![]() |
|
lato 1972, 11 sierpnia // je te promets le sel au baiser de ma bouche - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22) +--- Wątek: lato 1972, 11 sierpnia // je te promets le sel au baiser de ma bouche (/showthread.php?tid=4136) |
RE: lato 1972, 11 sierpnia // je te promets le sel au baiser de ma bouche - The Edge - 06.11.2024 Czyli nie wymyślił sobie tego. I nie odczuwał tej fali gorąca ze względu na rozchodzący się po jego ciele alkohol albo przynajmniej nie tylko ze względu na niego. Oczywiście. Czuł też to, jak waliło mu serce. Naprawdę błagał wszystko w swoim ciele, żeby to nie była prawda. Żeby wszechświat dał mu go puścić albo żeby chociaż to wszystko nabrało nowego rytmu - wyblakło. Ale to, co czuł do Laurenta, nie zmieniało się w sposób, w jaki tego oczekiwał. Nawet kiedy chciał to w sobie zdusić, myśli wracały. Były jak plama po winie - można było zasłonić ją w jakiś sposób, ale nie dało się jej już pozbyć. Stała myśl, w której było coś delikatnego i bardzo ludzkiego. Miłość? Nie wiedział już jak interpretować miłość. Mówił, że kochał Alexandra, bo dawał mu jakąś stałość, do której mógł się przyczepić i trwać. Mówił, że kochał Raziela, bo czuł się przy nim najbardziej sobą - całkowicie bezpieczny z tym, co czuł, a czasami czuł rzeczy okropne i niezrozumiałe dla innych. Zwyczajnie brudne. A Laurent? Laurent wzbudzał w nim głównie ciepło. Czy ciepło było uczuciem? Czy to w ogóle dało się nazwać - te chwile, kiedy leżeli razem w łóżku, a on czuł się całkowicie bezbronny przy kimś, kogo wiatr mógł złamać w pół? Zdawał sobie sprawę z tego, że to nie mogło być zdrowe. Zdrowe było pragnienie mieszkania w Londynie, pójście do pracy, fantazja o biurku postawionym w jego pokoju. Biurku, przy którym mógłby pracować, przy którym pokazywałby Razielowi swoje rysunki i kartonowe modele rzeczy wartych zbudowania. Przy Laurencie to stawało się toksyczne - bo chciał mu się przydać. Bo w jakiś sposób napełniała go satysfakcją wizja tego, że normalnie nie pozwalałby nikomu palić w środku swojego domu, ale Crow przecież by mógł. Bo to Crow. Było coś przyciągającego w byciu niby wykorzystywanym, w zamian za jakieś absurdalne, może nawet nielogiczne przywileje. Może nauczył się czerpania z takich momentów, żeby utwierdzić samego siebie w swojej istotności? Kiedy było się czyimś nie do końca wygodnym sekretem, umysł kombinował. Może nie mógł być publicznie czyimś chłopakiem, ale mógł być tym błyskiem w oku Raziela, kiedy jego głos załamywał się na krawędziach i nikt nie rozumiał, o co mu chodzi, więc dawali mu się wyłączyć i przeżyć na nowo jakiś fragment przeszłości, nieświadomi tego, kto grał w nim pierwsze skrzypce. Może nie mógł być publicznie czyimś chłopakiem, ale mógł być fantazją niesioną w śpiewanej przez Laurenta piosence i każdy wokół próbowałby wmówić sobie, że jakiś fragment mówi o nich, skoro dał im się kiedyś dotknąć, ale to nie oni wprawiali go w stan głębokiej desperacji odtwarzanej przy wydawaniu z siebie kolejnych dźwięków. Kiedy przestał czuć dotyk palców na skórze swojej głowy, zadarł ją do góry i spojrzał na chłopaka. Usta miał ściśnięte w wąską linię, nieudolnie próbował wygiąć ją w uśmiech, ale nie udało mu się to. Nie chciał go stąd wypuszczać. Nie chciał, żeby Laurent wrócił do tego domu, oglądał to, jak słońce powoli wschodzi nad New Forest i zdał sobie sprawę z tego, że już nie potrafi kochać tego, co tam zbudował. Nastrój poranka budował wokół miejsc dziwną atmosferę, jakby były nawiedzone. Pamiętał, jak chłopak mówi o tym, że już mu na tym miejscu tak nie zależy, Crow jednak nie do końca w to wierzył. Znów przekręcił głowę w bok. Roztrzepane loki nieposłusznie przysłoniły mu widok, ale to już nieważne. Chciał jedynie spleść ze sobą ich dłonie i zaprowadzić go do pokoju. To był pokój ich syna. Kolorowy, przytulny. Pełen miłości. Z łóżkiem, zapewne dziecięcym, teraz rozciągniętym za pomocą transmutacji, żeby móc ugościć na nim kogoś potrzebującego odpoczynku. Opatulając go pierzyną podczas siedzenia na krawędzi materaca, pokiwał głową. I wstał, wciąż bez słowa, trzymając się za (jak dopiero teraz spostrzegł), spocony, goły brzuch. Znów ten nastrój. Kompletne odrealnienie przypominające człowiekowi, że śmiał się z ćmy przypalającej się o płomień świecy, a sam nie był lepszy od niej. Normalny człowiek rozumiejący trafność tego porównania być może przewartościowałby wszystko wokół siebie. Crow dostrzegał w tym głównie to, że ćmie przed śmiercią było bardzo ciepło. Wrócił ze szklanką i usiadł na krawędzi materaca jeszcze raz. Znów myślał o tej nalewce. Żałował tego, że nie napił się jej w międzyczasie, bo może kolejnych klika łyków uczyniłoby ich kolejne spotkanie czymś do zniesienia. Podał mu tę wodę, pochylając się nad nim. Był zbyt blisko na to, aby nic z tego nie wyniknęło i faktycznie - pocałował go jeszcze raz, tym razem w policzek. A później wstał i wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów. - Zaraz wrócę. Nie mogło stać się inaczej. Zwykle, kiedy palił w nocy, spędzał na dworze długie godziny, ale dzisiaj tak nie będzie. Dzisiaj niebo wyda mu się cholernie puste, przyćmione. Księżyc nie będzie ani trochę wyjątkowy. Najjaśniejsza ze znanych mu gwiazd leżała tutaj. RE: lato 1972, 11 sierpnia // je te promets le sel au baiser de ma bouche - Laurent Prewett - 07.11.2024 Powinien zastanowić się nad tym ciepłem. Jest chory? Coś mu się dzieje? Skłamał na temat tego, że... Ach, przecież kłamstwa nie było żadnego. Było tylko hasło "poszedł sobie". Przed "poszedł sobie" mogło zalegać wiele niewypowiedzianych słów. Wronki dziób był mistrzem milczenia. Nie krakał, bo uczyli, że tylko wkraczając między inne wrony musisz krakać tak jak one. Tymczasem on wchodził w świat białych, pawich piór, albo tęczowo lśniących łusek węża. Jeśli najpiękniejszego z aniołów kojarzyli z wężem to ta opowieść się zgadzała. I w takiej opowieści nagle nie było dobrych słów, więc milczenie i próba uniknięcia brudzenia Edenu swoim czarnym puchem wydawała się najlepszym rozwiązaniem. Piękne wyobrażenie siebie samego, żeby później myśleć o sobie niżej niż wartość człowieka. Laurent sam dopisał sobie słowa, że nie było żadnej walki i panowie się w zasadzie ze sobą minęli. W koncentracji na sobie samym zamiast pomyśleć, czy Flynn jest chory, cieszył się tym gorącem. Był jak termofor, którego naprawdę potrzebował. I był - na zawołanie. Może eto magia, w końcu Flynn był dobry w części bez różdżki... Tak, pewnie magia. Słowem nie powiedział "dziękuję", ale był zdecydowanie wdzięczny, że nie musi wrócić do domu, w którym by pewnie rozpłakał się w połowie drogi do sypialni i skrzat musiałby go zbierać z podłogi. Dziwne były te spojrzenia Flynna i całe jego zachowanie. Znał trochę ten schemat... Duma zachowywał się dokładnie tak samo, kiedy schorowany leżał w łóżku. Niespokojnie się kręcił, albo siedział napięty, dopiero przywołanie go do siebie sprawiało, że się trochę uspokajał. Patrzył na niego ślepiami... Dokładnie takimi samymi, jakimi patrzył teraz Flynn. Jakby się bał, ale jednocześnie jakby chciał przekazać całe ciepło, jakie posiadał. "Pan może spać. Ja Pana przypilnuję." I mógł spać, bo wiedział, że on go naprawdę obroni. Pewnie znowu fantazjował. Ale naprawdę Crown miał teraz taką minę, jakby chciał się zwinąć w kłębek na tej wycieraczce łazienkowej, bo w tych czterech ścianach łazienki był bardziej zdolny do... Czego? Obrony? Po tych pocałunkach i ruchach dłoni powinien się spodziewać, że chciał czegoś więcej - może dlatego zbyt fantazjował. Flynn, wbrew swoim słowom, chyba naprawdę chciał od niego... Nie. Nie skaczmy po tych sprzecznościach. Wystarczy, że czarnowłosy był ich pełen. Koniec końców wyszło na to samo. Flynn roztrzaskał wazon z kwiatami od Perseusa, ale sam wręczył mu pierścionek, żeby przytulać się w jednym łóżku z Alexanderem. Gorzki uśmiech ozdobił usta Laurenta jak burungd szminki. Z westchnieniem zapadł się w miękką, bezpieczną pościel. Mógł bać się spać, mógł bać się tych widoków, ale jego ciało chciało snu i dopominało się boleśnie. Cały dzień chodzenia, pływania, napięcia, strachu, utrata krwi. Było coś słodkiego w tym pocałunku. Niewinnym, prawda? To było wręcz rozbrajająco niewinne, jeśli tylko przyrównało się ten gest do wulgarności codziennej Fleamonta. Tym razem uśmiechnął się bez goryczy, zanim dość łapczywie wypił kilka łyków wody. Skinął głową, spoglądając w półmroku na paczkę papierosów. Odstawił szklankę na stół... I nawet nie pamiętał, kiedy przyłożył głowę do poduszki. Już spał. W końcu, chociaż na chwilę, mając obok siebie urzeczywistnienie snu, za którym tak gonił. To nie była spokojna noc. Była przeciwieństwem spokoju. Z pełnymi przemocy obrazami cisnącymi się pod powieki, majaczeniem przez sen, krótkimi przebudzneiami, kiedy wtulał się w czarnowłosego i wszystko stawało się lepsze. Przez kolejną krótką chwilę spełniała się obietnica pustki - bezpiecznie przestrzeni, która otulała go ciepłem ramion. W końcu zasnął na dłużej i obudziły go dopiero dźwięki życia tego domu. RE: lato 1972, 11 sierpnia // je te promets le sel au baiser de ma bouche - The Edge - 11.11.2024 Istniała w jego życiu właściwie tylko jedna osoba, do której potrafiłby przyjść i przyznać się do tego, że boi się i potrzebuje pomocy. Jedna na całe pieprzone życie. Nic dziwnego, że żeby zyskać tę rangę w jego sercu, musiałeś być kimś, kogo zwyczajnie nie dało się oszukać, bo jego oczy i dusza świdrowały cię na wylot. Kimś budującym wrażenie, że wcale nie było z nim aż tak źle i dało się kochać kogoś tak głęboko zniszczonego. Wsadził papierosa między wargi i zaciągnął się, wlepiając oczy w krajobraz miasta. Zimne powietrze obijające się o jego policzki było prawie tak samo uspokajające, jak głos Bletchleya, kiedy rozedrgany nie wiedział co mówić. Nieświadomie kopiował go teraz, bo przecież wiedział dobrze - jeżeli człowiek chciał podnieść się po traumie, musiał rozpamiętywać ją jak najkrócej. Jednej godziny musiałeś podrzynać komuś gardło, drugiej topić smutki i nie myśleć o tym wcale. Dzisiejsza noc była straszna, ale rano Laurent mógł zjeść spalone naleśniki, iść do domu myśląc o paskudnym smaku zwęglonego ciasta i zorientować się, że bardziej przeżywało się zmarnowaną konfiturę niż wczorajszy kryzys. Tak wyciągał się ludzi z dna. Chciał być dla niego dziś tym, kim Bletchley był dla niego w dni, kiedy zamykał oczy gotowy na cios, ale ten cios nigdy nie nadchodził. Podać mu rękę, pomóc wstać. A późnej zniknąć, bo... to co czuł w jego obecności, to w jaki sposób jedna osoba potrafiła rozświetlić swoje otoczenie, boleśnie przypominało o prawdzie utkanej w sercu już dawno. Jego istnienie pokazywało, że świat posiadał w sobie czerń. To on był tą czernią. Laurent był światłem, do którego ludzie naturalnie lgnęli, a on... był kłębkiem czerni i nerwów. Wypruwał z innych energię. Był zbyt ciężki do udźwignięcia, wykańczał innych ludzi. To dlatego od niego odchodzili. Zostawali ci, na których nie zrzucał ciężaru swojej egzystencji, którzy nie wiedzieli jaką katorgą stawała się codzienność widziana jego oczami. Nie radził sobie z kompleksem zbawcy, nie radził sobie z przekonaniem, że na miłość trzeba było zasłużyć i zapracować, całkowicie zszarganym przez obecność człowieka nie oczekującego od niego nic, a jednocześnie... wciąż w nim żyjącym. Kiedy stał się tak pełen sprzeczności? Różne poglądy musiały walczyć w nim o dominację. Stojąc w progu sypialni Alfiego i widząc śpiącego Prewetta, nie potrafił zrozumieć tego, co robił. Czy kiedy znajdowali się blisko to wszystko to, co przeżywał z innymi, traciło na znaczeniu? Nie. Było wciąż piekielnie ważne, oni wszyscy byli dla niego tak cholernie ważni, po prostu... nie wiedział nawet kiedy właściwie to się działo, ale to uczucie rosło i rosło i rosło. Poświęcał się dla innych na tyle sposobów. Był zawsze tym odwołującym własne plany, rezygnującym z własnych ambicji, aby trwać przy kimś - bo bycie silnym dla kogoś pomagało mu wstawać, a słowa podzięki, chociaż wywoływały w nim dreszcze zażenowania, przywoływały też w żołądku to dziwne uczucie kojarzone przez niego z satysfakcją. Dlaczego nie mógł przestać? To musiała być chciwość - nie znał absolutnie nikogo zdolnego do kochania kilku osób jednocześnie - to musiała być chciwość albo jego wyuzdanie, zepsucie. I toksyczna chęć pomocy. Tak! Toksyczna i on sam to widział - lgnięcie do Bletchleya, bo nadawał jego życiu głębsze znaczenie i przynosił mu radość, do Laurenta, bo mógł go naprawić. Tylko to pozwalało mu dostrzec w sobie jakąkolwiek wartość. Ona była mierzona w tym ile razy nie pozwolił komuś w dźwiganiu czegoś samodzielnie - jednocześnie wypalała się tak szybko, jakby chciała mu przypomnieć, że nie dało się w tym w pełni najeść. Był skorupą. W środku znajdowała się pustka. Położył się obok niego, chociaż planował iść spać na podłodze. Objął go rękoma i pozwolił mu leżeć na swoim ramieniu, chociaż tak bardzo upierał się sam przed sobą, że pragnął jedynie nici porozumienia prowadzącej do przyjaźni. Oparł podbródek na czubku jego głowy i odetchnął. Obudził się cholernie zdziwiony. Nie pamiętał kiedy zasnął ani kiedy wyciągnął z kieszeni nóż znajdujący się teraz pod poduszką. Rękę na której leżał Laurent miał tak zdrętwiałą, że właściwie już jej nie czuł. Wypluł pasmo własnych włosów z ust i poruszył się mocniej, bo na tym etapie już po prostu musiał rozpiąć cisnący go guzik spodni. Nie miał pojęcia która mogła być teraz godzina, ale to na pewno nie była czternasta, a to do niej miał w zwyczaju spać. Najwyraźniej przez cały ten czas nie zapadł w głęboki sen. Przesunął palcami po blond czuprynie i jeżeli Laurent dał jakikolwiek znak, że już nie śpi, Crow zjechał nimi aż do podbródka, żeby zadrzeć go do góry i móc spojrzeć mu w oczy. RE: lato 1972, 11 sierpnia // je te promets le sel au baiser de ma bouche - Laurent Prewett - 11.11.2024 Narodziny to ból. Pierwszy oddech, ból w klatce piersiowej, pierwszy oślepiający blask światła. Tutaj nic nie kuło w oczy, a oddech wcale nie palił. Powietrze było wypełnione czymś więcej niż czystością pościeli. Kujący w nos zapach dymu, który wpleciony był w czarne włosy i ubrania. Pewnie osiadał na tych pojedynczych siwych włosach, które można było odnaleźć w jego czuprynie. Znajoma woń ciała - Flynn powinien był się umyć, ale tego nie zrobił wczoraj, może nawet nie zrobił tego przedwczoraj. To jeszcze nie była ta kwaśność w odbiorze bodźców, ale już osiadł kurz słońca na skórze. Może nawet odsunąłby się od poduszki, która została dla niego stworzona z męskiego ramienia, gdyby wyłaniania się z czerni nie było takie powolne i wymagające. Narodziny. Pierwszy oddech. Ból. Te trzy elementy pozostały. Wychodzisz na świat, chociaż jeszcze przed momentem nie istniałeś. A bolało go całe ołowiane ciało, gdy tak przegrywał z grawitacją fizycznie i szarpał się z Morfeuszem o samoświadomość. Kiedy próbujesz płynąć pod prąd nie jest ci za łatwo - tutaj było to bardziej jak wypychanie nurtem, przebijanie się przez błonę i smolisty brzeg. Suchość w ustach stała w duecie z suchością oczu i wyschniętymi wargami. Zmieniło się tempo jego oddechu - pojawiło się pierwsze westchnienie. Jak pierwszy wiatr przeczesuje korony drzew swoim dotykiem, tak ciemność wplatała się w pierwsze smugi jutrzenki. Nicość. Pustka. Jak wyglądałaby Jutrzenka, gdyby nie Noc? Jak wyglądałyby Gwiazdy, gdyby nie opatulała ich Czerń? I co powiedziałby Księżyc, gdyby jego srebro nie było niesione przez warkocz Ciemności? Och, no przecież nie powiedziałyby: "Nocy, idź się umyć". Czyli dokładnie tego, co powiedzieć miał ochotę Laurent do Flynna, kiedy jego ciężkie powieki usunęły kurtynę zmroku. Nie było dźwięku - pożarła je senność. Nie było ruchu - zgniotła go bezsilność. Marazm. Był jałowy na tle czerni i ognia Fleamonta Bella, śmiesznie nijaki, za grzeczny, za słaby, za... wszystko przy nim było za. Niestety kontynuacją tego "za" nie było "dużo". To nie "za dużo", to było "za mało". Logiczne, w końcu przeciwieństwa ich światów były rażące, a już usłyszał, że powinien trzymać się od Crowa z dala. Zedrzyj pościel z nieba, zniszcz czerń, pozbądź się nocy. Zostanie tylko białe tło, wypełnisz je znowu nijaką mieszanką barw, które na końcu znów zrobią brudny brąz. Mówili, że to niebieski był kolorem smutku, ale to nie mogła być prawda. To musiał być nijaki brąz - brud i takie nagromadzenie wszystkiego, że sam zapominałeś, kim jesteś. Zapominałeś też, kim mógłbyś się stać. Pustki nie dało się wypełnić, a jednak temu brudowi bardzo dobrze wychodziło zalewanie Flynna w całości. Poruszył się, bo sam czuł odrętwienie ciała od głębokiego snu w niezmiennej pozycji i to najwyraźniej wystarczyło, żeby obudzić Noc. Noc w końcu musiała przeminąć, bo świt był rzeczą nieuniknioną. I tak nikt nie zamierzał pozwolić tej małej Gwieździe w tymczasowych objęciach Nicości zgasnąć - co rusz karmili ją tu i ówdzie i podnosili jak Atlas trzymał Ziemię na swoich nagich barkach. To była właśnie ta Nicość, której poszukiwał wczorajszej nocy. Nicość, która celowo przed nim uciekała. Jak łatwo było zapomnieć, że gwiazdy przestają lśnić na niebie, kiedy nie ułoży się ich na odpowiednim podłożu. Zmienił się oddech Flynna, którego myśli wydawały się rozpierzchnięte tak samo jak ta noc. Wczoraj było wczoraj, dzisiaj budzili się obok siebie. W ciszy. Bliżej niż na wyciągnięcie dłoni. Laurentowi było ciepło - tak idealnie ciepło, że wcale nie miał ochoty zmieniać tego stanu rzeczy i chciał się dalej przelewać pod każdym dotykiem, a nie zaczynać polegać na własnej sile. Nie było jednak niczego mądrego w opieraniu się na mężczyźnie, który lepiej niż na budowaniu znał się na niszczeniu. Poruszył się dopiero razem z nim. Podniósł swoją głowę i spojrzał niemal pustymi oczami na tę piękną twarz. Zniszczoną, podstarzałą, ale ciągle tak bardzo żywą. Pełną nadziei, błagania, złości, albo strachu. Czasem wszystkiego na raz. Bardzo rzadko widywał ją taką jak teraz - spokojną, bo zaspaną. Zagościła chwila ciszy, nim Laurent zebrał się, żeby powoli i ostrożnie zacząć się unosić, a jego twarz jawnie wskazywała na to, że podniesienie się jest procesem bolesnym. Błogo nieświadom o tym, że Flynn naprawdę spał tu czujnie jak pies, wrażliwy na każde drgnięcie, gotów gryźć każdego, kto się zbliży. Sięgnął dłonią po szklankę i przez chwilę próbował wyczuć swoją siłę, zanim ją podniósł i łapczywie dopił wodę do końca. Chwilowy stan niekoniecznie pozwalał mu na konfrontację z dyskomfortem - nieodpowiednie ciuchy, nie takie łóżko, ból karku, szorstka wręcz pościel w przyzwyczajeniu do jego standardów. Ostatnie, co mógł powiedzieć teraz to to, że się wyspał. - Powinieneś się umyć. - Brzmiało znajomo? Mimo podniesienia się do pozycji siedzącej, nie odsunął się od czarnowłosego. Odstawił szklankę i znów skrzyżował z nim spojrzenia. - Ładnie wtedy pachniesz. - Mruczał niepasującym do siebie, bo nieco ochrypłym głosem. Przez moment mówił jedno wielkie nic, nim przechylił się, żeby przytulić się do niego z głową na wysokości jego torsu. RE: lato 1972, 11 sierpnia // je te promets le sel au baiser de ma bouche - The Edge - 12.11.2024 Znów to przeżywał. To przedziwne, uzależniające i obezwładniające go poruszenie, od którego czuł się słabym. Pewnie nie powinien do niego lgnąć, ale nie potrafił się od niego uwolnić. Poczuł to pierwszy raz, kiedy leżeli razem w łóżku i Laurent mówił coś o jakiejś głębinie, nie pamiętał już szczegółów, nie potrafił nawet przywołać z dziurawej pamięci wyrazu jego twarzy, ale... pamiętał tak wyraźnie wszystko to, co działo się w jego wnętrzu. Czy on się torturował? Może torturował ich oboje. Potrafił wymyślić wiele powodów, dlaczego dał mu ten pierścionek, ale prawda była taka, że gdzieś głęboko, może nie do końca świadomie chciał dać im jakiś punkt zaczepienia. Też chciał być stałym bohaterem jego myśli, spędzać mu sen z powiek - podtrzymywał ten ogień, bo przerażała go myśl stania się zapomnianym rozdziałem. Może nawet nie rozdziałem, a stroną wydartą z pożółkłego dziennika. Kimś, kogo wiadomości znaczą dokładnie tyle, ile znaczy cisza, jaką oferowano mu w odpowiedzi. Nie chciał być tym znajomym z przeszłości, którego można było potraktować jak powietrze... tym, którego widziałeś i wiedziałeś, że możesz go zignorować, bo on poczeka, a jak nie poczeka to trudno. Zbyt wiele razy trzymał się zawzięcie relacji, na których zależało już tylko jemu, żeby nie działać w ten sposób. Fontaine zniszczyła go już permanentnie. Wciąż zdarzało mu się za nią tęsknić, chociaż podjęła bolesną decyzję oddania się objęciom magii wymazującej Crowa ze swojego życia. Trzymał go za ten podbródek i znów nic nie mówił. To musiało być oczywiste jak bardzo chciał go pocałować - wpatrywał się tymi swoimi błyszczącymi oczami w jego usta w nachalny wręcz sposób, ale nie odważył się połączyć ich warg. Bo w tym wszystkim było tak wiele do odpakowania, a on strasznie się tego bał. Chyba nawet bardziej tego, że będzie jego wyborem przez chwilę, a kiedy się nim znudzi, kiedy to przestanie być wygodne... Zniknie. A on będzie myślał o nim ciągle, będzie zmyślał jakieś dialogi, bo zbyt wiele z nich się już zatarło. Wszystko, żeby słyszeć w głowie jego głos - ten bowiem stawał się powoli czymś, czego potrzebował, żeby czuć spokój. Nie chciał się stąd ruszać, nawet kiedy uwaga o myciu się zabrzmiała jak przytyk. To było komiczne, ale ani drgnął - jedynie rozprostował obolałą rękę i położył ją tak, żeby wróciło w niej pełne czucie. Powoli rozchodzące się po niej mrowienie sygnalizowało, że nie doprowadził głupotą do amputacji. Jeszcze. - Wiesz... - zaczął, kiedy Laurent pił wodę i być może kontynuowałby to, gdyby chłopak się do niego nie przytulił. Wiesz, tak z dwa lata temu, kiedy cyrk stacjonował w okolicach Manchesteru, przyszedł do nas taki dziki kot. Strasznie mnie nie lubił, bo nigdy nie miałem nic do jedzenia i nie chciałem się z nim bawić, ale prawda była taka, że często o nim myślałem i lubiłem, kiedy przy mnie siedział. Pewnego dnia jak Aleksander zostawił otwarte drzwi do wozu, ten kot do mnie przyszedł i położył się obok, więc leżałem w bezruchu trzy godziny, tak bardzo chciałem z nim leżeć. Pewnie gdybym się zbyt gwałtownie ruszył, to by sobie poszedł. - Nieważne. Znowu robił się przy nim potwornie głupi. Zamiast tego wplótł palce w jego włosy i przesuwał nimi po skórze głowy. Powolnymi, kojącymi ruchami. Leżał na krawędzi materaca, nie śmiał przecież przesunąć go w nocy. Było w tym trochę dyskomfortu. Szczególnie teraz, kiedy minimalnie uniósł biodra do góry, pomagając rozporkowi rozpiąć się do końca i ziewnął ociężale. Wciąż jednak nie narzucił im zmiany pozycji, nie zwerbalizował też tego, jak głęboką ulgę przyniósł mu moment, w którym Laurent ułożył się inaczej. Zwyczajnie przy nim trwał, zupełnie jak z tym cholernym kotem. Chciałby tak zostać, wydłużyć ten czas choćby o kilka minut mogących być podwaliną kolejnych fantazji o bliskości, na jaką nie zasługiwał. Naciągnął nawet na siebie pościel, przysłaniając nogi i pas, ale... nagle wciągnął brzuch, zadrżał i zaczął swój standardowy, poranny koncert spazmatycznego kaszlu. Oczywiście, że nie było to ani trochę ciche i ładne - nierozsądnie przedłużył to też próbą zduszenia go i ostatecznie musiał ściągnąć z siebie blondyna, żeby podnieść się do pozycji siedzącej i wreszcie normalnie odetchnąć. - Pa - jeszcze delikatnie kaszlnął - pierosy. Nie wiedział do końca, czemu mu to wyjaśnia. Oczywiście prawie dodał do tego przepraszam, chociaż tak niemożebnie go to wkurzało - bo czemu niby wszyscy się za wszystko przepraszali? Zimno rozchodzące się teraz po jego gołych plecach uświadomiło go, że to wcale nie był ciepły poranek. I niby wiedział, że zabił ten moment i zaraz ktoś otworzy drzwi do pokoju, ale i tak jeszcze raz oplótł go rękoma i oparł czołem o jego skroń. - Ja lubię twój zapach - wyszeptał. - Jest ładniejszy niż butelka perfum. RE: lato 1972, 11 sierpnia // je te promets le sel au baiser de ma bouche - Laurent Prewett - 12.11.2024 Swojemu bohaterowi dawało się więcej niż całusa. Swojemu rycerzowi damy dawały chusteczki przed walką, a później obsypywały go pocałunkami. Co Laurent mógł dać Edgowi? Mógł wysmyknąć się z tych palców - na przykład. Mógł wysmyknąć się z tych objęć - to na pewno. Mógł zostawić go tutaj... nie, tego nie mógł zrobić. Musiałby tupnąć nóżką, wyjść w nieznany świat i chociaż z orientacją w terenie nie było u niego źle to nie miał możliwości normalnego podróżowania. Brak różdżki, brak możliwości teleportacji - ciekawe, jak daleko by dotarł. Mógł za to nakazać się zanieść do tego domu. Jakoś nie sądził, że Flynn by tego nie zrobił, a jednocześnie czuł się całkiem niepewnie jak miałoby to wyglądać. Czy potem by zniknął i znowu się nie odzywał, nie pojawiał, czy może liczyłby właśnie na coś więcej. Wachlarz możliwości - a wybrane zostało nic. Czym byłby tu pocałunek? Podziękowaniami? Wyjście naprzeciwko oczekiwań? Nie chciał im wychodzić naprzeciw. Dziwny zastój zobojętnienia mieszał się z niechęcią do przekroczenia w tym momencie granicy, którą Flynn starał się ryć tym nożem. Co zadziałoby się pod tą czupryną czarnych włosów, gdyby odpowiedział temu spojrzeniu swoim gestem? Tym upragnionym? Czy więc oczekiwanym? Głupotą prawie doprowadził do innej amputacji i nie miała ona niczego wspólnego z ręką. Tak niewiele brakowało, żeby ta relacja została ucięta, odepchnięta. Laurent już miał dość tych wszystkich niedorzecznych obietnic i tej niepewności. Zawieszeń, bo jedna strona nie potrafiła opłacić ceny, której on w relacji potrzebował. Nikt nie był na to gotów, albo nie mógł uleżeć w tym bezruchu i utracić czucia - woleli się więc uwolnić. Nie miał im tego za złe. Nikomu nie miał tego za złe. Czemu ludzie tak wiele przepraszali? Ha... dlaczego ludzie przepraszali tak mało? Unosili się dumą, irytacją, a czasami zwykłe "przepraszam" potrafiło oczyścić atmosferę. Tutaj nie było przeprosin, nie spodziewał się ich wcale. Nie spodziewał się też żadnych słów, opowieści, pokrzepienia, czy pytań. Za to spodziewał się właśnie tych lepkich spojrzeń i lepkich gestów. Odetchnął ciężko na to "nieważne". - No tak. - Goryczka przykrywająca wszystko, co powinno być słodkie, urocze, miłe i ciepłe. Tych czterech elementów teraz w nim brakowało - za to gorycz można było odnaleźć. Jasne było to, że Flynnowi nie zależało na tej "jasności". Więc czy jemu powinno było zależeć? Teraz mógłby powiedzieć, że nie, nie powinno, albo że właściwie już mu nie zależy, ale to byłaby tylko wypadowa emocji. Bo zależało mu. Naprawdę zależało. - Nieważne. - Co było ważne? Nie pytał o to, bo przecież to też mogłoby się stać "nieważne". Tyle rzeczy działo się w tej pokręconej głowie, ale może już tylko sobie wmawiał, że za akcjami i działaniami Fleamonta kryło się cokolwiek więcej, a niektóre usłyszane zdania, które usłyszeć chciał, były tylko kłamstwami, żeby osiągnąć jakiś pokrętny cel. - Crow? - Laurent nie tylko szybciej się podniósł, ale też przysunął, żeby objąć go ramionami i poklepać w plecy. Czy TO jest ważne? Zobojętnienie rozprysło się pod napływem zmartwienia i troski, gdy tak trzymał te drżące ramiona, jakby z obawy, że mężczyna się zaraz rozpadnie. Pa zabrzmiało jak fałsz pociągniętych strun skrzypiec. Pożegnanie, wygnanie, zerwanie zna... ach, nie. To tylko (albo aż) papierosy. Tak, w istocie. To było ważne... - Urocze słowa, dziękuję... Nie szkoda ci zamieniać tego zapachu na papierosy? - Nie powinien palić. Ten kaszel był paskudny, wyjątkowo paskudny. Nie był medykiem, wiele osób twierdziło, że właśnie tytoń pomaga na takie przypadłości, ale był do tego całkiem sceptycznie nastawiony. Jakoś nie słyszał, żeby w świecie magii tytoń sprawdzał się w jakichkolwiek medykamentach na drogi oddechowe. Przesunął palcami po jego rozczochranych włosach. - Nie lubię, kiedy dzieje ci się krzywda. RE: lato 1972, 11 sierpnia // je te promets le sel au baiser de ma bouche - The Edge - 13.11.2024 Chciałby, żeby mogli zostać w tamtej pozycji dłużej. Wtuleni w siebie, cisi, bezpieczni w obrębie swoich myśli. Znów coś powiedział i Laurent znów zareagował... źle. Ta scena traciła swój spokojny rytm, zamiast tego wzbudzała w nim niepokój. Kaszlenie było tymi kilkoma źle zagranymi nutami rujnującymi całą piosenkę. Crow robił się wyraźnie bardziej spięty - nabierał swojej zadziorności, wiecznie zirytowanego lub zmęczonego wyrazu twarzy. Nie odsunął się, ani kiedy tylko siedzieli obok siebie, ani kiedy Laurent objął go rękoma, ale coś wyraźnie się zmieniło. Przestał milczeć. Wraz z napięciem na twarzy i w oczach najwyraźniej wrócił mu głos, potrzeba werbalizowania tego co chodziło mu po głowie. Przestało wystarczać bycie, trzeba było w tym byciu jeszcze funkcjonować. Jego policzki straciły nieco na kolorycie. - Palę już ze dwadzieścia lat. Dla mnie jest za późno. Nigdy nie przestanę. - Przemawiała przez niego upartość, ale też świadomość własnych limitów. Właściwie jedynymi momentami, w których nie miał ochoty odpalić papierosa były te, w których miał w ustach coś zgoła innego i nie chodziło wcale o jedzenie. Nie przesadził też nadając swojemu uzależnieniu wiek - to było tak mocno wyryte w jego egzystencji - pierwszy raz widząc Madame Fontaine kopcił już tak intensywnie, że ciężko mu było przestać. - Po prostu muszę zapalić. - Po prostu. Tak po prostu było. Brnął w to, nie zamierzając nawet szukać innych dróg. Papierosy pomagały osobom takim jak on. Laurent by pewnie tego nie zrozumiał... Tego jak ważnym było dla Crowa mieć wymówkę do wyjścia, do zrobienia sobie przerwy, do kilku sekund na zaciągnięcie się, jednocześnie wykorzystywane do zebrania własnych myśli. Uzależnienie od papierosów było tolerowane w społeczeństwie, dawało przyzwolenie na opuszczenie grupy i schowanie się w cieniu. Było remedium na to drażniące uczucie podczas którego nie wiedziałeś co zrobić z rękoma. Nie zrozumiałby, nigdy by tego nie zrozumiał bo... Kiedy stał się dla niego taki szorstki? Zamrugał, próbując skupić się na dotyku. Bezwiednie chwycił drugą z jego dłoni i zaczął bawić się pierścionkiem, którym go obdarował. Przesunął głowę w dół - zamiast opierać się o jego skroń, oparł się o ramię, ukrywając w ten sposób oczy. Powiedział mu wczoraj, że zada mu tylko jedno pytanie. Nie był pewien, czy te słowa nadal powinny go obowiązywać. Poza tym to co chciał z siebie wydusić wcale nie dotyczyło ataku Astarotha. No i kogo to ostatecznie obchodziło? Jesteś... na mnie zły? To powinno być łatwe. Powinno, ale nie było. Odetchnął głęboko podniósł się i spojrzał na niego jeszcze raz. Z uśmiechem, tym perfidnym uśmiechem za którym ukrywał się już nie raz. - Nie dam zrobić sobie krzywdy - powiedział, po czym pocałował go w policzek jeszcze raz i podniósł się z łóżka. To było szybkie, pewnie trochę za szybkie, co zdradzało go w tym, że nie wszystkie trybiki w jego głowie działały poprawnie. Stojąc przeciągnął się z wyjątkową gracją. Podciągnął spodnie, żeby znów siłować się z rozporkiem. Poprawił koszulkę, która i tak nie zasłaniała nawet połowy pleców. Wystający spod nich tatuaż czarnych skrzydeł lśnił w porannym słońcu wpadającym do środka przez szczelinę w zasuniętych kotarach. Wrócił do tego łóżka, ale już nie po to, żeby położyć się obok. Sięgnął po nóż ukryty pod poduszką i schował go do specjalnej, przygotowanej na to kieszeni. RE: lato 1972, 11 sierpnia // je te promets le sel au baiser de ma bouche - Laurent Prewett - 13.11.2024 Kota od człowieka różniło wiele rzeczy. Laurenta od kota dzieliło różnic mnóstwo. Nie kręcił się koło Flynna z niechęcią. A może jednak..? Kiedy spotykali się razem z Fontaine niewiele tam było kwestii chęci czy niechęci, za to było mnóstwo strachu, albo bardzo duża doza nieprzytomności, która podsycała jedne emocje, żeby zupełnie odciąć inne. Kręcił się wtedy i kręcił, ale przychodził - przecież musiał. W tych momentach przytomności, kiedy maska nie była w grze, widział drugą twarz człowieka, który żył z zabijania. Przez te krótkie chwile maska ta była na tyle kruszejąca, że było mu żal tego, co widział. Albo tylko dopowiadał to sobie z perspektywy czasu? Nie był tym kotem, który przyszedł i gotów był uciec pod byle poruszeniem się. Na pewno? Nie leżał wtulony we Flynna ze świadomością władzy - z myślą, że jeśli ten tylko drgnie to pójdzie poszukać sobie bardziej godnej Jego Królewskiej Mości poduszki. Fizycznie wszystko zdawało się być zaprzeczeniem do alegorii postawionej w głowie, lecz zrewidujmy fakty - czy nie wystarczyło teraz zbyt mocne drżenie, by ta śliczna bajka, której Wrona pragnęła w przeciągnięciu, zamieniła się w bardzo szybkie rozstanie? Pożegnanie z ciepłem, żeby przywitać się z zimnem. Skóra często rozgrzana do tego stopnia nie radziła sobie za dobrze z chłodem. Tym gorzej radziła sobie psychika, która chyba od dnia wczorajszego doznała zbyt małej ilości używek. Bądź upiła się drugą osobą. Potrzebujesz trochę więcej czasu, Flynn? Więcej kociego mruczenia, więcej miękkości pod dotykiem? Więcej kocich oczu, więcej łap ugniatających skórę, nawet jeśli rani pazurami? Boisz się ucieczki kota, czy boisz się zwyczajnie zostać sam? Przekierowanie uczuć wychodziło zadziwiająco łatwo, kiedy kotów było w bród do wyboru. - Nie jest za późno. - Tutaj powinna nastąpić jakaś tyrada, jakiś słowotok, albo chociaż zmiękczenie, ale Laurent czuł bezradność. Skóra Flynna była miękka, ale jego mięśnie twardniały od napięcia - tak samo twardniała psychika stawiająca ściany, za którymi się chował. Wcześniej jej nie dotykał, a mimo to widział, jak wznoszą się te mury. Z piasku? Betonu? Był przekonany, że jeśli ktoś posiadał klucz do tego zamku to nie był to on. Chciał zapytać w pierwszym momencie dlaczego, czy to przez kaszel, czy może przez zdenerwowanie, które zaczął odczuwać, ale rozchylone wargi się zamknęły na moment. Czy jest sens pytania, skoro zapewne usłyszysz w odpowiedzi "nieważne"? - Dobrze, w porządku... - Przecież mu nie zabraniał, tymczasem ta ściana wystawiła w jego kierunku wilcze doły, a on poczuł się przy tym nieswojo. Tyle myśli, tyle zaprzeczeń, tyle niezrozumienia - chaos w głowie będący napędową do mówienia, a to mówienie prowadziło do zastanowienia, czy lepsze jednak nie było milczenie? Czy nie lepsze to krótkie nieważne. - To było tylko pytanie, Crow. Zwykłe pytanie... - Przesunął dłonią po jego ramieniu, żeby dać mu trochę przestrzeni. Człowiekowi, który szukał ciągle kontaktu, a jednocześnie potrafił tak mocno się dystansować mentalnie. Nawet chciał się odsunąć całkiem, ale ruch był tak powolny, że zmienił jego trajektorię na poprawienie swojego siedzenia i objęcia. Wszystko przez to, że Flynn również swoją pozycję zmienił i przylgnął do niego bardziej. Tak, jakby chciał się schować. Tylko przed czym? Przed kim? Pewnie przed samym sobą. Nikt nie mordował skuteczniej Fleamonta Bella niż Crow. Spoglądał znad tej czarnej czupryny na zabawę pierścionkiem - nerwową jego zdaniem. - Nonsens. Co za kłamstwo... - Ręka straciła podparcie, chłód - to chłód - dystans. Powrót do codzienności. Powrót do norm. I cóż z tego, że żaden dzień nie będzie już taki sam? - Krzywdzisz samego siebie cały czas. - Chociażby paleniem, ale lista była o wiele dłuższa. Potrzebował jej wypunktowania? Laurent był w tak zdezelowanym nastroju, że mógł mu ją wymieniać bez krztyny wyrzutów sumienia i hamulców. Nawet jakby miał nim potem ze swojego wybuchu grzmotnąć w twarz, czy znowu skopać jak tamtego dnia w cyrku. Śledził jego ruchy, dopóki ostrze nie błysnęło spod poduszki. To właśnie ten ruch? Ruch powodujący, że kot ucieka? Laurent zareagował prawie jak zaszczute zwierzę - podskoczył niemal, chowając głowę w ramionach. Tylko instynktu samozachawczego w tym brakowało - bo przecież przed zagrożeniem powinno się uciekać. A on tylko zgiął nogi w kolanach i oparł czoło o kolana nadal skryte częściowo pod ciepłą kołdrą. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Rozluźnił się i ostrożnie podniósł wzrok na Flynna. RE: lato 1972, 11 sierpnia // je te promets le sel au baiser de ma bouche - The Edge - 13.11.2024 Było za późno. Było za późno z tylu cholernie sensownych powodów, przez które od wielu lat bardzo wiernie traktował się jako ktoś, kogo istnienie zwyczajnie nie było na tyle wartościowe, żeby się takimi rzeczami przejmować. Na pewno nie w momencie kiedy przejmował się tyloma innymi rzeczami naraz. Papierosy były tym, co przynosiło mu spokój, czego nie mógł powiedzieć o żadnym innym elemencie tego, co teraz przeżywał. On tylko zadał pytanie. A Crow tylko na nie odpowiedział, ale po tonie głosu rozumiał, że odpowiedział źle. To nie było oczekiwane. Nie powinien mówić prawdy? A później słyszał, że kłamał i to też było złe. Wniosek z tego płynął bardzo prosty i naprawdę dobrze mu znany - nie powinien odzywać się wcale. Milczenie musiało być jakimś kluczem do jego szczęścia, ale przywilej trzymania gęby na kłódkę stracił już chwilę temu. Leżąc w tym łóżku wszystko wydawało się być takie w porządku, sensowne i na miejscu. Teraz ten porządek się sypał obnażając przegniłe fundamenty. Najgorsze w tym wszystkim było to, że widząc panikującego blondyna, zaciskając dłoń na uchwycie noża, nie pomyślał - o nie, przecież nie chciałem go wystraszyć. Pomyślał, że to dobrze. To dobrze, że umysły ludzi pamiętają co właściwie potrafiło zrobić to ostrze, z jaką łatwością przychodziło mu zatapianie go w miękkim ciele. Głupi pseudonim jaki sobie nadał przestawał być zabawny, kiedy docierało do ciebie do jak potwornych czynów był zdolny - wzbudzany na Ścieżkach respekt stanowił dobrą zasłonę dla wewnętrznego poczucia wybrakowania. Może nie potrafił odpowiadać dobrze na pytania i nie potrafił oddać mu się na wyłączność, ale mógł wykorzystać tę ciemność do sprawienia, że w sytuacji takiej jak ta, kiedy czuł się zupełnie bezbronny i zdany na cudzą łaskę, w rzeczywistości to on był tym który rozdawał karty. Laurent nie podniósł wzroku na Flynna. Laurent ten wzrok na niego opuścił, bo Flynn klęczał przy łóżku i wpatrywał się w niego szeroko otwartymi oczyma. Nie z szoku. Nie z podziwu. Było w nich coś innego - ich wyraz był jednym z tych, które ciężko było odczytać i zastanawiałeś się co właściwie mogło chodzić mu po głowie. - Jeżeli boisz się, że się zabiję to oszczędzę ci obaw i powiem - nie mam odwagi zrobić tego sam. Zabijanie innych ludzi jest łatwiejsze od zabicia siebie. - Analizował wyraz jego twarzy. To w jaki sposób Crow opierał się o materac sugerowało, że pomiędzy jego rękoma znajdowało się dla Laurenta miejsce - mógł się do niego zbliżyć i wpaść znów w te objęcia, ale ta energia była zupełnie inna. Nie było w tym już delikatności i ciszy, ale to przecież wciąż te same ręce, tak? - To nie jest groźba. Nie musisz się trząść. Wiesz o mnie tak dużo... Tak dużo aby móc znaleźć się w grupie ludzi, która nie potrafi już mnie tłumaczyć. Niewielu ludzi wierzących o mnie tyle potrafił okazać mi współczucie i ciepło. Nie mam powodów do tego żeby chcieć cię zniszczyć. - Zniszczenie było mocnym słowem, dobranym nie bez powodu. Chodziło mu po głowie bo w gruncie rzeczy... Większość ludzi wiedzących o nim tyle co Laurent właśnie to chciałoby z nim zrobić. Zniszczyć go. Dźwięki z kuchni stawały się głośniejsze. Crow przymknął nieco oczy... - Zostaniesz na śniadanie? RE: lato 1972, 11 sierpnia // je te promets le sel au baiser de ma bouche - Laurent Prewett - 13.11.2024 Flynn był jak wydmuszka, którą należało trzymać w swojej dłoni niczym najcenniejszy skarb. Był jak motyl, którego zamykasz w klatce palców i podziwiasz, chłoniesz jego estetykę, jego oryginalność, a potem wypuszczasz. Albo nie? Chcesz go dla siebie, chcesz go na wyłączność? Laurent nie zastanowił się nad tym, czego dokładnie chciał. Oczekiwania się rozpierzchły, bo godził się z faktami. Fakty zaś prezentowały się całkiem nieciekawie, kiedy chciałeś, żeby ktoś chociaż trochę się tobą zainteresował. Żeby pomógł, żeby był, żeby... żeby pozwolił sobie pomóc. Pogląd złych i dobrych odpowiedzi wydawał się tu kluczowy, chociaż wcale nie było pacania po łapach, to nie było złe - a może to odpowiedź Laurenta po prostu była zła? I tak chwieje się nam ta trzymana przez Temidę waga. Kto ma rację? W świecie niemych nie było racji w niczyich słowach. Złe było za to spojrzenie, które napotkał. Nie dlatego, że się go bał, że to Crow wzbudził w nim strach samą swoją osobą. Ono było złe, bo nie było w nim ciepła, pocieszenia, nie było żadnego ukojenia. Było obce, puste i dopiero teraz wzbudzające właśnie to - strach do jego własnej osoby. Zacisnął palce na kołdrze, ale zdradliwie drżące dłonie postanowiły uzewnętrznić niepokój w bardziej wyraźnej dawce - zadrżał cały. To absolutne zmęczenie twarzy nie przykrywane było jednak przerażeniem, a tą goryczą. Żalem. W małych uncjach wydawane na zewnątrz, przebijające się jak sprężyna starego materaca. - Nie boję się ciebie. - Tylko skąd miałby o tym wiedzieć? Przyzwyczajony do tego strachu wyczuwał go jak każdy drapieżnik i reagował na niego instynktownie. Laurent nie wyciągnął do niego ramion, żeby się przytulił. Za to wyciągnął powoli rękę, żeby oprzeć dłoń na jego potarganej fryzurze i przesunąć ją czule kilka razy. Drugą ułożył na swojej klatce piersiowej, bo ucisk w niej był nieznośny. - Rozumiem, że nie miałeś niczego złego na myśli. Dziękuję, że o mnie dbasz. - Rozumiał to. Tak mu się przynajmniej wydawało, że rozumiał, dlaczego był pod tą poduszką nóż. Że rozumiał te instynkty obronne, które były w niego głęboko wbite. Przez Fontaine, a może przez jeszcze inne osoby, z którymi się spotykał i wiązał swoje życie. Niby wiedział, że nie użyłby tego noża przeciwko niemu, ale i Bóg wie, że emocje nie były prostą sprawą, a logika w nich całkowicie umierała. Inaczej pewnie od samego początku nie chciałby mieć niczego wspólnego z Edgem. Chciał i nie chciał zarazem mu wyjaśniać, co tutaj zaszło. Chciał go nawet przeprosić za swoją reakcję - niekontrolowaną. Ale Edge tego nie lubił, tyle razy powtarzał, żeby tego nie robił... Więc było głaskanie. Jakby to Edga trzeba było tutaj uspakajać. W gruncie rzeczy Laurent tak uspakajał też samego siebie. - Nie. Brzydko wyglądam. Nie chcę, żeby inni mnie takim widzieli. - Takiego nieidealnego, takiego słabego, nieporadnego i wystraszonego. |