Secrets of London
[19.07.1972] Między ciastem a szablą - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19)
+--- Wątek: [19.07.1972] Między ciastem a szablą (/showthread.php?tid=4163)

Strony: 1 2


RE: [19.07.1972] Między ciastem a szablą - Thomas Figg - 20.11.2024

Zazwyczaj właśnie wracał w okolicach świąt czy czyichś urodzin do kraju, dlatego też nigdy nie były to prezenty "bez okazji", jednak zawsze dbał aby im coś przywieźć, nawet jeśli była to jakaś drobna pierdoła przedstawiająca jakiś mugolski zabytek zamknięty w szklanej kuli. Mógł im mówić, że o nich cały czas myśli, pisać listy, jednak zawsze wybierał raczej czyny niż słowa i w jego przekonaniu takie, nawet drobne podarki tym właśnie były.
Inny fakt był z tym, ze tutaj musiał poświęcić na to nieco czasu, ale było warto kiedy uchwycił jej zadowolenie w momencie, gdy wisior zmienił się w broń leżącą idealnie w jej dłoni. Wszelkie godziny spędzony nad dopracowywaniem pieczęci umożliwiających taką transmutację były warte, aby zobaczyć zadowolony uśmiech na twarzy Brenny. W tej chwili jeszcze nie wiedział, że niebawem podobną rzecz będzie wykonywał dla ich wujka Morpheusa i wiedza ta okaże się nieoceniona. Tak samo jak i pomoc jej ojca Jeremiah w doborze broni, starszy Longbottom udzielił mu wiele więcej informacji niż potrzebował, ale dzięki temu mógł stworzyć to co teraz dzierżyła w dłoni.
Uśmiechnął się szeroko, tak z powodu pochwały jak i uścisku, po prawdzie trochę obawiał się czy faktycznie szabla to najlepszy wybór, ale musiał nieco zaryzykować bo inaczej by musiał wprost zapytać, a wtedy mogłaby podejrzewać, że coś dla niej majstruje.
- Cała przyjemność po mojej stronie - powiedział kłaniając się teatralnie z szerokim uśmiechem, choć na chwilę odzyskując pełnię wesołości, która mu tak nieodłącznie towarzyszyła, choć teraz nie był to jedynie maska. Wyprostował się patrząc nieco z góry na Brennę po jej słowach.
- Taaaa... Mowy nie ma, bo już wiem co dostaniesz na Yule, ciesz się z prezentu i nie przejmuj się niczym - powiedział absolutnie nie zamierzając zgodzić się na fakt, że to ma być jakiś wcześniejszy prezent, nie przekona go do tego w żaden sposób. - Mam teraz więcej czasu na... eksperymentowanie - powiedział jeszcze, bo siedzenie w jednym miejscu dawało mu dużo wolnego czasu, nie musiał całymi dniami i czasami nocami ślęczeć nad klątwami i pułapkami, mógł się poświęcić nieco pracy badawczej. Ale jednocześnie echem w głowie odbiła mu się ich wcześniejsza rozmowa o zabawkach. Dlatego szybko pospieszył z wyjaśnieniami jak zmienić szablę w wisior.
- Ah, żeby wrócił do formy wisiora, na głowicy znajdziesz ten sam diament, musisz go dotknąć kciukiem i przytrzymać, wtedy na powrót będzie to niewinny wisior - wytłumaczył, głowica była najlepszym miejscem na umieszczenie diamentu w innym miejscu mogła go przypadkiem dotknąć, lub mógłby ulec łatwemu zniszczeniu. - Myślałem na początku, aby była to bransoleta czy pierścionek, ale pierwsze było nieporęczne, a pierścionek... Wolałem ci oszczędzić tłumaczenia od kogo to, dlatego wisior zdawał się najmniej rzucająca się w oczy opcją. - mówił tak bo sam nosił ich czasami kilka na raz, ot drobne skrzywienie zawodowe, ale jednocześnie weszło mu już to w nawyk.


RE: [19.07.1972] Między ciastem a szablą - Brenna Longbottom - 20.11.2024

Brenna była tą szczęśliwą dziewczynką, która mogła dostać albo kupić sobie, co tylko zapragnęła i dlatego podarki tak naprawdę same w sobie nigdy nie znaczyły dla niej wiele. Nie czekała na nie, nie przeszkadzało jej, gdy ich nie dostawała z okazji urodzin czy świąt, chociaż jeżeli ktoś je dawał – zawsze starała się docenić gest, cieszyła się, gdy były dobrze dobrane, nie miała problemu z ich dostawaniem (wolała je dawać: chociaż nauczyła się dbać po pierwsze, by dobrze pasowały do odbiorcy, po drugie, by przypadkiem nie czuł się przytłoczony), ale… to był bardzo drogi i czasochłonny upominek. A Figgowie może nie byli biedni, niemniej Brenna nie czuła się do końca dobrze z tym, jak dużo Thomas włożył w ten podarek.
Przypatrywała się mu więc przez chwilę, a potem po prostu go puściła, bo jednak ani wyciąganie tego teraz, ani nieprzyjmowanie prezentu, ani próba zapłacenie za niego, nie było dobrym rozwiązaniem.
Po prostu kupi mu coś ładnego, a poza tym załatwi mu bardzo, bardzo dobrze płatne zlecenie.
Nie musiał wiedzieć, że w tym zleceniu maczała palce.
Uśmiechnęła się jednak tylko, bo Brenna była jedną z tych osób, które lubiły w takich sprawach stawiać na swoim, ale niekoniecznie musiały informować cały świat o swoich zakulisowych knowaniach.
– Rzucasz mi wyzwania. W końcu będę musiała kupić tego hipogryfa w prezencie, żeby cię przebić i Nora mnie zabije. – Stwierdzenie wygłosiła półżartem, półserio, bo wprawdzie nie zamierzała kupować hipogryfa (i nawet swego czasu wyjaśniła dobitnie Erikowi, dlaczego głupim pomysłem jest, aby takiego kupił on), ale faktycznie już zaczęła się zastanawiać, co takiego powinna na to Yule wybrać, aby było odpowiednio spektakularne. – Nieźle – oceniła, cofając się nieco, aby „przełączyć” szablę z powrotem na tryb wisiorka, a potem jeszcze raz z powrotem na broń, by tym razem tej się przyjrzeć i ostrożnie nią poruszyć, wypróbowując, jak leży w ręku. Oczywiście, możliwości miała ograniczone, bo nie chciała rozwalić kuchni Figgów – za to Nora też na pewno by ją zabiła.
Nie mogła się doczekać, aby wypróbować ją porządnie. Naprawdę kusiło ją, aby teleportować się i zrobić to natychmiast, ale niestety, musiała wpaść do Ministerstwa.
– Ojej, pierścionek byłby mega ryzykowny. Jakbym taki pokazała i powiedziała, że to od ciebie, to się boję, że nie zdążyłabym Erikowi i mamie wyjaśnić, o co naprawdę chodziło – roześmiała się, trochę rozbawiona, trochę przerażona taką wizją. – Dziękuję, jest idealny. Mogłabym go zachwalać kolejną godzinę, ale powinnam pójść do kawiarni, przywitać się z Norą – powiedziała i zerknęła jeszcze raz na Thomasa. Tak naprawdę wcale nie chciała go zostawiać samego: ale prawda była taka, że nie mogła tkwić przy nim przez kolejną dobę, upewniając się, czy wszystko w porządku. – Też idziesz? – spytała jeszcze, zanim ruszyła do wyjścia, by obejść budynek.
Koniec sesji