![]() |
|
[1952]The dove and the leopard fought at five o’clock || Vakel & Morpheus - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [1952]The dove and the leopard fought at five o’clock || Vakel & Morpheus (/showthread.php?tid=4225) Strony:
1
2
|
RE: [1952]The dove and the leopard fought at five o’clock || Vakel & Morpheus - Morpheus Longbottom - 16.12.2024 — Ja też się boje — wyszeptał, syn nieustraszonych wojowników, we wstydzie do własnej słabości i w gniewie na siebie samego. Parali się nieznanym, przyszłym, tajemnym, a to co rzeczywiste tak łatwo wpadało w szufladki nieznaczącego, aż ich dogoniło. Zderzenie ze światem materialnym poza ich enklawą, gdzie nie mogli być jednością. Słuchał Vasilija z dudniącym sercem. Jak powiedzieć miłości swojego życia, że on to wiedział, od pierwszego momentu, gdy wybrał go, że Vasilij będzie jego śmiercią? Może gdyby ukochany nie rozpadał się w jego ramionach, wtedy powiedziałby mu o tym, że wybrał go na swojej kata. Gdy ich palce się splotły razem, teraźniejszość zaśpiewała w harmonii dwugłosu, prawidłowej sekwencji linii czasu, instrument wszechświata został dostrojony. On to słyszał bardzo wyraźnie, jak perlisty śmiech losu, tańczącego dookoła nich, złoty puch, który wyśmiewa ich plany i marzenia, który oplótł ich czerwoną nicią przeznaczenia zbyt ciasno, aż ta wrzynała się w ciało. Pogładził gniewny policzek, po drugiej stronie od opuchlizn. Tak bardzo chciał obciąć staremu Dolohovowi rękę, ale wtedy musiałby zacząć od swojej. Ostatecznie zrobiłby to, gdyby Vasilij tylko poprosił. — A ty moją. I masz rację. Ucieknijmy. Wskaż miejsce na mapie. Możemy popłynąć do Ameryki. Gdziekolwiek zechcesz, pójdę za tobą, będę pisać ci wiersze i kochać cię — Desperacja przykleiła się do ich obu, rozlała się niczym krochmal ich koszul. — Ty będziesz pracować, a ja będę nosić loki i szpilki i będę twoją żoną, będę przepisywać twoje notatki i... Głos mu się całkowicie załamał. Próba stłumienia własnych emocji okazała się fiaskiem, próba trwania niczym filar, ostoja spokoju, po prostu pękła i ciało Morpheusa dołączyło do desperackiego drżenia, fali łez i obezwładniającego strachu, nawet jeżeli tliła się w nim nadzieja. Zacisnął dłonie na koszuli Vasilija, jakby był jego tratwą ratunkową, jedyną nadzieją na ocalenie. Świat rozmywał się mu przed oczami, a on próbował otrzeć oczy ramieniem, nie chcąc wypuszczać ukochanego. Ostateczność tego wszystkiego wzbierała w nim boleśnie. Tak bardzo nie chciał umierać. A jednak to nie była matematyka. Dwie pustki, czarne dziury, nie czynią światła. — Zdobędę dla nas wizy — płaczliwa czkawka wdarła się między słowa Morpheusa. Przybliżył ich twarze do siebie, mówiąc wprost do ust Vasilija, jego oddech przeznaczony tylko dla niego. — Zaczniemy za oceanem. Zbudujemy twoje marzenie. Obiecuję ci. Będziesz lśnił. A ja będę... Będę tego świadkiem. Kilka słodkich słów, w których przeklął ich, aby dać mu promień światłości. Jego Apollo, jego bóg przepowiedni, jego bóg słońca. Świat znów zagrał tę nutę. Dokonało się, na końcu opowieści bogowie wskrzeszają Hiacynta, a on ogląda chwałę swojego Boga. I nikt nie wspomina, co dalej. Czy był zazdrosny o kolejnych kochanków, czy wziął samemu kolejnych czy był jedynie obserwatorem swojej śmierci, wskrzeszenia i wywyższenia na Olimpie. Hiacynt, ciemnooki książę Sparty, który umarł za miłość. — Pocałuj mnie i wieszcz mi życie — zapłakał błagalnie. RE: [1952]The dove and the leopard fought at five o’clock || Vakel & Morpheus - Vakel Dolohov - 23.12.2024 Chciał to powtórzyć - to, że bardzo go przeprasza. Strach... Nigdy, absolutnie nigdy nie chciał, aby Morpheus musiał bać się jutra - stanowiło to absolutne zaprzeczenie tego, co dla nich tkał. Oczywiście, że zdobywanie nowych rzeczy, tworzenie, dokonywanie przełomów - to wszystko nie odbywało się bez stresu, ale strach... Niepokój... Lęk... Oto i uczucia, jakie chciałby ze swojego życia wymazać. Swojego i jego. Ich życia. Czy słysząc taką deklarację złożoną drżącym głosem mógł traktować ją poważnie? Chciałby to zrobić - aby to wszystko było prawdą. Ale takich historii nie pisało się łatwo. Nie dało się powiedzieć zróbmy to i nie pozostawić przestrzeni na przemyślenia. Znów ciężko mu się oddychało, ale tym razem nic nie świszczało, nie wyglądał też jakby miał zemdleć. Wspierał się o niego, spróbował chociaż minimalnie uspokoić i zakrywał rękawem swetra podbite oko. Chciał być blisko, jednocześnie nie chciał żeby Morpheus oglądał go takim... Był brzydki. Paskudny wręcz. W takim stanie nie potrafił udawać, że jest kimkolwiek więcej niż niekochanym synem swojego ojca. Pocałował go. Raz i drugi. I nagle, nawet z tym okiem podbitym, nabrał powagi. - Moje słowa były prawdziwe. Gdzieś poza tym przeklętym miastem musi być miejsce, w którym gdzieś będą mieli kim dla siebie jesteśmy, Morpheusie. Nawet jak się domyślą, to nic nie powiedzą. Pierwszym miałby być amerykańskim poetą lubującym się w chłopcach? Pierwszym co uciskał przed swoją przeszłością do kraju wolności? Amerykański sen mógł stać się ich snem... Jeżeli gdzieś mogłeś stać się kimś nie trzymając w rękach nic prócz sprytu i mądrości, to tam. Sprytu, mądrości i kilku trafionych liczb w mugolskich loteriach. - Nie obchodzi mnie to, że będę tam musiał zacząć od początku. Przynajmniej nie będę tutaj, gdzie słysząc moje nazwisko ludzie odwracają głowę w kierunku Little Hangleton, ale... Prawda była taka, że Dolohov nie porzucał tutaj nikogo. Nie miał nikogo. Miał mniej i bardziej przychylnych mu znajomych, ale nikogo prawdziwie bliskiego, w kim znalazłby oparcie. Longbottom natomiast miał gdzie wracać. - Wiem, że kochasz swoją rodzinę i... Jednak w siebie wątpił. RE: [1952]The dove and the leopard fought at five o’clock || Vakel & Morpheus - Morpheus Longbottom - 02.01.2025 Ciężki deszcz spadał na ich Utopię. Siekał przeznaczeniem po szybach, gdy w swoich ramionach szukali odpowiedzi i pocieszenia. Strach zasłaniał gwiezdne niebo, zabierając im przyszłość, a przecież chcieli dać sobie nawzajem tylko cały wszechświat. To bolało, głęboko w klatce piersiowej. Ciężar, nie ciała, lecz kamieni przygniatających, egzekucja, kara za niewinność. Nawet jeżeli nie powiedział mu wprost, że będzie żyć, nawet jeżeli ramiona Morpheusa pokryła gęsia skórka, bo nie padly te słowa zapewnienia, gwarantujące dalsze bicie jego serca, chciał wierzyć mu, że to się uda. Dopóki śmierć ich nie rozłączy. — Pieprzyć moją rodzinę — przesunął palcami po włosach Vasilija, wsunął w nie palce, przeczesując miękkie nici jedwabiu kościanym grzebieniem swojej dłoni. — Ty. Ja. My. Stać ich na to, żeby mnie odwiedzać za oceanem. Nie powiedział na głos o swoim ojcu, tak twardo trzymającym się prawa, że Morpheus z lękiem spoglądał na niego, gdy spotykali się z Vasilijem na licznych przyjęciach śmietanki towarzyskiej. Gdy musieli udawać, że po prostu się znają ze szkoły, że się po prostu lubią i rozmawiają o bezużytecznych zdaniem ich ojców rzeczach. Pan Dolohov i Longbottom mogli stać po dwóch różnych stronach barykady, ale pewne rzeczy tkwiły w konserwatywnych głowach bez względu na to, czy tkwi się w korupcji czy płonie ogniem praworządności. A Morpheus łamał prawo każdym gorliwym pocałunkiem. —[a]— Pieprzyć moją rodzinę — przesunął palcami po włosach Vasilija, wsunął w nie palce, przeczesując miękkie nici jedwabiu kościanym grzebieniem swojej dłoni. — Ty. Ja. My. Stać ich na to, żeby mnie odwiedzać za oceanem. Nie powiedział na głos o swoim ojcu, tak twardo trzymającym się prawa, że Morpheus z lękiem spoglądał na niego, gdy spotykali się z Vasilijem na licznych przyjęciach śmietanki towarzyskiej. Gdy musieli udawać, że po prostu się znają ze szkoły, że się po prostu lubią i rozmawiają o bezużytecznych zdaniem ich ojców rzeczach. Pan Dolohov i Longbottom mogli stać po dwóch różnych stronach barykady, ale pewne rzeczy tkwiły w konserwatywnych głowach bez względu na to, czy tkwi się w korupcji czy płonie ogniem praworządności. A Morpheus łamał prawo każdym gorliwym pocałunkiem. — Mistrz Vasilij Dolohov... Zasługujesz na to, moja miłości — zaklinał rzeczywistość Morpheus, nie dbając o swoje imię, o swoje miejsce na kartach historii. Nie potrzebował wspomnień w przypisach, historia nienawidziła kochanków, tego już się nauczył. Lorca. Wilde. — Napiszę do Charlotte, nikt przecież nie zabroni odwiedzić nam starej przyjaciółki za oceanem. Tylko nikt nie będzie wiedział, że już nie wrócimy. — Morpheus zaczynał w to wierzyć, przyciskając ciało Vasilija do siebie, jakby bał się zgubić światło jego komety. To mogło się udać. RE: [1952]The dove and the leopard fought at five o’clock || Vakel & Morpheus - Vakel Dolohov - 05.01.2025 Poczuł kolejną parę łez spływających po opuchniętej twarzy i dotarło do niego, że tym razem się ich nie spodziewał. Łkanie z rozpaczy opanował bardzo wcześnie, ale łzy prawdziwego szczęścia...? Nie rozumiał tego. Nie docierało to do niego tak samo jak fakt, że wszystko, co go dręczyło zostanie tam za nimi - jak zły sen blednący o poranku. W Stanach, daleko za oceanem, czekało na nich miejsce, gdzie będą mogli zacząć od nowa z dala od Vladimira Dolohova i wszystkiego, co tutaj zbudował i napsuł. To miejsce miało być tylko ich. Tam znajdowała się ich wolność i oh na piękną tarczę Księżyca - za wielką wodą znajdowała się ziemia, gdzie Morpheus chciał zasadzić z nim te marzenia jak drzewa i patrzeć jak rosną. Cóż on mu takiego oferował oprócz czystej radości istnienia? Mistrz Dolohov... Nawet gdyby nie był Mistrzem Dolohovem, nawet gdyby mu się nic tam nie udało, liczyło się to, co mogli stworzyć tam razem. Gdyby chciał wywróżyć z Tarota, co ich tam czeka, Stany z pewnością były czystą kartą. Tam świat nie znał przeszłości, może i gwiazdy świeciły tam inaczej. - Morfeuszu ja - załkał, odnajdując w sobie wreszcie tę iskrę odwagi, jakiej potrzebował, aby spojrzeć na jego twarz. Wciąż był do tego niechętny - bo nie lubił być brzydki, to limo było odrażające, ale musiał to powiedzieć. - Morfeuszu ja myślałem kiedyś, że do końca swojego życia będę sam. Ale jesteś ty i - wyprostował się, przesuwając swoim ciałem tak, żeby móc ująć jego twarz w nieco drżące dłonie - masz moje serce, myśli moje, każdy mój oddech. Nic już nie jest tylko moje. Nigdy... nigdy bym nie pomyślał, że będę kiedyś miał kogoś godnego nazwania go przyjacielem, a ty stałeś się kimś więcej. Wierzysz... w połączenie dusz? A potem go pocałował i powiedział mu, że on już wierzy. Po latach nie potrafił wracać do tej sceny bez myślenia o tym, co zastał tam następnego wieczora. Pusty gabinet, puste łóżko, pustą szafę, wieszaki. Niby zabrał tylko swoje rzeczy, ale to było, jakby zabrał wszystko. To mieszkanie, o które tak walczył, nagle stało się puste. Wraz z przedmiotami zniknął cały tlen, jakim można było tu oddychać. Rozpacz zaciskała palce na jego szyi i drwiła z tego, jak łatwo uwierzył w dobre zakończenie. Zamiast tego przyszła samotność. Zdrada była chyba nawet gorsza niż śmierć z ręki ojca - pożerała go jeszcze bardziej niż uderzenie w twarz. - Vasilij, a ty nie miałeś kiedyś tego przyjaciela, co wszędzie za tobą chodził? Nie odwiedzał nas nigdy. - Zapytała go kiedyś pierwsza żona, od niechcenia, z czystej nudy, bo ich znowu zmusili do udawania, że wszystko pomiędzy nimi w porządku, wypychając tym samym na jakieś wypiździewie. I co jej miał odpowiedzieć? Że był z kimś niegdyś jak dwa liście na wietrze, ale on odleciał robić karierę w Ministerstwie, a jego zostawił w tym błocie na ziemi zimnej jak diabli, chociaż jego wspomnienie paliło mocniej niż ogień? - Nie miałem - odparł trochę niewyraźnie, wpatrując się w okno wozu. Nie potrafił patrzeć na jej obrzydliwy brzuch, nie cierpiał myśleć o tym, że w ogóle istniał ktoś taki jak matka jego dziecka. - Miałem mieć wspólnika, ale takiego przyjaciela nie miałem. Nie można było nazwać nawet przyjacielem kogoś, kto pewnego wieczoru stanął w drzwiach i powiedział wszystko to, czego nie chciałeś usłyszeć. Koniec sesji
|