![]() |
|
[noc 17/18.08.1972] Miałem ja miseczkę mleczka... | Victoria & Sauriel - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +--- Wątek: [noc 17/18.08.1972] Miałem ja miseczkę mleczka... | Victoria & Sauriel (/showthread.php?tid=4190) |
RE: [noc 17/18.08.1972] Miałem ja miseczkę mleczka... | Victoria & Sauriel - Sauriel Rookwood - 18.11.2024 Diagnoza więc była niezwykle zatrważająca i śmiertelna - miłość! Sauriel nie powiedziałby tego w swojej własnej głowie, a co dopiero na głos. Przynajmniej już nie był gotów się wykłócać z Victorią. Tak, miał wiele twarzy - ale kto ich nie miał? Gwałtowność Czarnego Kota i tak bardzo zmalała od... od bardzo wiadomego wydarzenia. Niektórzy mają dwie szansy na życie, on miał już trzecią. Drugiej nie docenił wcale - drugą był zdruzgotany. Tą trzecią także. Ale stoją tu i teraz zaczynał patrzeć na to inaczej. Szansa. Można z nią zrobić wiele rzeczy - równie dobrze przegrać w kasynie. On chyba... zainwestował ją całkiem dobrze. A przynajmniej nie najgorzej. Pokiwał głową na boki i robił mądrą minę na nowostki i ciekawostki, które właśnie usłyszał. Dobrze wiedzieć - nie żeby mu to było do życia potrzebne, ale wiedza o płatkach i ich wynalazcy też nie była. Tak jak wiele innych rzeczy - a je lubił. Tylko na ciekawostki fauny i flory nie zawsze był gotowy. Tutaj się tego nie spodziewał, a ciekawostka była całkowicie przednia. Będzie straszył Staszka kaczkami-ruchaczami. - Dobrze, że my byliśmy oglądać gęsi. - Bo to chyba były gęsi? W zasadzie nie był tego wcale taki pewien... - Zaraz... oglądałaś kaczego penisa? - W ogóle... co? No niby normalne, że zwierzęta też się jakoś rozmnażają, ale żeby od razu oglądać kacze penisy? - Ty zwyrolko, zbereźnico... wszystko powiem twojej mamie. - Nawet nieszczególnie się postarał, żeby zabrzmiało to przekonująco. Nie znosił jej matki, ale o tym doskonale wiedziała. - Chcesz Saurielo-chrupka? - Nakarmiona została imbirowym cukierkiem (ponoć zdrowe, ale on to średnio ufał temu mugolskiemu zdrowiu), to teraz mogła dostać trochę paszy na zatkanie się. Nie wspominała zresztą, że była głodna..? Proszę bardzo, zdrowa dieta! Sam zaś, w tonie rozmowy o penisach kaczek, zajął się faktycznie herbatą. Nawet się ruszył od tego stołu i wyciągnął ręcznie herbatę i wsypał earl greya w odpowiedniej ilości. - No, kurwa... nie wyjeżdżaj mi z takimi tekstami, bo się wkurwie. Do kosza, a nie do czyichś rączek. - Spojrzał na nią nieco chmurnie, ostrzegawczo. Już tamta jedna czekoladowa żaba wystarczyła. To było krzywdzące, raniące i oburzające! I w ogóle... no jak ona tak mogła... wewnętrznie pokręcił głową, raz zadana rana nadal bolała! Była jątrzącą się wyrwą w sercu, ropiejącą! I w ogóle. Zaraz ta chmurność została przegoniona - a to przez to, że bardziej, niż boczeniem się na nią, był zajęty jej opowieścią. - Płacisz za pozbycie się ich? - Poza Anglie się jeszcze nigdy nie ruszył. W ogóle się nie ruszył. Nawet nie był w Szkocji. A co dopiero mówić o tym, żeby iść na obcy teren i kogoś odjebać. Czy by to zrobił? A pewnie, że tak! Tylko dużo by się nakurwił, naklął i by mu się nie chciało. Więc i dużo by sobie policzył. Ale od Victorii? Nie, od niej wystarczyło tylko słowo. A to hasełko traktował już między nimi jako żarcik. Prychnął śmiechem, kiedy usłyszał o haremie i dodawaniu jej do swojej kolekcji laleczek. Próbował się powstrzymać w tym śmiechu, ale średnio mu to wychodziło - w efekcie wyglądało to prawie tak, jakby się dusił i drżały mu kąciki ust. - No... to zajebiście owocny wyjazd, maleńka. - Uśmiechnął się cynicznie. - Godne przywiezienia pamiątek. - Zalał herbatę i postawił czajniczek z filiżanką na stół przed Victorią. RE: [noc 17/18.08.1972] Miałem ja miseczkę mleczka... | Victoria & Sauriel - Victoria Lestrange - 18.11.2024 To chyba nie brzmiało tak źle? To uczucie, zakochanie, miłość, czy jak to nazwać. To, że byli dla siebie i starali się dla siebie nawzajem, a nie tylko samolubnie. To, że robili dla tej drugiej osoby różne rzeczy, dobre rzeczy, że czuło się, że ma się wsparcie tego drugiego. Tak, to była szansa. Sauriel ją miał, Victoria też mu to mówiła: że to, że odrodził się jako wampir, było dla niego szansą. Zaczęła gadać takie rzeczy już po Beltane, po tym spotkaniu z absolutem, którego tam doświadczyła. Bardzo poważnie zaczęła podchodzić do wiary, szans i tak dalej. Wtedy też przestała się wzbraniać przed uczuciem, jakie ją wypełniało – bo sama czuła, że dostała szansę, że mogłaby to wszystko spieprzyć, a na koniec odejść niespełniona. – Jak widzisz kaczego penisa, to trudno oczy oderwać, uwierz mi – ten kształt… i w ogóle. Niby człowiek się brzydzi, ale oczu oderwać nie może… mam jeszcze z kaczką. Odpalaj. – Mów, ale chcę to zobaczyć – starcie Isabelli z Saurielem to byłoby coś, chociaż nie uwierzyła, że byłby skłonny pójść na skargę do jej mamusi. Zresztą… w jakim niby celu? Chyba nie miał jej za całkowicie pruderyjną dziewuszkę, która zapiśnie na widok penisa i nie będzie wiedziała, co z nim zrobić? Zaraz, jak to było…? To nie z nim przeprowadziła najdziwniejszą w swoim życiu rozmowę na temat potencjalnego zbliżenia seksualnego? Pokiwała głową i nieco nieufnie zajrzała do miseczki. Rzeczywiście nie było tam kociego żarcia, nawet przysunęła to sobie do nosa. Pachniało… normalnie. Neutralnie. Na spróbowanie wzięła sobie jedną kuleczkę kukurydzianą i powoli ją rozgryzła, z miną myśliciela kontemplującego sufit własnej kuchni, kiedy Sauriel parzył dla niej herbatę. A potem sięgnęła po kolejną i kolejną, i jeszcze następną… – Co do kosza! – Victoria przesunęła pudełeczko po stole, by przytulić je do swojej piersi, jakby mówiła „moje, nie oddam, zostaw”. – Powiedziałam, że się nie wyrzuca przecież. Moje jest, czemu się złościsz? – już przecież przeprowadzili tamtą rozmowę. Nie oddała żaby bo tak, a dlatego, że sytuacja tego wymagała. A poza tym, on bajerował inne laski, a ją nie, czuła się usprawiedliwiona (nawet jeśli nie zrobiła tego na złość, żeby się odegrać albo by wzbudzić zazdrość). – Nie płacę. Poza tym nie będziesz pływać do Egiptu specjalnie po to, nie ma mowy – za bardzo ceniła sobie jego życie i jego skażoną duszę, którą też warto było chronić przed całkowitą degradacją, nie zamierzała do tego pozwolić ze swojego powodu. Sauriel… Wart był poświęcenia, tej mały ogień, który się w nim tlił, był ważny, by go ochronić. – I co się cieszysz. To nie jest śmieszne – aż się nadęła, jak mała obrażona dziewczynka, ale zaraz jej dłonie z chęcią oplotły się na filiżance. Powinna być gorąca, trudna do złapania, ale nie dla niej, nie. Przecież i tak było jej zimno. – Właściwie, to był owocny. Pomijając trochę upierdliwych problemów… Trochę się dowiedziałam. W sumie to sporo. Chcesz posłuchać? – uśmiechnęła się lekko i raz jeszcze poprawiła szal na swoich ramionach. RE: [noc 17/18.08.1972] Miałem ja miseczkę mleczka... | Victoria & Sauriel - Sauriel Rookwood - 19.11.2024 Wampiryzm też zaczął postrzegać w pozytywach - ale w pozytywach tego, że ciężko było go zajebać. Stał się przez to trochę... bardziej skłonny na przyjmowanie obrażeń. Jasne, ból. Kto by lubił ból! Ale i na to można było się nieco zahartować. Przyzwyczaić do niego umysł - nooo, Saurielowi po prostu na mózg padło, ot co. Ferwor walki sprawiał, że wszystko mniej bolało - ot co. Nad przeciętym kartką paluszkiem nadal potrafił tak samo skutecznie płakać i się beksać. Powrót teraz do ludzkiego życia wcale nie wydawał się taki kuszący. Nie wydawał się... dopóki nie zaprosiła go na słońce. Czy to prawda, że słońce może przegonić mrok? A mogło coś poradzić na gęstą magię zepsucia, która złamała jego duszę? Z tego punktu niby nie było odwrotu, to już była równa droga w dół. A jednak to słońce... Victoria była słońcem. To przecież naturalne, że musiała go ogrzać w sposób, w jaki nikt inny nie był w stanie. Naturalne, że zaprosiła go w blask największej z gwiazd. - Chcę zobaczyć kaczego peniska. - Taki tyci-tyci będzie. Ale co takiego było w tym penisie, że aż tak zachwycał Victorię? To go ciekawiło! Co takiego! A może to był najzwyklejszy na świecie penis, po prostu Lestrange się nabijała. Brał taką opcję za prawdopodobieństwo. Machnął za to ręką na wspomnienie o tym, że ona znowu chce zobaczyć jego skarżenie się Izie. Już, kurwa, lecę. - Wystarczy mi ostatnia kłótnia o twój powrót do domu. - Ostatnia czyli... no cóż, ktoś by powiedział, że to było już dawno temu. Parę dobrych miesięcy temu. Ale w normach Sauriela mógł powiedzieć, że to było całkowicie niedawno. Niemal jakby to było wczoraj. Groźna mina musiała wystarczyć, tym razem jej odpuszczę. Ale to była jedna z tych rzeczy, co pozostaną już na wieki wieków. Amen. Spojrzał kontrolnie na to pudełeczko, potem na miseczkę chrupek i wrócił wzrokiem do tej herbaty. Spokój. Topór wojenny zakopany. W zasadzie to wcale naprawdę się nie zezłościł, co najwyżej na moment podniósł się poziom irytacji na myśl, że ten prezent też miałby do kogoś trafić. Niby szkoda galeonów, bo jak ci coś nie smakuje, coś się nie podoba, to przecież lepiej to oddać. Tak po prostu. Nie zmarnuje się, a ktoś się ucieszy. Nie! Do prezentów dla Victorii się to nie zaliczało. Kropka. A przynajmniej nie do słodyczy. To było zbyt PERSONALNE. - Chcę posłuchać. Nawet jestem trzeźwy na to słuchanie. - Zamiast usiąść zawrócił do blatu, wyciągnął... drugą filiżankę. I usiadł. Podstawił tę filiżankę, żeby jemu też nalała. A potem przysunął cukiernicę i wrzucił tam pięć łyżeczek cukru z bardzo dużą dozą pieczołowitości. Przy szóstej się zawahał. Zrezygnował. Podsunął lekko cukierniczkę Victorii. - Jest śmieszne. Zobaczyłabyś, jak skręcam frajera w precla ubierając się jak Egipski faraon, żeby wtopić się w tło. - Uniósł jeden kącik warg ku górze. RE: [noc 17/18.08.1972] Miałem ja miseczkę mleczka... | Victoria & Sauriel - Victoria Lestrange - 19.11.2024 Nie ma rzeczy niemożliwych – ta myśl przyświecała Victorii od kilku miesięcy każdego dnia. Stawiała swoje kroki, te trudne, a kiedy natrafiała na ścianę, powtarzała sobie słowa babci, wypowiedziane wtedy ustami Laurenta (choć w jej głowie miały już głos Elisabeth). Na tym świecie nie ma granic, były tylko tam, gdzie sami je postawiliśmy. Albo postawili inni, mówiąc, że czegoś nie dało się zrobić. Ależ dało. Dało. Tylko trzeba było do tego podejść inaczej, otworzyć swój umysł, pozwolić sobie rozpostrzeć skrzydła, albo ulepić je tak jak Dedal i Ikar… Trzeba było tylko uważać, żeby nie zbliżyć się za bardzo do słońca i nie spaść. Ale Victoria nabrała przekonania, że to, że czegoś nie umieliśmy nie znaczyło, że w istocie się nie da. Znaczyło to tylko, że mamy klapki na oczach. Może więc dało się uratować też duszę? Spaczenie było przecież jak choroba, jak śmierć ciała. Skoro więc dało się wydłużyć życie, wskrzesić kogoś, zakrzywić prawa natury… dlaczego nie dałoby się posklejać tych ran, które wypełniał mrok? Wyplenić go, jak zarazę, wyleczyć. – Na żywo czy w książce? – uśmiechnęła się niewinnie, zatrzepotała firaną smoliście czarnych rzęs… I pomyślała sobie, że bardzo współczuje mężczyźnie, który w swej animagicznej formie przybrał kształt kaczora. – Kłótnia o powrót do domu? – zmarszczyła brwi w zastanowieniu, bo już zapomniała…. To było tak dawno. Ale po kilku sekundach milczenia i intensywnego myślenia jej twarz się rozpogodziła. – Ach, że po Beltane? Jak mnie wziąłeś z tego szpitaliku? To nie była kłótnia. Isabella była wtedy rozedrgana i zmartwiona, nie umie tego wszystkiego okazywać, ale wierz mi, to nie była kłótnia. Kłótnia to była w lipcu… – ostatnie zdanie powiedziała nieco ciszej, po czym złapała się za policzek, na którym jeszcze jakiś czas temu widniała rana po rozpryśniętym talerzu, na szczęście nie zostawiło to trwałego śladu, przejechała po nim, jakby chciała ją wyczuć pod palcami, a ostatecznie oparła się na dłoni. Nie rozumiała tych złych spojrzeń, bo przecież powiedziała, że wciąga, a dwa cukierki zniknęły nie wiadomo kiedy, tak, że na stole były tylko po nich papierki (kujące Victorię w głowę, bo zaburzały jej feng shui). Czy to mu wyglądało, jakby jej nie smakowało? Jasne, mogła je zeżreć z głodu, albo grzeczności, ale prawda była taka, że twarz sama jej się uśmiechała, bo czuła się rozpieszczana. – Jak egipski faraon? To musiałbyś świecić gołą klatą i taką śmieszną przepaską biodrową – widziała ich trochę na różnych malowidłach czy jak to się tam zwie… w Egipcie jak były z Brenną. – Możesz się wtopić w tłum jako kot. Dużo tam kotów. Ale wiesz co, ten faraon lepszy, byłoby się na co pogapić – dodała po sekundowym zastanowieniu i przewaleniu w głowie wszystkich za i przeciw, brakowało tylko, żeby mu język pokazała. Zaraz jednak szybko wzięła swoją filiżankę i upiła kilka łyków, spragniona, a potem spojrzała na Sauriela wymownie, widząc ile cukru nasypał sobie. – Teraz to już w ogóle będziesz słodki po całości – skwitowała, wyobrażając sobie te słodkie od herbaty usta… Przymknęła oczy i mało brakowało a pokręciłaby głową jak pies, żeby wyrzucić z myśli to wyobrażenie. Dobrze, że siedzieli w półmroku i że miała nieco ciemniejszą karnację, to i rumieniec nie był tak dobrze widoczny. Odchrząknęła. – Według nekromantki, która mnie zbadała, nic nie zagraża mojemu życiu. Uważa, że jeśli miałabym wybuchnąć od nadmiaru energii, to już by się to stało. Bo według niej, ja nadal mam swoją energię, ale też i nadmiar innej, tej, którą zabrałam z Limbo. Nie potrafiła powiedzieć w jaki sposób, bardziej uważała, że sama powinnam to wiedzieć, natomiast zamiast wrócić do cyklu… to po prostu go odwróciłam. I zaczerpnęłam z niego. Jak Voldemort, tylko, że on dokładnie wiedział, co robi. Bo według tej nekromantki, on wszedł do Limbo w konkretnym celu: chciał przedłużyć swoje życie, albo życie kogoś innego. Mówiła, że ze mną nie jest źle, tylko nad wyraz dobrze, bo… no mam w sobie nadmiar energii, życia i co z tym zrobię to już sprawa moralna. Bo mogłabym się nauczyć nad tym panować i z tego korzystać, albo zwrócić to tam, skąd to zabrałam… Mówiła też, że to, że zabraliśmy te energię z Limbo i brak tej energii tam, może tworzyć anomalie w świecie. Wiesz… Jak ten dziwny, szalejący wiatr w Beltane, który przeszedł przez Dolinę Godryka. Albo to, jak ziemia i roślinność ciągle szaleją. Mamy wiatr, mamy ziemię… co będzie następne? Woda? Ogień? – westchnęła cicho i rozłożyła dłonie na blacie stołu. – Według niej największe zagrożenie jakie istnieje to to, że to wszystko odbiło się takim echem po naszym świecie. To, jak dużo czarodziejów o tym usłyszało. To, że kiedy zorientują się, jak to działa, to mogą to wziąć dla siebie. Że możemy być celem – uśmiechnęła się lekko, jakby była nieco zmęczona, bo… bo była. Na myśl o tym, że mogłaby się stać celem ataku czarodziejów, że mogliby chcieć ją wykorzystać… Bogowie. – Jak tamten czarodziej, który chciał mnie na żonę. Przecież nie dla pięknej buźki – a dla możliwości. Kto wiedział, kto się interesował, KTO MYŚLAŁ… Szczęście w nieszczęściu, że w Anglii tak mało ludzi orientowało się w nekromancji i że tak długo miała spokój. – Nekromancja… Nekromancja została u nas zakazana, bo dla ludzi energia, która płynie w ludzkich ciałach nie była wystarczająca. Bo mieli rozterki, czyje życie jest ważniejsze, życie mordercy z więzienia, czy umierającego dziecka? Przecież można było poświecić jedno życie za drugie. A ja… mam w sobie nadmiar życia. Oczywiście o ile teoria tej czarownicy była prawdziwa, ale sądzę, że tak. Część z tego, co mówiła, pokrywała się z moim doświadczeniem stamtąd. Wiem o czy mówiła. Wiem, o co jej chodziło, co chciała mi przekazać. Szkoda tylko, że na samej teorii się nie skończyło, chciała sprawdzić mnie i tą moc w praktyce. Wzięła z klatki jedną jaszczurkę, jak gdyby nigdy nic walnęła w nią Avadą, a potem chciała, żebym ją wskrzesiła energią z Limbo. A kiedy odmówiłam, to stwierdziła, że weźmie to ze mnie po dobroci, albo siłą, nazwała mnie chodzącą żyłą energetyczną, z której można by czerpać i czerpać… i czerpać. I wtedy doszło do walki. Straciła przytomność, przeczyściłam jej trochę pamięć i ją zamknęłyśmy tam u niej i się ulotniłyśmy. Prędzej czy później sobie przypomni, że u niej byłam – Victoria zmarkotniała trochę, wypuściła bardzo głośno powietrze przez usta. – Nie chciałam tego przy niej robić. Nie chciałam, żeby miała potwierdzenie, nie chciałam, żeby miała choć ułamek tego, co jest we mnie – dodała ciszej i spojrzała na swoje dłonie. RE: [noc 17/18.08.1972] Miałem ja miseczkę mleczka... | Victoria & Sauriel - Sauriel Rookwood - 20.11.2024 - Średnio mi się chce ganiać za kaczkami po jeziorze. - Wzruszył ramionami. - W lipcu to ja z nią nie gadałem. - Tak jakby trzeba było to podkreślać. - Co ty tam wiesz, była czy nie była. Nie było cię tam. - Jakoś bardzo wątpił, żeby potem ta nawiedzona wariatka się spowiadała córce, co tam się działo, jakie hasła zostały wygarnięte i w jakim stylu. Już pomijając, że kłótnia kłótni równa nie była - co nie zmieniało faktu, że nie dało się tej jakże "uprzejmej" wymiany zdań między nimi określić inaczej niż "kłótnia". Bo żadne nie trzymało spokojnego tonu głosu i każde nawtykało każdemu. Było-minęło. Teraz w ogóle nie musiał oglądać jej ryja i było mu z tym dobrze. Victoria mówiła o czymś zupełnie innym - swojej kłótni. To był poziom najwyższego spierdolenia - tam, gdzie zaczynała się przemoc... ale przecież oboje dobrze to znali. Przemoc mogła mieć różne formy, a boleć potrafiła tak samo. Każdy miał swoje punkty, których przekroczenie zmieniało człowieka na zawsze. - No. Dokładnie tak. - Uśmiechnął się wilczo, biorąc w paluszki filiżaneczkę jak prawdziwa dama. Wspaniale to wyglądało przy niedopiętej koszuli, rozczochranym włosem i w tych wcale nie tak małych łapach. Tak właśnie tworzyło się kontrasty - niektórzy artyści za nimi przepadali. Na szczęście żaden jeszcze nie proponował, że go namaluje. Pewnie by skorzystał. Pytanie byłoby (jak zawsze) to samo: ile płacisz? - Jajca by mi tam dyndały, niby dobry wywietrznik, ale nie jestem przekonany. - Czy to wygodne? Niewygodne? Wydawało się bardzo niewygodne, kiedy trzeba kogoś kopnąć, a tu każdy sobie ogląda twojego penisa. Wstyd? Najwyraźniej tutaj miał jakieś minimum przyzwoitości w całym rozumieniu świata. Bo pokazanie się w tym fikuśnym stroju wydawało się ledwo żenujące. Co innego o tym gadać, co innego wprowadzić to potem w życie. - Chcesz się na mnie pogapić bez koszulki? - Załapał z opóźnieniem. Na strunach głosowych zabrzmiał cień śmiechu, uniósł jedną brewkę. Ciężko było nie zobaczyć, gdzie zawędrował wzrok Victorii, ale to nie było jeszcze to naglące spojrzenie, które zwróciłoby na siebie szczególną uwagę. Fantazje. Potrzeba całowania. Dotyku. - Moralność. - Prychnął i skrzywił się. A potem wziął łyczka z filiżaneczki. Trochę siorbiąc, bo herbata była gorąca. Może powinien podstawić ją Victorii, żeby podmuchała. Słuchał jej uważnie i słyszał ją wyraźnie. Każde słowo. Oczywiście, że to kwestia moralności. Co weźmiesz, co zostawisz. Zależy ci na dobru świata? Czy na sobie samym? Lubił to, że Victorii zależało na innych. Z drugiej strony wcale nie było zgodne z nim samym powiedzenie: tak, tak, oddaj to. Po co? Skoro może to wykorzystać? Żeby nikt za nią nie gonił? Jak ktoś będzie za nią ganiał - wystarczy go do tego zniechęcić. - Chcesz się podzielić tą energią? - Uśmiechnął się arogancko, a spoglądał na nią z ciekawością. Spodziewał się odpowiedzi. To była jedna z tych części niej samej, której nie lubił. Jednocześnie ją bardzo doceniał - bez tej akceptacji ich relacja pewnie nie mogłaby istnieć. Nie chciał w niej widzieć obiadu, nie chciał jej gryźć, a pewnie nie zdawała sobie sprawy z tego, że ta motywacja była bardzo silnym fundamentem jego samokontroli. Nie tylko ona ten fundament budowała - nie chciał gryźć nikogo bliskiego. Nawet swojego ojca, chociaż kurwa - zasłużył sobie. Po strokroć zasłużył. - No i czemu wyglądasz, jakbyś się czuła winna, że wjebałyście piździe? - Nie pojmował tego. Opuszczała tutaj głowę, jakby... jakby co? Wstydziła się czegoś? Żałowała? - Ależ teraz z nas romantyczne przeciwieństwa. Ja jednym czarem odbieram życie, a ty możesz je zwrócić. - Uniósł jeden kącik ust w górę i wyciągnął rękę, żeby jej zburzyć czuprynę. Żeby ją trochę poczochrać. RE: [noc 17/18.08.1972] Miałem ja miseczkę mleczka... | Victoria & Sauriel - Victoria Lestrange - 20.11.2024 – W takim razie musisz pójść do biblioteki. Polecam bibliotekę Maeve na Horyzontalnej, powiedz, że jesteś ode mnie i że szukasz atlasu zwierząt. A potem na literkę K… – Victoria przejechała palcem po filiżance i zrobiła taką minę, jakby go właśnie kokietowała, ale niedługo była w stanie utrzymać tę farsę, bo usta jej zadrgały zdradzając, że miała ochotę przynajmniej parsknąć ze śmiechu. Ale zaraz mina jej zrzedła. – Och, bo tobie chodzi o rozmowę zanim po mnie poszedłeś? Wybacz, słabo pamiętam tamten dzień – uśmiechnęła się przepraszająco, bo się nie zrozumieli, a słowa Sauriela zabrzmiały dość ostro, na co nie była gotowa. Tak, jeśli tak, to nie było jej tam wtedy, a dzień faktycznie jej się zlewał. Pamiętała głównie dojmujące zimno i ból rozrywający ją na części i słabość. A potem ulgę, bo była przy kochanej osobie, szkoda tylko, że tak krótko. Uniosła brwi i lekko pokręciła głową z niedowierzania, słysząc tak barwny opis tego, co miałoby się dziać pod ubiorem „na faraona”. Sauriel czasami wysławiał się w taki sposób i takim językiem, że niejednej damie zwiędły by uszy i zakryłaby sobie usta z oburzeniem. Ona sama do tej pory nie wyobrażała sobie zwisających pod przepaską klejnotów rodowych i trąbki słonia, ale teraz ten obrazek już nie opuści jej głowy, nawet z lekkim zażenowaniem dotknęła palcami swojego czoła i odrobinę zakłopotana wypuściła powietrze przez usta. A potem podniosła wzrok na Sauriela, przy jego dość bezpośrednim pytaniu. Nie taka była jej intencja w sumie, mówiła to bardziej w formie żartu i lekkiego flirtu, ale… – A nawet jeśli, to co? – odpowiedziała pytaniem na pytanie i całkiem bezczelnie nie odwróciła wzroku. Miała nadzieję, że nie był nachalny, ani że nigdzie się z niczym nie narzucała, bo nie chciała być w ten sposób odbierana, nie chciała na nic naciskać, ani sugerować, że czegoś oczekuje. Bo powinna w ogóle oczekiwać? Nie wiedziała nawet, jak ma o nim mówić, a co dopiero myśleć o oczekiwaniach. Nie wiedziała, że tak na nią patrzył. Nie sądziła, że widział w niej tyle dobra, tyle bezinteresowności do otaczającego świata, nie wiedziała też, jak bardzo Sauriel się zawiedzie, kiedy wyprowadzi go z błędu. Bo w tej chwili dobro tego świata niezbyt ją obchodziło – nie rozwalił się dlatego, że czterech Zimnych wyszło z Limbo, choć no… potrafiła liczyć. Była to czwórka Zimnych, trzech zamaskowanych Śmierciożerców i Voldemort, razem osiem osób. Osiem osób coś zabrało z Limbo i Anglia doznawała anomalii, ale nie takich, które niszczyłyby ich świat. Victoria nie chciała tego zwracać tam, gdzie tego miejsce, ale też… To nie tak, że chciała tę moc wykorzystać dla siebie, by przedłużyć swoje życie (idąc myślą za wnioskiem tamtej nekromantki, że to na pewno po to Voldemort w ogóle wszedł do Limbo). – Podzielić? – powtórzyła za nim, bo nie do końca go zrozumiała. Podzielić… No w zasadzie teoretycznie może tak? – Nie chcę jej zwracać do Limbo, jeśli o to pytasz. Chyba, że będę musiała, ale wolałabym nie – moralność… Victoria przecież nie była taka krystaliczna. Nie, jeśli w grę wchodziły jej własne interesy. – Nie czuję się winna, to była samoobrona. Przecież albo ja albo ona i oboje doskonale wiemy, że gdybym już nie była jej potrzebna, to sama zobaczyłabym zielone światło. Raczej jestem… po prostu trochę tym przytłoczona. Opcjami, potencjałem – Sauriel zupełnie źle ją tutaj przeczytał, być może ją idealizując? – Tym, czym jestem i co w sobie mam… O ile to prawda – uniosła filiżankę, kołysząc nią lekko, jakby się nią bawiła. Uniosła spojrzenie dopiero, kiedy poczuła dłoń na swojej głowie, dłoń, która niszczyła jej fryzurę. Naprawdę było w tym coś romantycznego? – Myślę, że jeśli to faktycznie jest możliwe, to będzie jednorazowe – puściła mimo uszu to odbieranie życia jednym czarem. A potem odłożyła filiżankę i sięgnęła dłonią do ręki, która zburzyła jej fryzurę. – Im dłużej o tym myślę, tym bardziej nasuwa mi się na myśl jedna rzecz. Jestem jak całkowicie żywy kamień filozoficzny, z którego można czerpać energię i robić rzeczy, które tylko się śnią – „niemożliwe”. – Myślę, że byłam o tyle od śmierci – przymrużyła oko i zbliżyła do siebie kciuk i palec wskazujący tak blisko, że się ze sobą stykały. Z ledwością, ale stykały. Teraz miała przeświadczenie, że była wtedy na granicy, jedną nogą w śmierci i tylko jej wola walki sprawiła, że to odwróciła i zamiast popłynąć z prądem w cykl, to go odwróciła – bardzo dosłownie. – Wiesz w ogóle co to jest kamień filozoficzny? – zapytała po chwili zawahania, ale uznała, że to chyba najwyższy czas o tym porozmawiać. RE: [noc 17/18.08.1972] Miałem ja miseczkę mleczka... | Victoria & Sauriel - Sauriel Rookwood - 21.11.2024 Ten wilczy uśmiech urósł, pokazał swoje kły - ale to nie były wielkie, psie zębiska. Nie były też małymi kiełkami kota. Słowo na k... Robiła to specjalnie, oczywiście, że tak! Pruderyjność była wpisana w Victorię, ale w zupełnie innym stopniu niż u większości... dam. Jeśli się wiedziało, gdzie pracowała, jeśli tylko było się na tyle sprytnym, żeby dodać dwa do dwóch... Nie każdy wiedział, że z większością mężczyzn nie dało się pracować, jeśli nie rzucisz paroma kurwami. Aurorzy to zupełnie inny poziom - tam byli ludzie wykształceni. Nie było potrzebne klęcie, kurwienie na prawo i lewo. A wśród brygadzistów? Tam już niekoniecznie trafiali sami wielce mentalnie uzdolnieni. Wiedział - bo przecież sam miał z nimi czasem do czynienia. Ci, co przychodzili wlepić ci mandacik za złe zaparkowanie wozu na Pokątnej to nie byli ludzie, których latarnia inteligencji świeciła nadmiernie jasno. - Wszystko sprowadza się do kutasów. Bo chyba pani w bibliotece nie uwierzy mi, że ja po "kaczki". - Z którymi też chodziło o penisy, ale... no cóż, męskość zadziwiająco często sprowadzała się do tego, co mieli między nogami. Z perspektywy Sauriela było to wybitnie zabawne. Wielcy ruchacze, czego i kogo to oni nie zaliczyli, po prostu bestie! A potem pojawiała się taka Victoria, do której wieszali jęzory, ale była w ich oczach zbyt wysoko, żeby się odważyli podejść. Machnął zaraz ręką. - I dobrze, nie ma co pamiętać. Cud, żeśmy dojechali. Ale to było pojebane... - Zupełnie nie załapał, że zabrzmiało to ostro, że coś było tutaj nie tak, że dla Victorii ton rozmowy mógł się zmienić. Dla niego się nie zmienił wcale. Może o tyle, że irytowała go sama osoba Izabeli, a to nijak nie wpasowywało się w miłe pogadanki o kaczych penisach. Co w sumie doprowadziło go do myśli... - Jak następnym razem pomyślisz o swojej matce to przypomnij sobie, że gadaliśmy o niej podczas ustalania, gdzie można znaleźć kacze penisy. - Jeśli to nie poprawi jej humoru, kiedy zetknie się kolejny raz ze swoją rodzicielką to już nie wiedział, co mogłoby to zrobić. - To mógłbym ściągnąć koszulę. - Odparł z rozbawieniem, spoglądając na to, jaką miała reakcję. Tak, nie padała z zażenowania, ale właśnie tutaj kończył się jej gust dobrego smaku. Naprawdę bardzo ładnie starał się przy niej wysławiać, zresztą przy większości kobiet starał się być grzeczniejszy. Jak większość facetów. Była to chociażby naleciałość z rodzinnego domu i wychowania, ale akurat nie było to nic złego. Tylko że lata biegły, on coraz mniej chadzał tam, gdzie "kultura" witała i coraz więcej obracał się wśród ludzi, gdzie "kurwa" było spacją w zdaniach. Z kim się zadajesz, takim się stajesz. To powiedzenie było akurat bardzo trafne. Nawet jeśli czasem ograniczało się tylko do nawyków mówieniowych. - To trochę szkoda, ale ja nie o tym. - To by było dzielenie się w jej opinii? To byłby zwrot, a nie żadne dzielenie się. - Ale to nas zbliża - jesteś teraz złodziejką, która zrobiła coś baardzo złego. - Rozszerzył kąciki ust. Tak na to patrzyła? Fakt, że sobie tam tuptał Czarny Pan i robił jakieś wygibasy i byli tam, według Chestera Rookwooda, jego "najlepsi"... jedyne, co mógłby skomentować to to, że JEGO tam nie było. Ale kręcenie na to nosem przy Victorii chyba nie było dobrym pomysłem. Zresztą to teraz nieistotne przy tym temacie. - Mówiłem o podzieleniu się, nie zwracaniu rzeczy skradzionej. - Na ile w sumie Victoria znała się na nekromancji? Tego nie wiedział. Samemu bardzo daleko było mu do specjalisty. Zresztą nigdy nie był przesadnym fanem tej sztuki. Była nudna. Tak po prostu. - Żartujesz? Da się nie wiedzieć, co to kamień filozoficzny? - Spojrzał na nią z powątpieniem. Mógł być leserem z herbologii, ale o takich rzeczach chyba wiedziało każde dziecko, które przetrwało chociaż dzień w Hogwarcie. - To tak jakby nie wiedzieć, kim jest Salazar Slytherin, albo o mieczu Gryffindora. - No... nie da się. - Ale gdzie byłaś tyci od śmierci? Po wyjściu z tego szacher-macher pierdolnika? - Gdzie mój szefu poszedł? Ciekawe, jakie miał zdanie na temat Victorii... ale AŻ TAK nie był ciekaw, żeby pytać Lorda o to, co się tam wydarzyło. Przynajmniej... jeszcze nie był ciekaw. Oczywiście - co się wydarzyło z JEGO perspektywy. RE: [noc 17/18.08.1972] Miałem ja miseczkę mleczka... | Victoria & Sauriel - Victoria Lestrange - 21.11.2024 Powiedziałaby raczej, że mało w niej pruderyjności, za to sporo klasy i smaku. I tak nie czerwieniła się i nie chichotała nerwowo przy tematach zahaczających o seksualność, ale też nie ciągnęła takich żartów w nieskończoność, wymyślając co gorsze i bardziej obrzydliwe opisy. By zostać autorem, najpierw trzeba było przepracować swoje jako normalny brygadzista, a kiedy już wejdziesz między sowy, to musisz piszczeć jak i one – i nie inaczej było z panną Lestrange: potrafiła się przecież dopasować, potrafiła też mówić językiem ogólnie uznawanym za wulgarny, i robiła to również przy Saurielu. Ale niezbyt często, bo widziała jak się przy tym krzywi, nie lubił tego w jej wykonaniu, nawet jeśli w jego towarzystwie te wszystkie słowa były jak przecinek. – Zależy która z moich ciotek tam akurat będzie – zachichotała i puściła do niego oko. Czasami łatwo było zapomnieć, że nie płynęła w niej tylko krew Lestrange, ale też Parkinsonów, ale nie każdy wiedział też, że to biblioteka, która była własnością tej rodziny. Niektórzy mieli skrzynie wypełnione po brzegi złotem, a niektórzy całe morze wiedzy, wszak mówiło się, że w bibliotece Maeve znajdowała się kopia wszystkiego, co kiedykolwiek wydano… – Hmm teraz już zawsze kaczki będą mi się kojarzyły z tobą. Natomiast kacze penisy zwyczajowo znajdują się pod ich kuperkami – jej niewzruszoność bywała czasami irytująca, jej chłód, którym emanowała, i nie chodziło wcale o to fizyczne zimno jej dotyku. Ale te drobne ruchy mięśni na jej twarzy, jeśli tylko ktoś wiedział, gdzie patrzeć, zmieniały całkiem dużo. – Ale tak teraz? – jasne, miał trochę rozpiętą tę koszulę, trudno było tego nie zauważyć, nawet jeśli Victoria starała się nadmiernie nie gapić, a jednak to była znaczna różnica: rozpięta koszula, a brak koszuli. Nie żeby miała narzekać… ale jeśli Sauriel chciał jej pełnej atencji to mógł być to jeden ze sposobów. – Szkoda? Czemu? Nie czuję żebym była coś komuś winna – światu? Anglii? Ministerstwu? O, na pewno nie. Nie, kiedy to, co miała, otwierało tyle innych możliwości. Nie, kiedy mógł być to klucz do drzwi, które wydawałoby się, że są zamknięte. – Jeśli to czyni ze mnie złodziejkę, to niech tak będzie – wzruszyła ramionami. Czy naprawdę zrobiła coś złego? Bardzo jej się nie wydawało, ale mogła mieć już zwichrowane sumienie. Tym niemniej jedyna wina, jaką w sobie widziała, to to, że przez nią trzy inne osoby były w tym samym stanie co ona. – Ach. Tak – leciutko przekrzywiła głowę, wpatrując się w Sauriela. Coś tam znała się na nekromancji, ale nie korzystała z tej dziedziny zbyt często z wiadomych powodów. Natomiast teraz ona zastanawiała się, na ile on znał się na nekromancji (ale chyba nie aż tak dobrze, biorąc pod uwagę, że szukała specjalisty nekromancji poza granicami kraju), oraz na ile zrozumiał jej opowieść. Chociaż… zdawała sobie sprawę z tego, że to, co dla niej było oczywiste, dla niego nie musiało być, bo nie wiedział wszystkiego, co ona. Nikt tego nie wiedział. – Tak, chciałabym się tym podzielić – dodała, żeby nie było wątpliwości. Ale tylko, jeśli byłoby to chciane. – Okej, to dobrze… a co o nim wiesz? Że to legendarna, mityczna substancja z bajek? Że potrafił zamienić kamień w złoto? Co jeszcze? – dopytywała o to, bo znowu – dla niej, zakochanej w eliksirach i alchemii kobiecie, było to oczywiste. Ale co wiedział Sauriel? Dla ludzi była to bajka, mrzonka, ale dla niej było to znacznie bardziej rzeczywiste i namacalne. Ilekroć zamykała oczy, potrafiła przyciągnąć przed wzrok wspomnienie o czerwonym kamieniu, radości i jakimś nieznanym mężczyźnie. Miała też dużo czasu, żeby informacje o kamieniu poukładać, poszukać kolejnych… Wpatrywała się w Sauriela z pewną intensywnością, jakby samym spojrzeniem chciała mu powiedzieć, że to jest bardzo ważne. – Nie, tam. Myślę że tam byłam jedną nogą w grobie i zamiast poddać się cyklowi i do niego wrócić, to kiedy próbowałam się z tego wyrwać, to wyrwałam więcej, tylko nie wiedziałam wtedy, co robię. Bardzo chciałam tam zostać i jednocześnie czułam, że to jeszcze nie jest ten moment i że mam dużo do zrobienia… tu – po wyjściu… chyba też była bliska śmierci, biorąc pod uwagę, że ludzie z początku myśleli, że ta czwórka jest martwa. RE: [noc 17/18.08.1972] Miałem ja miseczkę mleczka... | Victoria & Sauriel - Sauriel Rookwood - 21.11.2024 Sauriel uważał, że wiedza była o wiele cenniejsza niż złoto CHOĆ sprawiał wrażenie bardzo materialistycznego człowieka. Wrażenie. Właśnie - wrażenie. Otwarcie ciągle mówił o pieniądzach i ich zarabianiu, jakby był biedny. Nie był. Szarpać się potrafił o każdego galeona - cóż, warto było, jeden galeon miał sporą wartość. Ale nie przykładał wcale takiej wagi do tego pieniądza. Szarpał się o nie, bo były potrzebne do życia - nawet jemu. Zaczynał się w zasadzie dorabiać i to na tyle wygodnie, że chociażby wizja zupełnego uniezależnienia się od rodziny przestała być mrzonką i stawała się realną możliwością. I co najważniejsze - chciał to osiągnąć SAM. Chciał, żeby to było tylko JEGO. Żeby już nikt nie mógł mówić, że coś mu ktoś dał. Wiedział przecież, że niektórzy patrzyli na niego jak na śmieszną abominację rodzinną, która i tak żyje na rodziny garnuszku, a niby nie wyznaje ich zasad. Oczywiście pierwsze wrażenia to była czasem klątwa, a czasem ratunek. Klątwa, kiedy chcesz zrobić dobre wrażenie, a ratunek, kiedy chcesz, żeby się odpierdolili. - Zajebiście. Nie mów tylko koleżankom, że jak myślisz o mnie to myślisz o ptaku, bo wyszłoby całkiem niezręcznie. - Gęsi, kaczki, co dalej? Kot. Koty polują na ptaki... robił nam się z tego wielki krąg życia. - Ay... a kiedy? Jak będę wychodził? - Prychnął, mając wrażenie, że program.exe o tytule "Victoria Lestrange" właśnie przestał działać. Nie to, żeby miał pojęcie, czym jest program exe. Nie miał. Więc może inaczej? Miał wrażenie, że ten kociołek z warzonym eliksirem właśnie zaczął się wylewać. I z całą pewnością nie wyjdzie z tego dobra mikstura. - Szkoda, bo lubię w tobie dobroć i dążenie do dobra. - Szkoda, bo to był rodzaj zawodu. Ale to nie był ten rodzaj zawodu z drugiej strony, który by od razu załamywał czas i przestrzeń związany z tą osobą. Nigdy nie miał jej za świętą, nigdy nie myślał o niej jako o zupełnie bezinteresownej istocie. Ale to coś innego. Ta skala. Tym nie mniej - zwisało mu to, bo po prostu było to ciekawe, bo był ciekaw smaku tej zimnej krwi, bo brzmiało to bardzo dobrze do wykorzystania dla siebie. Właśnie - dla siebie. Czy on sam mógłby z tego skorzystać? Może? Tego też był ciekaw. Tym nie mniej dlatego nie wyglądał na zawiedzionego i nie brzmiał na zawiedzionego. Wyciągnął rękę w jej kierunku. - Więc się podziel. Nakarm Kota. - Uniósł szelmowsko jeden kącik ust w górę. - Nooo... że daje nieśmiertelność, wskrzesza zmarłych, woda w wino i złoto znikąd. Niekoniecznie się interesowałem. - Nikt nie wspomniał przy tym: będziesz mógł zabić, kogo zechcesz - może wtedy zmieniłaby się jego percepcja? Ale... - Czemu w ogóle pytasz? - Próbował teraz przeanalizować temat i jak oni się w ogóle znaleźli w tym punkcie konwersacji. Znikąd? Przez tę wycieczkę? Tamta nekromantka coś nagadała? - Yhym. - Zadźwięczało gardłowo i po jego minie było widać, że tutaj już się trafiało ścianę tego, w co Sauriel nie wierzył, a wszystko zaczynało brzmieć dla niego abstrakcyjnie i patrzył na to przez palce. Bo zupełnie nie docierała do niego ta idea - wchodzisz gdzieś, potem nie możesz wyjść, niby umierasz, ale nie, coś zabierasz... za duża abstrakcja. RE: [noc 17/18.08.1972] Miałem ja miseczkę mleczka... | Victoria & Sauriel - Victoria Lestrange - 21.11.2024 Za pieniądze można było kupić wiele rzeczy i sporo ułatwiały w życiu. Były też, stety czy niestety, do tego życia potrzebne, więc to, że Saurielowi na galeonach zależało, Victorię wcale nie dziwiło. Jasne, nie pochodził z biednej rodziny, ale z bogatej też nie. Z ich dwójki to ona pływała w pieniądzach, nie on, dlatego, kiedy zapytał ją ile płaci za pilnowanie kotów, to nawet nie mrugnęła zdziwiona. Prawdę mówiąc to w duchu czuła ulgę i się cieszyła, że mu za ten poświęcony czas płaciła, bo jednak mógłby robić co innego – na przykład okładać kogoś po mordzie, czego nie chciała. Wilk był więc syty, owca… cała. – Nie zamierzam – to, co było między nimi, miało takim pozostać, przecież nie będzie opisywała szczegółów tych spotkań innym ludziom. Nawet do teraz nie powiedziała nikomu, że… jakoś tak to wyszło, że się pocałowali. Albo, że tulił ją do snu w łóżku. Miała nauczkę po Cynthii, nawet jeśli w pewnym sensie przyczyniła się do tego, że znowu ze sobą rozmawiali, ale to wszystko to była sprawa tylko między nimi. – Wtedy to kategorycznie nie – no przecież nie o to chodziło, żeby się jakieś obce laski na niego gapiły, nie? Duuh. To nie tak, że program, który odpowiadał za jej funkcjonowanie właśnie przestawał działać. Bardziej… Była zaskoczona, że Sauriel w ogóle bierze taką ewentualność pod uwagę. Ale za to prychnięcie został „kopnięty” nogą pod stołem – czy raczej odpowiedniejszym słowem byłoby „smyrnięty”. Tak, zaczepiała go. Lubiła go zaczepiać. Na pewien sposób też domagała się atencji. – Czasem trzeba popatrzeć też na siebie. Czy to odbiera mi dobroci i dążenie do niej? Poza tym, nie oddanie tego też może się przyczynić do czynienia dobra – jasne, w tym wypadku to ona była sędzią albo katem, ale wierzyła, że w ten sposób można uczynić coś pozytywnego. Prawdę mówiąc to myślała w tym wszystkim o nim, czego mógł się co najwyżej domyślać, nie mógł za to wiedzieć na pewno, bo skąd? Zamrugała za to, zaskoczona jego słowami i wyciągniętą do niej ręką. Tę po chwili złapała i przeniosła spojrzenie na jego twarz. – Jeśli tylko chcesz – do tej pory trzymał się od tego z daleka, a jego słowa dość mocno sugerowały, że chciał skosztować jej krwi. Victoria w sumie nie wiedziała, czy to w ten sposób zadziała, czy może musiałaby tę energię przelać za pomocą magii… ale technicznie rzecz biorąc wampiry przecież brały energię z krwi i sama zastanawiała się nad tą kwestią od kilku dni… I sama chciała mu to zaproponować, zdziwiła się za to, że sam tego chciał. Kusiła go ta moc? Czy może chodziło o co innego? Uśmiechnęła się do niego lekko. – Zastanawiam się, jak to na ciebie zadziała – przyznała, a chyba oboje mieli podstawy do zastanowienia nad tym tematem. O ile to wszystko to była prawda. – Dlatego, że… Co, jeśli ci powiem, że kamień filozoficzny to wcale nie taka legendarna substancja? W sensie… Że jest prawdziwa – przecież nie bez powodu ród Lestrange był bogaty… kiedyś. Nadal był, ale mieli naprawdę zajebisty start, chociaż chyba mało kto wiedział, jakie mieli korzenie faktycznie. – Pamiętasz, jak rozmawialiśmy… Jak powiedziałam ci, że jestem pewna, że gdybyś chciał, to wampiryzm można odczynić – to nawet nie było pytanie, bo była pewna, że to pamiętał. Nie miała wtedy dla niego odpowiedzi prócz „pewności”, ale dzisiaj miała coś znacznie więcej. – Wtedy nie wiedziałam, o co dokładnie jej chodziło, ale teraz sądzę, że już rozumiem – i to była jedyna sensowna odpowiedź, nagle wszystko stało się jasne, gdy tamto wspomnienie odtworzyło się w jej głowie. – Elisabeth stworzyła przynajmniej jeden kamień filozofów – powiedziała cicho, jakby bała się, że ktoś niepowołany mógłby to usłyszeć, lecz było to niemożliwe – na kamienicę nałożono wyciszenie. – Myślę, że szarpnęła się na dwa, ale jestem pewna jednego. I wiem, że na nią wpływał. Uciszał jej głód – kiedy nosiła go na palcu w formie pierścionka. Ale Victoria uważała, że w końcu go użyła i… Wróciła do żywych. Sauriel był bystry, może go przeceniała, ale sądziła, że doda sobie dwa do dwóch. Jej ostrożne poszukiwania biżuterii po babci, wiele tajemnic. Porównanie siebie samej do kamienia – to nie wzięło się z niczego, a z dwóch miesięcy poszukiwań, pogłębiania wiedzy… – Rozumiesz? – jej szept był jak te ćmie skrzydła uderzające w powietrze: delikatny. A szeroko otwarte oczy mówiły o tym, jak ważne było to wszystko. |