![]() |
|
[01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine (/showthread.php?tid=4207) |
RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 24.11.2024 - To już się stało - mógłby uśmiechnąć się do Geraldine z goryczą, bo czymże było jeszcze trochę chłodu wobec tego przejmującego zimna, jakie ogarnęło go już dawno temu? Powoli zaczynał przestawać pamiętać jak to było, gdy czuł ciepło jasnego poranka. Czasami miał wrażenie, że w końcu zapomni o wszystkim, co pozwalało mu przeżyć długie samotne wieczory. A wreszcie w którymś momencie zorientuje się, że nie wie już jak pachną jej włosy, gdy wraca z polowania (wilgotną leśną ściółką, ziemią, sosnowymi igłami i nutą obrzydliwych papierosów), jakich perfum używa, gdy wychodzi pomiędzy ludzi (agrest i bez, bardzo subtelny zapach lasu maskowany perfumami), jaki dokładnie odcień mają jej oczy (piękny, zmienny jak niebo). Jak brzmi jej głos, jak niezrozumiała się staje, wyrzucając z siebie słowa z rodzimym akcentem, gdy tylko coś zaczyna niemożliwie ją irytować a on w dalszym ciągu wszystko rozumie, tylko czasem wygodnie udaje, że nie. Że to straci. Straci ją, straci resztkę siebie. Czymże był chłód wobec jeszcze kilku kradzionych chwil? Musiał wypuścić ją z ramion, nawet jeśli te sprzeciwiały się przeciwko temu. Pozbierał wszystkie rzeczy walcząc z falą wspomnień silniejszą niż te narastające za ich plecami. Później ponownie, gdy stanęli przed drzwiami od strony ogrodu, który już nie istniał. Raz jeszcze w na wpół ciemnym korytarzu przy komódce, na którą rzucił torbę z rzeczami, pięć czy dziesięć sekund później odciągając Rinę na bok, gdy krzywa nóżka wreszcie pękła. Wytrzymała siedem wspólnych lat. Oni tyle wytrzymali. Teraz mebel wykrzywił się, torba zawisła między ścianą przy drzwiach a ciężkim dębowym blatem. Ambroise spojrzał na nią, biorąc głęboki wdech. Kiedyś by się roześmiał, bo to on nie naprawił tego mankamentu. Po prostu od czasu do czasu go poprawiał, tak jak luźną okiennicę, ale nigdy nie podjął się trwałej naprawy. To brzmiało jak kolejny znak. Jak metafora. Tamta fala, która prawie ich rozdzieliła. To już nie był jego dom. To nie była jego kobieta. To nie było jego życie. Mógł udawać, ale jak długo? Mimo to dał się pociągnąć do łazienki jak setki razy wcześniej. Stanął tam z nią jak zawsze. Przez chwilę odruchowo nachylając się, żeby zamknąć drzwi i nie wypuścić ciepła na zewnątrz, gdy wsuną się do wanny, żeby spłukać pierwszy brud pod prysznicem, po którym zaczną lać wody do dużej wanny a potem zanurzą się w gorącej wodzie, powoli i bez zbędnych słów zmywając z siebie wszystko, co nie było czułym, opiekuńczym dotykiem. Mydliłby jej włosy, uprzednio delikatnie rozplecione z poluźnionego warkocza. Dawałby jej ciepło, spokój, poczucie, że są tu bezpieczni, patrząc przez okno na wzburzone poranne morze. Jednakże zawahał się. Zamknął drzwi, ale nie zrobił nic ponad to. Nie zniósłby, gdyby go teraz odtrąciła, jeśli strzepnęłaby z siebie jego ręce. Jeżeli jej spojrzenie nagle by stwardniało, zobaczyłby politowanie, gniew, odrazę w oczach Geraldine. Nie musiałaby fizycznie strzelać go w twarz. Zresztą poprzedniego wieczoru został strzelony w policzek, na którym, gdyby tylko spojrzał w lustro, zaczynał tworzyć się siniak. Tyle tylko, że Ambroise nie chciał patrzeć na swoje odbicie. Równie mocno, co w oczy kobiety, która przez lata, nawet w kompletnej złości patrzyła na niego jak na najlepsze, co ją spotkało. Na swojego, bo przecież był jej. Cały czas. Teraz też. Każdego piekielnego dnia, zawsze, na zawsze, do usranej śmierci - teraz już zdecydowanie usranej, bo jaka inna miałaby być, jeśli Riny nie miało być wtedy przy nim? Kochał ją. To się nie zmieniło, nie miało ulec zmianie. Nawet nie chciał, żeby kiedykolwiek stało się inaczej. Musiał żyć z konsekwencjami podejmowanych wyborów. Z tym, kim był i co robił. Co zrobił zanim to wszystko całkowicie się rozpadło. Tym, że sam doprowadził swoje życie, ich życie do ruiny. Nie było czego zbierać ani ratować. Nie mógł sprawić, że czas zacznie płynąć do tyłu, nie zrobić serii błędów prowadzących ku temu największemu. A przecież wiedział, że nawet jeśli próbowałby wymazać tą jedną rzecz, ten ostatni błąd. Gdzieś tam w głębi skołatanego serca i umysłu przytłoczonego myślami łudząc się, że był czas, kiedy dałaby mu to zrobić. Może jeszcze mogli mieć tę chwilę? Złamałby swoje zasady, zachowałby się jak ostatni gnój, ale spróbowałby ją odzyskać, mimo świadomości, że jest cudza, nie jego. To niczego nie zmieniało. Konsekwencje szybko by ich odnalazły. Nie byliby szczęśliwi. Nie mieliby swojej spokojnej oazy w Whitby. Nie naprawiliby trzeszczących desek, nie postawiłby szklarni na nowo, nie posprzątaliby kurzu i pajęczyn. Nie pojechaliby do smoczego rezerwatu w Alpach, gdzie przez kilka tygodni co noc kotłowaliby się w pościeli z widokiem gór za oknem, grubą warstwą śniegu i rozpalonym kominkiem. Nie mieliby tej cichej, ostrożnie napawającej radością świadomości, że nie wracają z wyjazdu wyłącznie we dwoje, że już nigdy nie będą tylko oni, ale to nic złego, bo to naturalna kolej rzeczy. Był czas, kiedy chciał tego dla nich. Szczególnie po tylu latach. Stwierdził, że dadzą radę, nawet jeśli przez długi czas całkowicie wykluczał taką możliwość. Później zaczął zmieniać zdanie. Przekonywać się, że dadzą radę. Zwłaszcza przy tym jak bardzo się kochają i że mają dostatecznie dużo tej miłości, żeby przelać jej odrobinę w tę małą osobę, później może osoby, potęgując wrażenie, że ich życie jest po prostu właściwe. Bo byłoby. Byłoby, gdyby lata wstecz nie zrobił pochopnie kilku rzeczy, które powróciły do niego zwielokrotnione w najgorszym możliwym momencie. Gdyby nie był tym kim jest, czego nie dało się zmienić. Gdyby umiał kontrolować swoje życie poza sferą, w której na zbyt krótko znalazł pełnię szczęścia i kompletnie zapomniał o tym, że wszystko może się łatwo posypać, jeśli będzie tak nieostrożny, niepokorny, egoistyczny. Tak. Nie mógł tego ukrywać, nawet przed sobą. Szczególnie we własnym wnętrzu głowy, które w takich chwilach jak ta albo w środku nocy wypełniały nawracające myśli o tym, że chociaż starał się być najlepszą wersją siebie to w istocie był najgorszym, co Ją spotkało. Jego miłość była wybrakowana, toksyczna, dusząca jak rozrośnięte diabelskie sidła. Nie bez powodu nikomu jej nie dawał. Powinien wytrwać w tym postanowieniu, bo było najwłaściwsze. Nie spodziewał się, że może znaleźć kogoś kto sprawi, że tak łatwo mu przyjdzie nie tyle zburzyć mury, co opuścić most. Wpuścić ją, pozwolić jej wprowadzić ciepło i jasność. Kupić zasłony, dywany, ich wersje marynarskich misiów. Zabawne, poprzedni właściciele tego miejsca też najpewniej myśleli, że to będzie ich kryjówka. Nie pytał Geraldine o to, co zrobi z Piaskownicą teraz po tym wszystkim. Czy przywiezie tu swojego narzeczonego, skoro to miejsce należy już tylko do niej. Czy wykarczują jeżyny z ogrodu i wszystkie niepotrzebne zdziczałe krzewy i drzewa, wyburzą już nie jego szklarnię, zamienią to wszystko w idealnie równy trawnik, po którym za jakiś czas... ...nie. NIE. Ale czy gdyby postanowiła to sprzedać, wszystko byłoby łatwiejsze? Nie i tak. Przynajmniej gdzieś tam mógłby pokrętnie myśleć, że to do samego końca pozostało ich miejsce. Nie kogoś innego, kto tworzył sobie z nią wszystko to, czego on nie był w stanie jej dać. Nikomu innemu tym bardziej nie. Była tylko jedna osoba, która trzymała go w garści i teraz w dalszym ciągu fizycznie ściskała jego dłoń. Nie patrzył na nią, jeszcze przez chwilę spoglądał na ich złączone ręce. Zamyślony, pogrążony w swoich posępnych rozważaniach o tym, jak bardzo był teraz potępiony. Potępiony, gdyby próbował. Potępiony, gdyby nie podjął próby. Gdyby go teraz odtrąciła, złamałby się ostatecznie. Może nie tu, nie przy niej. W czterech ścianach niedomu za skrzętnie zasłoniętymi kotarami w zupełnej ciemności. Z zewnątrz wytrzymałby ten cios, bo on powinien nadejść. Był całkowicie usprawiedliwiony, więc Ambroise stanąłby przed nią, może nawet się uśmiechnął, kiwnął głową. Udowodnił sobie, że jest w stanie trzymać przy niej dostatecznie dużo pozorów. Wróciłby do Doliny. Później? Nie wiedział. Następnego dnia znowu wstałoby słońce. Ptaki dalej by śpiewały. Jego zmierzch byłby bardziej ponury, ale wciąż nie stałby się nocą. Jednocześnie liczył, że mogłaby tego nie zrobić. Jeśli dałaby mu teraz do zrozumienia, że mogą spróbować rozejść się na neutralnym gruncie, jak najciszej przełknąłby gęsta ślinę i kiwnąłby głową. Puściłby jej dłoń. Teraz ostatecznie. Może zostałby jeszcze trochę zgodnie z prośbą, zachowując wskazany dystans. Pomagając sobie nawzajem w doprowadzeniu się do porządku, ale jak dwoje obcych ludzi. Nie jak jej przyjaciel. W żadnym z tych scenariuszy nie zamierzał być jej przyjacielem. Właśnie. Scenariuszy. Stojąc z nią w łazience, gdzieś tam na samych peryferiach umysłu łudził się, że mogłaby jeszcze bardziej zmniejszyć ten dystans. Nie musiałaby nawet robić kroku. Wystarczyłoby spojrzenie, żeby to on się ruszył. Miał wrażenie, że to mogłoby się wydarzyć, skoro już tu byli, ale usiłował nie pozwalać sobie na odpłynięcie w złudne oczekiwania. Bowiem ta opcja byłaby chyba równie druzgocąca. To, że po tylu miesiącach byłaby w stanie przyjąć go do siebie bez słowa. W czym? W ostatnim akcie pożegnania, zamotaniu, litości? Musiała wiedzieć, że po niej nikogo nie było, tak samo jak on wiedział, że po nim pojawił się ktoś kolejny, kto chodził z nią na tę wszystkie spędy, kto doprowadzał ją do śmiechu, kto się nią opiekował. Roise przestał chodzić na te wszystkie wydarzenia. Jeśli tylko miał okazję wykręcić się, władować się w łączony dyżur w Mungu, w którym w związku z nasilaniem się konfliktu, wydarzeniami po Beltane, całym innym szajsem każda para rąk była potrzebna to nawet nie próbował pojawiać się w towarzystwie. Rzecz jasna nie zawsze miał ku temu okazję, ale wtedy po prostu kogoś ze sobą zabierał. Za każdym razem inną. Kiedy ona miała już kogoś na stałe, swojego człowieka, narzeczonego, Ambroise unikał wszelkich zobowiązań. Dla niego nie było tego szczęśliwego zakończenia u boku kogoś, kto najwidoczniej miał wszystko to, czego on nie miał, bo potrzebowała niecałego roku, żeby przyjąć oświadczyny. Z nim trwało to siedem długich lat i nigdy nie doszło do skutku, a przecież dwukrotnie był w stanie podjąć próbę. Wtedy w sześćdziesiątym ósmym, kiedy wybuchła na niego gniewem. I w siedemdziesiątym, lecz wtedy przerwał im to wybuch wojny, więc niemalże oświadczył jej się w siedemdziesiątym pierwszym na wiosnę. Oboje wiedzieli jak to się skończyło. Oddanie komuś innemu ręki po niespełna roku odkąd leżała w jego ramionach, wsparta nad nim na łokciach, mówiąc mu o planach na remont domku, zabezpieczeniach i możliwościach. Deklarowała mu wspólne zestarzenie się. Miłość swojego życia. To było nie jak policzek a jak cios prosto w splot słoneczny. Jak wbity tam nóż przekręcony parokrotnie, jak postrzał z widmowej kuszy, ale w serce, nie w udo. Nie zaczekała nawet trzystu sześćdziesięciu pięciu dni, tym samym dając mu do zrozumienia, że niemal dekada u boku siebie nawzajem była niczym w porównaniu do tej nowej miłości. Choć już zdążył usłyszeć, w czym tkwi sekret, prawda? Rozkwit uczucia z lat dziecięcych. Jego niepełna dekada była niczym w zestawieniu z prawie trzema powolnego rozwoju uczucia między Geraldine a kimś, kto nie wkurwiał jej praktycznie przez większość wspólnej historii. Teraz przynajmniej nie byli sobie wrogami. Nie chciał być jej wrogiem. Nie mógł być jej przyjacielem. Chciał być jej, ale tego nie mógł przywrócić. Może mógł łudzić się jeszcze przez chwilę. Czuł tę ogarniającą słabość. Potrzebował tego, czego nie mógł mieć, ale mógł spróbować desperacko sięgnąć choćby po namiastkę. Dowiedziałby się czy by go odtrąciła, czy byliby ze sobą po raz ostatni. Może odszukałby w jej oczach potwierdzenie, że nie litowała się nad nim, nie była kompletnie zagubiona a po prostu chciała go teraz równie mocno jak on chciał jej. Z tym, że to jeszcze bardziej rozkrwawiłoby rany. A później wywołałoby skandal, bo Ambroise wiedział, że nie umiałby się ponownie odsunąć. Zaś na koniec nie mieliby swojego szczęśliwego zakończenia, bo nie odszedł bez przyczyny. Jego zmierzch ogarnąłby ich oboje. Pochłonąłby ją. W tym momencie w łazience ich niegdysiejszego domu toczyła się w nim najtrudniejsza bitwa. Równie, jeśli nie bardziej wyniszczająca co ta wtedy na wiosnę. W tamtym momencie był zdecydowany, teraz czuł, że się łamie. To było żałosne i desperackie, godne politowania. Czy naprawdę do tego stopnia stracił całe swoje zdecydowanie, żeby stać przed nią jak słup soli, nie mogąc spojrzeć jej w oczy, zamiast tego świdrując wzrokiem ich ręce i milcząc? Był zmęczony, wychłodzony, wyczerpany - tak. To nie był moment, w którym myślał o tym, żeby fizycznie przyprzeć ją do ściany, zamknąć w ramionach, całować do utraty tchu. No, ta myśl przetoczyła się przez jego głowę, ale teraz chciał tylko odpocząć w domu. Oprzeć się z nią w wannie pełnej ciepłej wody. Milcząc o wszystkim, nie mówiąc o przyszłości, kraść chwilę z przeszłości, by udawać, że to teraźniejszość. Skup się, wyhoduj jaja - mógłby sarknąć sam do siebie, nie wiedząc, kiedy je stracił. Kiedy stał się taką memłą. Kimś, kim gardził i kogo nie chciał widzieć w lustrze. Powinien obrócić się na pięcie i wyjść z łazienki albo zrobić to, co chciał zrobić, biorąc odpowiedzialność za to, jakie miały być konsekwencje. Wszystko tylko nie stać w ten sposób. Uniósł wzrok poszukując nim spojrzenia Geraldine. Chyba pierwszy raz od ich czerwcowego spotkania w żaden sposób nie ukrywając swoich intencji. Pragnął wrócić, nawet jeśli tylko na kilka godzin, z których większość spędziliby pogrążeni we śnie. Jak daleko mogli się posunąć zanim ktoś bezpowrotnie wszystko straci? Resztki dobrych wspomnień, wzajemnego szacunku, zrozumienia? Gdzie leżała granica i czy po poprzedniej nocy w ogóle gdzieś była? Byli dwojgiem przemęczonych, straumatyzowanych ludzi w miejscu, które równie dobrze mogło znajdować się na krańcu świata jak i zupełnie poza nim. W miejscu, którego nie dotyczyły ludzkie prawa. RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 25.11.2024 Nie do końca wiedziała dlaczego to robi, po co to robi, czuła jednak, że to jest coś, czego potrzebuje. Nic innego nie miało znaczenia. To na pewno nie była chwilowa zachcianka, przecież myślała o nim, o tym, jakby im było gdyby nie postanowił wtedy opuścić ich domu, gdyby jej nie porzucił. Gdzie by się teraz znajdowali, czy byliby szczęśliwi? Cóż, na pewno byłoby jej lepiej niż teraz, co do tego nie miała żadnych wątpliwości, aktualnie przecież znajdowała się na dnie, nigdy chyba nie czuła się tak bardzo nieszczęśliwa. Chciała choć przez moment, krótką chwilę mieć to, co kiedyś było dla niej normalne. Dom, poczucie bezpieczeństwa, ciepło. Nie potrzebowała zapewnień, wiedziała, że nie wróci to do niej na zawsze, bo przecież nic nie mogło trwać wiecznie. To też już zweryfikowała. Nie była wciąż tą głupią, młodą Geraldine, która wierzyła w to, że cokolwiek może być na zawsze. Nie mogło, czy tego chciała, czy nie, jak bardzo by tego nie pielęgnowała. Udało im się wejść do domu, domu, który właściwie był już tylko jej. Tyle, że nie czuła, że kiedykolwiek będzie to jej dom, nie bez niego. To było niepodważalne. Stworzyli to miejsce razem, mieli tu spędzić wieczność, bo chyba wieczność mieściła się w zakresie na zawsze. Nie był to jednak moment, w którym chciała zastanawiać się nad tym, co utraciła. Nie, to przyjdzie później. Nie, kiedy mogła wykraść jeszcze jedną wspólną chwilę, jakby wszystko było jak dawniej. Zamierzała skorzystać z tej okazji, którą dostali od losu. Mogła wyjść na desperatkę, mógł się nad nią litować, to nie miało teraz najmniejszego znaczenia, nie kiedy miała szansę dostać to, czego potrzebowała. Tak właściwie sama nie wiedziała, czym konkretnie to było, nie umiała tego nazwać. Najważniejsze, że jej nie odmówił, że szedł dalej z nią, ściskając jej dłoń. Tylko to się liczyło w tej chwili, nic więcej. Komódka, która wytrzymała naprawdę wiele dzisiaj również postanowiła odmówić posłuszeństwa. Yaxley zignorowała ten znak, cały świat mógłby jej mówić, jak bardzo był to głupi pomysł, a i tak by się tym nie przejęła. Nie miała w zwyczaju zwracać uwagi na znaki, jeśli coś sobie ujebała, to bez względu na wszystko zamierzała to doprowadzić do końca. Trudno, najwyżej później będzie cierpieć, bo przecież sama to sobie robiła, im to robiła. Może powinna spojrzeć na to nieco szerzej, nie wydawało jej się jednak, że skrzywdzi go to tak bardzo jak ją. Na pewno też swoje wycierpiał, ale czy aby na pewno, w końcu to on podjął decyzję, nigdy nie zapytał jej o to, czy ją akceptuje. Zniknął, po prostu wyszedł bez słowa, zostawił może ten list, tyle, że nie było tam żadnych wyjaśnień. Nie podał jej powodu, żadnych konkretów, co tylko jeszcze bardziej ją wkurwiło. Nie miała pojęcia, czy zrobiła coś nie tak, czy chodziło o coś zupełnie innego. Powodowało to, że czuła się bezradna, nie znosiła takiego uczucia, jak mogła walczyć, kiedy nawet nie wiedziała przeciwko czemu ma się mierzyć? Nawet dla niej to było trudne. Zastanawiała się czasem, jakby się to wszystko potoczyło, gdyby nie odpuściła tak łatwo, czy chciałby z nią rozmawiać, czy faktycznie to miałby być ich koniec. Nie dowie się tego nigdy, bo wtedy nie spróbowała tego wyjaśnić. Uniosła się honorem, miał jej nigdy nie zostawić, a to zrobił. Obietnice poszły się jebać i nawet nie powiedział jej dlaczego. Zaczęła wątpić w to, że postąpiła słusznie wtedy, kiedy w czerwcu się nią zaopiekował. Nadal zachowywał się, jakby faktycznie mu na niej zależało, tylko dlaczego? Dlaczego skoro postanowił to zakończyć. Miała mętlik w głowie, a sytuacja, która wydarzyła się w nocy wcale tego nie ułatwiała, był gotowy dla niej zginąć. Nigdy o to nie prosiła, szczególnie nie w momencie, w którym już ich nic nie łączyło. To było pogmatwane, mieszało jej w głowie. Niczego już nie była pewna. Znaleźli się w końcu w łazience. Po co właściwie? To nie było ważne. Grunt, że tu byli, razem, nadal ściskał jej dłoń, tyle, że na nią nie patrzył, skupił się na tych dłoniach splecionych ze sobą. Dlaczego? Czy coś było nie tak, a może wręcz przeciwnie. Może czuł to samo co ona, że ich dłonie pasowały do siebie, jak do żadnych innych. Może żałował podjętej ten rok temu decyzji. Czy było za późno na to, żeby coś z tym zrobić? Nie, nigdy nie było zbyt późno. Zresztą wiele razy zastanawiała się, czy jest choć cień szansy, że jeszcze kiedyś będą mieli możliwość do tego wrócić. Może była naiwna, głupia, ale miała nadzieję. Na pewno nie odrzuciłaby takiej możliwości. Brakowało jej tego wszystkiego, co mieli razem. Nigdy nie wyrzuciła jego rzeczy, nadal były w jej domu, jednym, czy drugim, liczyła na to, że kiedyś znowu będzie z nich korzystał, że ponownie zjawi się w jej życiu, tak jak wtedy, kiedy wyszedł i wrócił po pięciu dniach. Otworzy drzwi, powie, że już nie zamierza nigdzie odchodzić, że się mylił, że to był błąd, że nigdy nie powinien tego zrobić. Tyle, że ten moment nie nadchodził, przestała czekać. Zaczęła się zatracać w chwilowych nic nie znaczących znajomościach. Chciała po prostu coś poczuć, tyle, że to nie przychodziło. Nadal czuła tylko i wyłącznie pustkę, której nic nie było w stanie wypełnić, jakby odchodząc Ambroise wyrwał jej kawałek siebie, którego już nigdy nie będzie mogła odzyskać. Może tak właśnie miało być, być może każdy dostawał tylko jedną taką szansę od losu i jeśli ją zmarnował, to cóż, nic nie mogło tego naprawić. Być może sama zjebała, może nie była tym, kim powinna dla niego być. Może mogłaby mu dawać więcej, więcej wsparcia, więcej miłości, wszystko czego potrzebował. Nie chciała go jednak teraz odrzucić. Zresztą nie tylko teraz, nigdy nie chciała tego robić. Zawsze był jej, chociaż teraz nie była tego taka pewna, bo przecież skąd mogła wiedzieć. Nic nie mówił, nie wspominał o tym, czego potrzebował, podążał za nią jak cień, właściwie czuła, że tylko dlatego, że ona go tutaj za sobą ciągnęła. Czy nie potrafił jej odmówić? Z jakiego powodu, i dlaczego pierwszym o czym myślała była litość? Widział ją ostatnio w naprawdę paskudnym dla niej czasie. Ten rok, cóż, był zdecydowanie najgorszym rokiem w jej życiu, nigdy nie było tak źle, nigdy nie czuła, że życie, aż tak bardzo wymyka jej się z rąk. Wiedziała, że jest wrakiem człowieka, zmieniła się, nie dało się tego nie zauważyć. Próbowała brać na siebie odpowiedzialność, radzić z wszystkimi problemami tego świata, ale zupełnie jej to nie wychodziło. Gubiła się, nie chciała przyznać przed sobą, ani przed kimkolwiek, że sobie nie radzi. Na pewno to wiedział, on zawsze wiedział więcej od wszystkich innych. Ciekawe, czy mu to zostało, czy ten rok faktycznie mógł zabrać im to, co mieli? Nie wydawało jej się. Nadal czasem budziła się zaniepokojona, że dzieje mu się krzywda, że jest gdzieś na Nokturnie i nie ma mu kto pomóc, że znajduje się tam zupełnie sam, bez szansy na otrzymanie jakiegokolwiek wsparcia. To bolało, bo przecież wystarczyłoby tylko słowo, czy gest, a wskoczyłaby za nim w ogień, nadal tak było. Mimo tej rozłąki, która została na niej wymuszona. Może próbowała sprawiać pozory, że jej życie wcale nie jest ruiną, ale nie dało się nie zauważyć, że to były tylko kłamstwa. Brakowało jej w oczach dawnego błysku, nie była szczęśliwa, tyle, że nikt nie był w stanie tego dostrzec. Nie chciała żyć w świadomości, że on znajduje się gdzieś indziej, nieszczęśliwy, szczęśliwy, że próbuje sobie ułożyć życie, zniszczyć życie, nie miała pojęcia, co robił i z kim to robił przez ostatni rok. Trzymał ją na dystans, unikał jej, nie wiedziała o tym, jak wygląda jego aktualne życie praktycznie nic, a chciała wiedzieć, nadal chciała być częścią jego świata. W jakikolwiek sposób, przecież przerabiali już chyba wszystkie możliwe wersje, byli swoimi wrogami, przyjaciółmi, znajomymi, kochankami, mogłaby przyjąć cokolwiek, byleby wiedzieć, że ma się dobrze, że jakoś mu się wiedzie. Nie chciała, aby był jej obcy, to była najgorsza z możliwości. Czekała, aż na nią spojrzy. Przeszywała go wzrokiem, próbowała zajrzeć mu w oczy, bo przecież oczy był zwierciadłem duszy, co kryło się w tych jego zielonych oczach, że nie chciał jej tego pokazać. Nie zamierzała czekać, gesty po które sięgała przychodziły jej raczej naturalnie. Wiele razy przecież zachowywali się w podobny sposób, to było jak oddychanie, coś co przychodziło samoczynnie. Zbliżyła się o krok, nic nie mówiła, nie chciała zaburzyć tego, co się teraz między nimi działo. Czuła, że słowa mogłyby wszystko popsuć. Wybrała więc opcję, po którą sięgali zazwyczaj, byli przecież ludźmi czynów, nie bezsensownego gadania. Spojrzał na nią w końcu, próbowała odczytać jego intencje, zajrzeć do jego duszy, domyślić się, o czym myśli. Czy uważał, że popełnił błąd, że się z nią tutaj znalazł? Oby nie, nie chciałaby, żeby kiedykolwiek miał do niej pretensje o to, że próbowała. Ona naprawdę chciała wszystko naprawić, chociaż przecież nie było co zbierać. Właściwie to wystarczała jej świadomość, że mogła go mieć znowu, przez chwilę, na moment, nawet nie przeszło jej przez myśl, że mogłaby od niego wymagać, że przez tę jedną sytuację poczułby się zobowiązany do czegokolwiek. Nie musiał tego robić, wystarczyło, że da jej tę ulotną chwilę. Nie liczyło się to, że później przyjdzie cierpienie, to nie było ważne, teraz potrzebowała tylko tego. Noc ją zniszczyła, rozsypała się ponownie, musiała jakoś się pozbierać, chociaż może, żeby mogła się poskładać potrzebowała upaść naprawdę nisko? Może dlatego to robiła, była naprawdę zdesperowana, łaknęła tej bliskości, którą kiedys dostawała codziennie. Położyła dłoń na jego klatce piersiowej, zaczęła powoli rozpinać guziki jego koszuli, jeden za drugim, nie szło jej to zbyt sprawnie, bo robiła to jedną ręką, do tego prawą. Lewą ciągle miała splecioną z jego palcami, jakby się bała, że jeśli ją wypuści, to stracą to wszystko. Ten uścisk dłoni był dziwnym połączniem, do którego doprowadzili, które spowodowało, że się tutaj znaleźli. Nic nie mówiła, słowa nie były tutaj potrzebne. Za chwilę w końcu będą mogli zmyć z siebie ten cały ciężar, chociaż, czy aby na pewno? Nie, tutaj nic nie było pewne. Może uda im się pozbyć tego brudu, który przynieśli do domu, ale reszta z nimi zostanie. Wiedziała, że nigdy nie pozbędzie się tego ciężaru, który pojawił się, kiedy od niej odszedł, to musiało z nią zostać na zawsze. Zamierzała jednak wykorzystać tę okazję, kilkanaście minut, może kilka godzin? Które będą mogli spędzić w swoim towarzystwie, jakby nic się nie zmieniło, jakby nadal byli dla siebie kimś. RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 25.11.2024 Miał wrażenie, że jego własny puls jest mu wrogiem, że przyspieszone bicie serca wyda go bardziej niż tysiąc słów, które mógłby spróbować stłumić w ustach, bo przecież nie mógł ich powiedzieć. Dusił je w sobie od tak dawna, że wątpił w to czy kiedykolwiek byłby w stanie je wypowiedzieć na głos. We własnym umyśle robił to wiele razy. Problem tkwił w połączeniu jaźni z językiem, który nie współpracował, bo... ...go chronił? On się chronił przed tym wszystkim, co miało nadejść, jeśli otworzy usta i wydostanie z siebie dźwięk. Później kolejny. Fala popłynie, rozbije się o ściany łazienki, wyleje się na zewnątrz. Zmoczy ich oboje, ale w efekcie tylko on będzie jeszcze bardziej wychłodzony, wyziębiony i rozdygotany. Geraldine miała kogoś, kto dałby jej ciepło. Wbrew temu wszystkiemu, co działo się między nimi, on nie był tą osobą. Już nie. Oddał to, wypuścił z rąk, które teraz, gdyby oddawały jego wewnętrzny stan, zaciskałyby się na powietrzu, bo nic innego tam nie było. Nie miał już nic prócz ciężaru wspomnień i świadomości tego, że to co miało być wieczne w jego rękach stało się martwą nicością. Zupełnie tak jak dąb w Dolinie. Ta sama pustka, ogłuszające wrażenie pogrążania się w echu czegoś, co przestało istnieć. Bezdenna lodowata studnia bez dna. Półmrok, zmierzch, łuna na horyzoncie. Milczenie ptaków, całkowita cisza, ale tylko na zewnątrz, bo w środku Ambroise miał wrażenie, że wszystko w nim krzyczy. Ponoć nadzieja umiera ostatnia. A mimo to nadal tu stał. Był w tym miejscu, ściskał dłoń Geraldine, nie zaś powietrze. Milczeli, nie topił się pod jej dotykiem, serce nie wyskoczyło mu z piersi ani nagle nie przestało bić. W dalszym ciągu rozpinała mu koszulę guzik po guziku, bardzo powoli, jeszcze wolniej niż zazwyczaj. Mógłby to sam zrobić. Mógłby również puścić jej rękę, ale nie zrobił żadnej z tych rzeczy. Nie ruszył się. Nie umknął pod dotykiem, nie zapadł się w łazienkowe kafle, odwzajemnił spojrzenie, choć nie miał żadnej pewności, co teraz wyrażają jego oczy. Był zbyt mocno wpatrzony w jej błękitne tęczówki, żeby dostrzec w nich cokolwiek prócz tego jak bardzo za nimi tęsknił i jak okrutnie pragnął, żeby ten ostatni raz spojrzały na niego tak jak patrzyły zawsze. Nie chciał widzieć w nich swojego odbicia. Świadomie unikał jej wzroku przez większość czasu, aby nie dostrzec tam siebie, tego całego zawodu, wyrzutu, gniewu. Przede wszystkim litości, pożałowania. Choć najgorsza byłaby obojętność. Obojętność zabiłaby go jak... ...nie, nie jak wzrok bazyliszka, bo wtedy przyniosłaby mu ulgę. Raczej jak krzyk mandragory, ale powolnie dawkowany z brutalną precyzją dźwięku. Petryfikujący, odbierający dech w piersiach i władzę w ciele, pozostawiający skorupę z zewnątrz i to coś w środku. Tak właściwie to co by to zmieniło? Wiele. Zmieniłoby wiele. Ambroise mógł sobie mówić albo przynajmniej usiłować sobie wmawiać, że powinna go nienawidzić, że chciał, żeby go znienawidziła, że przecież sam uważał, że na to zasłużył. Miał swoje powody, setki swoich usprawiedliwień i wszystkie sprowadzały się do tego jednego: czy żałował? I jak bardzo żałował? Czy mógł żałować jeszcze bardziej? Oczywiście, że tak. Po trzykroć tak. Nawet, jeśli nie zmieniłby swojej decyzji. Zarzekał się, że tego nie zrobi. Nawet w tym barze na Carkitt Market. Szczególnie nie na klatce schodowej w kamienicy na Horyzontalnej. Zdecydowanie nie w jej, ich mieszkaniu, gdzie jedyne, o czym wcale nie myślał przez całą minutę zanim pojawił się Astaroth, to nie było całowanie jej do utraty tchu, na oślep przesuwając się znajomą drogą ku sypialni, którą niegdyś dzielili. Nie na cmentarzu, kiedy siedzieli tak blisko, że mógłby ją objąć i wtulić twarz w miękkie jasne włosy, raz jeszcze zaciągając się znajomym zapachem a potem mówiąc, że nie chce odchodzić bez niej, bo powinni wrócić do domu i być ze sobą do ich własnej usranej śmierci. Jakakolwiek by ona była i kiedykolwiek by nadeszła, powinni spełnić przyrzeczenia, bo to, że tego nie robili było niewłaściwe. Później jeszcze te dwa razy w Dolinie Godryka. Oba żarliwe. Oba pełne rozgoryczonych i ostrych słów, które padły między nimi. To one sprawiły, że wybudował jeszcze wyższy mur. Sam dołożył do niego kolejne cegiełki. Tym razem z murarską precyzją. Były równe, prościutkie, idealnie domurowane. Co z tego, skoro wystarczyło stać z nią tutaj w łazience z jej dłońmi przesuwającymi się po jego piersi, palcami sunącymi po materiale koszuli, niebieskimi oczami pełnymi tego, co chciałby móc uznać za tęsknotę (ale nie mógł, prawda? nie mógł) rozczochranymi włosami i tym wszystkim, co nasuwało mu wspomnienia. Setki, tysiące wspomnień. Małe pęknięcia u podstawy muru, który pospiesznie zbudował na piasku. Te nowe cegły były wytrzymałe, równiutkie. Umieścił je tam z precyzją godną rozgoryczonego poklasku. Za to podstawy? U podstaw ziały dziury szerokie na dłoń. Podstawy chwiały się z każdym kolejnym rozpiętym guzikiem koszuli. Bardzo powoli i przez to jeszcze bardziej odczuwalnie, cholernie boleśnie dla niego, bo przecież nie wiedział jak ona to odczuwa. Czy czuje jak jego serce w jednej chwili przyspiesza do szaleńczego rytmu, by w kolejnej zamrzeć przytłoczone tym wszystkim, co teraz czuł? Czy zdaje sobie sprawę z tego, że wciąga go tym w morską toń? Że utopi go zanim na niebie dobrze wzejdzie słońce? Ściskał jej dłoń, bo ona nadal trzymała jego. Tak łatwo było się łudzić, że są tu tylko razem. Oni we dwoje, świat na zewnątrz nie istniał. Mogli tu zostać jeszcze przez chwilę, kilka chwil, dni, tygodnie, miesiące, lata. Mogli być widmami własnego domu. Kto wie, może gdyby byli dostatecznie cicho, tak jak teraz to dane byłoby im zobaczyć skrawki zamierzchłej przyszłości? Tego, co było, ale jednocześnie czego nie było, bo to, że wielokrotnie przeżywał to w swojej głowie nie czyniło tego realnym. Ta chwila wydawała się taka być. Nierealna. Wyjęta z zupełnie innych czasów. Z życia kogoś innego, kto jednocześnie był i nie był nimi. To było tak właściwe, mimo że nie powinno być. Dłoń Geraldine instynktownie znajdowała miejsce w jego palcach, on odruchowo je splatał jak wielokrotnie wcześniej, gdy jeszcze była dla nich nadzieja. Teraz umarła. On umarł? Oni umarli? Ostatnie wydarzenia z jaskini były tak chaotyczne i przepełnione skrajnymi emocjami, że teraz Ambroise zaczynał powątpiewać we wszystko, co się stało. Fragmentaryczne wspomnienia ucieczki skalnymi korytarzami były wyraźne, może nie pełne, ale adrenalina robiła swoje. Pamiętał wyrzuty i krzyki. To, że ostro na nie zareagował, bo w dalszym ciągu był tam, żeby ją bronić. Nawet jeśli sam miałby ją potem opierdalać we wnętrzu ich domu... ...nie było ich domu. Nie stali w miejscu, które w dalszym ciągu mogło należeć do niego. A jednak wydawało mu się, że stoją. Odkąd opuścili resztę grupy, która rozpierzchła się każdy w swoją stronę, wszyscy tak samo zdenerwowani, przytłoczeni, rozemocjonowani. Roise miał wrażenie, że zawisł gdzieś na pograniczu jawy i majaków. Czas spędzony na plaży z Geraldine w ramionach był nierealny. Dotykanie jej w sposób, w który zawsze to robił było nierealne. Reakcje jej ciała opartego o niego i niemalże bezwiednie zatapiającego się w jego ramionach były nierealne. Morska kąpiel, powrót do domu... ...nie było ich domu. Nie stali w miejscu, w którym zaraz mieli wrócić do salonu, złapać stamtąd koc, wziąć kilka rzeczy z kuchni i wyjść do ogrodu, rozkoszując się pierwszym dniem września. Zachowując się jak tamci młodzi zakochani ludzie, może nawet posuwając się do robienia planów na za jedenaście lat w przyszłość. To wszystko było nierealne, stracone tak dawno temu. Nie pamiętał jak to było być po prostu szczęśliwym bez konkretnego powodu. Kiedyś nie musiał szukać przyczyny. Wystarczyło, że wracali tu razem, robili te wszystkie rzeczy, które teraz znowu go nawiedzały. W dalszym ciągu z tym wrażeniem, że jest pogrążony w czymś, co może tak naprawdę nie istnieć. W tej jaskini to wdarło mu się do głowy. Przejęło jego ciało, ogarnęło jego myśli, mówiło się niego, wiło się pod jego skórą. Co więcej mogło zrobić? Czy było w stanie go całkowicie przejąć? Czy go zaatakowało, nie odbierając mu wspomnień, jeszcze nie, tylko najpierw zmuszając go do tego, żeby ponownie je wszystkie przeżył? Może tym się karmiło? Desperacją, nostalgią, tęsknotą za tym, co później sadystycznie odbierało? Zadygotał. Ścisnął dłoń Geraldine, ukochanej, nie panując nad tym wewnętrznym zimnem. Zachybotał się lekko, przeniósł spojrzenie z jej oczu na okno na jaśniejące niebo. Zamrugał parokrotnie, znowu wracając myślami do rzeczywistości, ale już nie taki pewny tego, co wydawało mu się, że równie dobrze może być desperackim majakiem kogoś kto właśnie wydaje z siebie ostatnie tchnienie. Był wyczerpany, wykończony, przemęczony. Jeśli to było realne, to on potrzebował odpocząć. Jeśli nie było to czemu w dalszym ciągu cierpiał? Od wielu tygodni nie spał spokojnie. Raz po raz targały nim emocje. Raz za razem działy się rzeczy, które znowu zwalały go z nóg. O części nawet nie wiedział. Miał tę świadomość, bo już nie był częścią życia kogoś, kto kiedyś był dla niego całym światem, a mimo to w dalszym ciągu miał wrażenie, że to co mieli nie przestało istnieć. Martwił się o nią za każdym razem, gdy czuł ciężki, trudny do wyjaśnienia, tępy ból w piersi. Ciężar inny od tego, z którym od roku uczył się żyć. Coś znacznie gorszego, co sprawiało, że parokrotnie niemalże złamał własne postanowienie, bo musiał się upewnić, czy wszystko jest w porządku (u niego nie było, dawno nie). Nie robił się spokojniejszy, gdy docierało do niego, że zaiste było. Miała szczęśliwe życie, otaczała się ludźmi, zyskała narzeczonego. Tak, po wielu perturbacjach. W końcu dobrze pamiętał, o czym pierdolił Astaroth i o czym sama mówiła mu wtedy w barze, ale jej brat był pierdolniętym wampirem (tak, nawet jeśli mieli obecnie coś na kształt rozejmu) a ona wtedy znajdowała się pod wpływem - alkoholu i lęku. Musiał patrzeć na wszystko przez pryzmat tego, co docierało do niego z wielu stron. Usiłował wierzyć w to, co jednocześnie napełniało go trudną do udźwignięcia goryczą. Chciał, żeby była szczęśliwa. Tyle tylko, że powinna być szczęśliwa z nim. Jego miejsce było przy niej, ona miała je w nim - trwale stworzyła sobie coś, w czego miejscu teraz ziała dziura. Lecz gdy stał tak teraz z nią w domu to tak łatwo było mu uwierzyć, że wciąż ten dom ma. Są wędrowcami w ciszy. Ludźmi, którzy na chwilę zgubili drogę, ale właśnie ją odnaleźli i już nigdy z niej nie zboczą, bo nie puszczą swoich złączonych dłoni. Nie zamierzał tego robić. Jeszcze nie teraz. Nie potrzebowali słów. Całe szczęście, bo by ich nie miał. Już nigdy nie miał ich znaleźć, bo w jaki sposób miałby opisać pustkę i żałobę po czymś, czego niszczycielem był on sam? Nie narażając się na obojętność ani nie dostrzegając litości. Obawiał się zbyt długo patrzeć w jej oczy, bo wiedział, że coś by wtedy runęło. Mógłby łudzić się, że te mury, które między sobą wznieśli, ale w istocie to byłyby nietrwałe resztki złudnej nadziei. Milczał, bo milczenie również wszystko by zniszczyło. Obudziliby się. Ambroise nie chciał się budzić. W bladym świetle obrzydliwie pięknego poranka dał z siebie zrzucić koszulę, której rękaw zatrzymał się na ich złączonych dłoniach. Nie chciał jej puścić, więc po prostu go szarpnął. Wolał stracić koszulę niż puścić dłoń Geraldine, nawet jeśli później miał myśleć o tym, że nie ma przecież co na siebie włożyć, aby wrócić do Doliny. To teraz nie miało znaczenia. Nie, gdy jednym ruchem przyciągnął ją do siebie, niemal całkowicie niwelując dystans. To było głupie, irracjonalne, niewłaściwe. Instynktowne, upragnione, potrzebne. Mógłby ją teraz pocałować, więc czemu wybrał odwrócenie wzroku i rozpięcie paska jej spodni? RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 25.11.2024 Łatwiej było milczeć. Szczególnie, że cisza wyrażała więcej od słów. One nie były teraz potrzebne. Wystarczyło to, że ich ciała nie miały problemy z tym, żeby pokazać, czego potrzebują. Nie miała zamiaru z tym walczyć, może kiedyś próbowałaby, ale dzisiaj była zmęczona, nie chciała się opierać, to nie był ten moment. Miała możliwość dostać to, za czym tak bardzo tęskniła przez ten ostatni rok, była w stanie się poświęcić, żeby faktycznie to osiągnąć. Nawet jeśli miało to być tylko chwilowe, jeśli miałoby jej tylko przypomnieć to, co kiedyś mieli. To nie było ważne, nie było sensu przejmować się tym, że za chwilę znowu wymknie się jej z rąk, że podjął przecież decyzję, że jej nie chciał. Liczyło się tylko to, że w tej chwili coś się zmieniło. Nie wyszedł stąd, nie opuścił jej, może potrzebował tego samego? Moment słabości, która złapała ich w jednym momencie, którą mogli spożytkować w odpowiedni sposób. Nic więcej - tylko słabość, desperacja, potrzeba poczucia czegoś więcej. Dawali to sobie przez wiele lat. Mogli zrobić to ponownie, chociaż było to niczym pakt podpisywany z diabłem, bo wiedziała, że przyniesie konsekwencje, które na pewno w nią uderzą, na pewno ją to zaboli - to było nieuniknione, ale w tej chwili nie zamierzała się tym przejmować. W tej chwili chciała cieszyć się tym, co mogła dostać. Tęskniła za tym, tęskniła za czasem, który razem spędzali, za wspólnymi porankami, wieczorami, leżeniem między wrzosami, na plaży, cieszeniem się z tych małych drobnostek, których było pełno w ich wspólnym życiu. Teraz nic jej nie cieszyło, to wszystko minęło wraz z jego odejściem. Zaczęła się skupiać na swoich wszystkich niepowodzeniach, miała wrażenie, że jej życie rozsypało się na każdej możliwej płaszczyźnie, kiedy postanowił z niego zniknąć. Dotyk jego dłoni utwierdzał ją w tym, że to nie był sen. Czuła ciepło jego ciała, zresztą również pod palcami, kiedy zaczęła rozpinać jego koszulę, kiedy opuszki jej placów bardzo powoli przemierzały kolejny odcinek jego ciała. Czuła to ciepło, tojej wystarczało. Robiła to wolniej niż zwykle, ale miała zamiar wyciągnąć z tego chwilowego, przypadkowego zbliżenia ile tylko się dało. Chciała zapamiętać każdy fragment, jakby nigdy więcej nie miała okazji dotknąć go w ten sposób. Przecież groził jej, a może obiecywał, że to ostatni raz, kiedy zamierzał wmieszać się w to, co działo się w jej życiu. Nie rzucał słów na wiatr, wiedziała, że jeśli coś postanowił, to nic nie mogło tego zmienić. Był uparty. Dlaczego więc szukała w jego oczach jakiegoś drobnego znaku, że coś się zmieniło, że może jednak stwierdził, że tym razem z niej nie zrezygnuje, że da jej kolejną szanse? Nie miała pojęcia, najwyraźnie była naprawdę mocno zdesperowana i ta desperacja pchała ją ku kolejnym krokom. Po prostu nie chciała, żeby zostawił ją samą, nie dzisiaj, nie teraz, najlepiej nigdy, chociaż wiedziała, że na to nie może liczyć. Ta decyzja została podjęta, bez niej, ale ona również mierzyła się z jej konsekwencjami. Nie radziła sobie, co mógł zauważyć każy, kto znał ją chociaż trochę. Starała się udawać, że wszystko jest w porządku, nie chciała nikogo niepokoić, a z drugiej strony, czy w ogóle ktokolwiek by się tym przejął? Nie dopuszczała do siebie nikogo na tyle blisko, żeby mógł rozgryźć, co właściwie działo się w jej życiu. Sparzyła się, nie chciała się otwierać przed nikim więcej, bo to i tak nie przynosiło żadnych efektów, to nie miało sensu. Raz zdarzyło jej się oddać całe serce, i co z tego miała? Nic, pustkę. Nie zamierzała powielać swoich błędów, zresztą nie wydawało się jej, żeby ktokolwiek inny był w stanie zaakceptować to, jakim człowiekiem była. On nigdy nie miał z tym problemu, rozumiał ją, jak nikt inny. To nie mogło zniknąć, jeśli ona nadal czuła tą dziwną nić, która między nimi była, on musiał mieć podobnie. Dlaczego więc tak bardzo chcieli brnąć w to zniszczenie? Nie była zadowolona z tego, że jej życie stało się ruiną, nie podobało jej się to wcale, tylko, czy miała prawo mu o tym wspominać, czy miała prawo prosić go o cokolwiek? Nie, zdecydowanie nie. Zbyt wiele już dla niej zrobił. Poszedł z nią do jaskni demona, wlazł do paszczy lwa, właściwie po co? Dlaczego to zrobił, dlaczego nadal pokazywał, że mu zależy, chociaż przecież mówił, że wcale tak nie jest. To wszystko było sprzeczne, gubiła się w tym, nie umiała sobie poradzić. Nigdy nie była szczególnie biegła w odczytywaniu emocji innych ludzi, nie łatwo przychodziło jej rozumienie intencji, bo sama była dość topornym człowiekiem. Potrzebowała konkretów, żeby wiedzieć, co się wokół niej działo. Na ten moment je dostawała, miała te drobne gesty, którymi się obdarzali, czuła ciepło jego dłoni, widziała spojrzenie, które się w nią wpatrywało, to miało wystarczyć jej na ten moment, nie potrzebowała niczego więcej, aby ukraść tę chwilę rzeczywistości. Nie wydawało jej się to realne, ale wiedziała, że dzieje się to naprawdę przez ciepło jego ciała. Stał tu przed nią, naprawdę, tak jak w snach, w których ją nawiedzał, kiedy już udało jej się zasnąć. Miała z tym problem, sypiała właściwie zawsze przy nim, spokojnie, bo czuła się przy nim bezpiecznie. Kiedy ją zostawił wróciła bezsenność, przestała sypiać, była zmęczona, nie radziła sobie z tym, co działo się wokół niej. Nawet spać spokojnie nie potrafiła kiedy nie było go obok. To nie było normalne. Może faktycznie można by rzecz iż miało to wiele wspólnego z uzależnieniem. Opętał ją dawno temu, nie potrafiła sobie z tym poradzić, nadal nie umiała przestać o nim myśleć, mimo, że postanowił ją od siebie odsunąć, nie była w stanie tego zrobić. Byli w domu, mogli zachowywać się tak, jakby nigdy nie doszło do rozłąki. To była chyba najlepsza możliwa opcja, chciała wykorzystać ten moment, który dał im los. Miała gdzieś to, że zapewne skończy się to na tym, że będzie musiała drugi raz przeżywać to wszystko. Drugi raz pogodzić się z tym, że nigdy więcej nie będzie go miała, że nie będzie już jej, że nigdy tego nie powtórzą, chociaż czy na pewno? Może, gdzieś jednak była nadzieja, może mogli jeszcze odbudować to, co zostało zaprzepaszczone. Przyciągnął ją w końcu do siebie, tak jak robił to wiele razy. Oddech jej przyspieszył, zresztą tak samo, jak bicie serca. Nie była w stanie nad tym zapanować. Brakowało jej tego, brakowało jej jego. Przymknęła na moment oczy, chciała się uspokoić, nie chciała, żeby widział, ile to dla niej znaczyło, nie chciała, żeby wiedział, jak bardzo za nim tęskniła. To było nieodpowiednie, musiała zrobić wszystko, aby wiedział, że nie była, aż tak zdesperowana. Nie wybaczyłaby sobie, gdyby faktycznie robił to z litości, nie zniosłaby tego. Aktualnie jednak pobudki nie były dla niej ważne, istotne, że dostanie tę chwilę zapomnienia, której potrzebowała. Jak zawsze nie chciała myśleć o konsekwencjach, to przyjdzie do niej później, gdy znajdzie się w domu, sama, w ciemności i będzie leżeć na swoim wielkim łóżku. Zawsze wtedy wszystko do niej wracało, miała czas na zastanawianie się nad tym, czy faktycznie warto było podejmować te spontaniczne decyzje, raczej nigdy niczego nie żałowała, tym razem może być inaczej, mogło ją to naprawdę wiele kosztować. Tyle, że wcale nie chciała przestawać, chciała wziąć wszystko, co miał jej w tej chwili do zaoferowania, czym właściwie to było? Nie miała pojęcia, było jej to obojętne, była gotowa przyjąć wszystko, dosłownie wszystko co mogą dostać od losu. Drgnęła, kiedy poczuła jego dłoń na swoim pasku od spodni, kiedyś nie było to nic dziwnego, przywykła do jego dotyku, zresztą nadal nie wydawał jej się obcy, mimo tego, że przecież powinien być obcy. Nic nie łączyło ich od ponad roku, albo próbowała udawać, że po prostu tak jest. Nie miała najmniejszego problemu z tym, aby się przed nim rozebrać, by wejść z nim pod ten prysznic i zmyć z siebie wszystko, co im się przytrafiło podczas tej ciemnej nocy, później wejść do wanny i po prostu odpocząć, złapać oddech, poczuć jego obecność, nic więcej, chociaż może i chciała czegoś więcej. Chciała poczuć jego bliskość, chciała w pełni zatracić się w tym wszystkim, zapomnieć o tym co było, skupić się na tej teraźniejszości, która wydawała się być marą. Był to ich własny koniec świata, czuła, że po tym nic więcej nie będzie. Pożegananie, a może wręcz przeciwnie nowy początek, wolała nie mieć nadziei, nic nie zakładać, bo nie zniosłaby kolejnego rozczarowania. Pozwoliła mu bez mniejszego zawahania zsunąć swoje spodnie, sama zresztą zaczęła się również pozbywać swojej flanelowej koszuli, która lepiła się do jej ciała, byli przemoczeni, wcale nie tak łatwo było się pozbyć z siebie tych mokrych ubrań. Może wreszcie uda im się pozbyć tego chłodu, zresztą czuła, że przenika on niemalże do jej kości, chociaż krew zaczęła jej wrzeć, jak to właściwie możliwe, że wypełniały ją takie skrajne emocje, nie miała pojęcia, nie chciała się na tym skupiać. Mogłaby zatrzymać czas, utknąć w tej chwili, która ich właśnie połączyła. Nie chciała wracać do rzeczywistości, która była brutalna. Dałaby się zatrzymać w locie, żeby już nie mogła zniszczyć niczego, co ich połączyło. Może to było jakieś rozwiązanie, tylko czy faktycznie mogli utknąć na zawsze w tej łazience? Nie było na to szansy. Nie mogła się oprzeć przed tym, aby nie zbliżyć się do niego jeszcze bardziej, dotknąć dłonią śladu na jego policzku, który pojawił się tam z jej winy, to ona mu to zrobiła. Mógł zobaczyć w jej oczach przeprosiny, naprawdę nigdy nie chciała go skrzywdzić, to nie było jej celem i nigdy się nim nie stanie. Chciała, żeby był szczęśliwy, spokojny, żeby nie musiał pakować się z nią po raz kolejny w żadne bagno. RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 25.11.2024 Tęsknił za Nią. Każdego dnia, każdej sekundy, każdej długiej godziny. Nieważne jak bardzo próbował tego nie robić, tęsknota cały czas tam była. Pogodził się z tym, że nie miała odejść, towarzyszyła mu odkąd to on odszedł. Najwidoczniej życie, jak bardzo pokrętne by nie było nie lubiło pustki. Wypełniało ją po prostu bólem, który można było próbować chwilowo odegnać substytutami dawnych emocji, ale chwilowe uniesienia nigdy nie miały być niczym wobec miłości. Ta zdarzała się raz. Przynajmniej dla niego. Jeden raz w życiu, nie chciał drugiego. Wystarczyło mu, że ten jeden raz miał coś, co powinno być wieczne, ale sam to zniszczył, zbrukał i stracił. Bezpowrotnie, bo dla niego przecież nie było nadziei. W tej ulotnej chwili było łatwo zatracić się i myśleć, że to może trwać na zawsze, ale prawda zawsze gdzieś tam była. To, że stali przed sobą, serce przy sercu, dłoń w dłoni, dusza splątana z duszą. To nic nie znaczyło tam na zewnątrz. Tutaj w tej chwili było wszystkim, ale poza murami ich utraconego widmowego domu nie czekała na nich wspólna przyszłość. Nieważne jak bardzo by pragnął wrócić. Nie było do czego. Zawsze był typem człowieka, który sam tworzył sobie okazje. Jeśli drzwi były zamknięte, szukał okna, świetlika, komina, luźnej cegły w murze. Teraz jego własny mur zdawał się składać z samych prześwitów i cegieł, które mógł wypchnąć nawet ten lekki dotyk palców na jego skórze, który tam zostawiała, wypalając piętno utraconego. Jeden gest więcej i by jej uległ, mając świadomość, że to, co robią nie obejdzie się bez konsekwencji. Nie był tym mężczyzną, który powinien scałowywać z niej ból, opatrywać rany dotykiem, rozbierać ją z zimnych, wilgotnych ubrań, pragnąc więcej i więcej tego, co nie należało do niego. A jednak to on tu był. Nie tamten. Tak jak wielokrotnie wcześniej, byli tu razem i chyba był już gotów na to, żeby zapomnieć o wszystkim innym. Kiedy ubrania zaczęły opadać na podłogę, nie było wiele więcej, co mogłoby zaradzić tej fali zapomnienia. Choć spojrzał na nią z niepokojem, gdy drgnęła, kiedy posunął się dalej. Chciała się wycofać? Żałowała? On żałował. Teraz jeszcze bardziej niż zazwyczaj, bo wyczerpanie sprawiało, że trudno mu było trzymać gardę. Potrzebował tego ciepła. Zsunięcia mokrych, ciężkich i brudnych ubrań. Aż w końcu stanięcia obok niej w samej bieliźnie. Nie posunął się dalej, choć chciał, żeby i to ostatecznie zniknęło. Mimo to nie przekroczył tej granicy, nie sięgnął do zapięcia jej stanika, nawet gdy jeszcze bardziej się do niego zbliżyła. Kiedy go dotknęła. Pozwolił sobie na uśmiech. Powolny, czuły, ale smutny. Nie obejmujący zmęczonych, podkrążonych oczu. Jakim cudem jeszcze nie tak dawno oboje byli młodzi i zakochani? Mimo początków magicznej wojny, starali się żyć w swojej bańce i do pewnego momentu naprawdę wyglądało, jakby to było możliwe. Teraz czuł, że przez ten rok zrobili się starzy, on nagle miał wrażenie, że nie stoi już przed nią jako trzydziestotrzyletni mężczyzna. Ma grubo ponad sto lat, choć szczerze wątpił w to, że realnie dożyje tego wieku, nawet jeśli dla czarodziejów to było tyle co nic. Wydawało mu się, że w przeciągu tych ostatnich miesięcy widział zbyt dużo wszystkiego. Za dużo mroku i ciemności, zwłaszcza jego własnego. Zbyt wiele śmierci, szczególnie tych, którzy na nią nie zasłużyli. Bowiem niektórzy, tacy jak on, sami się o to prosili. Pisali się na to, żeby któregoś dnia po prostu przekroczyć niewidoczną granicę, bo raz za razem ją testowali. Była giętka, dawała się naginać, ale kiedyś miała przestać. Już teraz rezonowała. Jeszcze chwilę i mogła go pochłonąć. Nigdy nie był tak blisko Zasłony a poprzednia noc i poprzedzający ją wieczór sprawiły, że dosyć boleśnie uświadomił sobie, że tak naprawdę niewiele by po sobie zostawił. Właściwie to niemalże nic, przynajmniej dobrego. Nie chciał być takim człowiekiem. Gdzieś po drodze zaczął tracić grunt pod nogami. Albo raczej wydawało mu się, że go stracił, bo ścieżka zawsze tam była. Po prostu w niektórych miejscach porastał ją leśny mech a w innych małe krzaczki wrzosów. Wystarczyło pochylić się i sprzątnąć je ręką, odgadnąć je z drogi albo zrobić nad nimi duży krok. Tymczasem tak bardzo obawiał się je zdeptać, bo nie sposób się ich na swojej drodze, że zafiksował się na tym do tego stopnia, że ścieżka zniknęła tuż przed jego oczami. Zamotał się, zaczął panikować, bo znajomy jasny las, jego dom nagle stał się ciemny i ponury. Nawiedziły go widma, jeszcze zanim w rzeczywistości pojawiły się w Kniei. Nie umiał sobie radzić z utratą kontroli. Poprzedni wieczór aż za dobrze to udowodnił. Pokazał mu, że mógł ją stracić w mgnieniu oka. Mimo tego wszystkiego, co robił i co powinno działać, Ambroise nadal czuł, że nie umie się bronić przed wszystkim, dla czego porzucił to, co zawsze powinno być jego pierwszym wyborem. Miał dobre intencje. Nigdy nie chciał, żeby to zabrnęło aż tak daleko. Problem w tym, że nie słuchał. Wszelkie ostrzeżenia spływały po nim jak woda po abraskanie... ...abraksanie, bo przecież wiedział, że to abraksan, nie abraskan. Wyniósł chociaż tyle z tego, co niegdyś wspólnie mieli. Tyle i ten olbrzymi, przytłaczający ciężar, przez który ciężko mu było oddychać. Bardzo powoli musnął palcami obojczyk Geraldine, przesuwając je w kierunku drugiego, cały czas wpatrując się w jej oczy. Niemal nie oddychając. Serce też jakby całkowicie mu się zatrzymało. Zupełnie tak, jakby wiedziało, że rytm bicia może być łoskotem w tej przejmująco ciężkiej ciszy. To, o czym myślał nie powinno mieć miejsca. To, co teraz robili było niewłaściwe, ale jak bardzo właściwe. Och, jak właściwe. Jak bardzo potrzebował znowu poczuć ciepło skóry Geraldine, jej oddech na swoich wargach, włosy spływające mu na twarz. Usta dotykające jego własnych, powolny, ostrożny dotyk wywołujący lawinę. Jeszcze jeden raz mogli tu stać razem, jakby nic się nie zmieniło. Wrócili do domu. Przeżyli wbrew wszelkim koszmarom, które przyniosła ta noc. Teraz mogli je od siebie odegnać. Na chwilę zapomnieć o tym, co było i myśleć tylko o tym, co powinno być. A powinni być tu razem. Zawsze razem, stale przy sobie. Trwać obok siebie niezależnie od tego, co przynosił im świat zewnętrzny, pielęgnując to, co mieli. To nie zdarzało się często. Nikt nie prowadził statystyk, ale on był tego pewien. To, co ich niegdyś łączyło to było coś, co miało być tą jedną szansą na miliard. Jedną jedyną pewnością w życiu, bo przecież miał tę okrutną, druzgocącą pewność, że tak naprawdę od zawsze ją kochał. Jego serce wyrywało się do niej i tylko do niej, bo to do niej należało. Dusza krzyczała, lamentowała nad stratą, która nie powinna się wydarzyć. Zawalił, zawalił, zawalił. Dał się pociągnąć na dno, pochłonąć mimo wszelkich ostrzeżeń i starań, aby to wszystko, co robił mogło ich wyłącznie ochronić. Tymczasem to ich zniszczyło. Był narzędziem w widmowych łapskach siły, która nigdy nie była jego sojusznikiem. Mimo że wiedział, że to nie było z gruntu złe ani z gruntu dobre, tylko całkowicie i niezaprzeczalnie neutralne, to nie był tym człowiekiem, który powinien wyciągnąć ku temu ręce. Powinien trzymać w nich cały swój świat tak jak teraz ściskał dłoń Riny, gładząc jej wierzch palcami, ale czując, że nieważne co zrobi, minie kilkanaście minut, może kilka godzin i czar pryśnie. Ponownie to wszystko straci, bo to już nigdy nie będzie należało do niego. On miał swoje szanse, pięć minut wobec wieczności, którą sobie obiecywali. Stracił to, wypuścił jej dłoń. Tylko na kilka sekund - tak miało być. Chciał sięgnąć po coś, co powinno im pomóc, włożył rękę za Zasłonę a potem nagle znalazł się na jej pograniczu w gęstniejącej mgle. Nie mogąc znaleźć drogi powrotnej do domu. Nie jak zbłąkany wędrowiec, wtedy jeszcze nie, a jak duch, który widzi wszystkie znajome pomieszczenia, ale nie może już dotknąć ich ścian. Zaczął być widmem w swoim własnym domu i w ich życiu na długo przed tym zanim podjął decyzję, żeby odejść, dostrzegając to, że zaczyna zmieniać się w poltergeista. Nie chciał tego dla nich, nie chciał dla niej, bo to ona powinna być najważniejsza. Nigdy nie powinien tego zapominać i nie zapomniał, po prostu popełnił błąd. Mylić się jest rzeczą ludzką, prawda? Potykać się, popełniać błędy na drodze, podnosić się i iść dalej, lecz nie tym razem. Przyniósłby tym zbyt wiele cienia do domu. Za dużo zmierzchu, zimnego powiewu i jęku potępionych. Zawsze dbał o to, żeby swoje najciemniejsze sprawy pozostawiać poza domem, więc kiedy to on sam stał się swoją najgorszą rzeczą, kim byłby, gdyby pozwolił sobie wejść? Teraz w miękkim ciepłym świetle poranka to było irracjonalne, jakby ta chwila mogła wystarczyć, żeby ogarnąć sobą ich dwie sylwetki, zalepić rany, zażegnać to wszystko, co się stało. Wybaczyć. Nigdy nie prosił o wybaczenie, bo nie mógłby o nie prosić, ale w tej chwili potrzebował tego jak powietrza. Nie słów, bo słowa nie miały tu swojego miejsca. W tej przestrzeni nie powinny paść, po prostu tu nie pasowały, skaziłyby ciszę, odebrałyby im to wszystko. Potrzebował tego spojrzenia, dotyku. Nie chciał, żeby patrzyła na niego przepraszająco, bo to nie ona powinna być tym, kto przepraszał. Tyle tylko, że jego przeprosiny nic by nie dały, więc po prostu na nią patrzył. Już nie odwracał wzroku. Nie musiał unikać jej spojrzenia ani w żaden sposób go szukać. Była tuż obok niego. Tym razem tak blisko, nawet jeśli w rzeczywistości już zawsze mieli być od siebie tak daleko. Z dłonią na jego policzku, do której bezwiednie przycisnął twarz, nie przejmując się tym, że drapie ją swoim zarostem. Ani tym, co będzie, gdy już się obudzą, kiedy jak jej Roise, jej i tylko jej przesunął wargami po brzegu chłodnej dłoni dziewczyny, ogrzewając ją urywanym oddechem, zostawiając palące ślady. Nie przejmował się solą morską smakowaną na ustach ani tym, że to wszystko już za kilka chwil przestanie być właściwe. Teraz było. Nie pytał, kiedy rozpiął jej stanik. Nie spytał czy może się ku niej pochylić, zamykając jej usta w pocałunku, zatracając się w słodyczy warg, mimo słonego posmaku. Po prostu to zrobił, kładąc dłoń na plecach Geraldine, obejmując ją ramieniem, całując, ale inaczej. Zupełnie nie tak. Nie jak kiedykolwiek. To był smutny, długi pocałunek. Tęsknota, nie żar i ekscytacja. Żal, prośba o wybaczenie za wszystko - za to, co zrobił, za to, czego nie zrobił i za to, co zrobi już wkrótce. Nie teraz, jeszcze nie, ale już teraz się z nią żegnał. To było pożegnanie, nieważne ile czasu miało trwać. RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 25.11.2024 To miejsce zawsze było ich małym światem, o którego istnieniu nie miał pojęcia nikt z zewnątrz. Czy nie mogło tak zostać, nie mogło dalej należeć do nich? Może ich już nie było, ale jeszcze kilka dni temu miała świadomość, że chociaż Piaskownica nadal była wspólna, mogli znaleźć tutaj schronienie, kiedy tego potrzebowali. Być może spotkaliby się tutaj znowu, kiedyś, przypadkiem. Bez słowa, jak teraz. Tyle, że to również nie było możliwe. Oddał jej ich dom, porzucił go, tak samo jak i porzucił ją. Nie chciał do tego wracać, dlaczego tak bardzo zależało mu na tym, aby odciąć się od tego wszystkiego, co kiedykolwiek razem stworzyli. Może to miejsce nie wyglądało już, jak za czasów swojej świetności, kiedy spędzali tu każdy wolny weekend, każdy wolny dzień, ale nadal przecież było pełne wspomnień. Gdzie nie spojrzała potrafiła przywołać w pamięci jakąś sytuację z przeszłości, jakby całe było nimi wypełnione. Nie chciała wracać tu sama, czuła, że to nie będzie właściwie, będzie musiała je porzucić, bo to wydawało jej się być najodpowiedniejszą opcją. Póki co, mogli jeszcze zostać tutaj razem, ostatni raz, pożegnać się ze sobą i z ich domem. Nie zamierzała mu o tym mówić, zresztą może powinna, właściwie po co, czy w ogóle go obchodziło, co zamierza zrobić? Gdyby tak było, to nie oddłaby jej ich domu, jakby nic dla niego nie znaczył. Nie liczyło się jednak teraz to, co zrobił, czego nie zrobił, co zamierzał zrobić, kiedy stąd wyjdą. Korzystała z tej dziwnej chwili, którą dostali, właściwie to sami wyrwali rzeczywistości. Czuła, że Ambroise chce tego tak bardzo, jak ona, że nie zamierza teraz jej tu zostawić, samej na zgliszczach. Nie miała pojęcia po co to robią, dlaczego to robią, ale najwyraźniej tego potrzebowali. Wydarzenia minionej nocy na pewno odcisnęły na nich swoje piętno. Dawno nie znalazła się tak blisko śmierci, chociaż czy właściwie tak było, miała wrażenie, że ostatnio ona ją prześladowała. Gdzie się nie pojawiała towarzyszło jej to dziwne widmo, które mogło nieść ze sobą koniec. Może tak wyglądał teraz świat, może nie miało już być niczego więcej, może powinna się była z tym pogodzić? Tylko właściwie, czy jeśli to zrobi, to wtedy nie pozostanie jej już zupełnie nic. Gdy próbowała walczyć miała resztki nadziei na to, że kiedyś będzie lepiej, jeśli nawet z tego zrezygnuje, to nie będzie miała już niczego. Poddawanie się nie przychodziło jej naturalnie, ależ ile można było walczyć z całym światem, który chciał jej ciągle udowadniać, że do niczego się nie nadawała. Zawiodła wszystkich na których zależało jej kiedykolwiek. Czy mogła oczekiwać czegoś więcej, czegokolwiek? Dostrzegła uśmiech, który pojawił się na jego twarzy, nie był to jednak jeden z tych znajomych uśmiechów, brakowało w nim czegoś, czegoś co kiedyś było na wyciągnięcie jej ręki. Wydawał się jej być smutny, mimo tego, że próbował pokazywać, że jest inaczej. Czy nie był z nią szczery? Być może. Może stracili to, co kiedyś mieli. Ona też była kimś innym, niż jeszcze rok temu. Nie miała pojęcia, co wydarzyło się w jego życiu przez ten ostatni rok, nie próbowała nawet o to wypytywać podczas tych ich kilku spotkań. Bała się, że sugerowałby jej, żeby nie wtrącała się w nieswoje sprawy, bo przecież to już nie były ich wspólne sprawy, tylko jego. To bolało, szczególnie, że przecież przez wiele lat tworzyli razem swój własny świat. Nic z tego nie zostało, ich dom zamienił się w ruinę, jak w ogóle mogli do tego dopuścić? Jak z tych wszystkich obietnic, wspólnych planów, przyszłości, którą mieli mieć wylądowali w tym miejscu? Jak to się stało, że do tego doprowadzili. Nie przypuszczałaby, że będą w stanie pozwolić na to, żeby ich życie wyglądało w ten sposób. Byli uparci, zdeterminowani, przecież potrafili doprowadzić do skutku to, na czym im zależało. Czy to przez to jak wyglądał świat, czy to on nie pozwalał im na to, żeby cieszyli się swoim szczęściem? Nie wiedziała, nie miała pojęcia dlaczego on postanowił z niej zrezygnować, co sobie ujebał w zeszłym roku, dostrzegała w tym swoją winę, bo mogła przecież zawalczyć, ale tak ją to zabolało, że z niego zrezygnowała. Nie powinna była nigdy tego robić, to było niedopuszczalne. Po czasie zdała sobie z tego sprawę, uświadomiła sobie też, że było już zbyt późno, żeby mogła coś z tym zrobić. Schować dumę do kieszeni, pójść do niego, poprosić o to, aby dał jej jeszcze jedną szasnę, przecież by to zrozumiał, na pewno chciałby tego samego, co ona. Jakoś udałoby się jej go ugłaskać, zawsze potrafiła to robić, jak bardzo by nie zjebała, to zawsze dawał jej kolejne szanse, co właściwie spowodowało, że tego jednego razu stwierdził, że nie ma już odwrotu? To nie było jednak ważne, bo teraz nie odmawiał jej tego, czego potrzebowała, miał zamiar brnąć z nią dalej, w te dziwne, ostatnie połączenie, jakie miało być im dane od losu. Byli zmęczeni, wycieńczeni tym, co się wydarzyło. Nie było nic złego w tym, że dwoje ludzi szuka pocieszenia w swoich ramionach, nie wydawało jej się, aby mogła kogoś tym skrzwydzić, poza sobą samą. Na pewno odczuje ból, nie zakładała, że będzie inaczej, ale to się nie liczyło. Zupełnie. Tylko to, że mogła znowu poczuć jego ciepło w swoich ramionach, skórę pod opuszkami palców, dłonie na swoim ciele, to wystarczało aby nie czuła tej samotności, która zżerała ją od środka od dawna. Wiedziała, że to było złudne, to nie było nic stałego, miało odejść kiedy opuszczą Piaskownicę po raz kolejny, rozjedą się każde w swoją stronę. Zasługiwali jednak na prawdziwe pożegnanie, należało im się po tym wszystkim, co razem przeżyli. Ich historia była piękna, po prostu została pozbawiona dobrego zakończenia, tak musiało być, nie zawsze przecież zakończenia były dobre. Najwyraźniej to nigdy nie było im pisane, ale przynajmniej mieli szansę przeżyć piękną miłość, takiej, jakiej nie doświadczył prawie nikt. Wierzyła, że tak właśnie było, zresztą dlatego też wydawało jej się, że nigdy nie znajdzie czegoś podobnego, nawet nie szukała, bo wiedziała, że nic nie będzie w stanie dorównać temu, co ich łączyło. Była tego pewna, bo mimo roku, który spędzili osobno nadal czuła między nimi to silne połączenie. Jej ciało nadal reagowało na jego w taki sam sposób. Wystarczyło, że jej dotknął, a zaczynała palić ją skóra. Nie dało się z tym walczyć, musiała się pogodzić z tym, że po prostu tak będzie. Po prostu nie uda jej się nigdy więcej zaspokoić tego żaru, który się pojawiał, nikt nie był w stanie sobie z nim poradzić, nikt nie będzie jej w stanie pokochać tak, jak on ją kochał, ona nigdy nikogo nie pokocha w ten sposób. Nie musiał o nic pytać. Dawała mu milczące przyzwolenie na wszystko. Była uległa, jak nigdy dotąd, po prostu potrzebowała wykorzystać w pełni to, że znajdowali się tutaj razem, może było to nieco egoistyczne, ale czuła, że należało jej się to. Potrzebowała tego. Pocałunek był inny od tych, które pamiętała. Miała wrażenie, że wyraża wszystko, co nagromadziło się między nimi przez ten rok, żal, tęsknotę, gorycz? Brakowało w nim typowej dla nich pasji, jak wtedy, kiedy nie mogli się od siebie oderwać, wiele razy, wypełnieni żarem, który potrzebował być ugaszony natychmiast. Całowała go powoli, jakby chciała się nacieszyć smakiem jego ust, dawno tego nie robiła, nie zastanawiała się nigdy nad tym, jak jej tego brakowało. Objęła go delikatnie, właściwie to narzuciła mu ręce na szyję, ale nie tak gwałtownie jak zawsze, jej ruchy były spokojniejsze, bardziej przemyślane, przytuliła się dzięki temu do niego jeszcze bardziej. Zamierzała wykorzystać ten czas, który został im dany jak najlepiej mogła, chciała się nim napawać ten ostatni raz, tyle, że zdecydowanie wolniej niż zawsze, bo musiała zapamiętać to wszystko. Jego zapach, smak jego ust, szorstkość policzków, skoro wiedzieli, że nie będą mogli do tego wrócić, to musiała to zrobić, aby móc wracać do tej chwili chociaż w swoich wspomnieniach. Powoli, przesuwała ich w stronę prysznica, nie odrywała się przy tym od niego nawet o milimetr. Znała drogę, nie musiałą otwierać oczu, gdy ich tam prowadziła, pamięć mięśniowa działała. Mogła to robić na ślepo. Gdy znaleźli się w końcu pod prysznicem pozbyła się z niego tego ostatniego skrawka materiału, bielizny, którą miał na sobie. Miała nadzieję, że jej to wybaczy, ale nie mogła się przed tym powstrzymać. Przy okazji wreszcie odkręciła wodę, która zaczęła spływać na nich powoli, zmywać to wszystko, co oblepiło ich ciała. Piasek, krew, tak właściwie to sama nie miała pojęcia, co jeszcze mieli na sobie, bo ta noc była ciężka. Zasługiwali na to, czymkolwiek by to nie było. Zasłużyli na to ostatnie zbliżenie, nawet jeśli było spowodowane tylko i wyłącznie chęcią pożegnania się, czy aktem desperacji. Zresztą to pozostanie między nimi na zawsze, tak samo jak to wszystko, co razem przeżyli. To było tylko i wyłącznie ich i nikt nie mógł im tego odebrać. RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 25.11.2024 Powrót do tego miejsca wtedy pod koniec sierpnia był nieunikniony, ale Roise podświadomie go unikał, próbował odsuwać to w czasie, udawał, że to jeszcze nie ten moment i kiedyś na pewno nadejdzie taka pora, ale przecież nie zwróciła się do niego o to, więc może to jeszcze nie było teraz? Nie chciał wyobrażać sobie, że kiedyś staną na przeciwko siebie a ona powie mu, że potrzebuje od niego konkretnych czynów, bo zamierza stworzyć sobie życie na nowo w miejscu, które zasługiwało na to, aby nim tętniło. Nie umiał pogodzić się z myślą, że usłyszy, że to jest ta pora. Piaskownica nie mogła należeć do nich obojga, nie niszczejąc i nie marniejąc w oczach. Geraldine mogła chcieć ją sprzedać, by jakaś następna młoda i zakochana para wypełniała swoim uczuciem opustoszałe, wyziębione wnętrza. Lecz równie dobrze mogła chcieć tak spełnić swoje marzenia a on nie mógłby jej za to winić. Nigdy nie rozmawiali o tym wprost. Nie mówili otwarcie o swoich dalszych planach. Nigdy nie spytał jej o to czy w ogóle je dopuszczała do swojej świadomości. Zresztą teraz to już nie miało najmniejszego znaczenia. Nie chciał tego wiedzieć. Pragnął dla niej całego szczęścia, ale u jego boku albo z daleka od jego spojrzenia. Chciał, żeby była szczęśliwa, lecz jeśli nie miała być przy nim to przynajmniej nie chciał w tym uczestniczyć. Nie zniósłby, gdyby to ktoś inny zajął jego miejsce. A to przecież już się stało. Ta osoba miała imię i twarz. Ten człowiek nie był kimś anonimowym. Znali się. Ba. Swego czasu rywalizowali ze sobą w szkolnej drużynie, bo tamten chciał wygryźć Greengrassa z pozycji. Jak na ironię udało mu się to, choć gdyby nie wypadek, wszystko mogłoby się potoczyć całkowicie inaczej. A gdyby nie kolejne potknięcia... ...tamten ponownie nie odebrałby mu wszystkiego, co było dla niego najcenniejsze. Nie chciał go widzieć na oczy. Szczególnie za kilka miesięcy, kiedy wszystko miało się jeszcze bardziej rozwinąć. Albo za rok, może nawet krócej? W końcu wszystko działo się tak szybko. Byli przyjaciółmi z dzieciństwa, tak?, piękna historia, naprawdę śliczna para. Kiedyś wreszcie musiał to zrobić. Czas zbrojenia się przed nieuchronną konfrontacją z fizycznym zagrożeniem mógł być dostatecznie mocnym pretekstem do tego, aby zamknąć również ten rozdział. Zanim to zabrnie zbyt daleko i stanie się świadkiem cudzego wielkiego szczęścia będącego jednocześnie jego sromotną porażką. Starał się nie myśleć, że po tylu latach bycia jej jedynym, najważniejszym, tym właściwym. Teraz jest tym drugim, zastępstwem na okoliczność braku tego pierwszego. Człowiekiem, który wyciąga ku niej ręce, który ją rozbiera, przyciskając wargi do jej warg i dobrowolnie zanurza się we wspomnieniach. Tak jak pragnął, by oboje zanurzyli się w sobie w ciepłej wodzie w wannie, po prostu tam trwając. W przeciwieństwie do tego żaru, którym zawsze płonęli i nie mogli przestać, Ambroise wcale nie potrzebował teraz od niej niczego więcej niż tego, by odwzajemniała jego powolne pocałunki. Nie chciał jej obłapiać, zdobywać, wykorzystywać chwili słabości bądź litości, którą dla niego miała. Wystarczyło, że mogli się pożegnać. Cała reszta zależała od tego, czego oboje by chcieli. Jak daleko byli w stanie zabrnąć, gdzie leżała granica pomiędzy przeszłością a teraźniejszością. Nie spodziewał się, że do tego dojdzie. Nie po tym, co między nimi padło. Nie wtedy w lesie, gdy maszerowali w kierunku jaskini. Nie przed wejściem do środka. Ani nie do momentu, kiedy prawie zginęli wewnątrz. Później to wszystko samo się wydarzyło. Nie puścili swoich rąk, trzymał ją za dłoń do momentu, kiedy nie zarzuciła mu ramion na szyję, ale wtedy to zaczęło być właściwe. Bardzo powoli odpowiedziała na to, co tak ostrożnie, zupełnie nietypowo dla siebie zrobił. Zbliżyła do niego ciało, oparła nagie piersi o jego klatkę piersiową, odwzajemniła pocałunek. Później kolejny. Zupełnie inne niż kiedykolwiek. Tęskniła? Tamte słowa na Carkitt były czymś więcej niż przejawem załamania? Mógłby ją o to zapytać, ale milczał. Nie zrobił tego, nie burzył ich chwili. Szczególnie, kiedy w ten łagodny, zapraszający sposób pociągnęła go pod prysznic. Robili to wielokrotnie wcześniej, nie musieli rozmawiać, nie musieli pytać, prosić o cokolwiek. Z zamkniętymi oczami, pod miękkim naporem pocałunków i ogrzewających się ciał, po prostu tam stanęli. Potrzebowali czasu, by woda pod prysznicem zaczęła być letnia, później coraz bardziej ciepła i otulająca. To było coś, co zawsze charakteryzowało to miejsce. Ich dom. Nie wszystko było tu idealne, mieli całkiem sporo nieoczywistych niemagicznych udogodnień, ale równie dużo tych małych codziennych upierdliwości, które zazwyczaj zbywali śmiechem, lecz nagromadzone czasami doprowadzały Ambroisa niemalże do szału. Tym bardziej, gdy rano chciał wziąć szybki prysznic po pracy lub jeszcze szybszy zanim wyjdzie do niej z domu. A zimna woda płynęła i płynęła, szybko robiąc się chłodna, natomiast później potrzebując wieki, aby zagrzać się do tej przyjemnej temperatury. Teraz to nie miało znaczenia. Byli tak wyziębieni, że nawet ta chłodniejsza niż zazwyczaj woda sprawiała wrażenie przyjemnie otulającej. Tak jak ramiona jego kobiety. Co z tego, że jego tylko na chwilę? Dała mu to do zrozumienia, przyzwolenie nigdy nie musiało paść na głos, by mury wreszcie ostatecznie runęły i znaleźli się nie tuż obok siebie a ze sobą. Skóra przy skórze, usta zatopione w ustach, słodko-słone smaki powolnych, głębokich pocałunków, które jeszcze nie niosły goryczy. Były pożegnaniem. Oboje to wiedzieli, ale przez ten ułamek chwili mogli ponownie być po prostu swoi. On mógł być jej, choć przecież nigdy nie przestał, ona była jego. Później będą tego żałować, poniosą konsekwencje tego, co teraz wydawało się najwłaściwszym krokiem ku odnalezieniu choćby odrobiny stabilności. Potrzebował stanąć przy niej objęty za szyję jej ramionami. W zimnej wodzie, która powoli zaczynała robić się cieplejsza, lecz teraz chyba żadne z nich nie zwracało na to uwagi, nawet jeśli chłodne strugi spływały po ich ciałach złączonych w tym ostatnim desperackim uścisku. Tak, był desperatem. Miał to sobie później wyrzucać, cierpieć przewracając się w łóżku w środku nocy albo nad ranem, gdy wszystko było kilka razy trudniejsze, bo przez lata przyzwyczaił się do tego, że gdy wyciągnął ku niej rękę, ona tam była. Teraz napotykał pustkę i zimno, całkowicie celowo pozbywając się drugiej poduszki, bo nie chciał, by tam była, przypominając mu o jasnych puklach na miękkiej bawełnie. Był desperatem. Desperacko nie zamykał oczu, szukając wzrokiem spojrzenia Geraldine, by zobaczyć w nim to, co kiedyś brał za gwarant i pewnik. Chciał, by go kochała. Nawet jeśli to było wyłącznie złudzenie, iluzja chwili, kiedy oboje byli zbyt zmęczeni, aby myśleć jasno o tym, kim są a kim dla siebie nie są. Przez tyle lat trwali obok siebie, że te wszystkie rzeczy, które robili były tak bardzo instynktowne. Tak, jasne. Mógł próbować to sobie tak wyjaśniać, mówić, tłumaczyć. Przerzucanie tego na odruchy było bardzo wygodne. Sprawiało, że nie musiał mieć żadnych wyrzutów sumienia wyciągając ręce po kogoś kto idealnie do nich pasował a nie powinien. Nie chciał teraz myśleć o niczym prócz ramion oplątanych wokół niego, smaku wnętrza jej ust, dotyku, kiedy całkowicie go obnażyła, pozbawiając go ostatniego elementu garderoby, ale też resztek złudzeń, że ten poranek w ogóle może być jakąkolwiek walką z pragnieniami. Wymuruje zburzone mury. Cegła po cegle każdej kolejnej nocy. Tym razem trwalsze i bardziej nieprzeniknione, żeby nigdy więcej nie dopuścić do siebie tego, co miał czuć przez następne miesiące, znowu tracąc złudzenie równowagi w życiu, bo pozwalał sobie na to, żeby ją na chwilę odzyskać. Wiedział, że to będzie trudne, ale wykonalne. Musiał się trzymać, zbyt wiele od niego zależało, by mógł sobie pozwolić na więcej niż wyłącznie chwilę słabości. Ta teraz smakowała cierpieniem, smutkiem i pożegnaniem, ale też nadmorskimi dzikimi jeżynami, ognistą whisky, cukrem pudrem z ciasteczek sprzedawanych w miejscowości kilka kilometrów od nich. Miała rdzawy posmak krwi, ale też przynosiła ukojenie, bo mógł być jej, bo go teraz chciała, bo wiedział, że go nie odtrąci, gdy przesuwał dłonie po jej ciele, schylając się po resztkę mydła, ale gdzieś w połowie tego ruchu czując jak załamują się pod nim nogi. Opadł na kolana, znowu go na nie posłała, obejmując rękami jej nogi, opierając głowę o podbrzusze i biorąc kilka głębokich oddechów. Z wodą spływającą po włosach, pochyloną głową i powiekami zaciśniętymi na kilka sekund. Mógłby ją błagać, żeby wróciła. Gdyby tylko miał jeszcze jakąś nadzieję, ale wbrew temu, co teraz mieli, zbyt dobrze wiedział, że nigdy więcej nie będzie jej pierwszym wyborem. On odszedł, ona odeszła. Miała kogoś, kto dawał jej szczęście. Nie potrzebowała niczego więcej, ich chwila była wynikiem nostalgii, melancholii i zatrważająco ludzkiej słabości. Miała minąć bezpowrotnie zaś reszta była niezmienna. Ich chwila była jak konfetti na wietrze. Równie piękna, co ulotna. RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 25.11.2024 Nigdy nie chciała im tego odbierać, przecież to miał być ich dom na zawsze, wspólny. Poświęcili wiele czasu, aby doprowadzić go do użyteczności, spędzali tu wiele godzin, aby faktycznie stworzyć miejsce, które uznają za swoje. Podjął za nią decyzję, po raz kolejny, zadecydował, postanowił, że te ruiny będą należeć do niej, jakby to ona była winna temu, że ich dom stał się taki zapuszczony. Co teraz niby miała z nim zrobić? Zająć się nim od nowa, spróbować stworzyć to, co mieli tu kiedyś razem? To nie było możliwe, nie bez niego. Zdawała sobie z tego sprawę. Szkoda jej jednak było porzucić to miejsce, jakby dopóki jeszcze będzie się znajdowało w jej rękach istaniała jakakolwiek nadzieja, że kiedyś będą mogli tu wrócić. Tak jak znaleźli się tutaj teraz, to zawsze miała być ich bezpieczna przystań, drzwi będą tu dla niego otwarte, nie powiedziała mu o tym, cóż może liczyła na to, że będzie sobie zdawał z tego sprawę, że będzie o tym pamiętał, nawet jeśli oficjalnie nie należał już do niego. To zawsze będzie jego dom. Nie wyobrażała sobie, że mogłaby całkowicie przejąć to miejsce, oni nigdy nie będzie należało tylko do niej. Powinien sobie z tego zdawać sprawę, w końcu kupno tej chatki było ich wspólną decyzją, razem spędzili tu wiele lat pełnych wzlotów i upadków. Nie była gotowa na to, aby zająć się nim samodzielnie, nigdy nie będzie. Zawsze będzie jej tu czegoś brakowało, kogoś brakowało. Nie chciała pojawiać się tutaj sama, ale też nie chciała oddawać go w ręce kogoś innego. Cóż, może powinna się po prostu pogodzić z tym, że z roku na rok będzie się stawało większą ruiną i jedyne, co będzie w nim żyło to wspomnienia, widma minionych lat. Dzisiaj mogli skorzystać z tego, że mieli to miejsce. Wiele razy wracali tutaj w podobny sposób, trzymając się za dłonie, po najróżniejszych, dziwnych sytuacjach, których ich wspólne życie było pełne. To był odruch, przyszło im to naturalnie, szukanie bezpieczeństwa właśnie w Piaskownicy. Tutaj mogli odetchnnąć, nie musieli się nikomu tłumaczyć na temat tego, co się im przytrafiło. Mieli siebie, bardzo dobrze rozumieli do czego doszło w nocy, chyba nigdy nie znajdowali się jeszcze tak bardzo na skraju podczas żadnej ze swoich wspólnych misji. Wydawało jej się, że koniec był bliski, że tym razem nie podołała, jak widać miała jeszcze jakąś resztę szczęścia, dzięki której udało jej się przeżyć, nie tylko jej, im wszystkim. Dobrze się stało, że teleportowała się stamtąd z Roisem, to przy nim przecież mogła poczuć się sobą, nie musiała udawać, że nie poruszyło ją to co stało się w jaskini, bo przecież wcale tak nie było. Reszty towarzyszy, których postanowiła zaangażować w sprawę nie znała tak bardzo, zresztą po ich komentarzach, których pewnie szybko nie pozbędzie się z głowy czuła się naprawdę beznadziejna. Wariatka, była wariatką, czy chciała się z tym pogodzić, czy nie, to nią była. Porywała się z motyką na słońce - jak zawsze, i chyba udało jej się osiągnąć cel, chociaż czy faktycznie mogli być pewni wygranej, rzeczywiście? Nawet jeśli po zniszczeniu ciała, które przypominało ją samą głos demona nadal pojawiał się w jaskini? Nie była tego pewna, nie mogła być. Pozostawało jej wierzyć, że faktycznie tak się stało. Zwyciężyli, razem mogli wszystko, czyż nie powtarzała mu tego przez wiele lat, współpracując stawiali się silniejsi, trudno ich było pokonać. Tyle, że to miało się już nigdy nie powtórzyć, to miała być ich ostatnia wspólna misja, chyba nie do końca była gotowa, aby się z tym pogodzić. Dlatego póki nie musiała, nie odzywała się chociaż słowem, nie chciała zburzyć tej chwilowej nici porozumienia, która się między nimi wytworzyła. Dawno nie reagowali na siebie w ten sposób, ich kilka ostatnich spotkań było raczej pełne niechęci, próbowała go nie lubić, próbowała udawać, że nic dla niej nie znaczy, ale to nie było prawdą, zresztą najbliższa niej była wtedy, kiedy odprowadzał ją do domu, gdy się złamała. Dobrze, że pamiętała z tego wieczoru raczej wyrywki, nie licząc tego, co zdarzyło się, kiedy znaleźli się w jej mieszkaniu, gdy zaprowadziła go prosto w jaskinię potwora, czego również nie mogła sobie wybaczyć, cóż najwyraźniej tak wyglądało przebywanie niedaleko niej, zawsze kończyło się w grocie z jakąś niebezpieczną bestią. Nie ma się, co dziwić, że postanowił się od tego odsunąć, miał swoje własne problemy, sprawy, to nimi powinien się zająć, a nie opieką nad nią. Musiała zacząć sobie radzić sama, bez nikogo, nie mogła liczyć na to, że zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie gotowy wyciągnąć rękę w jej kierunku - już nie. Udało im się trafić pod prysznic, woda obmywała ich ciała, przynosiła ukojenie, pocałunki stawały się coraz mniej słone, powoli pozbywali się wszystkich śladów minionej nocy i poranka, niedługo zmyją z siebie ten cały ciężar, będą mogli ruszyć. Zostawić to wszystko za sobą. Póki jednak mogła pozwalała sobie na te delikatne pocałunki, brakowało jej jego, od kiedy spotkali się w czerwcu pragnęła się ponownie do niego zbliżyć, dostała to - może nie w taki sposób, w jaki chciałaby to dostać, ale aktualnie nie miała wygórowanych wymagań. Chciała chociaż jeszcze jeden raz, ostatni raz poczuć jego bliskość, napawać się tym w kązdym możliwym calu. Potrzebowała tego, szczególnie po tej okropnej nocy. Jej dłonie powoli przesuwały się po jego ciele, z szyi na plecy, później żebra, chciała na nowo zapamiętać każdy, najdrobniejszy szczegół, sprawdzić, czy coś się zmieniło od czasu, kiedy dotykała go w ten sposób po raz ostatni. Czy pojawiły się jakieś nowe blizny? To było prawdopodobne, zważając na to, czym się zajmował mogła być niemalże pewna, że coś nowego dołączyło do tej kolekcji, w ten sposób mogła się dowiedzieć, jak minął mu rok, czy bardzo brutalnie, dramatycznie? Nie chciała zadawać pytań, nie chciała wsadzać nosa w nieswoje sprawy, szczególnie, że wiedziała, że nigdy nie chciał, aby to robiła. Starał się ją trzymać od tego z daleka, wychodziło mu to różnie, ale teraz, w tej chwili była dla niego nikim, nie mogła już tak po prostu zapytać, jak robiła to wcześniej. Nie przeszkadzała jej chłodna woda, zupełnie, morze było przecież zimniejsze, a może nie? Nie miała pojęcia, skupiona była w tej chwili na czymś zupełnie innym. Na tym, co znajdowało się pod opuszkami jej palców, na dotyku, którego pragnęła od tak dawna. Nie spodziewała się, że będzie jej dane kiedykolwiek mieć go znowu tak blisko, jakby nadal był jej, bo przecież nie był. Tak naprawdę nie mogła być nawet pewna, że ktoś nie zajął jej miejsca, że nie otworzył swojego serca dla innej osoby. Nie chciała tego wiedzieć, to nie było ważne, nie chciała się zastanawiać teraz nad tym, czy postępowała właściwie. Dała się ponieść chwili, zamierzała wykorzystać ją najbardziej, jak mogła. W końcu już nic nie miała do stracenia, nie mieli nic do stracenia. Pocałunki, które na nowo połączyły ich ze sobą smakowały inaczej od tych, które pamiętała. Były delikatniejsze, spokojniejsze, nie tak zachłanne jak te wcześniejsze. Tego właśnie potrzebowała, spokoju, oderwania się od rzeczywistości, dawał jej dokładnie to co mogło ją ukoić. Nadal rozumieli się bez słów, nikt im tego nie odebrał, może ta więź miała istnieć już zawsze, nawet mimo tego, że to miał być już ich koniec, może tego nie byli w stanie zniszczyć? Kiedy się zniżył, złapała w końcu oddech, głęboki, otrzeźwiło ją to trochę, jednak nie na tyle, aby stąd odejść, jeszcze nie teraz, zdecydowanie nie chciała przerywać tego, co się między nimi działo. Miała nadzieję, że on też nie zamierzał jej porzucić. To nie był odpowiedni moment, on jeszcze nadejdzie, wiedziała, że dzisiaj będą musieli się rozstać, tym razem na dobre, porzucić to, co znowu zaczynało się między nimi dziać, to tylko krótka chwila, irracjonalny moment, na który sobie pozwolili przez dosyć trudne doświadczenia, które ich spotkały. Wplotła swoje palce w jego włosy i zaczęła delikatnie głaskać go po głowie, kiedy ją objął. Wszystko się ułoży, wszystko będzie dobrze. Powtarzała sobie w głowię jak mantrę, chociaż wcale nie była tego taka pewna. RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 26.11.2024 Chyba nigdy nie myślał o tym jak naprawdę wygląda moment, w którym natura zaczyna odbierać to, co od zawsze do niej należało. Oczywiście, Ambroise prawdopodobnie jak mało kto zdawał sobie sprawę z nieuniknionego porządku rzeczy w przypadku, w którym niepilnowane, niezadbane, wręcz zdziczałe rośliny zaczynały krzewić się i powoli przejmować teren. Natomiast nigdy tak naprawdę nie widział tej siły w taki sposób, w jaki teraz trawiła Whitby. Ich dom latami doprowadzany do porządku zanim zaczął obracać się w perzynę. Remontowali go, wyposażali. Własnymi rękami wzniósł szklarnię, której już praktycznie nie było. Niemalże nie istniała. Pozostał pozapadany szkielet z w większości powybijanymi oknami. Kiedy zobaczył to wtedy, gdy wrócił tu, by w milczeniu zostawić dokumenty na kuchennym stole, poczuł się tak, jakby ktoś wylał mu wiadro lodowatej wody na głowę. Piaskownica rozpadała się dokładnie tak jak to, po czym została nazwana. Jak domek z piasku. Miejsce, które powinno być ich bezpieczną przystanią, ich królestwo, ich miejsce na zawsze wygłaskane, wypielęgnowane, zadbane, przez lata traktowane coraz bardziej jak ten właściwy dom, gdy raz po raz wybierali je ponad mieszkanie na Horyzontalnej. Co im przyszło z budowania zamków na piasku, jeśli nie tylko brutalne zetknięcie z rzeczywistością, gdy zimna fala nadeszła zza horyzontu i rozmyła wszystko, nad czym tyle pracowali? Stracili to równie szybko jak zyskali. Dobrze pamiętał tamten piękny dzień, gdy pojawili się tu po raz pierwszy. Młodzi, rozchichotani, świeżo po pierwszych ostrożnych miłosnych wyznaniach, cichaczem włamując się do środka i niemal od razu sięgając po to, o czym oboje marzyli od miesięcy wcześniej. Naturalnie wyzbyli się narzucanych sobie ograniczeń, odkrywając się po raz pierwszy. Gwałtownie, żarliwie, trochę nieskoordynowanie, bo stłukli przy tym jakiś obrzydliwy wazon, gdy zamiast opaść spleceni ramionami na kanapę, częściowo zsunęli się z niej na niski stolik. Wazon stał się skorupą i kawałkami bladoniebieskiego mlecznego szkła. Chwilę później oni pierwszy raz stali się jednością. Później wielokrotnie tego dnia powtarzali kolejne momenty, szastali dotykiem, nie dawali sobie złapać oddechu na zbyt długo, jakby próbowali nadrobić wszystkie stracone dni, miesiące, łata. Opuścili obiad, niemal nie zjedli kolacji, ale ostatecznie przełknęli coś znalezionego w jednej szafce. Ot paczkę serowych chrupek, kilka wiśniowych galaretek w czekoladzie, butelkę niezbyt dobrego, ale drogo brzmiącego wina. Było obrzydliwie nowobogackie. Idealnie pasowało do tego klimatu nadmorskiej turystycznej miejscowości, nawet jeśli domek, który sobie wybrali był już niemalże na skraju ruiny, szczególnie z zewnątrz. Zresztą czy to nie właśnie dlatego go wybrali? Był opuszczony, choć nie mieli wtedy pojęcia, że nie tylko z uwagi na to, że było jeszcze przed sezonem. Stał na uboczu, miał kawałek prywatnej skarpy ze wszystkich stron otoczonej piaszczystymi ścianami i wydmami. Dookoła rozciągało się wrzosowisko. Wystarczyło kilka dni, żeby zakochali się w tym miejscu niemal tak jak zakochiwali się w sobie nawzajem. Adorował ją. Bardziej niż by wtedy potrafił przyznać. Uwielbiał na nią patrzeć, dotykać jej, poznawać ciało oczami, palcami, ustami. Był taki moment, kiedy potrafił zamknąć oczy i przywołać z pamięci każdy pieprzyk, każdą małą plamkę w jej niebieskich oczach, kształt piegów, kręciołek włosa. To jak reagowała, gdy gęsia skórka oblewała jej ciało i to, co robiła, gdy dmuchał jej ciepłym oddechem w kark. Tego poranka na plaży też to robił. Mimowolnie otulał jej szyję ciepłym oddechem zanim złapał ich świt. Obejmował ją, przyciskał do swojej ciężkiej, pustej piersi. Nie wiedział, co będzie dalej. Za minutę czy za pięć minut. Myślał tylko o tamtej chwili, która właśnie się działa. Chciał z nią po prostu być, jakby nadal się kochali. Tak jak wtedy po raz pierwszy na tej plaży. Teraz też dotykali się jak po raz pierwszy. Pierwszy i jedyny, bo ostatni. Po tym dniu już nic na nich nie czekało. Nie mieli po pijaku próbować odpalać gazowej kuchenki obawiając się, że zaraz coś wybuchnie. Odkrywać telewizora w salonie czy tego małego pudełka w sypialni, które też było telewizorem, tyle że znacznie mniejszym. Nie mieli pić wina w pościeli i strzepywać z niej serowych okruszków. A jednak, kiedy dotykał Geraldine a ona palcami muskała jego skórę, nie był spięty. Topniał pod jej dłońmi przesuwającymi się po ciele, które samo reagowało na ten badawczy dotyk. Zadziwiające, ile mieli do odkrywania, ile mogło zmienić się w przeciągu roku. Jak bardzo nie byli już tymi samymi ludźmi. Jak mocno to sobie uświadomił, kiedy dotykała jego ciała, znacząc na nim ścieżkę dotknięć i uświadamiając mu, czego tam nie było, kiedy widzieli się po raz ostatni. Gdy tamtej ich ostatniej nocy starał się zapamiętać każdy jej szczegół, nie dając Rinie świadomości tego, że dla nich obojga to miało być pożegnanie. Może dlatego teraz tak łatwo sobie nawzajem ulegli, choć przecież mieli świadomość, że to, co było kiedyś już nigdy nie powróci? Zmienili się. Może nie aż tak bardzo. Być może w dalszym ciągu byli w stanie udawać, że na kilka chwil znowu są po prostu swoi nawzajem. Mimowolnie przeniósł wzrok na głęboką, postrzępioną bliznę, coś na kształt rozcięcia i zarazem poparzenia, na samym środku żeber przechodzącą praktycznie przez całą długość po obu stronach. Coś, czego nie dało się zaleczyć magią czy eliksirami. Jak tamten postrzał kuszy. To też nie było do końca z tego świata, ale przynajmniej już nie cierpiał. W przeciwieństwie do postrzału we dworze, tu już wiedział, gdzie powinien się udać, żeby zdjąć klątwę, pozostała mu sama fizyczna pamiątka. Tak jak niezliczone inne cięcia, dwa głębokie ślady po nożu na boku pod prawą pachą. Gdyby odwrócił się do niej tyłem i uniósł włosy, mogłaby zobaczyć ślad po tym jak usiłowano dźgnąć go szyję od strony karku. Jak bardzo nie radził sobie, podejmując pochopne decyzje i zbierając ich żniwo bardziej niż kiedykolwiek, bo nie było przy nim nikogo, dla kogo warto byłoby się miarkować, dla kogo wracałby do domu a nie wtaczał się do niego. Kto osłaniałby mu plecy nawet tym, że gdzieś tam po prostu był, że wiedział, że ona na niego czeka. Poza tym przy niej próbował nie zadawać się z tymi ludźmi, którzy wyciągnęli ku niemu ręce, gdy na nowo próbował odnaleźć się w rzeczywistości. Przyjął kilka z nich. Nie wszystkie słusznie. Większość tych kontaktów wcale mu się nie opłaciła, ale przynajmniej zdobył doświadczenie, lekcję, nauczkę. Bolesną, ale potrzebną, bo to go trochę otrzeźwiło. Musiał sam stanąć na nogi, jeśli chciał dalej żyć w ten sposób. Potrzebował znowu znaleźć złoty środek. Funkcjonować tak jak w czasach sprzed tego wszystkiego, za czym tęsknota doprowadzała go do naprawdę głupich decyzji. Czy to była jedna z nich? To, co działo się między nimi? To, że znowu do niej lgnął, chcąc poznać i zapamiętać każdy nawet najdrobniejszy szczegół jej ciała, które niegdyś należało do niego, bo ona była jego. Niczyja inna. Tak jak powinno być, tak jak miało być na zawsze. Z tym, że ich zawsze stało się nigdy w ułamku sekundy i kiedy rozstaną się za kilkanaście minut, kilka godzin, teraz, zaraz, wieczorem, wtedy nie zostanie mu już nic prócz tych ulotnych wspomnień z tej chwili, gdy próbował może trochę desperacko zapamiętać to, co później miało go prześladować w snach i być udręką na jawie. Ich życie się rozpadło. Tak jak ich Piaskownica, w której teraz stali a która już nie należąc do niego, dosłownie rozsypywała się na jego oczach. Stanowiąc ostatni obraz destrukcji tego, co miało być ich życiem od zawsze na zawsze. Ogród ziołowy niemalże całkowicie przejęły dzikie jeżyny o licznych ostrych kolcach i poplątanych wężowych pędach. Zadusiły praktycznie wszystko, co kiedykolwiek rosło na grządkach. Niewykopane na zimę cebulki kwiatów zgniły i już nie rozkwitły. Zioła nie miały wystarczającej siły, aby wygrać nierówną walkę z tą częścią gatunków, które wcześniej naturalnie tu rosły. Ich drzewka owocowe połamał wiatr. Był pewien, że nie miały zaowocować w przyszłym roku, jeśli do tego czasu w ogóle tu wytrzymają. A później? Później nie wiedział, co stanie się z tym miejscem. Nie chciał o tym myśleć, szczególnie nie teraz. Zwłaszcza nie tutaj, nie z nią w tym momencie, kiedy poddawali się najbardziej skrytym, teraz ujawnianym w milczeniu pragnieniom bliskości w obliczu ostatecznego końca świata. Ich świata, jeśli jeszcze w ogóle jakiś istniał. Pocałunki, które wymieniali były inne. Niosły ze sobą znacznie więcej uczuć i emocji, które nigdy wcześniej się między nimi nie pojawiły, bo nie musiały. Przecież szczerze wierzyli w to, że ich życie zawsze będzie usłane różami. Może te róże, jak to róże, czasem będą mieć kolce, ale przecież wspólnie byli w stanie pokonać wszystko, prawda? Nawet odnosząc rany, umieli je opatrzeć. On umiał ją ukoić, ona była jego ostoją. Żałował, naprawdę żałował tego wszystkiego, czego nie dało się cofnąć, lecz nie tego, co ostatecznie musiał zrobić, bo inaczej by ją zniszczył. Tak jak zniszczył Piaskownicę, tak jak marzenie o wspólnym domu i rodzinie. Tak jak tego wieczoru to on, na pewno on miał przynieść im zniszczenie. Nie wiedział wyłącznie, w jakiej formie to się stanie. Czy słowem albo uczynkiem sprawi, że Geraldine go stąd wyrzuci albo sama odejdzie. Czy to on będzie tym, który pierwszy stąd zniknie. Nie chciał żadnej z tych rzeczy. Pragnął domu, ale on już nie istniał. Choć całowali się bez chwili zastanowienia, dotykał jej bez zawahania, przyciągał ją do siebie, sunął dłońmi po jej ciele. A gdy już nie mógł, gdy dłużej nie potrafił zapanować nad tym, co działo się w jego wnętrzu, opadł przed nią na kolana, po prostu na chwilę zamierając. Drgnął, kiedy wsunęła palce w jego włosy. Lubił, gdy to robiła. Ten dotyk przynosił mu ukojenie zawsze, gdy tego potrzebował, ale nie tym razem. Teraz poczuł się tak, jakby wymierzyła mu tym policzek. No, bo czemu? To, że go całowała, to, że go do siebie przyciągała, to było coś, co od niej brał i co jej dawał, ale teraz w tym momencie zbliżyli się bardziej niż przez ostatnie miesiące. Nie tylko fizycznie. Nie tak. Miał wrażenie, że Geraldine dotyka jego duszy, że może jej na to pozwolić jeszcze przez chwilę, dotykając wargami jej podbrzusza, zostawiając pocałunek na mokrej skórze i wreszcie też posuwając się do tego, by zsunąć z niej ostatni skrawek materiału. Nic ich już nie dzieliło. Nic, tylko lata świetlne od siebie, choć teraz dotykał jej, jakby była jego jedyną. Bo była. Zawsze była, zawsze miała być. RE: [01.09.1972] Your shining autumn, ocean crashing || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 26.11.2024 Nie była zachwycona tym, że pozwolili na to, żeby ich dom zamienił się w ruinę, czego innego jednak mogła oczekiwać, skoro tak łatwo przyszło im porzucenie siebie, to i z tym nie mieli większego problemu. Nikt się tutaj nie pojawiał, to miejsce stało się opuszczoną chatą, która straszyła nad samym brzegiem morza. Właściwie to była namacalnym dowodem na ich klęskę. Przykro się na to spoglądało, ale nie chciała się tutaj pojawiać bez niego. Nie potrafiła. To było za bardzo bolesne, nie umiała sobie wyobrazić siebie samej w tym miejscu. Tak po prostu. Wszędzie indziej tak, ale nie tutaj. To miało pozostać na zawsze tylko i wyłącznie ich domem. Mieli z nim związane wiele wspomnień, spędzili tutaj kilka lat, spontaniczna decyzja, którą podjęli na samym początku znajomości doprowadziła ich do tego, że zaczęli budować tutaj swój własny dom, ten, który należał tylko i wyłącznie do nich. Od samego początku robili to wspólnie. Jakże mogłaby w ogóle teraz poczuć, że należy tylko do niej. Czuła, że jest to niewłaściwe. Zresztą, kiedy znalazła dokumenty, które zostawił w Piaskownicy dotarło do niej, że faktycznie nie ma już co zbierać, nie zostanie po nich nic, nic miało ich więcej nie łączyć. Była to dosyć brutalna prawda, z którą chyba powinna zacząć się oswajać. Nie było dla nich nadziei, nie było przyszłości, pozostały tylko wspomnienia. Może piękne, ale co z tego, skoro już cała reszta nie miała znaczenia. Zastanawiała się, jak duży wpływ na to, co się między nimi wydarzyło miało to, co aktualnie działo się na świecie. Konflikt przybrał na sile, chcąc nie chcąc zaczął dotyczyć wszystkich czarodziejów, nie miała pojęcia, czy jemu nadal udaje się trzymać od wszystkiego z daleka, czy w końcu któraś ze stron sięgnęła po umiejętności, którymi mógł ich wesprzeć. Może jak ona, nadal szukał swojego miejsca na świeci. Cóż, razem byłoby im łatwiej, zdecydowanie, zawsze było łatwiej i lepiej. Samotność nie była przyjemna. Szczególnie, że to beznadziejne uczucie atakowało w najmniej odpowiednim momencie, kiedy faktycznie czuła się nic warta. Nie do końca do tego przywykła, przez wiele lat nie przecież zupełnie nie odczuwała czegoś takiego. Nie przywykła do tego chłodu, który pojawił się w jej życiu. Teraz przez krótką chwilę mogła wrócić do tego, co straciła. Coraz bardziej do niej docierało to, że ta strata była jeszcze bardziej odczuwalna, niż jej się wydawało. Żyła nadzieją, że być może kiedyś wrócą do tego, co mieli, chociaż powoli gasła, z racji na mijający czas. To, co połączyło ich teraz sugerowało jej, że wcale tak nie było, czas nie miał tutaj znaczenia, nie, kiedy zostali sobie przeznaczeni. Nic tego nie zmieni, zawsze będą należeć do siebie, a skoro wybrali życie, w którym każde z nich idzie samotnie, to nigdy więcej nie będą szczęśliwi. Musiała się z tym pogodzić. Nikt inny nie potrafił w niej wzbudzić takich uczuć, takiego pożądania, przy nikim nie czuła się tak właściwie, zresztą kiedy szukała ukojenia w obcych ramionach, to nigdy nie równało się temu, co on jej dawał. Nie udało jej się tego przy sobie utrzymać, nic nie trwało wiecznie, czy na zawsze, powinna się z tym chyba zwyczajnie pogodzić. Z drugiej strony, może to, że się tutaj znaleźli miało wzbudzić w niej jakąkolwiek wolę walki, bo przecież on też jej nie odrzucał, musiało być w tym coś więcej, niżeli chwilowa zachcianka. Może po tej wygranej w jaskini, powinna też spróbować ułożyć sobie życie na innych płaszczyznach. Nie miała pojęcia co właściwie zamierzała z tym zrobić, czy w ogóle warto było myśleć o jakichkolwiek próbach, bo co jeśli to siedziało to tylko w jej głowie, jeśli on faktycznie jej nie potrzebował, czy byłaby w stanie znieść taką myśl? Najpewniej nie. Najpewniej wtedy dopiero poczułaby się stracona. Tak to mogła żyć jakąś złudną nadzieją, że może kiedyś coś się zmieni, że może spróbują wrócić do tego co mieli, tyle, że przecież nie raz udowadniali, że mieli problem z mówieniem o tym, czego oczekują. Krążyli wokół siebie zamiast powiedzieć wprost o tym wszystkim, co działo się między nimi, bo bali się odrzucenia. Nie powinna powtarzać tych samych błędów, ale to wydawało jej się właściwsze, szczególnie po tym, jak postanowił z niej zrezygnować. Nie chciała wychodzić na desperatkę, chociaż była temu bardzo bliska. Zresztą, czy to, co teraz z nim robiła nie było aktem desperacji? Korzystała z chwili, która została im dana zupełnie przypadkiem przez los, chciała z niej wyciągnąć jak najwięcej, by wrócić chociaż na moment do tego, co kiedyś mieli. Zapewne później ciężko będzie jej spojrzeć sobie w oczy, ale teraz, teraz zupełnie się tym nie przejmowała. Nie, kiedy mogli być tak blisko siebie, ponownie zatopić się w swoich objęciach, przepaść w swojej obecności. Kiedy jej dłonie powoli przesuwały się po jego ciele poczuła pod opuszkami palców nowe blizny, miała wrażenie, że pojawiło ich się sporo. Czy w przeciągu ostatniego roku, aż tyle razy znajdował się w niebezpieczeństwie, jak blisko śmierci wylądował? Nie powinna o to pytać, to nie była jej sprawa, nie odzywała się więc nadal, zresztą usta miała zamknięte, bo nie przestawała go całować. Zdawała sobie sprawę z tego, że mieli tendencje do autodestrukcji ona i on, podejmowali często irracjonalne decyzje, zmieniło się to dopiero wtedy, kiedy mieli dla kogo żyć, teraz najwyraźniej powrócili do starych nawyków. Robiła to samo, przestała przejmować się czymkolwiek, bo to nie miało żadnego sensu, nic nie było jej teraz w stanie zatrzymać. Wolałaby, aby on nie postępował w ten sposób, nie chciałby kiedyś dowiedzieć się, że ktoś go zabił, że odszedł, że przepadł, przecież nawet nie wiedziałaby, że musi go szukać, bo nie miała pojęcia, gdzie się znajduje. Serce by jej pękło po raz kolejny, gdyby coś mu się stało. Nie zamierzała udawać, że tak by nie było. Nadal Roise był dla niej wyjątkowy, mimo tego, że już nie spędzali ze sobą każdej wolnej chwili, mimo, że praktycznie w ogóle ze sobą nie rozmawiali, nadal miał specjalne miejsce w jej dosyć mocno poturbowanym sercu. Mimo tego, co jej zrobił, mimo tego, że ją zostawił, to nie wystarczało, aby w pełni pozbyć się troski o niego, zawsze będzie dla niej ważny, czy mu się to podobało, czy nie. Chciałaby ponownie znaleźć się w jego życiu, bardzo by chciała, żeby ją wpuścił, bo ta krótka chwila, w której właśnie trwali przyniosła jej ukojenie, miała świadomość, że kiedyś miała to na co dzień, teraz pewnie szybko nie poczuje takiego spokoju. Nic sobie nie obiecywali, nic nie mówili, był to tylko chwilowy powrót do tego, co kiedyś mieli. Sentymenty, które uderzyły w nich po tym, jak znaleźli się w zagrożeniu, kiedy mogli stracić życia. Brakowało w tym zachowaniu rozsądku, ale rozsądek nigdy nie był jej drogowskazem. Wiedziała, że ucierpi, on być może też, to na pewno przyniesie jakieś piętno, musiało, bo przecież przez ponad rok potrafili trzymać się od siebie z daleka, a przynajmniej udawali, że tak jest. Teraz pewnie Ambroise zorientuje się, że nigdy nie stał się jej obojętny, może to była jej słabość, może on był jej słabością, to było prawdopodobne. Pożegnanie nadejdzie dzisiaj, to nie był nowy początek, musiała się z tym pogodzić i była gotowa przyjąć te konsekwencje, aby móc chociaż przez te kilka minut skorzystać z tego, że nadażył się moment w którym znowu mogła się zapomnieć. Przestać przejmować się teraźniejszością, wrócić do tego, co kiedyś było oczywiste. Zresztą ich ciała wyraźnie za sobą tęskniły, każdy, najdroniejszy gest o tym świadczył, nie mogli temu zaprzeczyć. Próbowali walczyć z czymś, co przygotował dla nich los, czy w ogóle kiedykolwiek mieli prawo się temu przeciwstawiać, przecież nie przyniosło to nic więcej niż tylko ruiny. Nie było im lepiej w samotności, to znaczy jej, ona nie umiała się odnaleźć na świecie w pojedynkę, nie mogła mieć pewności, że on również zaczął błądzić, chociaż te blizny, rany, które wyczuwała pod palcami wydawały jej się świadczyć o tym samym. Zareagowała odruchowo, chciała być jego pocieszniem, chciała, żeby nadal traktował ją jak kiedyś, nigdy nie zależało jej na tym, aby go od siebie odepchnąć. Potrzebowała Ambroisa w swoim życiu, wszystko co teraz robiła tylko to potwierdzało. Zależało jej na tym, aby czuł się z nią teraz jak kiedyś, aby wróciło to, co mieli. Nawet jeśli miałoby to potrwać kilka minut i znowu wprowadzić chaos do jej życia. Wiedziała, że będzie się nad tym zastanawiać, że nie da jej to spokoju, że znowu nie będzie potrafiła przestać o nim myśleć. Trudno, to nie było istotne. Pozbawił ją w końcu ostatniego skrawka materiału, który jeszcze stanowił między nimi jakąkolwiek granicę. Przestały istnieć, znowu, mogli ponownie się sobą napawać, w każdym calu. Zbliżyć tak, jak kiedyś, jakby nic się nie zmieniło, bo czy właściwie zmieniło się cokolwiek poza tym, że gdzieś się zgubili, że zniknęli na trochę ze swojeog życia. Byli innymi ludźmi, ale czy, aż tak bardzo, że nie mogli wrócić do tego, co mieli kiedyś. Nie, Geraldine nie miała najmniejszego problemu z tym, żeby znowu rzucić się w tę głębię, chciała w nim utonąć, nawet jeśli miałby to być ostatni raz. Nie musieli nic mówić, wracać do tego, przejmować się konsekwencjami. To nie było ważne, nie kiedy znowu mogła chociaż przez chwilę być szczęśliwą. |