziej skutecznie. Najważniejsze jednak, że próbowali to wszystko przetrwać. Zaciskali zęby i robili to, co wydawało się słuszne.

Zdawała sobie sprawę, że to ich miejsce na ziemi nie było jeszcze jakoś mocno dopracowane pod względem bezpieczeństwa, jednak na pewno z czasem będzie się to zmieniało. Wprowadzali zmiany, szukali nowych sposobów, aby zrobić ich dom twierdzą, no może nie do końca twierdzą, chociaż kto wie, czy kiedyś faktycznie się tym nie stanie. Powoli, małymi krokami dopracowywali wszystkie elementy. To miejsce miało całkiem niezły potencjał, tylko nie zakładali, że kiedykolwiek będą musieli, aż tak bardzo dbać o swoje własne bezpieczeństwo, wojna rozpoczęła się dosyć spontanicznie i trwała w najlepsze, nie widać było jej końca, wręcz przeciwnie, Yaxleyówna raczej miała wrażenie, że to był dopiero początek. Musieli mieć pewność, że w przyszłości faktycznie będą mogli spać tu spokojnie, bo kto wiedział, kiedy faktycznie ktoś się nimi zainteresuje. Byli całkiem niezłymi kąskami dla obu stron trwającego konfliktu. Prędzej, czy później ktoś na pewno pojawi się u ich drzwi z propozycją nie do odrzucenia. Wolała tego uniknąć, dlatego też dobrze by było, jakby nie mogli dotrzeć do tych drzwi, to skutecznie ochroniłoby ich przed podjęciem wyboru, którego żadne z nich nie chciało podejmować. Neutralność była wskazana, całkiem przyjemna, mogła gwarantować względny spokój.

Nikt ich tu nie nawiedzał, nawet członkowie rodziny. Ger skutecznie ignorowała pytania o to, gdzie właściwie się podziewa, nie uważała, żeby ktoś musiał mieć jakieś dokładne informacje. Co jakiś czas po prostu pisała do rodziców, że jest bezpieczna, że są bezpieczni, bo oczywiście jej najbliżsi pytali również o Ambroisa. Przywykli do tego, że ich drogi zostały ze sobą spelcione, chociaż nadal nie do końca przyzwyczaili się do tego w jaki sposób żyli. Oczywiście i to robili na własnych zasadach, nikt w to nigdy nie ingerował, bo chyba zdawali sobie sprawę, że nie miało to najmniejszego sensu. Zawsze robili to na co mieli ochotę, nie zważając na nieprzychylne spojrzenia, tak było im dobrze.

Czasem zastanawiała się, czy coś by się zmieniło, gdyby faktycznie przeszli przez te jeszcze bardziej oficjalne formalności, pewnie nie, nie zmieniłaby nic poza nazwiskiem. Nie sądziła, aby taki krok miał jakieś większe znaczenie, no i może mogłaby odwiedzić Roisa w szpitalu, gdyby coś mu się stało, tak właściwie to wydawało jej się, że przeszłoby to i teraz, bo przez niego kojarzyła niektórych pracowników Munga, ktoś na pewno przymknąłby oko zważając na to, że byli widywani u swojego boku od tylu lat. Wszyscy wiedzieli o ich relacji, nie kryli się z tym, to nie było tajemnicą.

- Najlepiej by było, gdyby dzięki tej próbie dotarło do niego, że nie warto podejmować kolejnej. - Ostrzeżenia były dobrą metodą na zapewnienie sobie bezpieczeństwa, no i nie przynosiły bezpośredniej wymiany sił. Całkiem rozsądny wybór, który mógł ich kosztować najmniej. Gdyby doszło do dalszego starcia - cóż, mogliby ucierpieć bardziej, a robili to wszystko przede wszystkim po to, aby mieć nadzieję na wspólną przyszłość. - Jesteśmy gorsi od zwierząt. - Była tego pewna. Stworzenia nie miały sumienia, które powinno w jakiś sposób dawać do myślenia ludziom. Wiedziała jednak, że są osoby, które go nie miały, to było najgorsze. Byli przepełnieni żądzą krwi, chcieli zabijać dla przyjemności. Zwierzęta raczej robiły to z innych pobudek. Ludzie to były zdecydowanie najgorsze z bestii, coraz bardziej to do niej docierało. Byli gotowi przelewać krew praktycznie bez powodu, to było zatrważające. Sama zresztą wiedziała, że byłaby w stanie zabić drugiego człowieka, tyle, że w jej przypadku było to raczej kierowane chęcią obrony najbliższych, tutaj nie miała żadnych granic. Gdyby chodziło o Roisa nie wahałaby się nawet sekundy, byłaby w stanie dla niego zabijać, tak, byleby mieć pewność, że będzie bezpieczny.

- Nie mogłabym do tego podchodzić inaczej. - Zresztą Yaxleyówna nigdy nie należała do szczególnie wygodnych osób, takie drobne niedogodności nie były czymś, co przeszkadzałoby jej w jakikolwiek sposób. Mogłaby odrzucić wszystkie niepotrzebne ułatwienia, aby mieć pewność, że będą bezpieczni.

- Wiem, ale pamiętaj o tym, że nie musisz się dla nas poświęcać. - Cóż, Ambroise i tak był dosyć mocno zapracowany, powinien mieć więcej czasu dla siebie. Musiała mu o tym przypominać, bo wykazywał niestety skłonności, które mogłyby go wepchnąć w pracoholizm. Gdy się w coś angażował, to nie było zmiłuj. Robił to całym sobą, jakby nic innego się nie liczyło. Zapominał w tym wszystkim o sobie samym. Nie do końca jej się to podobało, bo powinien o siebie dbać. Właściwie to od tego miał ją, przypominała mu czasem aby odetchnął, chociaż wcale nie tak łatwo było go do tego zmusić, tak, niby nic nie musiał, ale potrafiła go do tego zachęcić w inny sposób. Zbyt wiele razem przeżyli, żeby ignorował jej opinię, to ją cieszyło, bo miała wpływ na to, co się z nim działo. Nie chciała, żeby się przemęczał, bo to mogło przynosić nie do końca mile widziane konsekwencje, musiał o siebie dbać.

- To na pewno nie będą ostatnie słowa. - Tak, była o tym bardzo mocno przekonana i zamierzała się z nim podzielić swoją opinią. Na pewno o to zadba.

- Całkiem nieźle Roise, ale ta odpowiedź mnie nie satysfakcjonuje. - Niewystarczająco, oczywiście, że mogła się po nim spodziewać podobnego odzewu. Najwyraźniej zamierzał faktycznie skończyć to co zaczął, bez względu na panujące na zewnątrz warunki atmosferyczne. Rozumiała to, nie miała zamiaru oczywiście w to ingerować, ale zamierzała zostać tuż obok, żeby mieć pewność, iż się nie wyziębi. Wydawało jej się, że musiał tu spędzić dłuższą chwilę, przynajmniej tak zakładała po tym, jak skostniałe były jego dłonie, które jeszcze chwilę wcześniej dotykała. Na pewno spędził tu już wystarczającą ilość czasu.

- Nie jest trochę chłodno, a kurewsko zimno. - Poprawiła go jeszcze. Ten zacinający wiatr powodował, że odczuwalna temperatura była jeszcze niższa od tej faktycznej. Nie, żeby jej to aktualnie jakoś przeszkadzało, bo przecież była tu ledwie chwilę. Chodziło o niego, miała nadzieję, że to do niego dotrze.

- Brzmi jak idealny poranek. - Dodała w końcu z uśmiechem. Tak, najlepiej, aby ruszyli się w końcu z miejsca, bo to spowoduje, że szybciej znajdą się w domu i w końcu zajmą czymś przyjemniejszym.

Bardzo lubiła te poranki, kiedy byli tutaj razem. Ich praca powodowała, że często się mijali, więc naprawdę chciała w pełni wykorzystać ten dzień.

- Tak, chodźmy, nie ma sensu zwlekać. - Naciągnęła na głowę kaptur swojego płaszcza, żeby wiatr w końcu przestał plątać jej włosy i ruszyła przed siebie, w stronę głazu, który przed chwilą jej pokazał.




RE: [02.1971] Czekając na nadejście dnia || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 04.11.2024

- Jeśli chcesz w dalszym ciągu polować sama to chyba nie musisz tego robić od razu - zmarszczył czoło w zastanowieniu. - Dotychczas radziłaś sobie bez tego. Ze zwierzętami. Z ludzi to inna sprawa. Tu powinnaś być przygotowana - podkreślił znacząco, choć ufał jej osądowi i temu, że skoro mówiła mu, że w dalszym ciągu poluje głównie na własną rękę i poza większymi ludzkimi siedzibami to tak rzeczywiście jest.
Chociaż tamte wydarzenia z Doliny Godryka zapewne mogłyby się nie powtórzyć, gdyby zastosowała jakieś metody ochrony terenu, na którym działała. Z drugiej strony to powinna być odpowiedzialność właścicieli, ale tym nie można było ufać - szkoda, że przekonali się o tym po fakcie, ale mądry czarodziej po szkodzie. Musieli być znacznie bardziej przezorni.
- Wiem. Pamiętam - mimowolnie wymownie się przy tym uśmiechnął, znacząco kląskając językiem o podniebienie. - Startowałaś do wszystkich. Żywych czy martwych. To było... ...trudno to jednak nazwać odwagą, wiesz? To raczej ta gryfońska porywczość - zawyrokował czując się w pełni upoważniony, aby o tym mówić.
Bądź co bądź stosunkowo wcześnie dostał przedsmak tego, co później trochę ugryzło go w dupę, bo w żadnym momencie, gdy się działo nie był w stanie przewidzieć pełni konsekwencji. A los postanowił zabawić się w wielokrotną przewrotność. Te ścieżki w dalszym ciągu były niezbadane. Nawet po tak długim czasie.
- Mów mi tak dalej - poruszył brwiami w wyrazie samozadowolenia, którego tam wcale nie było - nieważne jak bardzo starał się zabrzmieć dumnie i radośnie, w dalszym ciągu nie był z siebie tak zadowolony jak powinien być.
Nie dopóki wiedział, że może zrobić więcej. To była bardzo uporczywa myśl. Siedziała mu w głowie od wielu dni. Nie: od tygodni. Cały czas było za mało. Szczególnie, gdy tamci nadal rośli w siłę.
- Mniej więcej o to nam tu teraz chodzi - skwitował kiwnięciem głowy zadowolony z tego, że byli na tej samej stronie. - Nawet nie wyobrażasz sobie jak bardzo - tym razem uniósł wzrok gdzieś ponad jej ramię i wykrzywił wargi w przelotnym grymasie.
Lata pracy z ludźmi z różnych środowisk potrafiły otworzyć oczy jak nic innego. Do pewnego stopnia pozbawiały złudzeń w taki sposób, że mogłoby się wydawać, że widziało się już dosłownie wszystko, ale wtedy przychodził ten jeden konkretny dzień, gdy granica znowu się przesuwała.
Tak naprawdę nie wiedział czy w ogóle istnieje jakieś dno. Coś tak złego i wypaczonego, że nie da się postąpić jeszcze gorzej. Nie chciał być tego świadkiem, ale już dawno zaczął dostrzegać, że ich życie przestało być koncertem życzeń. Musieli po prostu starać się radzić sobie z tym najlepiej jak potrafią. Oczekiwać najlepszego, ale szykować się na najgorsze.
Wojna wyciągała z ludzi najpaskudniejsze żądze. Zmieniała prawych czarodziejów w karykatury bojowników o wolność gotowe odpowiadać złem na zło. To nawet nie była hipokryzja. Nigdy nie uważał się za dobrego człowieka. Nie usiłował być niczyim zbawcą, nie głosił wszem i wobec, że jego charakter jest nieskalany żadnymi wątpliwymi uczynkami.
Moralność Ambroisa była płynna. Tak samo jak metody, do których był w stanie się posunąć, gdy sądził, że nie ma żadnego lepszego wyboru. Nigdy nie chodziło o postępowanie właściwie. Zawsze o czynienie tego, co miało przynieść najbardziej wyraźny efekt. Środki nie miały znaczenia, gdy cel był uświęcony na długo przed tym jak udawało mu się go osiągnąć.
Wyższe dobro - nie kłamał, gdy mówił, co to dla niego obecnie oznaczało. Od wielu lat było dokładnie tym samym. Wszystko inne się zmieniało, ale co do tego jednego nie miał nawet odrobiny wątpliwości. Wybór zawsze był jeden. Gdyby z jakiegoś powodu przyszło mu stanąć przed dylematem, tak naprawdę wcale by go nie miał. Ta świadomość momentami go przerastała.
Bywały sytuację, w których czuł się przytłoczony własnymi rozważaniami i wnioskami, które w ostatnim czasie szły zbyt daleko swoimi ścieżkami. Nie tym, co czuł, ale jaki to miało na niego wpływ. Intensywnością reakcji, natłokiem myśli budzących go nad ranem, gdy jeszcze nie wstało słońce. Nie mówił o tym na głos. Chyba nie był w stanie, ale nie wątpił, że to zauważała.
Tak jak on dostrzegał wszelkie drobne zmiany w niej. Zachodziły w Geraldine od czasu tamtego dnia, gdy oboje próbowali zapewniać się, że to nie była ich wojna. Nigdy nie powinni angażować się w cudzą walkę, ale w jednej niekontrolowanej chwili zrobili ku temu pierwszy krok. Tak jak on wiele lat temu na Nokturnie, tak teraz oboje wstąpili na drogę, z której nie dało się zawrócić. Mogli w dalszym ciągu starać się nie wysyłać jasnych sygnałów do otoczenia, starać się jeszcze bardziej nie mieszać, zabezpieczać swoje miejsce na ziemi i siebie nawzajem, ale to nie zmieniało jednego: zbroili się.
A to oznaczało, że uznali tę walkę za swoją. To, że żadne z nich nie mówiło tego na głos nie zmieniało tego, że szykowali się na konieczność zapewnienia sobie furtki awaryjnej, gdy nadejdzie czas i ktoś wreszcie zaburzy ich złudny spokój. Nie jeśli - gdy. Mieli w tym siebie nawzajem, przynajmniej w tyle mogli wierzyć, bo wszystko inne zmieniało się z chwili na chwilę. Nic już nie było stabilne ani takie same. Świat, który znali od dziecka rozpadał się na ich oczach.
Próbowali go sklejać, chronić. Przynajmniej ten niewielki kawałek. Małą połać terenu obecnie ogarniętą takim spokojem, że trudno byłoby uwierzyć, że może się tu zdarzyć coś złego. Pastelowe barwy nieba powoli przechodziły w błękit poranka, promienie wschodzącego słońca przebijały się przez mgłę rozświetlając ją pasmami. Było cicho. Nawet mewy jeszcze nie wyruszyły na łowy. Jedynie spokojny szum fal dawał o sobie nieustannie znać. To mogłoby być idylliczne miejsce na ziemi. Było nim przez wiele lat. Aż wreszcie nawet tutaj zaczął wdzierać się chłód inny niż mroźne porywy wiatru. Podstępny cień majaczył na pograniczu świadomości. Odganiali go, musieli włożyć w to tyle sił, ile byli w stanie. On czuł się za to odpowiedzialny. To stało się jego domeną, nawet jeśli był skory, by podzielić się swoją wiedzą. Jak niedostateczna była w jego oczach, bo chciałby wiedzieć więcej, umieć więcej, czuć się pewniej. Stać stabilnie na nogach jak ostoja, nie bujać się na falach jak boja.
- Nic nie muszę - to był odruch, bezwiedne przyzwyczajenie, żeby odpowiadać w ten sposób jeszcze zanim pomyślał o głębszym znaczeniu usłyszanych słów. - Nie poświęcam się. Obiecałem, że będę cię zawsze chronić. Dotrzymuję danego słowa - odrzekł spokojnie, cichym i opanowanym głosem, jakby to było coś, co mówiło samo przez siebie.
Był słownym człowiekiem. W tym wszystkim zostało mu chyba już tylko to. Mógł o sobie powiedzieć naprawdę wiele. Nie zawsze zachowywał się właściwie. Miał skłonności do przesady, bywał porywczy, tłumił wiele myśli, nie wyciągał wniosków zanim nie stawał przed konsekwencjami. Często nawet później. Natomiast miał swoją pokrętną godność. To nie był honor, bo za honor się głupio ginie - wielokrotnie był tego świadkiem. To była głęboka godność wynikająca z życia w zgodzie ze sobą.
Gdyby kiedykolwiek naruszył dane jej słowo, czułby się ze sobą jak ostatni śmieć. Nie brał tego pod uwagę. Nie istniało nic, co byłoby w stanie sprowadzić go tak nisko. Niżej niż wszystko, co robił, żeby podtrzymać ich spokój i dotrzymać słowa.
- Zobaczymy - skwitował, jakby to było wyzwanie, kto dłużej wytrzyma w tamtym przejmującym zimnie zanim stchórzy i umknie do ciepłego domu.
Mimo to wolał nie testować tego w praktyce, jak najszybciej załatwić resztę rutyny a następnie przejść do znacznie milszych sposobów spędzania poranka. Szczególnie, że dziś nie wybierał się nigdzie do Londynu ani gdziekolwiek indziej. Jeśli ona również nie miała takich planów, mieli dla siebie cały długi dzień. Wczesnoporanne wstawanie miało swoje bardzo przyjemne konsekwencje.
- Przykro mi? - Tak właściwie to nie czuł się winny, że nie może odpowiedzieć w inny sposób.
Robił coś, co jest właściwe. Nie poświęcał się. Nie odczuwał tego w ten sposób. Raczej wpadał w rytm działania i nie zamierzał przestawać dopóki nie skończy wszystkiego, co ma zaplanowane na najbliższe dwadzieścia, góra trzydzieści minut. Rutyna tego typu wymagała czasu, nawet jeśli nie miał cierpliwości, która by to wszystko ułatwiała.
- W górach nie bywa jeszcze chłodniej? - Spytał z uniesieniem brwi, bo tak właściwie to nie miał okazji spędzić wielu zim w tamtych rejonach, ale pamiętał co najmniej trzy gwałtowne burze śnieżne na terenach Snowdonii i wszystkie były co najmniej tak lodowato zimne jak ten mroźny poranek.
Z tym, że towarzyszyły im silniejsze podmuchy wiatru, gruby i ciężki śnieg, głębokie wycie i całkowity brak widoczności. Ten klimat był przy tym raczej pestką. Szczególnie, że widzieli światła domu, w którym wkrótce mogli się na powrót skryć i nie wyściubiać stamtąd nosa.
- Będzie idealnym porankiem - kiwnął głową z błyskiem w oku, po czym nieznacznie się przed nią skłonił, wskazując ręką na głaz.
Dochodząc na miejsce sięgnął do kieszeni po sakiewkę pełną pylistej, sypkiej, ale jednocześnie ciężkiej zawartości.
- Chcesz czynić honory? - Spytał, wyciągając woreczek w stronę dziewczyny. - Czarna sól. Będziemy tworzyć okrąg dookoła domu między punktami ze świec nasączonych olejkiem cytrynowym. Wokół granic pierwszego okręgu. Całe szczęście nie wieje ani nie pada, stąd w ogóle myślę, że damy radę to zrobić. Nie przejmuj się śniegiem, po prostu syp po liniach. W innym wypadku wstrzymalibyśmy się do wiosny do roztopów, ale sądzę, że i tak warto spróbować - stwierdził, jednocześnie wyciągając jedną z grubych czarnych woskowych świec, żeby zaprezentować to, o czym mówił.
- Postaraj się wyciszyć umysł, skupić się na intencji ochrony domu, nie mówić, jeśli to nie jest konieczne. Skoncentruj się na tej jednej czynności. Później przyjdzie pora na kolejne. Chyba, że chcesz mieć całość obrazu już teraz - to było pytanie, mimo że nie zadał go tym tonem.


RE: [02.1971] Czekając na nadejście dnia || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 04.11.2024

- Nie do końca o takie polowanie mi chodziło. - Bardziej o łączenie ich codziennych umiejętności z tym, czym aktualnie się zajmowali. Gdyby posiadała wiedzę mogłaby bez problemu radzić sobie z ludźmi, którzy mieliby chęć zrobić im krzywdę. Nawet nie musiałaby tego robić sama, bo mogliby wpaść w przygotowane przez nią pułapki. To wcale nie było takie głupie rozwiązanie. - Ale to chyba dobry moment na to, aby zainteresować się tematem. - Nie zamierzała odpuszczać, była to dziedzina, w której wiedzę mogła poszczerzyć, pewnie zajmie jej to trochę czasu, ale szkoda było zmarnować potencjał. Oczywiście to nie tak, że teraz zamierzała polować na ludzi, nie, przynajmniej aktualnie tak to nie wyglądało. Kto wie, czy to nie zmieni się w przyszłości.

- Porywczość? - Uniosła brwi i przyglądała mu się dłuższą chwilę. - Nie zgadzam się z tym, zdecydowanie nie, odwaga brzmi lepiej. - Faktycznie trudno było przewidzieć jej wybory, reagowała na wszystko emocjonalnie pod wpływem chwili, nigdy nie była w stanie zapanować w pełni nad tym, co działo się wokół niej, ale wolała unikać określania tego jako porywczości, ono nie brzmiało zbyt pozytywnie. Odwaga wydawała jej się być bardziej odpowiednim nazewnictwem, chociaż wiedziała, że nie do końca nią była. Lubiła się jednak wybielać.

- Oczywiście, nie zamierzam przestawać. - Chociaż nie wydawało jej się, aby jej słowa cokolwiek zmieniały. Roise nie wyglądał, jakby był w pełni zadowolony z tego, co udało mu się stworzyć. Nie miała pojęcia dlaczego wymagał od siebie tak wiele, szczególnie, że przecież robił dużo więcej niż by zakładała. Szukał informacji, testował nowe zaklęcia, rytuały, naprawdę nie dało się dać od siebie więcej, niż on dawał w tej chwili. Nie do końca podobało jej się, że tak wiele od siebie wymagał.

- Zaczynam chyba coraz więcej rozumieć. - Tak, z początku wcale nie było łatwo jej się w tym odnaleźć, teraz może nie znała szczegółów, ale przynajmniej wiedziała do czego zmierzaja. To rozjaśniało jej wizję tego, co właściwie tutaj robił.

Tak właściwie to nie miała pojęcia do czego byłaby w stanie się aktualnie posunąć. Kiedyś pewnie łatwiej byłoby jej określić granice, aktualnie jednak wolała tego nie robić. Nie chciała rzucać słów na wiatr i później udawać, że to nie miało miejsca. Nie mogła przewidzieć, jak zachowa się, gdy będzie przystawiona do ściany. Sytuacje mogły być różne, niestety było jej dane już otworzyć oczy. Tamci nie mieli żadnych granic, ona też nie do końca powinna się kierować moralnością. Nie przejmowali się tym komu odbierali życie, jej też powinno być obojętne to co właściwie zrobi, żeby być bezpieczną, lub ochronić tych, na których jej zależało. Oczywiście nie miała zamiaru się wystawać, biegać między walczącymi czarodziejami, ale nie mogła przewidzieć w jakiej sytuacji może się znaleźć zupełnie przypadkowo. To ją najbardziej martwiło, bo miała świadomość, że jeśli zostanie zmuszona do podejmowania spontanicznych, brutalnych decyzji to na pewno już się nie zawaha. Oni sięgali po magię, która należała do tych najgorszych rodzajów, uważali się za panów życia i śmierci, nie mogła być gorsza, bo to mogło ją wiele kosztować. Nie była w stanie zapłacić największej ceny za to, że nie potrafiła podjąć odpowiedniej decyzji.

Przewróciła oczami, kiedy z jego ust padły jej ulubione słowa. Tak, to prawda, nic nie musiał, już dawno ustalili, że mogli robić to na co mieli ochotę, nic nie musieli. To ich nie dotyczyło. Tyle, że nie do końca uważała za konieczne to, aby angażował się w to, aż tak bardzo. Ona również miała ręce i mogła z nich korzystać, to nie tak, że była zupełnie bezbronna. Potrafiła o siebie zadbać, przynajmniej starała się to robić. Naprawdę nie musiał brać na siebie tego brać.

Miała świadomość, że czasy były wątpliwe, że musieli sobie jakos radzić, ale nie byli, aż takimi pierdołami, żeby się wszystkim przejmować aż nadto. On i ona należeli do tej części społeczeństwa czarodziejów, która potrafiła korzystać z różnych metod, dzięki którym mogli zapewnić sobie bezpieczeństwo. Gdyby doszło do bezpośredniego starcia również by sobie poradzili, szczególnie po tym styczniowym. Geraldine dostała bowiem nauczkę i na pewno nie zamierzała popełnić drugi raz takiego samego błędu. Zdała sobie sprawę z tego, w jaki sposób walczą ich przeciwnicy, otworzyła oczy i zamierzała się do tego dostosować. Przemoc za przemoc, nie było innej drogi. Pogodziła się z tym.

- Jasne, zobaczymy. - Miała w tym przypadku przewagę i była tego świadoma, zresztą to nie było coś w czym chciałaby z nim konkurować. Nie kiedy w grę mogło wchodzić wyziębienie, które mogło przynieść konsekwencje w postaci chociażby przeziębienia. Zdecydowanie wolałaby tego uniknąć. Wiedziała jednak, że był uparty i nie miała w tej chwili za bardzo szans, aby na niego wpłynąć. Musiała się pogodzić z tym, że decyzja została już podjęta, czy jej się to podobało, czy nie. Oczywiście, że zamierzała z nim zostać i mu pomóc, to mogłoby przyspieszyć te działania. Tyle była w stanie zrobić.

- Oszukujesz, wcale nie jest ci przykro. - Dodała jeszcze. Nie miała zamiaru się z nim spierać, pozostawało im jedynie dokończyć to, co zaczął, a później będą mogli zaszyć się w domu. To było tego warte, i świadomość tego, że faktycznie ich dom będzie bezpieczniejszy.

- Bywa chłodniej, ale mam wrażenie, że morze nieco potęguje poczucie zimna. - Ten wiatr był zupełnie inny od tego, który towarzyszył jej w rodzinnym domu. Potrafił docierać niemalże do samych kości, albo po prostu tak się jej wydawało.

Nie zamierzała juz ciągnąć dalej dyskusji na temat warunków atmosferycznych. Podjęli wspólną decyzję o tym, że dokończą teraz to, co zaczął. Nie było już innego wyboru.

Sięgnęła dłonią po woreczek, który wyciągnął w jej kierunku. - Oczywiście, że chcę, chociaż do tego mogę się przydać. - Zadanie, które miała wykonać nie wydawało jej się jakoś szczególnie skomplikowane, powinna sobie poradzić z tym sypanem soli, tak, to na pewno była w stanie zrobić.

Nie miała pojęcia, czy to faktycznie zadziała, zapewne tak, skoro on mówił, że to powinno pomóc to na pewno tak było. Rozpoczęła więc spacer, dokładnie wyznaczając okrąg z soli, którą jej wręczył. Była precyzyjna, wiedziała bowiem, że to może mieć znaczenie, nie chciała też wykonywać tego na odpierdol, racze przeciwnie. Miała zrobić wszystko, co w jej mocy, aby ten okrąg był idealnym okręgiem.

Jako, że niemalże od razu przeszła do rzeczy mógł zrozumieć jej odpowiedź na pytanie, które jej zadał. Nie potrzebowała wiedzieć nic więcej, skupiona była aktualnie na tej, pojedynczej czynności. Tak jak sugerował - wyciszyła się i myślała tylko wyłącznie o tym, że robi to po to, aby ich dom był bezpieczny. Wiedziała, że to było dość istotne podczas rytuałów ochronnych, chociaż tak naprawdę nigdy żadnych podobnych nie odprawiała, to był jej pierwszy raz. Może niezbyt dobrze się składało, że przyszło jej testować podobne czynności akurat w ich własnym miejscu zamieszkania, ale czy to właściwie coś zmieniało? Może trochę. Naprawdę zależało jej na tym, aby udało im się osiągnąć cel, szczególnie, że Ambroise naprawdę mocno się w to zaangażował.

Bez słowa więc, później już zupełnie mechaniczne szła przed siebie i tworzyła okrąg z soli. Zajęło jej to dłuższą chwilę, aczkolwiek udało jej się skończyć. Dopiero wtedy uniosła wzrok i na niego spojrzała, nadal bez słowa, ale mógł wyczytać z jej twarzy pytanie o to, co właściwie teraz powinna zrobić.




RE: [02.1971] Czekając na nadejście dnia || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 04.11.2024

- Nie idź w tym kierunku - spoważniał bez ostrzeżenia, obdarzając ukochaną twardszym spojrzeniem, bo doskonale dotarło do niego to, co kryło się pod jej słowami.
Nie chciał, żeby musiała brać na siebie zajmowanie się ochroną przed ludźmi mającymi wobec nich złe intencje. Wolał, aby pozostała przy samotnych polowaniach na zwierzęta, okazjonalnie go w nie włączając, ale ograniczyła kontakty z ludźmi. Czynnik ludzki był ryzykowny jeszcze przed nadejściem wojny. Obecnie stał się naprawdę skomplikowaną grą wymagającą nie tylko ostrożności, ale w razie czego również skłonności do instynktownego odpowiedzenia przemocą na przemoc. Nawet w sposób, którego nie dopuszczano w świetle prawa.
Jego ukochana była silna. Nie podważał tego. Potrafiła sobie radzić. Pokładał dużą wiarę w jej zaawansowane umiejętności. Wielokrotnie widział ją w akcji. Wiedział, że jest wręcz zabójczo skuteczna, ale nie dopuszczał do siebie myśli, że mogłaby być zmuszona do wejścia na ścieżkę, z której nie było łatwego odwrotu. Już raz tam byli. Wspólnie zabili człowieka, jednak nawet wtedy instynktownie wziął na siebie faktyczny akt odebrania życia Rosierowi.
Nie chciał, żeby musiała żyć z krwią na rękach inną niż ta zwierzęca. Magiczne bestie go nie interesowały, ale to? Nie chciał, żeby się tym kalała. Nie przy nim. Nie, gdy był w pobliżu, żeby wziąć to na siebie, bo była jego świętością, jego moitié, lepszą połówką trzymającą go w ryzach, zawsze sprawiającą, że był w stanie pokonać trudności i przestawiać granice.
Nie idealizował jej tak jak ona z pewnością nie idealizowała jego. Znali się na wylot, ale w dalszym ciągu uważał, że jest lepsza. Tak po prostu. Nawet ze swoim uporem i zaciętością.
- Zadzierzystość? - Zasugerował, przy czym bez wahania odwzajemnił spojrzenie, ani na chwilę nie odwracając wzroku od jej niebieskich oczu, które w tym świetle przybrały kolor kwiatów barwinka. - Wichrzycielstwo? Gorąca krew? - Przygryzł wargę starając się nie uśmiechać. - Ułańska fantazja? - jak na zupełną improwizację i wymienianie pierwszych słów z brzegu, szło mu całkiem nieźle.
Nigdy nie dysponował zbyt szerokim zasobem słownictwa. Umiał wysławiać się w zależności od potrzeby. Zdarzało się, że mówił w piękny, kulturalny sposób będący w stanie oczarować wyrafinowane towarzystwo. Potrafił również nie przejmować się inwektywami i twardo przechodzić do rzeczy.
To nie tak, że był w tym ograniczony. Najzwyczajniej słowa nie były jego główną domeną, zdecydowanie preferował czyny. Mimo to całkiem łatwo mu przyszło znalezienie kilku bardziej odpowiednich zamienników dla gryfońskiej odwagi, która w jego oczach w dalszym ciągu była bardziej brawurą, ale ładnie okraszoną czarem osobistym i humorem.
- Poza tym jesteś straszną szelmą i łajzą - dopowiedział zaczepnie z błyskiem w oku, nachylając się, żeby poprawić nogawkę spodni, ale w rzeczywistości zbierając w dłoń trochę śniegu, który ułamek sekundy poleciał prosto w czubek głowy blondynki w towarzystwie kolejnego uśmiechu i krótkiego śmiechu.
- Największą - podkreślił to, jak bardzo potrafiła go tym doprowadzać do szaleństwa.
Teraz rozmawiali całkiem lekko. Wszystkie wypowiadane słowa padały gładko spomiędzy jego warg, ale nie zawsze było to takie proste. Bywały chwile, kiedy zastanawiał się nad tym, czy ta porywczość ich nie zgubi. Nie robił tego zbyt często, jednakże w ostatnim czasie nie mógł już tak łatwo ignorować myśli, że to, w jaki sposób żyli przez lata nie miało już bezpiecznego przełożenia na nową rzeczywistość.
Starali się odnaleźć w nowych realiach. Uważali, szczególnie po styczniowych wydarzeniach. Natomiast żadne z nich nie zwykło chować się po kątach. Nie mogli wiecznie unikać brania poważniejszych zleceń, bo to oznaczałoby utratę pozycji i przywilejów, na które pracowali od dekad. Jednocześnie Ambroise nie wyobrażał sobie machnąć ręką na informację, że od teraz Geraldine chciałaby zacząć wracać do dawnego trybu życia, bo ten tutaj nie był dla niej.
A wiedział, że nie był. Nie na dłuższą metę. Dla niego również nie. Oboje lubili swój zakątek z dala od Londynu. Mieszkało im się tu dobrze. Mieli tu ciszę i spokój. Mogli złapać kilka głębokich oddechów. Cenił sobie możliwość wyjścia rano na zewnątrz i zaciągnięcia się czystym, rześkim powietrzem o lekko słonym posmaku. Nie przeszkadzała mu konieczność dokonywania napraw, które zdawały się nie mieć końca.
Zabezpieczanie domu i terenu dookoła było naturalnym krokiem, nad którym nie musiał zbyt dużo myśleć. Nie zastanawiał się, co to oznacza. Czy zechcą tu pozostać na kolejne kilka tygodni, które już teraz zamieniło się w długie miesiące, czy postanowią zrobić coś innego. Ta decyzja nie została jeszcze podjęta, ale podświadomie czuł, że była całkiem blisko.
Oboje byli stanowczo zbyt przyzwyczajeni do innego trybu życia, który przez lata uczynili wspólnym i to nie miało ulec żadnej zmianie. Nie obawiał się o to, że nagle ich życie jeszcze bardziej wywróci się do góry nogami w tym zakresie. Natomiast zawodowo i mieszkalnie powinni być bardziej realistyczni. Nie mogli wiecznie chować głowy w piasek w swojej Piaskownicy, nawet jeśli otaczali ją bezpiecznymi zaklęciami.
Starał się oddalić od siebie myśli tego typu, bo stawiały ich przyszłość i stabilność życia pod znakiem zapytania a do ustawiania zabezpieczeń należało mieć przejrzyste, bardzo konkretne intencje. Nastawienie było jedną z głównych składowych udanej pracy. Może dlatego tego dnia zajmowało mu to aż tyle czasu?
Dopóki nie pojawiła się Geraldine, myśli Ambroisa mimowolnie raczej biły w strapione tony. Aktualnie czuł się już znacznie spokojniejszy, doceniał jej towarzystwo. Nawet w tej chwili wyciągnął dłoń, żeby musnąć wierzchem zaczerwieniony od wiatru policzek dziewczyny i strzepnąć resztki płatków śniegu z jej długich włosów.
- A powiesz mi, że jestem do tego najlepszą partią i idealnym kawalerem? - Spytał żartobliwie, w tej samej chwili nachylając się, żeby zamknąć jej kojąco ciepłe usta pocałunkiem, bo odpowiedź w żadnym wypadku nie była mu potrzebna.
Nie potrzebował utwierdzać się w tym przekonaniu. Szczególnie, że z całkiem dużą satysfakcją wracał myślami do tego, że co najmniej ta jedna prawda miała stać się nieaktualna. Liczył na to, że prędzej niż później, bo przecież nie sądził, aby którekolwiek z nich musiało weryfikować coś jeszcze. Nie potrzebował badać gruntu. Tak właściwie od lat wiedział, że nadejdzie ten moment, kiedy wszystko samo zacznie do siebie pasować. Elementy układanki pomieszały się wtedy kilka miesięcy temu, ale teraz pasowały do siebie jeszcze lepiej, jeśli to w ogóle było możliwe.
- Pytaj, jeśli potrzebujesz wiedzieć coś więcej - podkreślił świadomy tego, że nie może odpowiedzieć na wszystko, ale zamierzał postarać się tak jak tylko mógł.
To było coś znacznie bardziej zagmatwanego, kiedy nie znało się zbytnio teoretycznych podstaw wykonywanych czynności. W jego środowisku kładziono nacisk na cześć praktyczną. Maksymalnie upraszczano wszelkie reguły. Nie dawano zbyt wielu nazw ani nie posługiwano się żadnymi podręcznikowymi zwrotami. Na coś, co wprawiony ekspert nazwałby Aegis Terrarum mówiono coś w rodzaju Ziemny Zamek dodając do tego swoje prywatne akcenty. Obcuratio Terram było na tej samej zasadzie Niewidzialną Barierą, która ze względu na swoją ogólnikową nazwę mogła też oznaczać Aegis Protectus albo Protektio Territorialis. To nie było tak oczywiste jak mogłoby się wydawać.
Posłał jej kolejne pytające spojrzenie.
Po czym na ułamek sekundy wyszczerzył zęby w uśmiechu, widząc jak Yaxleyówna wywraca oczami na jego klasyczne słowa.
- Czasami jest mi przykro za moje zachowanie - rzucił wymijająco bez dodawania tego, co było jasne - tym razem nie miał wyrzutów sumienia z powodu narażania się na przeziębienie, bo potrafił o siebie zadbać.
Mieli w domu składzik eliksirów wyposażony znacznie lepiej niż w większości gospodarstw domowych. Nie brakowało im tam praktycznie nic, co mogłoby się przydać. W tym również na pierwsze objawy kataru, gorączki czy wychłodzenia.
Mieli też naprawdę pokaźną wannę, stały dopływ gorącej wody, rozmaite lecznicze sole, wyciągi z ziół, torebeczki z suszem do kąpieli. Herbaty w kuchni, której obsługa po tylu latach w dalszym ciągu bywała lekkim wyzwaniem, szczególnie gdy coś się psuło i nie dało się tego naprawić przy pomocy magii, ale nie bez powodu mieli również standardowe palenisko i kominek.
Jeśli miałby się pochorować to prawdopodobnie nie było lepszego miejsca, w którym mógłby to zrobić i osoby, która mimo braku medycznego przeszkolenia otoczyłaby go skuteczniejszą opieką. Szczególnie, że nawet przy wysokiej gorączce zazwyczaj upierał się przy tym, aby leczyć się sam i tylko od czasu do czasu przyjmować naprawdę miłe przejawy troski.
Pod tym kątem był niemal stereotypowym uzdrowicielem burczącym o tym, że zatkany nos to w żadnym razie nie jest choroba a marna wymówka, poniżej czterdziestu stopni to jeszcze nie koniec świata, natomiast na kaszel jest prawoślaz i do tego wszystkiego okazjonalny kieliszek nalewki z derenia na ognistej.
Pewne nawyki były trudne do wyplewienia. Nawet po tak wielu latach miewał problem z bycia ciężarem, toteż z powodzeniem przeciągał się przez około czternaście godzin od pierwszych symptomów (tyle ile wymagało to od niego kiedyś, żeby nie paść zanim nie wróci do domu).
Przez ten czas prychał, wywracał oczami, deklarował całkowicie dobre samopoczucie. Z tym, że później niejednokrotnie po prostu padał na łóżko i spędzał tam dwa czy trzy dni w półprzytomnym stanie. Wtedy albo wracając do dawnych przyzwyczajeń i nie chcąc przyjmować zbyt jawnej opieki. Albo wręcz przeciwnie - całkiem łagodniejąc i bez protestów wykonując wszystkie polecenia. Nie było nic pomiędzy. Zdecydowanie nie był najłatwiejszym chorym.
W tej chwili w żadnym razie nie planował wpadać w pułapkę trudnych warunków atmosferycznych. Był całkiem ciepło ubrany. Przynajmniej, jeśli nie brać pod uwagę braku rękawiczek i czapki. Tych pierwszych z uwagi na to, że nie chciał ich zniszczyć a robocze zielarskie były zbyt grube. Natomiast czapek najzwyczajniej nie lubił. Możliwe, że tego dnia wszystkie czynności zajmowały mu dłużej, bo czuł się trochę bardziej rozkojarzony niż zwykle, ale zamierzał zbyć to machnięciem ręki... ...albo różdżki.
Zdecydowanie zbyć to machnięciem różdżki, bo mieli jeszcze trochę do pomachania, skoro Geraldine wyraziła chęć towarzyszenia mu podczas spaceru. Doceniał ten gest. Nieco mniej te jednoznaczne spojrzenie, które miało na celu sprowadzenie go na ziemię. Stojąc po pas w porannej mgle było łatwo odnosić wrażenie, że stąpa się w chmurach.
- Możliwe. Ten ziąb przenika wgłąb kości - przyznał bez wahania, poprawiając poły płaszcza, do którego kieszeni sięgnął po sakiewkę. - To zbyteczna skromność - prychnął przy tym, wyciągając czarną sól w stronę otwartej dłoni ukochanej i spojrzeniem zachęcając ją do działania, samemu również ruszając na powolną, milczącą przechadzkę, żeby rozstawić wszystkie cztery świece (po jednej w każdym punkcie okręgu odpowiadającego kierunkowi świata), przy każdej butem na śniegu rozrysowując swoje pokraczne wersje dwóch nachodzących na siebie run, wsypując w nie drobno sproszkowany piołun.
Niemal nie dostrzegł skierowanego ku niemu spojrzenia, na które zareagował znacząco wiodąc wzrokiem po świecach.
- Północ, południe, wschód, zachód. Z wnętrza kręgu - stwierdził bezgłośnie poruszając ustami, a potem po prostu pochylając głowę i sięgając do kieszeni, żeby wyjąć stamtąd mocno powycieraną, pogiętą stronę wydartą z jakiejś książki zanim do niego trafiła.
Już na głos mamrocząc to, co zostało tam napisane. Mogło się udać, mogło jebnąć. Ryzyko było mniej więcej takie samo.


RE: [02.1971] Czekając na nadejście dnia || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 04.11.2024

To nie tak, że zamierzała iść przed siebie jak taran. Po prostu rozważała różne opcje, akurat ta wydawała się jej być słuszna, dlatego chciała nieco bardziej zainteresować się tematem. To mogło im się przydać, powinien to wiedzieć. Ona także chciała mieć swój wkład w to, aby zapewnić im bezpieczeństwo. To była metoda po którą mogła sięgnąć, znajdowała się na wyciągnięcie ręki. Nie widziała w tym nic złego. Czasy były wątpliwe, za to jej wybory powinny być bardziej stanowcze. Docierało to do niej od jakiegoś czasu. Nie widziała w tym nic złego. Ona również powinna się angażować w to wszystko, w sposób w jaki potrafiła. Może jeszcze nie miała tej wiedzy, ale nic nie stawało na przeszkodzie, aby uzupełniła swoje braki. Znała wielu różnych łowców, jednym ufała mniej, innym bardziej, na pewno znalazłby się ktoś, kto zechciałby jej poświęcić nieco czasu i nauczyć tego, czego potrzebowała, nie miała ku temu najdrobniejszych wątpliwości. Szczególnie, że była jedyną córką przewodniczącego klubu myśliwskiego. Zresztą poszłaby po prostu do ojca, ten na pewno nakierowałby ją do odpowiedniej osoby, najbardziej zaufanej, to było chyba najlepsze wyjście. Nie miała problemu z tym, aby korzystać z jego znajomości, gdy przychodziło o sytuacje związane z jej ewentualną przyszłością. Przeciwnie, wtedy bardzo chętnie korzystała ze swoich koneksji. Wiedziała, że nie jest jedyną osobą, która postępuje w ten sposób, w ich świecie takie znajomości były bezcenne. - Mhm. - Mruknęła jedynie w odpowiedzi, bo nie chciała teraz dyskutować o tym, w jakim kierunku powinna zmierzać. Wiedziała swoje, i widziała wiele, co tylko przemawiało za tym, żeby faktycznie się na to zdecydować.

Nie miałaby problemu z tym, aby odebrać życie. Przynajmniej tak się jej wydawało, nie jeśli miało to być zrobione w jakiejś słusznej sprawie, wiadomo, że to był dość kontrowersyjny temat, bo każdy miał zawsze swoją rację, zależy która strona by na to spoglądała, chociaż czy właściwie chodziło o strony? Nie do końca. Nie zawahałaby się zaatakować jednej, czy drugiej, gdyby chodziło o ochronę jej najbliższych, gdyby chodziło o bezpieczeństwo Roisa. Było to trochę przerażające, ale nie tak bardzo jak sama wizja jej życia bez niego.

Skrzywiła się nieco, kiedy zaczął wymieniać te wszystkie synonimy. Nie miała właściwie jak z nimi dyskutować. - Nie spodziewałam się, że jesteś w stanie rzucać takimi epitetami z rękawa. - Tak, zdecydowanie nie spodziewała się tego po nim. Zdecydowanie chciał jej dokopać. Mimo wszystko nadal uważała odwagę za słowo, które najlepiej opisywało to, co się w niej kryło. Nie zaakceptowała nic z tego, co jej podrzucił.

- SŁUCHAM? - Już miała sobie oprzeć ręce na biodrach i posłać mu piorunujące spojrzenie, takie które potrafiło zabijać, tyle, że nie zdążyła tego zrobić. Oberwała śniegiem. No tego to się nie spodziewała.

Jedyne na co było ją w tej chwili stać, to było głośne prychnięcie. Pięknie ją tutaj opisywał, nie ma co. - Może i jestem największą łajzą i szelmą, ale twoją, musisz jakoś z tym żyć. - Zmarszczyła nos i wpatrywała się w niego dłuższą chwilę. Miała sporo szczęścia, że trafiła akurat na niego. Tak, to było niezaprzeczalne. Nie wierzyła w to, że na świecie istniał ktoś inny, kto byłby w stanie zaakceptować te jej wszystkie wady. Zdawała sobie sprawę, że wcale nie było łatwo z nią żyć. Zdecydowanie wręcz przeciwnie, ale miała jego, który radził sobie z tym wyzwaniem.

Wiedziała, że tylko się z nią przedrzeźnia, chociaż nieco w tym wszystkim było prawdy, na szczęście niezbyt bolesnej, bo miała świadomość o tym, że faktycznie taka była. Rozmowa jednak przeszła na lżejszy tor, co jej odpowiadało. Ostatnio sporo czasu spędzali na rozmowach o trwającej sytuacji, dobrze było czasem, chociaż na chwilę wrócić do normalności, jakby nic złego nie działo się wokół.

Zdawała sobie sprawę, że musieli być czujniejsi, dbać o detale, aczkolwiek to wcale nie była droga, którą podążałaby, gdyby nie miała go u swojego boku. Wiedziała o tym. Nie miała w zwyczaju zaszywać się z dala od problemu i udawać, że on nie istnieje, on zresztą też. Próbowali przeczekać ten początek wojny, jakoś odnaleźć się w tym wszystkim, ale nie będzie to trwało wiecznie. Nie mogli zamieszkać tutaj na zawsze, być może to miejsce było malownicze, miało swój urok, jednak to nie do końca było to, co mogłoby ją utrzymać na stałe w jednym miejscu. Prędzej, czy później zacznie jej brakować tego, co kiedyś miała. Nie zdawała sobie sprawy jak długo będą tutaj pomieszkiwać, ale miała świadomość, że było to tylko chwilowe. Kiedyś porzucą tą kryjówkę i wrócą na stare śmieci. Może już niedługo się nieco uspokoi. Póki co nie brakowało jej jeszcze zgiełku Londynu, ale była to tylko kwestia czasu. Nie była osobą, która zbyt długo potrafiła trzymać się na uboczu, nie była do tego stworzona, zresztą Roise też nie. Na szczęście to było tylko tymczasowe, aż w końcu sobie wszystko ułożą.

Po raz kolejny ją zaskoczył. Mógł dostrzec błysk w jej oczach, który miał zwiastować jakąś na pewno bardzo elokwentną wypowiedź, którą zamierzała skierować ku niemu, tyle, że nie zdążyła. Efektywnie zamknął jej usta pocałunkiem. Tak, nie było chyba na nią lepszej metody, ta zawsze działała. Stuprocentowa skuteczność. Ambroise bardzo dobrze zdawał sobie z tego sprawę. Przyjemne ciepło rozeszło się po jej ciele, kiedy zbliżył swoje usta do jej. Raptownie przestała odczuwać ten nadmorski chłód. Jak mógłby ją wypełniać, gdy jej serce dosłownie się topiło? Uczucia, które żywiła do mężczyzny stojącego przed nią wydawały się być z każdym dniem jeszcze bardziej silne, nie miała pojęcia, jak to robił, ale nie mogła zaprzeczyć, że faktycznie to działało.

- Póki co, chyba nie mam żadnych pytań, pewnie pojawią się w trakcie. - Rzuciła jeszcze cicho, kiedy w końcu się od niego odsunęła. Mogli przejść do rzeczy, zająć się tym, co musiało zostać dokończone.

Nigdy specjalnie nie interesowała jej teoria. Nie miała cierpliwości do czytania zagmatwanych opisów. Wolała uczuć się poprzez praktykę. To przychodziło jej prościej. Dlatego nie zamierzała teraz zadawać pytań, jeśli coś ją zastanowi to na pewno poruszy ten temat. Wolała jednak skupić się na działaniu - jak zawsze. Tak było prościej, nie musiała zresztą rozumieć wszystkiego, co działo się wokół niej, grunt, że miało przynieść jakiś efekt. Tak, to liczyło się najbardziej.

- Czasami, tak, na pewno. To nie jest jeden z tych momentów, nieprawdaż? - Nie musiała o to pytać, była przekonana, że właśnie tak jest. Nie wyglądał, jakby było mu przykro, wcale.

Postanowił sobie, że to dokończy i nie było innej możliwości, chociażby ręce miały mu skostnieć, a twarz stać się lodowata niczym kostka lodu. Nie chciał porzucić tego zajęcia, póki nie będzie miał pewności, że zajął się wszystkim. Czasem trochę mu zazdrościła tego, że doprowadzał wszystko do końca. Jeśli coś sobie założył, to nie było szansy, aby z tym dyskutować. No, czasem udawało jej się go jakoś przekonać do zmiany zdania, ale nie zdarzało się to zbyt często.

Przeziębienie nie było dla niego wymówką. Szczególnie, że potrafił się leczyć i zdawała sobie sprawę, że mieli w domu naprawdę spory zapas eliksirów, które mogły szybko postawić go na nogi. Większość osób mogła im pozazdrościć tych zasobów, na pewno niewielu czarodziejów miało, aż takie duże zaplecze. Nie dało się ukryć, że wynikało to z tego, czym się zajmowali. To na pewno ułatwiało sporo spraw.

Nie było więc sensu ciągnąć tego tematu, nie przemówi mu do rozumu, zresztą co mogło się stać? Najwyżej na własne życzenie zostanie tutaj uziemiony na kilka dni. To też była jakaś opcja. Na pewno nie zostawi go na pastwę losu, nawet jeśli nie życzył sobie jej pomocy to znajdowała się obok, zawsze gotowa go wesprzeć. Nie do końca jej się podobało to, że czasem bywał bardzo uparty i nie pozwalał sobie pomóc, ale do tego też musiała przywyknąć. To była loteria, przynajmniej częściowo, ale wiedziała, czego powinna się spodziewać. To nie byłaby jego pierwsza choroba w tym miejscu.

- Możesz o mnie powiedzieć naprawdę wiele, ale nie to, że jestem skromna. - Westchnęła jeszcze cicho. Po prostu wiedziała, że w tym co aktualnie robił za bardzo mogła mu się nie przydać. Nie znała się na tych wszystkich rytuałach i zaklęciach. W innych przypadkach, w dziedzinach w których się znała chętnie wspominała o swoim doświadczeniu. Nie miała z tym najmniejszego kłopotu, była świadoma swoich zalet, ale również i wad. Cóż, nie była skromną osobą, po prostu w tym przypadku wiedziała, gdzie dokładnie jest jej miejsce w szeregu, była raczej tylko i wyłącznie wsparciem, tłem, on grał pierwsze skrzypce podczas tworzenia tych zabezpieczeń, nie zamierzała mu tego odmawiać.

Wpatrywała się w niego dłuższą chwilę, nie odrywała wzroku nawet na chwilę, ciekawa tego, co robi. Nie przeszkadzała mu jednak, czekała w milczeniu. Nie miała pojęcia, czy uda im się osiągnąć założony cel (tak naprawdę nie wiedziała, jak powinny wyglądać efekty), ale stała w miejscu, żeby przypadkiem nie zrujnować tego wszystkiego, co tutaj tworzył.

Może i była narwana, ale czasami potrafiła panować nad swoim zachowaniem, to był jeden z takich momentów. Kaptur zsunął jej się z głowy i delikatny wiatr ponownie zaczął plątać jej włosy.

Nie do końca rozumiała, co Roise mamrocze pod nosem. Nie słyszała go zbyt dokładnie, ale wiedziała, że wie co robi, tak, przygotował się do tego wszystkiego, o czym świadczyć mogła też kartka, którą trzymał w dłoniach.

Pozostawało czekać na to, co się wydarzy. Yaxleyówna uważnie obserwowała otoczenie, aby niczego nie przegapić. W końcu skończył swoją inkantację, a nad nimi mrygnęło jasnoniebieskie światło, które po chwili zgasło, albo jej się wydawało, albo widziała kopułę nad okręgiem, który wysypała z soli. Zmrużyła oczy, wpatrywała się dłuższą chwilę, aż przeniosła wzrok na swojego ukochanego.

- Albo mi się wydaje, albo to działa? - W sumie wcale nie była tego taka pewna, stąd to zawahanie w jej głosie. Musiała zaczekać na opinię eksperta.




RE: [02.1971] Czekając na nadejście dnia || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 05.11.2024

Jej mhm było dla Ambroisa wyjątkowo wymowne. Znał je, więc mniej więcej wiedział, czego powinien się spodziewać. Prawdopodobnie mógłby pociągnąć temat w taki sposób, żeby dodatkowo obadać całą sprawę wraz z tymi wszystkimi drobnymi szczegółami odnośnie planów swojej dziewczyny, ale nie sądził, że to wiele zmieni.
Dostrzegła jakąś możliwość, którą chciała wykorzystać. Wręcz to on jej ją mimowolnie podsunął. Raczej nie miała tak łatwo odpuścić i zapomnieć o czymś, co uznała za warte uwagi. Zbyt dobrze ją znał, żeby nie zdawać sobie sprawy z tego, że decyzja już padła a nie chciał się z nią kłócić o coś, co ostatecznie mogło być całkiem przydatne.
Jasne. Bez wątpienia wolałby, żeby Geraldine nie angażowała się w zbyt wiele kontaktów z najróżniejszymi typami spod ciemnej gwiazdy, którymi bez wątpienia byli niemalże wszyscy łowcy. Natomiast wierzył w to, że tym razem będzie ostrożna. Jak do tej pory nie dała mu ponownie odczuć, że ich zaufanie nie może zostać odbudowane.
Nadkruszyło się wtedy, kiedy zarzucił jej całkowicie niepotrzebną porywczość i stawianie obcych ludzi ponad ich własną rodzinę, ale od tamtej pory próbowali naprawiać to pęknięcie. Nie je pogłębiać.
Nie wyobrażał sobie życia bez niej. Nie chciał doprowadzić do tego, żeby starając się coś mu udowodnić doprowadziła do czegoś, co wywołałoby trwałe szkody. On również usiłował ze swojej strony nie zrobić nic, co mogłoby przynieść im zgubę. W każdym przypadku fizyczną, bo nie wątpił, że to o takie zniszczenia mogłoby chodzić.
Słowa, mimo że potrafią ranić gorzej niż naostrzone sztylety, nie wyrządziłyby tego rodzaju krzywdy, której podświadomie się obawiał. Wiedział, że byłby w stanie wybaczyć jej wszystko, nawet jeśli przeżyliby w związku z tym wiele trudnych chwil.
Wszystko, tylko nie ponowne narażenie się na śmierć, gdy nie byłby w stanie przy niej być i odegnać to widmo. Nie mógłby żyć ze świadomością, że stało się coś, czemu nie mógł zaradzić i nawet nie był w stanie podjąć próby, bo wszystko wydarzyło się poza jego kontrolą. Nie mógłby żyć w pustym świecie.
Jeśli uważała, że chce zaangażować się w naukę czegoś, co było w stanie ochronić jej plecy na tyle długo, że zdąży umknąć przed ujawnionym niebezpieczeństwem; to kim był, żeby ją od tego odwodzić?
Rzecz jasna, gdy powoli kiwnął głową, w jego spojrzeniu kryło się co najmniej kilka warunków. Przede wszystkim to, że musiała ufać osobie, do której uda się po wskazówki. Nie było innej możliwości. Patrzył na nią z powagą, spojrzeniem wręcz wymuszając odwzajemnienie pozawerbalnego przekazu.
Szczególnie, że zdecydowanie wierzył w to, czym ją zarzucał. Pod żartobliwymi określeniami kryła się świadomość, że nie bez powodu oboje trafili kiedyś do domu Godryka Gryffindora. Mieli skłonności do ładowania się w kłopoty, przyciągali je jak magnes a potem instynktownie reagowali jeszcze głębszym zaangażowaniem w sprawę.
- Dla ciebie potrafię wznosić się na wyżyny kreatywności - odkaszlnął z rozbawieniem, nie dodając już tego, co padło wielokrotnie wcześniej: przecież jego dziewczyna tak bardzo uwielbia poetów i ludzi słowa.
On był człowiekiem czynu. Mógł raz czy dwa razy pokusić się o to, żeby wpleść między nie kilka słownych deklaracji, ale to nie było coś w czym kiedykolwiek czuł się dobrze. Pomazana, pokreślona kartka w kieszeni jego płaszcza była na to dowodem. Szczególnie w tym wypadku po prostu brakowało mu słów.
W teorii miał je wszystkie. Doskonale wiedział jaki powinien być przekaz. Natomiast przelanie go na papier, żeby przekaz był składny i nie pozostawiał żadnych wątpliwości było już naprawdę wyjątkowo trudne. O ironio, chyba cięższe od wszystkiego, z czym kiedykolwiek się mierzył. Przynajmniej tak mu się zdawało.
Z początku twierdził, że przyjdzie samo z siebie, ale cholera wcale tak nie było. Nie chciał, żeby go to ograniczało, jednakże po takim czasie nie mógł pozwolić sobie na potraktowanie tego po macoszemu. Zdecydowanie wolałby wybrnąć z tego w jakiś sposób nie wymagający bycia poetą.
- No dobrze - szerszy uśmiech ponownie pojawił się na jego twarzy. - Jesteś moją łajzą i szelmą, i doskonale mi się z tym żyje. Tak lepiej? - Niby nie musiał się upewniać, ale te słowa brzmiały na tyle dobrze, że ich dźwięk przyjemnie odbił się od uszu.
Nie było prawdziwszej prawdy.
Odruchowo pogłębił pocałunek, przyciągając ją do siebie w talii i unosząc kąciki ust, kiedy ich usta przestały na siebie napierać. Nie od razu się odsunął. Z jego gardła wydobył się cichy śmiech ogarniający usta dziewczyny ciepłym oddechem tworzącym mgiełkę na siarczystym mrozie. Wcale nie chciał wypuszczać ją z rąk, stanie w tej sposób pod pastelowym niebem w niemal całkowitej ciszy kusiło, aby spędzić tak jeszcze kilka długich chwil, ale chłód panujący dookoła powoli zaczął dawać o sobie znać.
Nagły podmuch szarpnął brzegi płaszczu, zawierając nogi sypkim śniegiem. Jeśli chcieli dokończyć wspólnie to, co Ambroise zaczął, musieli działać natychmiast. Zanim zerwie się mocniejszy wiatr i niemal idealne (jak na tę porę roku) warunki rozwieją się w lodowatych porywach wiatru. Ta zima była wyjątkowo mroźna i nie zamierzała ustąpić miejsca pierwszym subtelnym przebłyskom odległej wiosny. A nad ich morzem pogoda zmieniała się dosłownie z godziny na godzinę, czasem jeszcze szybciej.
Greengrass z wyraźnie dostrzegalną niechęcią odsunął się od Yaxleyówny o pół kroku, jednocześnie zabierając rękę z jej talii a drugą powoli przesuwając wzdłuż miękkiego płaszcza. Najpierw po boku Geraldine, później wzdłuż przedramienia, aby bez słowa ująć ją za dłoń, składając pocałunek na jej wierzchu.
Nie przestawał unosić kącików ust, choć tym razem był to uśmiech subtelny, bardzo rzadko pojawiający się na jego twarzy. Czuły, trochę porozumiewawczy, ale jednocześnie sugerujący, że wiedział coś, czego ona nie wiedziała. Mam swój własny sekret sugerował zawadiacki błysk w oczach mężczyzny, jaki przemknął po jego twarzy a potem zniknął, jakby rozmył się we mgle ogarniającej ich stopy, która powoli zaczynała opadać. Idealnie w czas, by widzieć wszystko, co zamierzali robić.
- Wobec tego spróbuj je zapamiętać. Powiesz mi w domu - odezwał się cicho, przerywając milczenie nieco zachrypniętym głosem z przebijającym się w nim wyraźnym akcentem.
Był w domu, nie musiał trzymać gardy ani pozować na kogoś innego. Mógł pozwolić sobie na tę najbardziej naturalną wersję siebie bez masek i pozorów. Z każdym dniem przychodziło mu to coraz łatwiej. Wbrew temu, co dzieje się dookoła, zawsze czuł, że może przy niej być po prostu sobą. Nawet z tym wszystkim, co nie czyniło z niego prawego, dojrzałego i opanowanego człowieka.
Za to ją kochał. Za bycie przy nim nawet wtedy, gdy śmierdział śmiercią i wojną, wracając z ponurych miejsc. Z rozproszonymi myślami i dłońmi szorowanymi niemalże do krwi. To dlatego robił to wszystko. Trzymał się przez lata zachowując neutralność. Równoważył swoje uczynki.
Przynajmniej podświadomie wybierał wiarę w to, że jedno chociaż trochę wymazuje drugie, bo wcale nie chciał być postrzegany w kategorii kogoś kto zawsze patrzył wyłącznie na własne korzyści i czubek swojego nosa.
Nie uważał się za dobrego człowieka, ale przy niej był dobry. Starał się być. Nie mógł dla wszystkich, więc był chociaż dla nich. Zapewnienie im bezpieczeństwa było nadrzędnym celem. Robiąc to rzeczywiście czuł się tak, jakby spełniał swoją powinność w byciu lepszym mężczyzną.
Nie odpowiedział na kolejne pytanie. Kąciki ust uniosły się znacznie wyżej, oczy zabłyszczały a zęby błysnęły w szerokim uśmiechu. Ambroise wzruszył ramionami.
No nie - teraz nie było mu przykro. Musiała to jakoś przeżyć. Wiedział, że to zrobi, bo nie pierwszy raz któreś z nich upierało się przy swoim planie a drugie mogło wyłącznie brać w nim udział albo patrzeć na wszystko z boku, wywracając przy tym oczami. Niewątpliwie sprawiało mu przyjemne ciepło to, że tym razem wybrała tę pierwszą opcję.
- Cieszy mnie to, że jej nie masz - odrzekł bez mrugnięcia okiem.
Może to było niekonwencjonalne podejście, ale porównując ich początki do momentu i ludzi, którymi byli teraz nie dało się nie dostrzec, że to nie był ten rodzaj braku skromności, który przeszkadzał Greengrassowi.
Wręcz przeciwnie. Może przyłożył rękę do wyhodowania potwora, ale sam uważał, że odpowiednią dawka zdrowego egoizmu i wiary we własną wartość dało się wiele osiągnąć. Prócz tego bez wątpienia to było bardzo pociągające.
Tak samo jak skupienie wymalowane na twarzy kobiety, kiedy bardzo poważnie podeszła do powierzonej jej roli. Przykładając rękę do tego, że mógł skupić się na próbach wypowiadania inkantacji we właściwy sposób, choć spojrzenie paliło go w plecy i sprawiało, że walczył, żeby się nie rozproszyć.
Jakimś cudem doczytał tekst do końca, kątem oka widząc rozbłysk i przesuwając pytające spojrzenie na ukochaną zanim jeszcze zdążyła utwierdzić go w przekonaniu, że bez wątpienia coś się stało.
Przez moment przyglądał się otoczeniu. Podążył za spojrzeniem Geraldine w kierunku nieba. Nieznacznie wydął wargi w zamyśleniu, drapiąc się po policzku i poruszając nosem.
- Hm - odmruknął pełen zastanowienia. - Nie wydaje ci się. Chyba wszystko jest w porządku - odpowiedział powoli w dalszym ciągu marszcząc brwi i któryś raz z rzędu obrzucając okolicę wzrokiem, zanim ruszył się z miejsca i wcisnął kartkę do kieszeni. - Trzeba ostrożnie przysypać krąg śniegiem i zebrać świece. Chcesz zrobić to drugie? - Spytał pozwalając zadowolonemu uśmiechowi wpłynąć na jego zaczerwienioną od mrozu twarz.
W tym wypadku mogli się zamienić albo zrobić to wspólnie. Tę decyzję pozostawiał Geraldine.


RE: [02.1971] Czekając na nadejście dnia || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 06.11.2024

Póki co właściwie jeszcze sama nie do końca wiedziała, jak ugryzie temat, ale pojawiła się iskra, która zachęcała ją do działania. Lubiła takie momenty, mogła z nich wynosić to, co najlepsze. Miała zamiar podejść do sprawy rozsądanie, podpytać, najlepiej najbliższych, a dopiero później działać. To mogło przynieść im sporo korzyści, chętnie rozwijała te umiejętności, które faktycznie mogły się im na coś przydać. Tutaj widziała dosyć sporo możliwych zastosowań, więc na pewno zajmie się tym tematem. Zresztą na pewno dobrze jej zrobi aktualnie zafiksowanie się na czymś konkretnym, będzie mogła od siebie odsunąć te wszystkie nieprzyjemne myśli, które zaczynały ją gnębić. To było bardzo dobre rozwiązanie.

Na to już było trochę za późno, bo Yaxleyówna wiele lat temu wsiąknęła w towarzystwo łowców. Należała do niego, miała świadomość, że nie wzbudzali oni zbyt pozytywnych emocji, ale udało jej się z biegiem czasu nawet zyskać ich szacunek. Z początku spoglądali na nią dość niepewnie, jak na jedną z rozpieszczonych dziewcząt, która nie do końca wiedziała, czego chce od życia. Dosyć szybko jednak udowodniła im, że się mylą. Nie bez powodu ojciec od lat dbał o to, aby faktycznie znała się na rzeczy, widział w niej potencjał, a ona robiła wszystko, aby był z niej faktycznie dumny, zresztą naprawdę kochała to co robiła, nie widziała dla siebie żadnej innej drogi. Próbowała zresztą nawet pracy w ministerstwie, którą bardzo szybko porzuciła, to nie była jej bajka.

Wiedziała, że Ambroise miał powody, aby kwestionować ten pomysł. Nie wykazała się ostatnio zbyt wielkim rozsądkiem, ale nie skreślał jej. To było dla niej ważne. Na pewno zamierzała mu pokazać, że wróciła na dobre tory, nie chciała po raz kolejny nadszarpywać jego zaufania. Musieli wrócić do tego, co mieli jeszcze jakiś miesiąc temu. Powoli próbowała to odbudować, nie chciała popełniać kolejnych błędów, bo mogło ich to kosztować zbyt wiele. Zdecydowanie wolała, żeby wszystko im się układało, tak jak było do tej pory. Nie mogła dopuścić do tego, aby to, co zbudowali runęło.

To zresztą miało im pomóc, tylko dlatego zamierzała się tym zająć. Musieli szukać jak największej ilości możliwości, sposobów, które mogły pomóc im się odnaleźć w świecie, w którym przyszło im żyć, nie do końca znajomym i zdecydowanie mniej przyjaźnie nastawionym.

Wyczytała wszystko co miał jej do powiedzenia na ten temat z jego spojrzenia oraz tego kiwnięcia głową. Zresztą była z nim szczera, nie ukrywała, że zamierza się tym zająć, więc wiedziała, że musiało to być zrobione w odpowiedni sposób. Nie mogła już więcej ryzykować, to musiało zostać za nią. Na pewno zamierzała się tym zająć jak najbardziej właściwie, bez kolejnych przebojów związanych z jej nieodpowiedzialnością.

- Doceniam to, naprawdę... - Westchnęła jeszcze ciężko, bo szkoda, że akurat okazywał to właśnie w tej sytuacji. Dobrze jednak, że nieco odeszli od tych przygnębiających tematów i zaczęli rozmawiać w lżejszym tonie. To zdecydowanie im się przydało. Nie mogli wiecznie myśleć o tych nieprzyjemnych sprawach.

Ona sama raczej rzadko kiedy skłaniała się do wyszukanych słów. Nie była dobrym mówcą, miała tego świadomość. Kiedy mówiła robiła to raczej w sposób dosadny, nieszczególnie barwny i pełen wymyślnych epitetów. Nie miała czasu, żeby zastanawiać się nad słowami, które padały z jej ust. Robiła to raczej automatycznie, nim zdążyła wszystko dokładnie przemyśleć. Często żałowała, że nie ugryzła się w język, bo to, co miała do powiedzenia nie do końca brzmiało tak jak powinno.

- Możesz powtórzyć tę część o tym, że doskonale się ci się z tym żyje? - Rzuciła jeszcze rozbawiona tą sytuacją. Niby nie potrzebowała ponownych zapewnień, ale skoro już się skłonił do tego, aby mówić o tym tak otwarcie... to cóż, zresztą zamierzała zapamiętać te słowa i wyciągnąć je w momencie, w którym będzie się tego najmniej spodziewał. Tak, na pewno wykorzysta je w przyszłości, uczyła się w końcu od najlepszego w tej dziedzinie. Oby tylko kiedyś uczeń nie przerósł mistrza.

Zatęskniła za wiosną. Wtedy spędzali godziny na plaży, zajęci tylko i wyłącznie sobą. Dzisiaj nie mogli sobie pozwolić na zbyt wiele zapomnienia, a szkoda, bardzo chętnie tkwiłaby w tym uścisku, całowała go do utraty tchu. Szkoda, że aktualnie raczej nie było widać rychłej nadziei na szybkie pojawienie się tej przyjemniejszej pory roku. Jeszcze będzie przepięknie, tak, tego się trzymała. Udało im sie ukraść jednak chociaż drobną chwilę w której mogli się zatracić.

Nie do końca wiedziała co knuje, ale dostrzegła to w jego oczach. Zwróciła uwagę na ten uśmiech, tyle, że nie miała pojęcia, co chciał jej przekazać, a może właśnie nie chciał. Przeszywała go spojrzeniem próbując rozgryźć o co może mu chodzić, jednak się poddała. Może uchyli jej rąbka tajemnicy, zawsze to robił, prędzej lub nieco później. Nie mieli przed sobą przecież tajemnic.

Dotyk jego ust pozostawił na wychłodzonej dłoni przyjemne ciepło. Nie mogła się doczekać momentu, w którym wrócą do domu i zajmą się tymi bardziej przyjemnymi czynnościami, póki co jednak wypadało się skupić na tym, co powinni dokończyć. Nagroda miała wynagrodzić to oczekiwanie.

- Spróbuję, aczkolwiek nie mogę obiecać, że je zapamiętam, sam wiesz, jak to ze mną jest. - Tak miała bardzo dobrą pamięć, tyle, że krótką. To nie tak, że te pytania zniknęłyby z jej głowy na dobre, ale pewnie wróciłby do niej w najmniej oczekiwanym momencie, w którym lepiej byłoby ich nie zadawać. Tak już to u niej wyglądało.

Uśmiechnęła się do siebie, kiedy usłyszała ten charakterystyczny akcent w słowach, które wypowiedział. Nie zdarzało mu się to często przy innych, ale przy niej wydawał się zapominać. Zresztą tak jak ona, dosyć często wpadała w ten swój słowotok, kiedy nie do końca panowała nad sposobem w jaki mówi. Nie każdy mógł ją wtedy zrozumieć, ale on nigdy nie miewał z tym problemu, najwyraźniej przyzwyczaił się do tego i rozumiał ją nawet wtedy. Cóż, nie wzięło się to znikąd, w końcu spędzali ze sobą naprawdę wiele czasu, byli dla siebie stworzeni, tak właściwie to słowa nie były im potrzebne do komunikacji.

- Jest w tym trochę twojej winy, a może zasługi? - Tak, zdecydowanie to była ta druga opcja. Ambroise spowodował, że naprawdę wierzyła w siebie i swoje umiejętności. Nauczyła się je doceniać, przestała być skromna, wręcz przeciwnie nauczyła się być dumna z tego, co potrafiła. Miała świadomość, że nie jest biegła w każdej dziedzinie, ale to nie zmieniało faktu, że w niektórych z nich była naprawdę wyśmienita. Nie uważała tego za coś złego. Nie było ludzi idealnych, takich którzy potrafili robić wszystko, czego się tylko dotknęli. To nie było możliwe. Fałszywa skromność nie była tutaj więc wskazana, nie po tym, jak przez tyle lat powtarzał jej te wszystkie komplementy.

Oczywiście, że wybrała opcję, w której mogła się zaagnażować w jego działania. Nie zamierzała bezczynnie przyglądać się temu, jak sam się wszystkim zajmował. Mogła mu pomóc chociaż w tych czynnościach, które nie potrzebowały jakiejś tajemnej wiedzy. Wcale nie uważała tego za coś gorszego, przyjemność sprawiało jej to, że chociaż w ten sposób mogła dorzucić coś od siebie. Przy okazji dzięki temu Roise skończy szybciej to, czym się tutaj zajmował, a to była naprawdę spora zaleta. Jeszcze chwila, moment, a będą mogli wrócić do domu. Rozgrzać się, spędzić przyjemnie dalszą część poranka. Ta sytuacja była pełna zalet.

- Nie chyba, a na pewno, coś się wydarzyło, więc to musi działać. - Skoro i on i ona widzieli to chwilowe światło, które się nad nimi pojawiło, to faktycznie te jego czary musiały przynieść jakiś efekt. Nie mogło być inaczej. Cóż, jak zawsze pokazał, że jeśli się uprze to nie było dla niego rzeczy nie do przeskoczenia. Była z niego strasznie dumna i zazdrościła mu w tej chwili tego zawizięcia, bo okazało się to być całkiem skuteczne.

- Jasne, mogę zebrać świece. - Ledwie się odezwała już ruszyła przed siebie, aby czynić swoją powinność. Była już mniej skupiona na tej czynności, bo aktualnie nic nie mogła popsuć. Zbierała je jedna za drugą, tak, aby nie przegapić żadnej z nich.

Przystanęła wreszcie i spojrzała na Ambroisa, próbowała zorientować się, czy wykonał swoją część zadania. - Pomóc ci? Czy kończysz? - Zbliżyła się w jego kierunku, tak, czy siak, miała albo go wesprzeć w przysypywaniu kręgu śniegiem, albo wsunąć mu rękę pod ramię i w końcu udać się do domu.




RE: [02.1971] Czekając na nadejście dnia || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 06.11.2024

- Wiem - nie musiała tego mówić, ale rozumiał skąd brały się te słowa.
Chciał, żeby przede wszystkim wiedziała, że zawsze zamierzał być po jej stronie, nie bagatelizując tego, że była dużą dziewczynką umiejącą o siebie zadbać. Nawet teraz, kiedy instynktownie zachowywał się jak pan domu, biorąc na siebie kolejne zadania mające zapewnić im bezpieczeństwo, w żadnym wypadku nie chciał, żeby czuła się przez niego ograniczana. Zawsze miała własne słowo.
Zresztą, choć nie poruszał tego tematu na głos, zazwyczaj miała również ostatnie zdanie, bo po prostu potrafiła go sprowadzić na ziemię, przekonać, nakłonić do ustąpienia. Trudno mu było zapierać się przed tym, aby ostatecznie pójść na kompromis. Pod tym względem zdecydowanie mógł podać rękę jej ojcu, nawet jeśli wolał tego nie przyznawać, bo to było na swój sposób żenujące.
- To, że życie w tobą jest tak satysfakcjonujące jak wertowanie Sarożytnych run dla zaawansowanych? - W kącikach jego błyszczących oczu pojawiły się kurze łapki a usta wygięły się w uśmiechu. - Czasami za cholerę nie wiem, co mam robić, ale ogólnie wyśmienicie się bawię - odmruknął dokładnie w tej samej chwili, w której przygarnął ją do siebie, oplatając ją dłońmi w talii i całując zanim zdążyła mu się odgryźć.
A niewątpliwie by to zrobiła. Bardzo dobrze znał ten charakterystyczny wyraz twarzy, błysk w oku, zmarszczenie nosa i delikatne rozchylenie warg, które mogły przynieść mu znacznie więcej słodyczy, gdy jej je zamknął zamiast pozwolić na kolejne slowa.
Nie potrzebowali ich. Tak właściwie chyba nigdy. Od zawsze po prostu wszystko samo się działo. Gesty skutecznie zastępowały słowa. Spojrzenia wystarczyły, aby nie musieć otwierać ust, zajmując je czymś innym, co tak bardzo lubił robić.
Nawet po tylu latach w dalszym ciągu czuł się przy niej jak otumaniony szczeniak, choć starał się zachowywać tak wyłącznie w chwilach, w których mogli sobie pozwolić na odrobinę dziecinady, impulsywnego szaleństwa, braku rozsądku i umiarkowania. Bywały chwile, w których nie był w stanie zachowywać się jak ten sam poważny, dorosły mężczyzna, którym był poza domem.
To była ta strona przeznaczona tylko dla niej, nikogo innego. Długie godziny lata pod ciepłym słońcem na rozgrzanym piasku. Forty z poduszek przy kominku. Wodne bitwy na pianę w wannie. Tosty w pokraczne kształty, pocałunki obsypujące każdy zakamarek ciała. Tak. Był z nią szczęśliwy. Nie wyobrażał sobie nie być.
Wiedział, że będą tacy jeszcze przez wiele lat. Cholernie satysfakcjonujące dekady. Żadna czarodziejska wojna nie miała zmienić tego, co do niej czuł, co ona czuła do niego i co mieli.
Uśmiechnął się jeszcze bardziej na widok tego świdrującego spojrzenia, unosząc różdżkę do ust i teatralnie poruszając wargami w niemym zaklęciu uciszającym. Miał sygil na ustach. Nie mogła nic z niego wyciągnąć. Jeszcze nie teraz.
- Wiem, wiem - rzucił luźno, kręcąc przy tym głową i dodając znacznie ciszej, choć nadal słyszalnie - swoje - przy czym odchrząknął znacząco.
W istocie niewątpliwie miała rację z tym zapamiętywaniem pytań na przyszłość. Parokrotnie zdarzyło się, że nie dotarło do niego jakieś pytanie, a gdy wrócił po to, żeby jeszcze raz je wysłuchać i tym razem odpowiedzieć, słyszał no, teraz to już nie pamiętam. Nie mógł powiedzieć, że nie.
Natomiast jednocześnie miała wyjątkowo głęboką zdolność do wyciągania mu stwierdzeń z przeszłości i korzystania, że trzy lata wstecz zadeklarował, że zgodzi się na coś konkretnego, gdy tylko nadarzy się odpowiednia okazja. Głównie z uwagi na to, że według tamtego Ambroise nie było możliwości, aby to miało miejsce. Kiedykolwiek.
No cóż. Ten z przeszłości robił pod górkę temu z teraźniejszości, bo takie szczegóły jakoś nie umykały jej z pamięci. Tak samo jak okazja do wyciągnięcia, że w sześćdziesiątym siódmym stwierdził, że jego dziewczyna (dokładny cytat!) ma rację co do przewagi Expelliarmusa nad Stupefy, więc mógł się spodziewać, że trzeba było od razu unieszkodliwić przeciwnika poprzez odrzucenie jego różdżki i wtedy walić w niego innymi zaklęciami a nie próbować nieskutecznie go ogłuszyć i dziwić się, że odpowiedział ogniem, skoro nadal miał różdżkę.
W teorii przez lata powinien nauczyć się ważyć słowa i pamiętać, że każde mogło być nieoczekiwanie wykorzystane po naprawdę wielu latach, ale tego nie robił. Nie czuł potrzeby pilnowania się przy Geraldine, nawet jeśli czasami odbijało mu się to czkawką. Czuł się przy niej swobodniej niż przy kimkolwiek innym.
Potem wywracał oczami, wzdychał i usiłował wybronić się jakimś argumentem typu tak, pozbawienie wroga broni jest kluczowe, ale w takich sytuacjach jak tamta, Stupefy wciąż jest lepszym wyborem, bo potrzeba szybkiego i efektywnego zneutralizowania zagrożenia tu i teraz, różdżkę można zabrać z ręki po fakcie i tak w ogóle to skąd mógł się spodziewać, że ten człowiek będzie aż tak skutecznym narwańcem.
Natomiast to nie zmieniało faktu, że skutecznie przypominała mu o tym, jak to faktycznie na coś przystał, coś zadeklarował, powiedział, obiecał i tak dalej. Możliwe, że z zapamiętaniem i powtarzaniem pytań o techniczne szczegóły miała problem, ale sądził, że to głównie przez wypełnienie umysłu małymi szufladkami na przecież sam mówiłeś.
Tym chętniej wyciąganymi z całą zawartością im bardziej upierał się, że ależ nie i to nigdy nie padło. Wtedy to mógł być pełen kontekst sytuacyjny ze szczegółową datą, godziną, pozycją księżyca, ułożeniem słońca na nieboskłonie.
Wszystko okraszone dużą ilością szybkich, skomplikowanych słów o charakterystycznym walijskim zabarwieniu, którego po prostu musiał się nauczyć (choć nie przeczył, że w dalszym ciągu momentami miał trudność z wyłapaniem każdego drobnego szczegółu; po prostu brnął w to, że wszystko jest dla niego jasne), żeby być w stanie reagować a nie zachowywać się jak spetryfikowana wydra.
Wiele wspólnych lat niewątpliwie ułatwiało sprawę, jednak większość porozumienia mimowolne przypisywał czemuś innemu. Po prostu wiedział. Nie tylko to, ale tak naprawdę wszystko. Wyczucie przychodziło mu podświadomie, bardzo naturalnie. Czasami było to błogosławieństwem. Zazwyczaj tak na to patrzył. Szczególnie w ostatnich latach.
Bowiem w przeszłości miewało to swoją znacznie ciemniejszą stronę. Ambroise aż nazbyt dobrze zdawał sobie sprawę, że z równą trafnością mógł uderzyć w najczulszy punkt. Bez chwili zastanowienia wyłapać to, co mógłby poruszyć, żeby zabolało bardziej niż kiedykolwiek. Już to wykorzystywali. Potrafili walić w siebie bardzo precyzyjnymi gromami.
Pod tym kątem pilnował się niemalże przez cały czas, gdy tylko atmosfera zaczynała robić się ciężka. Nie chciał wykorzystywać tego w taki sposób. To było ciemne, mroczne i niewłaściwe. Mogłoby wyrządzić szkody nie do cofnięcia, bo zraniłoby bardziej od jakichkolwiek fizycznych czynów a tych też nie chciał stosować.
Nieważne jak okropne było to, co działo się na zewnątrz, ich życie było dla niego niemalże uświęconą przestrzenią. Nie wprowadzał w nią niczego, co mogłoby to zaburzyć. Nawet (a raczej: szczególnie) teraz, kiedy wszystko tak bardzo się pokomplikowało.
To była jedyna stała. Tylko to wytrzymywało próbę czasu, zewnętrzne naciski, wszystkie te potworności. Tylko to miało dla niego najważniejsze znacznie. Był w stanie posunąć się naprawdę daleko, aby zagwarantować, że to nigdy się nie zmieni, a jeśli już to na lepsze. Planował zmienić to na lepsze, unosząc kącik ust i wzdychając pobłażliwie.
- Stworzyłem potwora - mruknął twierdząco, choć uważał, że to była znaczna zasługa a nie żadna wina.
Podobało mu się to, w jaki sposób latami zmieniali wzajemnie swoją dynamikę. Choć nigdy nie powiedziałby, że będzie zadowolony z czegoś takiego to widział w tym znacznie więcej pozytywów niż negatywów. Wcale nie czuł, by którekolwiek z nich coś straciło.
Przeciwnie - zyskał przy niej całkiem dużo pokory, podczas gdy ona wcale nie stała się potworem karmiącym się poczuciem własnej wartości. Tylko po prostu rozsądnie, cholernie atrakcyjnie dostrzegała w sobie to, co on od początku w niej widział.
Była znacznie bardziej wartościowa od większości ludzi, którzy nie błyszczeli niczym innym aniżeli głupotą, ale pozjadali przy tym wszystkie rozumy i po prostu głośno szczekali, nadrabiając braki rozkrzyczeniem. Większość znanych mu specjalistów wcale nie miała wiedzy o wszystkim. Nawet we własnych dziedzinach. Pozory załatwiały ewentualne luki.
Należało to dostrzegać i iść dalej. Nie spoczywać na laurach, bo nigdy nie dało się być nazbyt wyedukowanym. Tak samo jak przesadnie eleganckim - to inni mogli być co najwyżej bardziej przeciętni.
Rzecz jasna były dziedziny, do których z zasady Ambroise się nie dotykał. Nawet po tak długim czasie nie czuł potrzeby edukowania się w zakresie magicznych bestii. Wręcz cholernie nie czuł tego tematu, nawet jeśli od czasu do czasu towarzyszył dziewczynie w polowaniach i nie miał problemu z zajmowaniem się przerabianiem martwych zwierząt na składniki eliksiralne (choć preferował pracować z już częściowo dzielonym materiałem).
Na tej samej zasadzie niespecjalnie ciągnęło go do mugoloznawstwa, nawet jeśli coś tam naturalnie liznął w szpitalu albo w związku z obecnymi trudnymi wydarzeniami w magicznej społeczności, której częścią były mugolaki.
To, co teraz robili również poniekąd było dla niego całkiem nowym tematem. Wcześniej stosował wyłącznie toporną praktykę, teraz miał te swoje wyjątkowo kosztowne kartki i jeszcze bardziej kosztowne wskazówki od ludzi głębiej zorientowanych w temacie. Nie oczekiwał po tym zbyt wiele, ale...
...to działało? Nie potrafił nie poczuć fali samozadowolenia ogarniającej go od stóp do głów i objawiającej się na zewnątrz w całej jego postawie. Nie planował skromnie wyjaśniać, że raczej sądził, że efekt wyjdzie im mało wyraźnie. Zbyt mocno odpowiadało mu to, że w oczach swojej dziewczyny wyszedł na większego eksperta niż w rzeczywistości. To było naprawdę przyjemne uczucie.
Co prawda w pierwszej chwili dodał to zupełnie niepotrzebne chyba, ale w kolejnej szeroko się uśmiechając otrzepał dłonie i twierdząco, wyraźnie kiwnął głową.
- Mamy to - podkreślił oficjalnie, choć to bez wątpienia było tyle, jeśli chodzi o formalne, poważne podejście do tematu, bo w kolejnej chwili, zanim jeszcze zabrali się do sprzątania przestrzeni, po prostu bez ostrzeżenia złapał Geraldine za oba policzki, składając głęboki pocałunek na jej ustach.
Już znacznie chłodniejszych od mrozu i wiatru. Powinni wrócić do domu. Zdecydowanie wolał spędzać z nią czas w ciepłym pomieszczeniu. To była jedna z tych pór roku, kiedy nie mogli znaleźć dla siebie zbyt dużo przestrzeni na zewnątrz. Niestety wiosna nie chciała zapukać do ich drzwi.
- Świetnie - zareagował niemal jednoczesnym ruszeniem w kierunku linii kręgu, zabierając się za przysypywanie jej chłodnym, piekącym w dłonie śniegiem, który nawet nie próbował udawać, że topi się w rękach.
Widząc, że skończyła i słysząc pytanie, pokiwał głową.
- Dokończysz z drugiej strony? - Dzięki temu mogli spotkać się mniej więcej w połowie, po czym wrócić pod rękę do domu.
Koniec sesji