![]() |
|
lato 1972, 27 sierpnia // gwiezdny pył - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: lato 1972, 27 sierpnia // gwiezdny pył (/showthread.php?tid=4172) Strony:
1
2
|
RE: lato 1972, 27 sierpnia // gwiezdny pył - Dægberht Flint - 26.03.2025 Idąc tą logiką, jej również na nim nie zależało. W takich chwilach Dægberht czuł się niesamowicie dziwnie, bo miał ochotę się uśmiechnąć, ale tutaj nie było przecież powodu do uśmiechnięcia się. Cudzy dramat nie powinien sprawiać mu radości, ale to było ludzkie - dowiedzieć się o tym, że to nie więzy relacji i przywiązanie łączyły ją z tamtym człowiekiem, tylko gniew i rozczarowanie - bo to przecież mówiło dosyć otwarcie, że nie odganiała jego zainteresowania. W sercu Moody znajdowała się jakaś pusta przestrzeń, którą dało się wypełnić swoją obecnością. Brudne to były myśli, tak mu się zdawało przynajmniej, ale niech pierwszy rzuci kamieniem, kto nigdy na taki tor nie zboczył. Mógł być kimś głęboko wierzącym, ale to jeszcze nie czyniło go świętym. Kapłanem też nigdy nie został, chociaż mógłby - ale to byłoby nieuczciwe wobec samego siebie. Pozwolił jej na nawiązanie takiej bliskości, nie decydując się na przeciągnięcie tej struny w żaden sposób. Poprawił jej włosy, żeby nie zaplątały się w metalową ozdobę nieopodal nich, po czym spojrzał w to niebo rozgwieżdżone. - Matka mi zawsze opowiadała różne historie ze swoich rodzinnych stron. Urodziła się w Egipcie, więc miała w rękawie wiele legend niespotykanych tutaj. Orion - nie wskazał na niego palcem, bo Moody i tak nie miała prawa tego zobaczyć - to Ozyrys, Bóg który umarł i powrócił, a jego światło jaśnieje nad pustynią. Syriusz to jego małżonka Izyda, która nigdy go nie opuszcza. Widzieli w niebie swoich bogów, tworzyli bogów nieba takich jak Nut, która codziennie rano rodziła słońce, nadając życie nowemu dniu. Ale w tym było coś więcej. Kiedy miałem sześć lat, powiedziała mi, że kiedy umiera faraon, na niebie pojawia się nowa gwiazda. Dorastając wziąłem to wszystko za bujdy i odrzuciłem to na wiele, naprawdę dużo lat. Ale jak jest się na statku to dużo się o wszystkim myśli. Zwłaszcza kiedy człowiek nie może modlić się w świątyni i przypomina sobie, że jego bogini również jest światłem zapisanym na niebie i może być jedynym, z czym da się porozmawiać klęcząc na deskach pokładu. - Milczał przez moment. - Kiedy zaczynałem żeglować z moim ojcem, powiedział mi, że gwiazdy to okruchy dawnego światła. Nie rozumiałem tego absolutnie. Na początku myślałem, że odpowiedź jest prosta - jakieś pocieszenie w tym, że inni żeglarze również patrzyli na te same gwiazdy i nigdy nie będę sam... Ale on był w tym bardzo dosłowny. Mylił się nieco, ale w tym co mówił było też ziarno prawdy - to co widzimy na niebie to przeszłość. Część z tych gwiazd już nie istnieje, ale wciąż dociera do nas ich światło. I kiedy klęczałem na deskach tego pokładu dotarła do mnie ciekawa poetyckość tego, że chociaż oboje zrobili to zupełnie inaczej, w gruncie rzeczy powiedzieli to samo. Niebo jest pełne trupów. Na niektórych wodach gwiazdy odbijają się w falach tak jasno, że trudno powiedzieć, gdzie kończy się niebo. Czasem zdaje mi się, że słyszę ich szepty. Szum wiatru, skrzypienie masztu, a potem… jedno słowo, które przychodzi z ciemności. To głos tych, którzy przeszli na drugą stronę oceanu. Mój powód. Dlaczego żegluję. RE: lato 1972, 27 sierpnia // gwiezdny pył - Millie Moody - 26.03.2025 Zgrzeszyła myślą mową uczynkiem i zaniedbaniem. Grzeszyła każdego dnia, bluźniła na każdym kroku, czasem mając wrażenie, że całe jej życie jest jednym ciągiem bluźnierstwa i po to została powołana do istnienia, jako czarny cień światła, krucze pióro za tym, który prawdziwe chronił i lśnił, choć sam oczywiście nigdy by tak o sobie nie powiedział. Był jedna jej osobistym bożkiem, a te nie mają zbyt wiele do gadania na temat swojego kultu. Teraz jednak sytuacja była tak dziwacznie odmienna, kiedy sen, na którego krawędzi zwykle w szaleństwie tańczyła, w końcu nie był koszmarem, a dziwną opowieścią z baśni tysiąca i jednej nocy. Matka Egipcjanka, ojciec żeglarz, ileż poezji było w tym człowieku, ileż mogłoby serce i ciało udźwignąć w zapomnieniu prozy wpadki, prozy soli wciskającej się pod powieki, monotonii kołysania oceanicznych fal, dłoni startych przez liny i szczotki. Nic z tego nie pozostało w głowie Millie, która odkrywała na nowo swojego byłego kolegę z czasów szkolnych, postać pięćdziesiątego siódmego tła, które imię przepadło na dnie zapomnienia, tylko po to, by zostać wyrzuconym na brzeg ostrego klifu. Żagiel łopotał bielą namiotu w którym schronić się mieli przed sztormem, lecz czy finalnie to nie oni nim byli? Morze i wiatr na dobre i na złe? Wzięli wolne od swego życia, by móc porozmawiać, odpocząć, zatonąć. Ile razy skakała z klifu, by zanurzyć się w morzu. Czy i tym razem skoczy? Przymknęła powieki zasłuchana w opowieść o śmierci gwiazd, czując jak w piersi rozchodzi się spokój, a wobec miałkości ich istnień na wielkim kosmicznym cmentarzysku, wydało jej się takie niejakie i płytkie, że w ogóle opowiadała swojemu księciu o tym jak na wcześniejszych kartach tej książki ktoś porzucił ją po tym gdy oddał jej pantofelek. – Gwiazdy. Martwe. Tak. W końcu one nie dają życia. Dają sen, który tak blisko jest śmierci, aby pomóc nam się z nią oswoić. To nie słońce, w którego świetle rośnie życie, ale przewodniczki, które pomogą nam dojść do niego. One muszą zgasnąć, by tarcza mogła narodzić się na nowo. – powiedziała cicho, czując suchość w ustach, wspominając z ciężarem słodkiej nostalgii ciche lekcje wróżbiarstwa sprzed lat, gdy poznawała Drogę Głupca, kroczącego chłopca przemierzającego wyboiste koleje losu. A tak się złożyło że była tam karta Gwiazd. Tak się złożyło, że była dla niej ważniejsza, niż mógłby ktokolwiek przypuszczać. – Czasem czuję się jak Wieża. – podjęła po chwili, nie bacząc na to, że sens mógłby uciec, bo choć myśli już dawno pogrążyły się w tarocie, to przecież w ich rozmowie nikt nie powiedział nic o kartach. Ale Moody o kartach mocno milczała, to one pomagały jej opowiadać o wszystkim co bolało ją bardziej niż złamane upadkiem kości. – Moja matka dała mi na imię Mildred, bo chciała abym była silna w łagodności, a wyszło że... że nie wyszło. Że ani we mnie siły, ani łagodności... Ale widzę to tak, że moją patronką nie jest Moc ale Wieża: zimna budowla, która musiała ukorzyć się przed siłą pioruna, siłą gniewu niebios. Całe życie w okruchach strzaskanych kamieni. I wiesz... wiesz... następny krok prowadzi ku Gwiazdom. Kiedyś śniłam o pustyni, śniłam że wygrzebuje się spod ciężkiego gruzu i zostawiam go za sobą a wydmy jak fale, po których czołgam się oślepiona upadkiem. Aż w końcu w chłodzie, w wyczerpaniu, w mroku są one. Pojawiają się jedna za drugą... Orion, Ozyrys... Może trzeba umrzeć, aby urodzić się na nowo? Wiesz... wiesz, że piasek, że kwarc... to umarłe gwiazdy? Pył w którym się zatapiamy marząc o niebie, jeśli tylko spojrzysz uważnie... my też gdzieś komuś możemy lśnić. [inny avek]https://i.pinimg.com/736x/fe/2e/48/fe2e48513d76a340bdec12566f822ddc.jpg[/inny avek] RE: lato 1972, 27 sierpnia // gwiezdny pył - Dægberht Flint - 01.04.2025 Najpierw pojawiało się zainteresowanie atrakcyjnością fizyczną. Dopiero później człowiek dodawał do tego resztę - pierwsze wymiany zdań, ruchy, gesty, zapach, dźwięki - wszystko to, co budowało wrażenie, którego się nie zapomni. Millie Moody zapadła mu w pamięci pozytywnie, ale też... był młody, ale nie tak młody, aby nie znać się na życiu zupełnie. Nigdzie się nie spieszył, nawet jeżeli myśl o szansie na stanie się w jej sercu kimś ważnym osiadła na podatnym gruncie i próbowała zapuścić korzenie. Słuchał. Budował w głowie wyraźniejszy obraz niż portret dziewczyny malowany rozedrganą ręką postimpresjonisty. Chłonął. Nie udawał zainteresowania dudniącego w pełnej uwagi ciszy ze swojej strony, kiedy próbowała mu coś powiedzieć. Moody znała dużo trudnych słów, posiadała ich bardzo duży zasób i potrafiła mówić różnie. Moody mówiła w sposób wulgarny, ostentacyjny. Moody mówiła w sposób poetycki. Normalni ludzie nie potrafili mówić raz tak, raz tak, na przemian. On sam nie potrafił tak mówić, a był poetą i znał tak wiele języków, że to większość przytłaczała. Moody musiała znać się na geologii, to były już zaawansowane nauki przyrodnicze wykraczające poza podstawowe w nich obeznanie. Amatorzy nie znali przecież ciekawostek o gwiazdach, nie wiedzieli, czym jest pokrzywa, a co dopiero kwarc. Rzadko rozmawiał ze stróżami prawa jak równy z równym na tematy astronomiczne, generalnie przyrodnicze. Po Aurorce spodziewałby się obycia w zaklęciach i walce, nie zaś w słowach i składzie piasku. Musiał więc zakręcić kołem własnych oczekiwań i tego, w jaki sposób mógłby jej zaimponować - jak paw stroszący pióra wzorzystego ogona. Teraz był zmieszany, ale jednocześnie zbyt pewny siebie i zarozumiały, aby go ten dysonans poznawczy zniechęcił do czegokolwiek - czasami w życiu musiałeś dawać się zaskoczyć. - Jesteś tarocistką - zauważył wreszcie, wyciągając kolejny fakt o niej spomiędzy wierszy, najbardziej oczywisty z nich. Na wróżeniu nie znał się wcale, ale miał zbyt szeroką wiedzę, aby nie kojarzyć nazw, a przynajmniej nie powiązać tej wypowiedzi z nieco oczywistą w ich świecie pełnym pytań prawdą. - Tak, możesz nazwać mnie astronomem - odpowiedziałby, chociaż niewielu się tego po nim spodziewało, a i on nie prezentował zbyt często konkretnej wiedzy, kiedy mógł tworzyć takie artystyczne porównania właśnie. Nie miał jednak zamiaru opowiadać teraz o sobie. - Zawsze mnie zastanawia to, dlaczego ludzie decydują się na bycie wróżbitami. Nie obawiasz się tego, co kryją? Co jeżeli jest tam najgorszy z możliwych scenariuszy, a ty masz wierzyć, że jest przesądzony przez los. Nawet egzystencjaliści rozłożyliby ręce. Sposób, w jaki mówił, w jaki trwał przy niej, sugerował jedno - był gotów usłyszeć dłuższą opowieść. RE: lato 1972, 27 sierpnia // gwiezdny pył - Millie Moody - 01.04.2025 Nie potrzeba było zaawansowanej wiedzy geologicznej, by powtarzać jak papużka mądrość raz zasłyszaną, która przykleiła się do chwiejnego umysłu. Jej nauczyciel mówił o gwiazdach wiele, a z nią zostało jedno zdanie przepełnione żalem i śmiercią. Jakakolwiek dalsza rozmowa w tym temacie szybko rozwiałaby wątpliwości w temacie "mądrości" Moody. Jej zainteresowania krażyły zupełnie gdziie indziej i tu Flint trafil w to oczywiste sedno. Wielkie Arkana nosiły w sobie dwadzieścia dwie opowieści. A ona czytała o nich, słyszała o nich, chłonęła wszystko co mogłoby jej rozjaśnić przeszłość, teraźniejszość i przyszłość zaszytą w Tarocie, historie, które ukuwane były przez o wiele mądrzejsze głowy. Nie potrzebowała wykształcenia, by czytać smętne wiersze o wewnętrznym nieukojonym bólu, o gwałtowności i żałobie, o uczuciach o których nie chciała mówić nikomu, a które rozsadzały jej czaszkę. Nie trzeba było czytać wiele, choć sprzyjały lekturze długie bezsenne noce tak w chuj się dłużące nieskończoną smugą snów i koszmarów, duchów i zjaw czających się w ciemnych kątach pokoju. Co jeśli Może gdyby matka przeżyła, jej los byłby inny. Może gdyby nie kochała tak adrenaliny, może gdyby miała normalny mózg, który nie przylepiał się do dowolnego gówna, zamiast uczciwie przygotować się do aurorskich egzaminów. Może gdyby była kimś innym. – Bardzo chciałam być jasnowidzem. Moja rodzina po kądzieli zajmuje się tym w dość... naturalny sposób. Ale urodziłam się zepsuta. Widziałam wiele, ale niekoniecznie były to rzeczy, które się jakkolwiek spełniały. – Poszum fal, ciepło jej tymczasowej poduszki, rój gwiazd nad nią, jakby sami stali się bohaterami siedemnastej karty. Nadzieja. Potencjał. Już za moment sięgnie po talię, już za moment spojrzy w oczy przelewającej w spokoju Gwiazdy. – Wróżbiarstwo to taki... takie zastępstwo. Cośtam wiem. Znaki. Ostrzeżenia. Umiem je wyczuć, ale hm... i tak niewiele osób mi wierzy, bo przecież nie jestem jasnowidzem, co nie? I... i wiem co jest w kartach. Czasem nie chcesz pytać, właśnie dlatego, że wiesz jakie kurwy tam potrafią do Ciebie wyleźć i wyśmiać Cię. Wypunktować słabości. Problemy, których nie możesz... nie potrafisz się pozbyć. – Odetchnęła głęboko. Szóstka kielichów, słodkie rodzeństwo bawiące się złotymi naczyniami. Beztroska, bezmyślność, dziecięca igraszka. Jak długo jeszcze będzie ją to prześladować? – Więc jestem jasnowidzem takim trochę. Bez trzeciego oka, ale za to z całkiem niezłą techniką tasowania. Chciałbyś, zadać mi pytanie? Chciałbyś, żebym Ci kiedyś postawiła? – podniosła ku niemu złociste ślepia. Niepewne, kruche w głupiej obawie, że odrzuci propozycje. Ale jakieś kiedyś byłoby miłe. Teraz było jej miło. Spokojnie. [inny avek]https://i.pinimg.com/736x/fe/2e/48/fe2e48513d76a340bdec12566f822ddc.jpg[/inny avek] RE: lato 1972, 27 sierpnia // gwiezdny pył - Dægberht Flint - 18.04.2025 – Odkąd sięgam pamięcią, Widzący dostrzegali rzeczy na przeróżne, niekoniecznie zrozumiałe dla mnie sposoby. Nie myślałaś o tym, że być może twój dar objawia się inaczej niż u reszty rodziny? – Od razu po powiedzeniu tego pożałował. Ha, oto coś, co cię gnębi od lat – na pewno tego do końca nie przemyślałaś. Może jeszcze wyjaśni jej męskim językiem inne prawdy tego świata? Bo przecież kobietki były takie drobne, takie bezbronne, takie potrzebujące wiecznej pomocy… Ha, nie w jego języku. Nie w języku kogoś, kto całe swoje ciało wytatuował mądrościami Pani Księżyca. Któż miał szanować kobiety bardziej niż ktoś, kto z taką pasją spoglądał w stronę Matki? I ta niechęć do czegoś, co sam wygłosił, znalazła odbicie w tym jak wyglądał. Żałował własnych słów! Nawet przesunął palcami po twarzy, a później zaczesał za ucho niesforny kosmyk włosów, ale nie wycofał się z tego, nie wydusił żadnego, panicznego „wiesz co, nieważne” – zwyczajnie oczekiwał puszczenia tego mimo uszu. Zamiast wyczekiwać „co ty nie powiesz”, szybko przeszedł do złożonej mu propozycji. – Ja wierzę. – Przyznał to bez ogródek. I nie była to najdziwniejsza rzecz, w jaką wierzył. Cichy chichot Wulfwyn, kiedy wypowiedział te słowa sprawiał, że wykrzywił nieco usta. Potrzebował kilku sekund, aby powrócił na nie spokojny, ciepły uśmiech. – W tarot, przepowiednie. – W ciebie. Czy to nie za szybko? Pragnął ją poznać, nie zaś zalać gradem własnych oczekiwań. – I chciałbym. – Mógłby nawet i teraz, o ile nosiła przy sobie karty na pierwsze randki. – Wielu czarodziejów unika wróżbiarstwa jak ognia, bo im się wydaje, że to zaprzeczenie ich wolnej woli. Jakby wszystko zostało już zaplanowane. Ale to przecież nie jest prawda, czyż nie? Ja postrzegam to raczej jako krzyżowanie się ludzkich zamiarów i intencji, chociaż… Przez to, że lubię takie ciekawostki, ostatnio poprosiłem kolegę, żeby mi wyciągnął kartę na „teraz” i druga wróżbitka kazała mi patrzeć pod nogi. Wywróciłem się ledwie kilka sekund później. Czasami… bogowie lubią dawać mi pstryczka w nos. Niby się wygłupił, jeśli szło o jego standardy przynajmniej, ale po nabraniu powietrza w usta, najbardziej wygłupił się zapewne reakcją. Trochę jak wtedy, kiedy ludzie przepraszają lub zamykają się w sobie po powiedzeniu niewidomemu „dowidzenia”, chociaż ludzie bez nóg twierdzili, że gdzieś „poszli” – problem w tym wszystkim widzieli tylko ci, którzy się nadmiernie, do przesady wręcz, skupiali na doborze słów. Ale któż miał bronić dobrych dialogów, kobiet i języka, jeżeli nie poeci? RE: lato 1972, 27 sierpnia // gwiezdny pył - Millie Moody - 04.06.2025 Zachłystnęła się jego odpowiedzią, czując jak cały jej świat staje się na powrót - tu na klifie - wodnym ogrodem syren i trytonów. Ledwie kilka dni temu pieśń Selkie ściągnęła ją do tych przestrzeni, lecz był to wieczór jakże trudny pod emocjonalnym względem, gdy przygnębienie i zawiedzione nadzieje brały górę wobec czegokolwiek innego. Był to też wieczór okraszony łzami jej przyjaciela, którego strach przed wodą wziął górę i - w pewnym sensie - zbliżył ich w boleści do siebie. Nic z tego nie działo się teraz, kiedy leżąc na doskonale przygotowanym miejscu, pełnym miękkich poduch i znakomitych przekąsek Miles czuła się jak w bajce. Odziana w biel (tak, to była nowa sukienka), pod baldachimem namiotu, pod gwiezdnym sklepieniem, śledziła oczarowana złotymi ślepiami swojego księcia, który niemalże przybył do niej na latającym dywanie i teraz pokazywał jej świat swoimi oczyma. Jego głos, lepki jak miód, jego słowa słodsze niż ciastka, które wsuwał między jej spierzchnięte wargi. Mówiła, że chce z nim uciec, fantazjowała dalej o bieli, lecz nie o sukience, a żaglach, które nabrzmiałe wiatrem prowadzą ich ku nieznanemu. Świat stał się pozbawiony wojen i konfliktów, był miejscem w którym dzieją się baśnie, a każdy otrzymuje swoje szczęśliwe zakończenie. Jeśli zaś jeszcze nie było szczęśliwe - to znaczyło li tylko tyle, że opowieść trwała i należało cierpliwie czekać na finał. Świat stał się snem, a sen stał się światem. Odrealniony i piękny, czysty. Noc zdawała się być kwiatem, białą lilią pozbawioną jednak korzeni, której woń do końca życia zapadnie jej w pamięć nawet gdy pozbawiona wody uschnie na oczach otaczających ją żałobników. Mildþryþ prosiła o więcej opowieści, nie chcąc, aby jego głos milkł, a dłoń zatopiona w czarnych puklach znikała. Upijała się jego obecnością i chciała zassać tak wiele, jak było to możliwe. Pozwoliła mu lśnić, jak gdyby był najjaśniejszą z gwiazd otaczających ich egzystencje, jakby sami stali się na moment parą gwiezdnych okruszków, gwiezdnym pyłem wirującym w niebycie. Świat był snem. Lecz sny mają to do siebie, że nie trwają wiecznie. Sny mają to do siebie, że o świcie tracą swoją moc. Gdy więc wróciła do swojego pokoju w Księżycowym Stawie, a wzrok jej padł na żółcący się bukiet stojący przy łóżku pozbieranych kwiatów, których tak bardzo chciała się pozbyć... z cichym westchnieniem przysiadła nad płótnem, chcąc granatem i bielą oddać to czego pozwolił doświadczyć jej Flint, zabierając ją ku granicy oceanicznej toni i bezkresu kosmosu. Czegoś wyjątkowego w swojej niepowtarzalności. Czegoś, co zostanie z nią już zawsze, nawet jeśli ich losy nie były ze sobą związane czerwoną nicią przeznaczenia. ![]() Koniec sesji
[inny avek]https://i.pinimg.com/736x/fe/2e/48/fe2e48513d76a340bdec12566f822ddc.jpg[/inny avek]
|